Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 30 sierpnia 2016
Akcja poddasze

Gdy się mieszka w małym domku, nawet tylko dubelt, okazuje się po pewnym czasie, że brakuje pewnych przestrzeni. I nie chodzi tu o szafy lub skrytki. Nie! Przeszkadzają na ten przykład sprzęty i urządzenia, które sa używane bardzo rzadko. Jasne, że chodzi o sprzęty i urządzenia kuchenne, bo przecież w domku gospodarczym każde inne ustrojstwo spod domeny Ślubnego jest, i wiadomo, że to jest najważniejsze, i szlus! Trudno jednak zimą, gdy sniegu nawieje, biegać rozgrzanym po to czy tamto. Oczywiście to tylko przykład, ale wiadomo o co chodzi. Tak dlugo marudziłam, aż się doczekałam, że nareszcie na drugiej połowie poddasza Ślubny zamontował płyty, które stanowią doskonała podłogę pod to, co ja używam rzadko, a co z racji małej przestrzeni kuchennej, stawałoby się zawalidrogą, lub trzeba toto upychać na wcisk! A tak, ściągnie się schódki poddachowe, wejdzie po drabince, światełko zapali, i voila, sięgamy po to czy tamto!

Jak to dobrze mieć kogoś, kto się na tych deskach, gwożdziach, płytach i piłach zna! ;-)))) Można wtedy bez problemu zająć się smażeniem dżemu wiśniowego, i w ramach eksperymentu, zreszta udanego, wrzucić doń po pół tabliczki czekolady mlecznej i gorzkiej. Albo też pokroić pomidory, narazie oczywista 5 kg,  wydrażyć środki, z których po ugotowaniu mamy doskonały sos pomidorowy, a reszta w tym czasie się suszy, by na koniec zostać potraktowana mieszanką ziół typu włoskiego, paroma płatkami czosnku, odrobiną octu jabłkowego oraz gorącym olejem.

A tu jeszcze tyle spraw do załatwienia! Już w odwodzie oczekują węgierki na smażenie powideł, a pomidory na ponowną sesję suszenia. Las wzywa, bo po wyjeździe stonki turystycznej jest w nim jakby luzu więcej, i grzyby nie chowają się po kątach. Tuż za płotem, przy chaszczach, grona bzu czarnego, pełne soku nagrzanego słońcem, zaczynają się poddawać przyciąganiu ziemskiemu i aż się proszą o przerobienie na konfitury. 

O obowiązkach towarzyskich i rodzinnych to już nie wspominam, bo sierpień był bardzo w nie obfity, a tu już zaraz wrześniowych kontaktów i zmian przyjdzie czas. Najnajmłodsza za parę dni kończy 12 lat, Starsza zaczyna drugą licealną, Wnuk drugi rok azjatyckich studiów ( bo pierwsze dwa lata to nauka podstaw  chińskiego była), Synek muminek rozpoczyna drugi rok studiowania marketingu inżynieryjnego, cokolwiek to znaczy!

I zumba po miesiącu przerwy nareszcie, bo jakby nie patrzeć, ale te wszystkie letnie dobroci idą w boczki, że czas im walke wydać! 

Doba ma niestety tylko 24 godziny, i nijak się nie chce rozciągnąć. Człekowi już lata trochę przeszkadzają, wolniejszy jakby bardziej niż w przódy, to i czasem mu kilka dni zejdzie na twórcze działanie. Najważniejsze jednak, że słońce świeci, pszczółki pracują, motyle nektary spijają, ryby biorą, wody nie ubywa, las szumi i radość człeka ogarnia, bo zdrowy jest! A co!

  

czwartek, 25 sierpnia 2016
Praska pigułka!

Kiedy wyjedzie się na południe kraju, blisko granic z sąsiadami, naturalnym jest, że myśli sie o wyskoczeniu za najbliższe miedze! Ofert w biurach turystycznych Szklarskiej Poręby było sporo, i to nader ciekawych, jednakże nie był to szczyt sezonu, i turystów ciekawych zagranicy za wielu nie było. Nie udało nam się z Dreznem i Skalnym Miastem, ale rzutem na taśmę prawie, pojechaliśmy pospacerować sobie po Pradze! Dla mnie to była podróż sentymentalna bardzo, bo byłam w Pradze przez kilka niezapomnianych dni na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Pogoda była przepiękna, zapowiadał się nawet upał, jazda autobusem nie trwała długo, przewodnik opowiadał ciekawie, a co najważniejsze, nie gonił nas do imentu, tylko spokojnie prowadził od początku do końca wycieczki. 

Dopiero w Pradze okazało się, że to u nas jeszcze sezonu nie było. W stolicy Czech przewalały się tłumy, i trzeba naprawdę było bardzo się pilnowac, aby nie zgubić się w tym tłumie ludzi żądnych obejrzenia jednego z piękniejszych miast Europy!  

Nasz spacer zaczął się od dzielnicy Strachow, skąd powoli przmieszczaliśmy się ze wzgórz Hradczańskich w kierunku centrum. 

Powyżej Pałac Czerninów- siedziba ministerstwa spraw zagranicznych.

 Ulicą Loretańską powoli kierujemy się do palacu Prezydenckiego na Vaclawskich Namestach,

aby chwilę potem, po przejściu na trzeci dziedziniec  Zamku Praskiego zobaczyć przepiękną katedrę św, Wita. Powyżej fasada frontowa z wrotami i portalem. Poniżej gotycka absyda w łukami przyporowymi.

Rozeta nad wejściem

Nawa Główna z witrażąmi w części prezbiterialnej - XIV wiecznej

Natępny punkt  to Ogrody Wallenstaina, gdzie możemy trochę ochłonąć w cieniu i zachwycić się nie tylko spokojem miejsca, ale też pawiem albinosem, który nie chciał jednak zejść z drzewa, na którym skrył się wśród listowia. Kompleks ogrodowy to nie tylko pieknie zadbana roślinność i ogromny staw, ale także liczne rzeźby oraz pałac, będący siadzibą Senatu Republiki Czeskiej.  Uwagę przyciąga Sala Terrana, loggia z trzema potężnymi arkadami oraz wnętrzem zdobionym sztukateriami i przedstawieniami z wojny trojańskiej. Obok logii znajduje się grota ze sztucznie stworzonymi naciekami, stalagmitami oraz stalaktytami, a także ptaszarnia z największymi puchaczami.

Obowiązkowo trzeba też przejść się po moście Karola, aby chociaż jedno zdjęcia zrobić, co jest oczywiście niezłym wyzwaniem, jeśli się widzi te tłumy ludzi przewalające się z jednej strony na drugą,

 Powyżej, panorama prawobrzeżnej Pragi z Teatrem Narodowym

Po przekroczeniu staromiejskiej Wieży Mostowej, wchodzimy w zaczarowane uliczki, podziwiając nie tylko piękno kamieniczek, ale także ciche, wolne od tłumów zaułki, czy próbując bezkolizyjnie przedostać się przez chyba najwęższą uliczkę świata! :-) 

 

Docieramy do końca naszego spaceru, na Stare Miasto. I tu zatrzymujemy się na dłużej. 

Na wschodniej pierzei pyszni się rokokowy pałac Golz-Kinskich, przytulony doń gotycki Dom Pod  Kamiennym Dzwonem oraz kościół Marii Panny przed Tynem.

Najbardziej oblegana jest oczywiście wieża Ratusza, ze słynnym XV-wiecznym zegarem Orloj i kalendarzem. Co godzinę odbywa się widowisko, w którym uczestniczą figury zegara: śmierć, Turek, próżność i chciwość, a tłumy cierpliwie czekają na ta procesję 

Cały Rynek okalają przepiękne, bogato zobione kamienice, jak na przykład ta - dom Sztorcha - z malowidłem św. Wacława na koniu.

 W części Północno-zachodniej - pomnik Jana Husa,

 i kościół św. Mikołaja

A potem już był czas wolny, na zjedzenie czegoś, na zakupy, na odpoczynek. Z tego ostatniego skorzystaliśmy bardzo skwapliwie, umęczeni nieludzkim upałem i "kilometrami" w nogach. Całe dwie gdoziny siedzieliśmy przy piwku,  na skraju  praskiego Rynku Staromiejskiego, w niewielkim parku, pełnym ludzi, okupujacych ławki tak samo, jak my!

 

Na koniec przykład "czeskiego humoru", czyli: jak przypatrywać się politykom. Oczywiście z przymróżeniem oka. Na dowód, rzeźba "panowie sikający" na Republikę Czeską! U nas autora by zlinczowano i pomniczek rozebrano! Na mur beton! :-))))))

 

 

środa, 17 sierpnia 2016
Coś dla duszy!

 Kulturalny sierpień, jak zwykle otwiera Noc Poetów!

To nie tylko prezentacja twórczości laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Jednego Wiersza, ale także występy znanych mniej lub bardziej zespołów muzycznych, które wolą poezję śpiewaną, niż muzykę popularną, łatwą , lekką i przyjemną!

Z bieszczadzkiej trasy przyjechał zespół Cisza Jak Ta, z przepięknymi balladami i własnymi opracowaniami muzycznymi wierszy Kofty, Osieckiej i Baczyńskiego

Subtelnymi aranżacjami wierszy Ziemianina oczarował zespół U Studni, którego trzon stanowiło kilku artystów Starego Dobrego Małżeństwa

Miłosne poezje Mickiewicza i Asnyka recytowała aktorka Ewa Serwa, przypominając dawno zapomniane słowa, poruszające serce i duszę!

 A Włodzimierz Matuszak i Paweł Królikowski umówili się krótko przed występem, że wystąpią w duecie, i zaczęli wymieniać się interpretacjami wierszy Leśmiana. To był prawdziwy majstersztyk i nie na darmo dostali owcje na stojąco! 

Kilka dni później, niespodzianka. W drodze na festwal gospel w Gniewie, godzinny koncert dała grupa Black International Gospel Singers z USA. Artyści śpiewają nie tylko klasyczne gospel, ale i soul, i jak to zwykle bywa, nie mieli trudności, aby porwać widownie do energetycznego śpiewu oraz tańca, chwalacego Imię Pana!

Creme de la creme ostatniego weekendu, to oczywiście kolejna już odsłona Nocy Operetkowych, z głównym udziałem orkiestry Johanna Straussa z Bydgoszczy.

W koncercie "La Luna Rosa", czterech znanych polskich tenorów, przy akompaniamencie chóru sopranistek zaprezentowało najwspanialsze pieśni włoskie, hiszpańskie, greckie, angielskie, rosyjskie i żydowskie.

Natomiast dnia następnego  przenieśliśmy się do Cafe Bodo przy ul. Foksal w Warszawie i lata 20-lecia miedzywojennego. Widowisko słowno-muzyczne, to swobodna interpretacja rozmów i wspomnień, być może prawdziwych, a może nie, między Hanką Ordonówną i Eugeniuszem Bodo, przeplatana największymi szlagierami tamtego okresu. 

W drodze powrotnej z wieczornych koncertów udało się nam jeszcze dotrzeć na szanty, które odbywały się nad naszym jeziorem.

Zespół żeglarsko-folkowy Za Horyzontem, prezentujący w lekko irlandzkich klimatach, świat morza widziany oczyma kobiet.  

Rewelacyjny zespół holenderski Harmony Glen, który porwał całą widownię do szalonej zabawy! 

Zdjęcia nr. 2,4,6,8,9 pochodzą z lokalnych portali internetowych

środa, 10 sierpnia 2016
Letnie atrakcje

Dla ciała

To była druga odsłona imprezy, która w ubiegłym roku uzyskała miano najlepszego debiutu sportowego! Triathlon! Udało nam się rzutem na taśmę ją zaliczyć, bo w ubiegłym roku w czasie jej trwania byliśmy w Hiszpanii, i gdyby nie zupełny przypadek, nawet nie wiedzilibyśmy, że coś takiego będzie w naszej wiosce. Dopingowaliśmy więc wytrwale zawodników, których było naprawdę mnóstwo - ok. 1500 osób. Słoneczna pogoda i dobrze przygotowane, ciekawe trasy, tłumnie kibicujaca publiczność spowodowała, że zawodnicy dumnie kończyli rywalizacje w strefie finiszera, mijając napis:"ukończyć, znaczy zwyciężyć"!

 Jak co roku, odbyła się kolejna edycja Eko-Jarmarku, na której także nie mogło nas nie być! Tym razem tematem głównym była ekologia, min. sposoby utylizacji i sortowania śmieci, a także popularyzacja tras leśnych i rowerowych ścieżek w Parku Narodowym Bory Tucholskie. Były różne atrakcje i warsztaty dla dzieci, oraz dla całych rodzin, było mnóstwo straganów i pyszne jedzonko oraz napitki. Nam najbardziej smakowały tradycyjnie kręcone lody, które były wyłącznie w smaku truskawki, wiśni, czekolady i wanilii, za to ich smak przywoływał słodkie wspomnienia dzieciństwa.

Ten tydzień dziwnie spokojny u nas. Najnajmłodsza wyjechała na kolonie, jej Rodzice bujają w okolicach Krakowa, Średnia Wnuczka przyjedzie do nas na pare dni jutro, Wnuk dzisiaj w nocy leci do Francji i później do Hiszpanii, a Córka wiewiórka pojechała do Brukseli odwiedzić Zięcia.

Cisza aż dzwoni! ;-)))))

czwartek, 04 sierpnia 2016
Letnia różnorodność

Wczoraj! Obudziłam się o trzeciej nad ranem. Bez żadnej wyraźnej przyczyny. Było jeszcze ciemno, chociaż  niebo powoli traciło swoją głęboko granatowo barwę. Jeszcze dwie godziny i  juz zacznie świtać. Zeszłam do kuchni, nastawiłam sobie kawę i doszłam do wniosku, że nie ma po co się kłaść, skoro i tak nie zasnę. Podreptałam z powrotem do sypialni, wyciągnęłam z szafy polarowy szlafroczek, do tego okulary, książka i.... maszyna do chleba. W koncu jakoś trzeba te godziny "odbębnić". Kawka pachniała, książka wciąga, na plecach ciepło, a w tle słychać kręcący się wirnik maszyny, zarabiającej chleb. W przerwie, jak już świtało, wyszłam na taras, spróbowałam pochodzić po rosie. Miłe uczucie, ale zimne! Zerwałam pomidory z krzaków, za bardzo pękają od codziennych deszczów. Pomyślałam sobie, że może jednak zdecydować się na parę grządek, chociażby do ziół. Musze to przemyśleć. Do następnego roku daleko, ale nie ukrywam, że te kilka pomidorowych krzewów bardzo mnie zmobilizowało!

Chleb się wypiekał w piekarniku, gdy nastawiałam następną partię. Do bagietek. Popołudniu mieliśmy jechać na córczyną działkę. Wnuk zapraszał na hotpota, czyli jedzonko po chińsku, serwowane z żeliwnego kociołka, perkocącego na ognisku.

Sama frajda, takie jedzenie. Zawsze jest przy tym wesoło, bo każdy chce z kociołka wyciągnąć najlepsze kąski. A trzeba przyznać, że z ulubionymi przyprawami wnukowymi, wszystko smakuje nie tylko inaczej, ale i ostrzej.  Szkoda tylko, że pogoda nam pokrzyżowała szyki, i rodzinna impreza skończyła się szybciej, niż planowaliśmy.

Na pożegnanie dostaliśmy furę papierówek. Ślubny uwielbia je chrupać, a ja już nastawiłam słój na ocet jabłkowy.

Dzisiaj byliśmy w lesie, bo ponoć tyyyyyle grzybów jest! No, są! Same papciaki napite wodą! Zebraliśmy parę brzozaczków młodych i kilkanaście kurek , podgrzybki były do wyrzucenia. Udało się jednak upichcić mocno grzybowy sos śmietanowy do makaronu. Obiad pychotka!

Za to inne ciekawostki rosną w lesie kolorowo bardzo! :-)

piątek, 29 lipca 2016
Wzmożenie letnie!

Ja nie wiem, czy wszystkim tak się zdaje, czy tylko mnie, że czas tak szybko leci, iż nie jest się w stanie dokładnie zastanowić nad upływającym latem! Bo to, że upływa w zastraszającym tempie, to chyba nie trzeba nikogo przekonywać! Jak zwykle, miało byc pięknie! I jest, tylko krótko! Miało być pogodnie! I jest, tylko dlaczego tyle tego deszczu! Miało być ciekawie! I jest, tylko jak uchwycić to wszystko, co oferują media, lokalsi, nie wspominając o rodzinnych więziach! Czy nie może to wszystko być rozłozone na większą ilość miesięcy? Nie tylko dwa! Nie da rady wszystkiego ogarnąc!

Już nawet nie wspominam, że rodzinnie to jeszcze jakoś tam, bo wiadomo: Zięciaszek na miesiąc z belgijskiej pracki jest. Wnuk najstarszy z Chin na wakacje przyjechał, i teraz kolęduje, a to do babci Irenki,  a to do nas, i mam nadzieję, że zadowolony i zaopiekowany po kokardę jest. Wnuczka średnia pracowita mróweczka, zarabia w sklepie dziecięcym przy stoisku słodkim, produkując gofry, naleśniki, szeiki i insze ustrojstwa, co to małolaty cenią, a ja na nazewnictwie się nie znam. Najnajmłodsza prócz wycierania podwórkowych włości na swym osiedlu, czasami do nas wpada, ale już rzadziej, bo w tym wieku Ona, co to "dziadostwo" najmniej potrzebne! :-)))) Ale trenuje i to nieźle, bośmy niedawno byli na ogólnopolskich zawodach małolatów średnich, na których startowała w sprintach: na 100 i 200 m; w tym pierwszym była jedna z lepszych! Aż serce rosło, i już z drugą babcią Renią, snułyśmy wizję wyjazdu na Olimpiadę w 2024r. Bo akuratnie rodzinnie sekundowałyśmy Młodej bardzo głośno!

I jakoś tak dziwnie się składa, że człowiek cholery dostaje, iż musi coś tam przygotować, coś zrobić, upiec, ugotowac, ale gdyby tego nie było, to co? Posiadywanie chyba tylko, i użalanie się nad własnym losem. Wprawdzie zawsze się mówi, że goście są wspaniali - na wjeździe, ale jeszcze bardziej wspaniali, gdy wyjeżdżają, jednak gdyby nie ONI, to smutne byłoby to lato, czyż nie? :-)))

A tak poza tym, to dzisiaj mieliśmy ostatnie zajęcia zumby. Następne dopiero we wrześniu! Ślubny targa własnoręcznie złowione ryby z jeziora, tyle tylko, że płocie i leszcze, których ja admiratorką nie jestem, ale niech tam- co sobie nasmaży i w ocet nakładzie, to jego. Ja zakończyłam już sezon jagodowy, aktualnie jestem na etapie róznych ciast czekoladowych, które Progenitura wręcz uwielbia. Zaliczyliśmy już parę gminnych imprez letnich, na podorędziu szykują się miejskie, i zupełnie  nie wiem, kiedy z tego wszystkiego zdam relacje, bo do komputera zasiąśc, to albo brak czasu, albo gruuuubo po czasie, jak na ten przykład wpis ze stolicy naszych południowych sąsiadów, u których byliśmy przy okazji bytności w Szklarskiej!

Żeby było ładnie, to jeszcze przeproszę za małą aktywność na blogach moich Ulubionych i Czytelników! Sie nie da póki co! Po prostu! Mam nadzieję, że od jesieni się poprawię! ;-))))

A na koniec parę fotek z ostatnich dni!

 Czekoladowe brownie, ubita śmietana, świeże owoce: czereśnie, jagody, porzeczki i maliny

Kostka czekoladowo-jogurtowa i mus malinowy z malinowoczekoladowymi wykończeniami

Zbierając jagody zdybałam jaszczurkę zwinkę - zdjęcie na spostrzegawczość, czyż nie :-)))) 

 Na naszej działce zaplątał się winniczek. Przenieśliśmy go z pustej doniczki na trawę, potem juz się sam przeźliznął! Na płot!

 Pamiętacie? To ta sama rodzinka łabędzia, o której pisałam parę miesięcy temu! Łabądki młode już całkiem, całkiem, nieprawdaż? :-))))

 Wczorajszy zbiór. Zoczyłam te okazy między pasem osiny a ścieżką rowerowąi, w wysokich trawach. Były widoczne tylko dwa okazy. Ślubny nie bał się pokrzyw, i zebrał całość! Nie musze chyba mówić, co było dziś na kolację? :-))))

Ta długonoga panienka, z nie mniej długim kitkiem, to nasza duma! Najnajmłodsza w trakcie rozgrzewki przed biegiem na setkę!!! :-))))

 Wspólny, dzisiejszy spacer ze Ślubnym! I ten widok! Rekompensuje wszystko? I dostarcza radości?

piątek, 22 lipca 2016
Znowu nogi - wespół zespół!

W czasie naszego wyjazdu do Szklarskiej, nie mogło oczywiście zabraknąć przynajmniej jednego  wypadu w góry. Oczywiście, padło na Szrenicę.

Ślubny nie zdawał sobie pewnie sprawy, co to jest chodzenie górskimi szlakami. Ja też raczej nizinna jestem, i mam za sobą jedynie dwie takie przygody: dawno temu w Tatrach i dziewięć lat temu z Pioterową, z którą na Szrenicę i owszem wjechałyśmy, ale potem wracałyśmy pieszo.

Nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że moje nogi niestety, nie odmłodniały. Na dodatek, gdy Ślubny zobaczył po podjeździe wyciągiem, gdzie mamy dotrzeć, to zwątpił, i orzekł, że chyba mam coś nie teges z głową, jeśli sądzę, że On taki szmat drogi będzie się wlókł! Nie obyło się więc bez wygaworu, po czym dopiero pomogła moja uwaga, że cała grupa wiekowych, niemieckich staruszków dzielnie drepce, to On nie da rady? Nio! Jednak dobrze jest "wjechać" komuś na ambicję - poszedł! Jakoś w połowie drogi się rozchmurzył, i dotarliśmy pod Śnieżne Kotły. Problem niestety był ze mną, bo tak mnie nogi rozbolały, że ani mi w głowie było wracanie szlakiem, i powoli dodreptałam do wyciągu, aby z ogromną ulgą wysiąść na dole, i z lubością zalec w fotelu. Zmordowani bylismy okrutnie, i wychodzi na to, że jednak pisane nam niziny.

Starość nie radość, niestety! ;-))))

 

 Wjazd na górę, jak kiedyś, dostarcza niesamowite widoki.

Grupa skałek granitowych - Trzy świnki 

Śnieżne Kotły 

 Granitowe bloki gołoborza, porastają zielono-żółte porosty

A wśród traw - wełnianka 

poniedziałek, 18 lipca 2016
Siła złego na jednego!

A tak konkretnie to na mnie!

Wpis mi pomiedzy środą a czwartkiem "amba" zjadła, to już wiadomo. Na szczęście odzyskany jest, i dobrze, ale...poszkodowanam na nodze własnej, osobistej. Prawej, jakby kto pytał. 

Było tak! Zaganiana byłam, jak "ruski plecak", bo to goście, bo przyjęcie tarasowo-grillowe, a roboty huk, której nikt za mnie przecież nie zrobi, bo to i wędliny w szybkowarze dokończyć, i jakieś słodkości napiec, i kolację powitalną ogarnąć, słowem - bieganina! I w czasie tego biegania, jak sie nadziałam kolanem w róg ławy, to wszystkie gwiazdy na niebie i ziemi ujrzałam, słabość mnie ogarnęła i rumor się zrobił, bo nawet Ślubny z wyżków przybiegł sprawdzać, co się dzieje. Poczem wycofał się, jak normalny mężczyzna przecież, na z góry upatrzone pozycje, a ja się jakoś do kupy pozbierałam, ale w nodze mi coś chrupło, i siedziało........!!!!!!!! 

I już teraz wiem, że nie ma to tamto! Jak człek nie jest głupi, to ma siedzieć  i boleść eksponować po uważaniu! Wrzasku narobic, na pogotowia się wieźć, a nie udawac, że "damy radę" - tfu!!!! 

A ja przecież z tych, co to nie gniotsja-nie łamiotsja! Nie dość, że imprezy wszystkie obsłuzone zostały bez kelnerów, to wszystko wszamane do ostatniego okruszka, że nie nadązyłam do zmywarki statorów układać, to jeszcze się oblizali wszystkie, i fru.... pojechali zadowolnieni, bo mamusia jak zawsze egzamin z gościnności zdała! 

I tak dzisiaj sobie siedzę i myślę, co ja się tak spinam? Co chcę udowodnić. Byłby suchy chleb z omastą, imprezy by nie było? Czy warto robić za siłaczkę, skoro każdy uważa, że to normalka? Co w nas, kobietach takiego jest, że za wszelką cenę musimy udawadniać światu, jakie my cudy jesteśmy pod każdym wzgledem, a potem umartwiamy się, bo nikt za nas łezki nie upuścił?

Efekt taki, że jutro chyba pojadę na zumbę, i jak sobie poskikam, o ile dam radę, to mi moja cholera przejdzie. A jak jeszcze sobie wspomnę koncert Wodeckiego, na który pokusztykałam oczywiście w sobotni wieczór, to pewnie znowu zapomne, że puch marny ze mnie! ;-)))

To sobie jeszcze ładny obrazek naszego jeziora wstawie, com go komórką chwyciła idąc z koncerta i do miłego się z Wami! Lete w poziom, bo coś mnie w nożynie uwiera! ;-)))))

niedziela, 17 lipca 2016
Letni poranek

 

Już drugi tydzień mija, jak jagodobranie jest moją najlepszą rozrywką. Zwłaszcza, gdy jadę rano, raniutko, kiedy jeszcze większość wczasowiczów śpi. Wtedy jest tu najpiękniej.

Jezioro lśni jak lustro, w którym odbijają się wszystkie żaglówki na marinie.

Ryby sobie figlują, wesołe kółeczka mącąc na wodzie, przy brzegu rej wodzi rodzinka łabędzia, u której pisklaki jakieś takie duże są, niż z wczesniejszych spotkań, a kacze matki czuwają nad spokojem swoich kaczątek, lubiących dłuższe polegiwanie u brzegu!

Mam już prawie 10 litrów zamrożonych jagód, nie licząc tego co zjedzone na surowo, jako koktaile czy w ciastkach lub ciastach. W sumie nie dziw to, bo lipiec i ciepły, i przekropny, jagody latoś bardzo duże, to i zbieraczka migiem trwa. Przy okazji człek oddycha żywicznym powietrzem, nasłucha się ptasich treli, a na dodatek poćwiczy kolanka na rowerze!

Na bazarkach dobroci w bród, więc nie ograniczamy się ani w malinach, ani w czereśniach, bo już wiśnie się pokazały, coraz tańsze sa morele i brzoskwi. Powoli zapełnia się śpiżarnia. A za domkiem gospodarczym zaczynają czerwienić się nasze pomidory, których kilka krzaczków posadził Ślubny, i teraz je z lubością dopieszcza.

 

Najbliższy weekend zapowiada się bardzo rodzinnie, bo najmłodszy Brat z Żonką dzisiaj wieczorkiem już przyjedzie, no i akuratnie Zięciaszek ma urlop od belgijskiej pracy. Jakiś grill pewnie będzie i wesołość ogólna! "Chińczyk" za to podtapiać się będzie na Woodstocku. Mam nadzieję, że wziął był jakieś porządne pałatki! ;-))))

 

 EDIT!

Wszystkich, którzy pod tym wpisem zdążyli napisać komentarz informuję, że ten wpis, dzięki pomocy Agnieszki spod Szczytna, udało mi się dzisiaj odzyskać.

Wpis  został opublikowany w środę, znikł pomiędzy czwartkiem a piątkiem, a ja miałam gości, więc dopiero dzisiaj do niego wracam!

niedziela, 10 lipca 2016
Zamki i niespodzianki

Dwa weekendowe dni drugiej połowy czerwca przeznaczyliśmy na odwiedzenie tego, co zawsze chcielismy zobaczyć!

Na  początek długa jazda pod Wałbrzych i zamek Książ. Szkoda tylko, że pogoda nam nie dopisała. Było zimno, ponuro, mglisto i deszczowo. Rozpisywac się nie będę o tym miejscu, bo wiadomości o nim zna chyba każdy, i widac to było po tłumach różnojęzycznych, które tak jak my chciały zobaczyć to cudo.  

 Widok od strony dziedzińca głównego

Zwiedzaliśmy z przewodnikiem Trasę Maksymiliana i Trasę Śladami Tajemnic II Wojny św.

 Jedna z licznych komnat - tu sala balowa

 Spacer po przepięknych ogrodach niezbyt satysfakconujący z uwagi na deszcz,

 Za to w niedalekiej palmiarni bogata wystawa drzewek bonsai

Następny dzień przywitał nas umiarkowana pogodą, zatem udajemy się do zamku Czocha, którego fragmenty znamy z filmów "Gdzie jest generał", "Wiedźmin" i "Tajemnica twierdzy szyfrów".

Tym razem miałam szczęście, bo nie było problemów ze zwiedzaniem, tak jak dziewięć lat temu, gdy zawitałyśmy doń z Pioterową.

 Sala rycerska

 i widok z wieży zamkowej 

Niedaleko stamtąd było do Lubomierza. Prawie dekadę temu ten piękny gotycki kościół z XIVwieku,  p.w. WNMP i św. Maternusa był zamknięty na cztery spusty. Teraz była możliwość obejrzenia wnętrza przez kutą bramę, którą otwiera się dla indywidualnych turystów tylko w dni świąteczne.

 Nas jednak interesował inny obiekt, którego także kiedyś nie było można zwiedzić. To oczywiście muzeum Pawlaka i Kargula. Na szczęście teraz, kiedy miasto zwane polskim Hollywood czesto jest filmowane, zatrudniono dwóch kustoszy, którzy  z wielką dumą wpuszczają chętnych do dwóch niewielkich salek, w których jest mnóstwo eksponatów pochodzących z filmów dobrze znanej nam Sagi.

 

Tuż obok znajduje się uliczka filmowa, poświęcona wszystkim aktorom, którzy kiedykolwiek pracowali w kręconych w Lubomierzu filmach. A było ich naprawdę wiele, wymieniając nie tylko znaną serię o Pawlakach i Kargulach, ale także "Zakład", "Kocham kino", "Daleko na Zachodzie", "Krzyż Walecznych", "Tajemnica twierdzy szyfrów", i wiele innych

 Wracając z Lubomierza rzuciła mi się w oczy tablica z nazwą Pilichowice. Pamiętam, jak próbowałyśmy tam dojechać z Pioterową, ale nie miałyśmy dżipiesa, pobłądziłyśmy nieźle, i w efekcie znalazłyśmy tylko tamę Wrzeszczyńską. 

Tym razem nie było problemów, i bez kłopotów znaleźliśmy sie przy zbiorniku Pilichowickim, oraz na największej w kraju ( wysokość 69m, szerokość korony 270m ) kamiennej, łukowej budowli hydrotechnicznej, która powstała na początku ubiegłego wieku, chroniąc mieszkańców doliny Bobru przed powodziami.

Często tak jest, że zupełnie bez wiedzy o cudach, można się na nie natknąć w najmniej spodziewanych miejscach. Wracając z tamy przez jakąś najzwyczajniejszą wioskę, zobaczyliśmy coś , co nas zafrapowało. Jasne zatem, że podjechaliśmy na rozległy dziedziniec, by zobaczyć i poznać "TO" .

 Siedlęcin i mieszkalna wieża z XIV wieku, pierwotna siedziba książąt śląskich. Zachowana w doskonałym stanie i na dodatek kryjąca wewnątrz prawdziwy skarb - unikat w skali światowej.

Wieża ma cztery kondygnacje, a na trzeciej, 33 m kw. ściany zajmują polichromie. Unikatowe! Wykonane w technice al secco na podbiale wapiennym. Walorem tych malowideł jest rzadki na owe czasy ich świecki charakter. Jest to opowieść rycersko-romansowa o najsłynniejszym z rycerzy Okrągłego Stołu, Sir Lancelocie z Jeziora.

 

 Dolny Śląsk stanowi prawdziwą kopalnie zabytków, to nie ulega wątpliwości. Zobaczyć wszystko w ciągu tygodnia pobytu, to rzecz niemożliwa. Myślę nawet, że i pół roku byłoby za mało!

Archiwum