Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
sobota, 05 listopada 2016
Jesienne, jeziorno-leśne klimaty!

W życiu dzieje się czasem dużo, czasem przemija ono w jednostajnym rytmie, ale jednego można być pewnym. To zmienność przyrody, zawsze o tej samej, z czterech pór roku do wyboru!

Nad jeziorem już cisza. Gdzieniegdzie jeszcze żaglówki kryją się wśród szuwarów, czasem jakaś łódź się rozsypie i zostaje na długo, aż do całkowitego zbutwienia, na marinie pustki, odleciały kormorany, coraz mniej łabędzi, na wodzie prym wiodą kaczki, łyski, mewy i od niedawna zadomowione u nas nurogęsi, nawet wędkarze poukładali swoje łodzie nad brzegiem. Gdy wiatr mocno wieje od północy, jezioro przypomina morze z białymi grzywami przewalających sie fal, gdy deszcz, zasnuwa się sinością wielką i mgłami, a gdy spokój, tafla nieruchomieje jak lustro.

 

Bardzo szybko jesienne drzewa potraciły swoje koralowe owoce, jedynie jeszcze irgi pełne czerwonych kuleczek wśród gołych, zapełnionych kolcami gałązek. 

Wśród przyścieżkowych traw i pniów wyrastają dziwne twory grzybiaste i hubiaste.

Za to wśród brzozowych zagajników, zatrzęsienie brzozaków, czasem trafi się sowa lub koźlak. Prawie w ogóle nie było podgrzybków, malo kurek, a o prawdziwkach można zapomnieć. Nie mniej jednak, sos ze smażonych na klarowanym maśle łebków brzozaczków, podlany białym winem i śmietaną , bardzo podkręcił rozpływający sie w ustach schab pieczony w mleku! 

Pod nieobecność Ślubnego, zostałam niejako zmuszona do zaopiekowania się kotem sąsiada, który już wybył do miasta na pobyt zimowy. Stare kocisko wie, że nie jestem jego admiratorką, nie podchodzi do mnie, gdy nasypuję mu karmy do miseczek. Za to nie miał z tym kłopotu jeż. Wylizał do cna wszystko, zupełnie nie przejmując się prychającym ze złości gospodarzem.

Na samotne wieczory, nie tylko ksiązka jest dobra. Także dłubaninka drutowa lub szydełkowa. Drutowanie póki co skończone, co widać poniżej.

Czas pomyśleć o nadchodzących świętach BN. Do wykonania znów mam masę śnieżynek szydełkowych. Muszę też skompletować i pomielić wszystkie składniki do domowej przyprawy piernikowej, przecież w następnym tygodniu należy już nastawić długodojrzewający piernik staropolski!

Ślubny na badaniach kontrolnych w odległym szpitalu. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze! I oby jak najdłużej!

sobota, 29 października 2016
Ćwiczenia z cierpliwości!

Czas powoli biegnie, a z nim sprawy nasze ważne i mniej ważne. I my! Nurt raz leniwy, raz wartki, jak to w rekonwalescencji! I humory takoż!

Prawdą jest jednak to, że sobie mój Ślubny sam zapracował na to, co teraz się dzieje. Zapomniał chyba, że w pewnym wieku, a zwłaszcza 65+ nie należy robic za młodziaka, który może sobie przechodzić przeziębienia, lekce sobie ważyć "granie" w klacie, udawać, że do łodzi nie trzeba woderów, tylko wchodzi się na bosaka, o czapce i ocieplaczu na jesienne wędkowanie nie wspomnę. I tak powoli, sukcesywnie zarobił sobie na zapalenie płuc, które ja wzięłam właśnie za alarm sercowy, bo nigdy nie słyszałam o tym, aby było ono - znaczy się to zapalenie płuc - bez temperatury, kaszlu, a jedynym objawem wielka słabość! Cóż! Człowiek się przez całe życie uczy, zatem nie dziwota, że po wypisaniu pierwszym z naszego szpitala, gdy ślubny dostał nocnych napadów dzwoniłam po "erkę". Na szczęście, po całodziennym pobycie na SORze orzekli, że to tylko panika! Jego! Nie moja! Sic!!!!

Gorzej, że to skierowanie do torakochirurga na Wybrzeżu, na konsultacje, miało się zrealizować po prawie półtoramiesięcznym oczekiwaniu! Taka to przecież codzienność naszej służby zdrowia, że do specjalistów można czekać, i czekać, i czasem się nie doczekać! Dzięki temu jednak, że dostałam pewien namiar od SEKRETARKI BOŻENY, już za 5 dni od naszego telefonu jechaliśmy do specjalisty, a po kolejnych pięciu dniach Ślubny był już w specjalistycznym szpitalu, który jak się okazało, ma prawie ten sam skład lekarzy co sopockie centrum i jako głównego konsultanta, profesora stamtąd!!! Badania miał Ślubny zrobione w ekspresowycm tempie, na wyniki czekało się też niezbyt długo, po czym wypisano mi Go z wyraźnym przykazaniem, aby po 3-4 tygodnich zgłosić się na badania kontrolne! No! Naprawdę! To nie ściema! I właśnie w nadchodzącym tygodniu będzie ponowny wyjazd. Mam nadzieję, że ostatni! Na bardzo, bardzo długo!

A Ślubny ma teraz przechlapane!!! Przeze mnie! Wiem, wiem, nadmiar kontroli nie jest dobry, ale póki co serwuję mu ją w nadmiarze, aby nabył jednak pewnych przyzwyczajeń, które będą raczej skutkowały pozytywnie, co w prosty sposób przełoży się także na jego zdrowie. Póki co, przypominam o podstawowych sprawach, jak ciepła czapka, szalik, kalesony, odpowiednie obuwie. Nie ma prawa wyjść z domu, nawet do domku gospodarczego, bez ciepłego okrycia! Nie może się przeziębiać, i tyle!  Jakiekolwiek sygnały złego samopoczucia kwalifikują go do łóżka! Jego wróg to zimne napoje, pite z lodówki,  przechodzona angina, nie wyleżane przeziębienie czy grypa, o zapaleniu oskrzeli już nie wspomnę!!! Tak powiedzieli lekarze i tego się trzymam. Przypadłość Ślubnego wynikła właśnie z lekceważenia sobie takich podstawowych spraw. 

Nie szalejemy też na rowerach. Spokojna jazda, na niezbyt długich trasach, to nasza codzienność teraz. I wolna marszruta nad brzegiem jeziora, czy w lesie. Gorzej, że mnie zostało coś takiego, że co drugi dzień budzę się w środku nocy, i nadsłuchuję, czy On dycha. Potem chodze jak jakieś zombie, ale nie umiem nad tym zapanować. Pewnie też długotrwałym stresem są  spowodowane uporczywe bóle pleców! Mam jednak nadzieję, że za dziesięć dni wyjdę i ja na prostą, gdy Ślubny będzie już po kontroli, i z pozytywnym jej wynikiem!

Zatem? Jeszcze trochę cierpliwości, a znowu sie uaktywnię!

Bo jednak brak mi tego miejsca!!! :-)))))

sobota, 15 października 2016
Siła złego...

Dopiero wtedy, gdy zawiezie się współmałżonka do szpitala odległego tak, że trudno o codzienne odwiedziny, wychodzi przysłowiowe "szydło z worka". Człowiek zostaje sam i musi ze wszystkim sobie poradzić, a zwłaszcza z niespodziewanymi sprawami, które pojawiają się zupełnie znienacka, a na dodatek, nigdy sie im człek nie przygladał, chociaz miał świadomość, że chyba istnieją. No istnieją, ale nie w naszym kole zainteresowań, tylko drugiej połowy. Wtedy zaczynają się schody, o tyle strome, że nie bardzo jest się kogo poradzić, działa sie po omacku, i czasami na końcu wychodzi i tak piekna katastrofa! Faktem też jest, że na koniec śmieję się sama z siebie, z własnej nieporadności i zupełnie niezrozumiałego przekonania, że wiem i potrafię wszystko. A niekiedy to prawdziwe drobiazgi tak oczywiste do zrealizowania, że aż można "umrzeć ze śmiechu" z własnej......już nawet nie chcę używać słowa głupoty!

- przepaliła się żarówka w lampce na stoliku komputerowym. Dramat! Gdzie sa zapasowe, jedna opatrzność raczy wiedzieć??? Przerzuciłam połowę szuflad, cały domek gospodarczy, nie ma! Wstyd dzwonić do Ślubnego, bo nawet nie wiem, gdzie w pobliskim miasteczku są sklepy, w których znajduje sie elektryka. Nie zapytałam zatem i musi wystarczyc inna lampka, oddalona od biureczka znacznie!

 - nie umiem tankować własnego samochodu, a jeżdżę już ponad 25 lat, tyle tylko, że ja zawsze wsiadałam do autka i nic mnie nie obchodziło, zwłaszcza to, czy jest natankowane i sprawne. Miało być, i koniec. A tu klops, trzeba prosić obsługę stacji, a nie zawsze to przyjemność jest, gdyż rzeczona obsługa ma to w nosie, czy umiesz, czy nie, i robi sobie z tego najprawdziwsze "jaja"!

- w ramach odstresowywania pojechałam z koleżanką do lasu w dniu mocno wilgotnym. Eksplorowałyśmy tereny mocno piaszczyste, nie dziw więc, że po powrocie rower wyglądał jakby startował przynajmniej w rajdzie "enduro". I oczywiście zapomniałam, iż nie ma drugiej osoby, która to zawsze doprowadzała mój pojazd do stanu używalności. Wiadomo więc, że gdy po paru dniach chciałam się przejechać, mój rower odmówił posłuszeństwa. Zatarł sie jakby, i nijak nie szło uruchomić kół, aby sie kręciły. Na dodatek chyba już sił nie mam, ani "pary", bo nie byłam w stanie odkręcić maleńkiej wajhy pod siodełkiem w rowerze Ślubnego, słusznie rozumując, że mogę posiłkować się pojazdem jakby zastępczym! Nie mogłam!

- odmówił posłuszeństwa jeden z telewizorów multiroomu. Przez jakiś czas drugi, na górce, działał, ale po nastepnych paru dniach poinformował, że brak mu połączenia z dekoderem! No! Jedyna rozrywka, gdy człek nie ma chęci ni ochoty na nic, a najlepsze są durne programy pseudorozrywkowe, bo nie trzeba mysleć, co akurat mi ostatnio zupełnie bardzo pasowało, poszła się "je-je-je"!!!. Oczywiście, nie wiem, gdzie, co i jak, oraz komu powierzyć naprawę tegoż, bo nie do mnie to należało dotychczas. I znowu "beka", bo trzeba zawracać głowę choremu!

- leje cały tydzień, jeszcze trochę a łódź zacumowana niedaleko brzegu pójdzie na dno. Szukam kluczyków od kłódki do rzeczonej łodzi, które zawsze wiszą koło drzwi domku gospodarczego. Niestety, nie ma. Sąsiad jeden i drugi dopytuje się bowiem o powyższe, chętni z pomocą sa przecież, bo w końcu wędkarska solidarność to nie w kij dmuchał! Synek-muminek na zjeździe w Trójmieście, Zięciaszek za granicą, trza sie znowu dopytywać Ślubnego, który sobie jednak lekceważy problem dokumentnie. Potem nawrzeszczałam na Bogu ducha winnego Synka i jego Małżonkę, że się nie przejmują, wygawor telefoniczny poszedł także do szpitala, na koniec zażądałam, aby dali mi wszyscy święty spokój, po czym poryczałam się mocno i namiętnie, co skutkowało spadkiem ciśnienie do całkiem przyzwoitego poziomu, i przypomniałam sobie o własnych nerwach, które ledwie trzymały się na postronku.

Tych katastrof mniejszych i większych jeszcze trochę było. W międzyczasie trzeba też było zawieżć a potem przywieźć z lotniska gdańskiego Córkę-wiewiórkę, która ze Starszą Wnuczką bawiła w Albionie, wziąć udział w obchodach Dni Seniora,  potem wszelkie myślenie o czymkolwiek poszło sobie za góry i lasy w chwili, gdy dostałam wiadomość, że mogę Ślubnego odebrać ze szpitala, zdiagnozowanego i przebadanego dokumentnie, co nastąpiło wczoraj! Ale o tym potem!!!! Muszę się nacieszyć, c`nie??? :-)))))

czwartek, 06 października 2016
???????

Nie jestem robotem. A szkoda! Nie miałabym żadnych problemów emocjonalnych, a jedynie - hopsasa i do przodu! I chociaż zawsze powtarzałam, że moja psyche ma się super dobrze, to jednak okazuje się, iż w przypadkach skrajnych to nie działa!

Noc ostatnia  - 5 godzin! Potem pobudka , szybkie śniadanie dla mnie, plus mała czarna oczywiście! Dla Ślubnego tylko moje współczujące spojrzenie, bo ma się w szpitalu, do którego go powiozę, zameldować na czczo!

A szpital to niewielki, sześć budynków dawnej świetności, położony w lesie, jakieś 150 km od nas, między województwami pomorskim i kujawsko-pomorskim. Za to z niewątpliwymi osiągnięciami. Bo i staże medyków się tam odbywają, i na większości oddziałów konsultantami medycznymi wysokiej rangi są lekarze z Centrum Medycznego w Gdańsku. I cała fura moich znajomych sie dobrze o nim wypowiadała! Na netowe opinie nie zwracałam uwagi, bo tam, jak zwykle, zawsze jest wszędzie źle i poniżej oczekiwan!

Tośmy wstali dzisiaj o 5-tej, i pojechali! Lało że hej, ale jakoś dotarliśmy do celu. Ślubny skonfudowany wielce, udawał mocarza, ale przecież znam go lepiej, jak "zły szeląg", to nie pozwoliłam sie przy przyjęciu wymiksować mnie na korytarz!

Zaczynamy zatem od zera. Wprzódy badania podstawowe, a potem dopiero specjalistyczne. I wtedy okaże się, co tam w płucach ślubnego gra!

Jakby co, to po tym wszystkim żyję! W zawieszeniu jakimś, ale tak, zyję! Myśli różniste latają jak sputniki, ale póki co je odrzucam. Przecież nie jest powiedziane, że bronchoskopia to wyrok! Tym bardziej, że nie ma konieczności robienia badania "ebus ".

Dziękuję Bożenkowej sekretarce!!!! Gdyby nie Ona, w zyciu nie trafiłabym na ten szpital!!! Bożenko!!! Jesteś przedobrą osobą! Pomagasz nawet tym ,których nie znasz! Schapeau`bas!

I Wam Wszystkim, którzy jednak tu zaglądacie,  dzwonicie, mailujecie i zostawiacie ślad, tez dzięki serdeczne składam! :-)))

Oczywiście, o dalsze trzymanie kciukorów upraszam mocno!

wtorek, 20 września 2016
Luźne zapiski z czasu, który się trochę zatrzymał!

czwartek - początek

wczorajszy dzień jak koszmar. Nie mógł ktoś wyjść z tej sali obserwacyjnej, i coś mi powiedzieć, po czterech godzinach czekania, co i jak  jest? Ile to roboty???? A mnie się przypominało zaraz to, co przeżywałam prawie ćwierć wieku temu! I moja Przyjaciółka Danuśka, dzięki której Ślubny żyje nadal, i która ma mnie teraz w głębokiej dziurze! Ale fakt faktem, nie wiedziałam co się dzieje, a doktory mi zupełnie nie pomagały!

piątek

udało się złapać doktórkę, która sie Ślubnym opiekuje. Trajkotała o mozliwym tomografie komputerowym, bo wyniki badań podstawowych są niejednoznaczne i zupełnie nie wiadomo, co jest z tym Moim ! Mam się bać? A SynekMuminek z przyległościami zjechał. Mam się zająć nimi, bo to lepsze, niż szamotanie myśli i pępka cuzamen! Slubny i tak przestraszony! Prawie ze mną nie gada!

sobota

byliśmy zapisani na trzecią Marszrutę Kaszubską, ale z racji tej, co wiadomo, zrezygnowałam, no bo z kim miałam jechać?! A tu Najnajmłodsza zaofiarowała się, ze mną pojedzie! Szok po prostu! Tośmy pojechały! W jedną stronę 23 kaemy! Na miejscu Najnajmłodsza strzeliła mi fotę z Zenonem Jaskółą, potem zjadłysmy wojskowa grochówkę, i ... nie chciała Małolata czekać na losowanie nagród. Rozwaliło mnie dokumentnie stwierdzenie: "ależ Babciu, pojechałam z Tobą a reszta jest nieważna!!!! Szczęka mi opadła!!!! A po drodze "kosiłam " grzyby przy rowerowej ścieżce! A jakże! Jakby co, to Ślubny sekundował nam telefonicznie uspakajając, że nie jestem zobowiązana do siedzenia z nim godzin pińcetstodziewincet! Ulga!

niedziela

to był bardzo dobry pomysł moich latorośli, by zając mi trzy dni ! Przynajmniej durne myśli nie latały mi po głowie! Córka Wiewiórka tez przybyla z odsieczą! Umówiłyśmy się na poniedziałek, na jej działkę! Ślubny znowu w dole! Przypomina mu się dawny czas, a ja zupełnie nie wiem, jak tamte złe chwile odgonić! Straciłam umiejętność perswazji, czy co? I dlaczego też budzę się co dzień o 3.30! Dokładnie wtedy, gdy zacząła się ta obecna historia?

poniedziałek

jak zwykle piekę bagietki. Dla Córki Wiewiórki i Magasi nastoletniej bardzo! Na działce Teściówka córczyna podniosła mi ciśnienie, ale się nie dałam! Jakby co, to chodziło o roboty ziemne, w których nie chciałam uczestniczyć! Ślubny rozweselił się, jak mu opowiadałam , w jaki sposób córczyną Teściową dostałam do pionu! I juz wiem, że humor oraz opowiadane "głupoty", to plaster na jego skołataną głowę!

wtorek

szajsowaty bardzo! Ślubny czuje się słaby i wyzuty z sił wszelkich! Ani chybi stres go zżera przed jutrzejszym najważniejszym badaniem! Uśmiecham się, ale też się boję!

środa! 

ja zupełnie nie rozumiem tego, że trzeba Ślubnego co dzień słać na rentgena, aby w końcu, prawie po tygodniu, posiłkować się tomografem, bo inaczej "ni widu, ni słuchu", i nikt nic nie wie???? Czy szpitalniki jakimś sposobem chcą mi prąd oszczędzać? Bo przecież po takim dawkowaniu promieniowania, to Ślubny świecić będzie, jak mu żarówkę w otwór gębowy się wciśnie!

czwartek

okazało się, że w opłucnej jest woda, serce powiększone i w śródpiersiu powiększone węzły! Te dwa ostatnie zdarzenia  nie dziwota, w 1992 też tak było po obydwu zawałach! Woda nas martwi bardzo! Będą mi przez nastepnych parę dni Ślubnego osuszać! Moją chudzinę!!! Toć to już wiór z niego ostanie się chyba! ;-(  Synekmuminek miał 15-lecie ślubu. Upiekłam torcik , kupiłam prezent, a ich ani widu, ani słuchu! Zjawili się po telefonie od mua. Ucieszone bardzo byli, i o to chodzi! 

piątek

przenieśli Ślubnego na inną salę! Trójkę! Nie byłoby żadnego halo, gdyby nie jeden z pacjentów, śmierdzących okrutnie, że aż dech zapiera! Wpadła więc moja sierota z deszczu pod rynne, bo uprzednio był w dwójce, tyle tylko, że współtowarzysz chrapał lepiej, jak pułk drwali! Ordynator nakazał na poniedziałek wypis zrobić! Póki co, nie cieszę się, bo łaska ordynatorsa, jak pańska, na pstrym koniu biega, i nie wiadomo, co w poniedziałek sie urodzi!

Synek Muminek miał egzamin ostatni dzisiaj. Trzymaliśmy kciukory wszyscy!

sobota

cały domek doprowadziłam do czystości prawie absolutnej. Uffff! No i zmieniło się ordynatorowi!!! Poniedziałek do domciu będzie, jak zdjątko wyjdzie korekt! Co było robić, gdy Ślubny nie w nastroju. Pojechałam do ogrodnictwa, i zamiast nietrafionych wczesną wiosną crazytunii, zakupiłam poczciwe chryzantemy. Oczywiście posadziłam, wywalając to, co było dotychczas w donicach! Pod wieczór przyjechali Młode - chcieli mi sprzedać Najnajmłodszą. Odmówiłam. Trudno, mogę być złą babcią, skoro u sąsiadek jestem złą żona, bo na zumbę jeżdżę, a powinnam się umartwiać, bo Ślubny w szpitalu! 

niedziela

super tak sobie poleżeć w łóżku! Nikt nie wyrzuca za wcześnie i smażenia jajecznicy nie chce! Ech! No dobra! Marzenia dobra rzecz, tyle tylko, aby za głosno o tym nie mówić! Ważne, aby jutro się zrealizowało to, co zapowiadają doktory! Nie wiem, czy zasnę i czy jutro od rana będę jak "na szpilkach"!

 poniedziałek

no, jest w domu. Ale huk roboty przed nami. Zapisać się do poradni kardiologicznej i pulmonologicznej, a także najważniejsze: zapisać się pilnie na badanie specjalistyczne węzłów chłonnych w poradni torakochirurgii w Gdańsku!!!

wtorek

to ostatnie polecenie chyba było powodem tego, że dosłownie niecałą godzinę temu karetka zawiozła Ślubnego z powrotem do szpitala z ostrym napadem dusznicy!!!

 

ZATEM KOCHANI!!!

Dziękuję za maile, sms-sy, telefony i wiele ciepłych słów !

Nie mam głowy do bloga, i nie wiem kiedy wrócę!

Trzymajcie się!

 

czwartek, 08 września 2016
Nie tak!!!

 

Za bardzo się chwaliłam! Za bardzo! Przecież  powinnam wiedzieć, że coś się stanie! Na mur beton!!! 

Pierwsza była panika! Potem stanowcze "nie" dla pozostania w domu, gdy dokładnie widać, że coś jest nie tak! Długie godziny oczekiwania na SORze, pod salą obserwacyjną, co właściwie sie dzieje!

A teraz?

Dom taki cichy się zrobił i jakby większy! 

Myśli, jak szalone, kłębią sie dotkliwie!

Czas odmierzany wizytami w szpitalu!

Ręce, w pierwszym odruchu, gdy wróciłam sama ze szpitala, wyczyściły wszystkie okna, a teraz nie umieją zająć sie czymś konkretnym, jedynie w nocy budzą się zdumione pustą poduszką obok mnie i nie bardzo wiedzą, co zrobić ze zbyt ogromnym łóżkiem!

Przecież nic nie zapowiadało tego, że wróci jak zły sen to, co odmieniło nam życie prawie ćwierć wieku temu!

Może to kara za coś?

22:21, fusilla , wszystkie
Link
niedziela, 04 września 2016
Jedenastkę czas zacząć!

Tak Kochani!

Te słodkości to dla Was, moi mili Czytelnicy. Dla wszystkich bez wyjątku!

Dla tych, co zawsze czytają i zawsze komentują!

Dla tych, co tylko czytają!

Dla tych, co wpadają i wypadają po chwili, bo im nie po drodze!

Dla tych, co podgladają przez dziurkę od klucza też!

Zaczynamy wspólnie jedenasty rok blogowania. Razem!

Przecież ciągle jesteście tu ze mną, i za to dla Was mój podziw. Bo Wam się chce czytać prawie ciągle to samo, gdy opisuję swoje zwyczajne życie, i nie narzekacie, gdy po raz nie wiem który ciesze się, że jestem szczęśliwa, że słonce świeci, że uśmiechają się ludzie, że żyję w najpiękniejszym miejscu na ziemii! 

Dziękując za wspólne dziesięć lat, liczę na dalszą wspólną wędrówkę!

wtorek, 30 sierpnia 2016
Akcja poddasze

Gdy się mieszka w małym domku, nawet tylko dubelt, okazuje się po pewnym czasie, że brakuje pewnych przestrzeni. I nie chodzi tu o szafy lub skrytki. Nie! Przeszkadzają na ten przykład sprzęty i urządzenia, które sa używane bardzo rzadko. Jasne, że chodzi o sprzęty i urządzenia kuchenne, bo przecież w domku gospodarczym każde inne ustrojstwo spod domeny Ślubnego jest, i wiadomo, że to jest najważniejsze, i szlus! Trudno jednak zimą, gdy sniegu nawieje, biegać rozgrzanym po to czy tamto. Oczywiście to tylko przykład, ale wiadomo o co chodzi. Tak dlugo marudziłam, aż się doczekałam, że nareszcie na drugiej połowie poddasza Ślubny zamontował płyty, które stanowią doskonała podłogę pod to, co ja używam rzadko, a co z racji małej przestrzeni kuchennej, stawałoby się zawalidrogą, lub trzeba toto upychać na wcisk! A tak, ściągnie się schódki poddachowe, wejdzie po drabince, światełko zapali, i voila, sięgamy po to czy tamto!

Jak to dobrze mieć kogoś, kto się na tych deskach, gwożdziach, płytach i piłach zna! ;-)))) Można wtedy bez problemu zająć się smażeniem dżemu wiśniowego, i w ramach eksperymentu, zreszta udanego, wrzucić doń po pół tabliczki czekolady mlecznej i gorzkiej. Albo też pokroić pomidory, narazie oczywista 5 kg,  wydrażyć środki, z których po ugotowaniu mamy doskonały sos pomidorowy, a reszta w tym czasie się suszy, by na koniec zostać potraktowana mieszanką ziół typu włoskiego, paroma płatkami czosnku, odrobiną octu jabłkowego oraz gorącym olejem.

A tu jeszcze tyle spraw do załatwienia! Już w odwodzie oczekują węgierki na smażenie powideł, a pomidory na ponowną sesję suszenia. Las wzywa, bo po wyjeździe stonki turystycznej jest w nim jakby luzu więcej, i grzyby nie chowają się po kątach. Tuż za płotem, przy chaszczach, grona bzu czarnego, pełne soku nagrzanego słońcem, zaczynają się poddawać przyciąganiu ziemskiemu i aż się proszą o przerobienie na konfitury. 

O obowiązkach towarzyskich i rodzinnych to już nie wspominam, bo sierpień był bardzo w nie obfity, a tu już zaraz wrześniowych kontaktów i zmian przyjdzie czas. Najnajmłodsza za parę dni kończy 12 lat, Starsza zaczyna drugą licealną, Wnuk drugi rok azjatyckich studiów ( bo pierwsze dwa lata to nauka podstaw  chińskiego była), Synek muminek rozpoczyna drugi rok studiowania marketingu inżynieryjnego, cokolwiek to znaczy!

I zumba po miesiącu przerwy nareszcie, bo jakby nie patrzeć, ale te wszystkie letnie dobroci idą w boczki, że czas im walke wydać! 

Doba ma niestety tylko 24 godziny, i nijak się nie chce rozciągnąć. Człekowi już lata trochę przeszkadzają, wolniejszy jakby bardziej niż w przódy, to i czasem mu kilka dni zejdzie na twórcze działanie. Najważniejsze jednak, że słońce świeci, pszczółki pracują, motyle nektary spijają, ryby biorą, wody nie ubywa, las szumi i radość człeka ogarnia, bo zdrowy jest! A co!

  

czwartek, 25 sierpnia 2016
Praska pigułka!

Kiedy wyjedzie się na południe kraju, blisko granic z sąsiadami, naturalnym jest, że myśli sie o wyskoczeniu za najbliższe miedze! Ofert w biurach turystycznych Szklarskiej Poręby było sporo, i to nader ciekawych, jednakże nie był to szczyt sezonu, i turystów ciekawych zagranicy za wielu nie było. Nie udało nam się z Dreznem i Skalnym Miastem, ale rzutem na taśmę prawie, pojechaliśmy pospacerować sobie po Pradze! Dla mnie to była podróż sentymentalna bardzo, bo byłam w Pradze przez kilka niezapomnianych dni na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Pogoda była przepiękna, zapowiadał się nawet upał, jazda autobusem nie trwała długo, przewodnik opowiadał ciekawie, a co najważniejsze, nie gonił nas do imentu, tylko spokojnie prowadził od początku do końca wycieczki. 

Dopiero w Pradze okazało się, że to u nas jeszcze sezonu nie było. W stolicy Czech przewalały się tłumy, i trzeba naprawdę było bardzo się pilnowac, aby nie zgubić się w tym tłumie ludzi żądnych obejrzenia jednego z piękniejszych miast Europy!  

Nasz spacer zaczął się od dzielnicy Strachow, skąd powoli przmieszczaliśmy się ze wzgórz Hradczańskich w kierunku centrum. 

Powyżej Pałac Czerninów- siedziba ministerstwa spraw zagranicznych.

 Ulicą Loretańską powoli kierujemy się do palacu Prezydenckiego na Vaclawskich Namestach,

aby chwilę potem, po przejściu na trzeci dziedziniec  Zamku Praskiego zobaczyć przepiękną katedrę św, Wita. Powyżej fasada frontowa z wrotami i portalem. Poniżej gotycka absyda w łukami przyporowymi.

Rozeta nad wejściem

Nawa Główna z witrażąmi w części prezbiterialnej - XIV wiecznej

Natępny punkt  to Ogrody Wallenstaina, gdzie możemy trochę ochłonąć w cieniu i zachwycić się nie tylko spokojem miejsca, ale też pawiem albinosem, który nie chciał jednak zejść z drzewa, na którym skrył się wśród listowia. Kompleks ogrodowy to nie tylko pieknie zadbana roślinność i ogromny staw, ale także liczne rzeźby oraz pałac, będący siadzibą Senatu Republiki Czeskiej.  Uwagę przyciąga Sala Terrana, loggia z trzema potężnymi arkadami oraz wnętrzem zdobionym sztukateriami i przedstawieniami z wojny trojańskiej. Obok logii znajduje się grota ze sztucznie stworzonymi naciekami, stalagmitami oraz stalaktytami, a także ptaszarnia z największymi puchaczami.

Obowiązkowo trzeba też przejść się po moście Karola, aby chociaż jedno zdjęcia zrobić, co jest oczywiście niezłym wyzwaniem, jeśli się widzi te tłumy ludzi przewalające się z jednej strony na drugą,

 Powyżej, panorama prawobrzeżnej Pragi z Teatrem Narodowym

Po przekroczeniu staromiejskiej Wieży Mostowej, wchodzimy w zaczarowane uliczki, podziwiając nie tylko piękno kamieniczek, ale także ciche, wolne od tłumów zaułki, czy próbując bezkolizyjnie przedostać się przez chyba najwęższą uliczkę świata! :-) 

 

Docieramy do końca naszego spaceru, na Stare Miasto. I tu zatrzymujemy się na dłużej. 

Na wschodniej pierzei pyszni się rokokowy pałac Golz-Kinskich, przytulony doń gotycki Dom Pod  Kamiennym Dzwonem oraz kościół Marii Panny przed Tynem.

Najbardziej oblegana jest oczywiście wieża Ratusza, ze słynnym XV-wiecznym zegarem Orloj i kalendarzem. Co godzinę odbywa się widowisko, w którym uczestniczą figury zegara: śmierć, Turek, próżność i chciwość, a tłumy cierpliwie czekają na ta procesję 

Cały Rynek okalają przepiękne, bogato zobione kamienice, jak na przykład ta - dom Sztorcha - z malowidłem św. Wacława na koniu.

 W części Północno-zachodniej - pomnik Jana Husa,

 i kościół św. Mikołaja

A potem już był czas wolny, na zjedzenie czegoś, na zakupy, na odpoczynek. Z tego ostatniego skorzystaliśmy bardzo skwapliwie, umęczeni nieludzkim upałem i "kilometrami" w nogach. Całe dwie gdoziny siedzieliśmy przy piwku,  na skraju  praskiego Rynku Staromiejskiego, w niewielkim parku, pełnym ludzi, okupujacych ławki tak samo, jak my!

 

Na koniec przykład "czeskiego humoru", czyli: jak przypatrywać się politykom. Oczywiście z przymróżeniem oka. Na dowód, rzeźba "panowie sikający" na Republikę Czeską! U nas autora by zlinczowano i pomniczek rozebrano! Na mur beton! :-))))))

 

 

środa, 17 sierpnia 2016
Coś dla duszy!

 Kulturalny sierpień, jak zwykle otwiera Noc Poetów!

To nie tylko prezentacja twórczości laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Jednego Wiersza, ale także występy znanych mniej lub bardziej zespołów muzycznych, które wolą poezję śpiewaną, niż muzykę popularną, łatwą , lekką i przyjemną!

Z bieszczadzkiej trasy przyjechał zespół Cisza Jak Ta, z przepięknymi balladami i własnymi opracowaniami muzycznymi wierszy Kofty, Osieckiej i Baczyńskiego

Subtelnymi aranżacjami wierszy Ziemianina oczarował zespół U Studni, którego trzon stanowiło kilku artystów Starego Dobrego Małżeństwa

Miłosne poezje Mickiewicza i Asnyka recytowała aktorka Ewa Serwa, przypominając dawno zapomniane słowa, poruszające serce i duszę!

 A Włodzimierz Matuszak i Paweł Królikowski umówili się krótko przed występem, że wystąpią w duecie, i zaczęli wymieniać się interpretacjami wierszy Leśmiana. To był prawdziwy majstersztyk i nie na darmo dostali owcje na stojąco! 

Kilka dni później, niespodzianka. W drodze na festwal gospel w Gniewie, godzinny koncert dała grupa Black International Gospel Singers z USA. Artyści śpiewają nie tylko klasyczne gospel, ale i soul, i jak to zwykle bywa, nie mieli trudności, aby porwać widownie do energetycznego śpiewu oraz tańca, chwalacego Imię Pana!

Creme de la creme ostatniego weekendu, to oczywiście kolejna już odsłona Nocy Operetkowych, z głównym udziałem orkiestry Johanna Straussa z Bydgoszczy.

W koncercie "La Luna Rosa", czterech znanych polskich tenorów, przy akompaniamencie chóru sopranistek zaprezentowało najwspanialsze pieśni włoskie, hiszpańskie, greckie, angielskie, rosyjskie i żydowskie.

Natomiast dnia następnego  przenieśliśmy się do Cafe Bodo przy ul. Foksal w Warszawie i lata 20-lecia miedzywojennego. Widowisko słowno-muzyczne, to swobodna interpretacja rozmów i wspomnień, być może prawdziwych, a może nie, między Hanką Ordonówną i Eugeniuszem Bodo, przeplatana największymi szlagierami tamtego okresu. 

W drodze powrotnej z wieczornych koncertów udało się nam jeszcze dotrzeć na szanty, które odbywały się nad naszym jeziorem.

Zespół żeglarsko-folkowy Za Horyzontem, prezentujący w lekko irlandzkich klimatach, świat morza widziany oczyma kobiet.  

Rewelacyjny zespół holenderski Harmony Glen, który porwał całą widownię do szalonej zabawy! 

Zdjęcia nr. 2,4,6,8,9 pochodzą z lokalnych portali internetowych

Archiwum