Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 22 grudnia 2016
WESOŁYCH ŚWIĄT !!!

TA NOC

(...)

rozkołysane księżycem i aniołami

dzwony świątyń 

eksplodują pieśniami

 

tej nocy

biel

otula i bezdomnych

i szarość zapomnianych zaułków

 

przy wigilijnym stole

słowo

zamieszkało w naszych sercach

a nad stajnią betlejemską

pochyliło się niebo

Maria Jadwiga Kowalska

 

 

Wszystkim odwiedzającym tego bloga życzę wszystkiego, co Najlepsze. Niech Nowo Narodzony narodzi się także w naszych sercach. I aby z tego narodzenia starczyło nam miłości dla drugiego człowieka, a potem żeby ta miłość w drugim człowieku wróciła do nas nie tylko przy wigilijnym stole, ale także przez cały kolejny rok. I niech każdy stół, nie tylko wigilijny, będzie stołem, który łączy, a nie dzieli. Niezależnie od tego, z kim się przy tym stole spotykamy, niech to będą dobre świąteczne spotkania, także w dzień powszedni!

 

czwartek, 15 grudnia 2016
Pierniczę!

Nóżęta lekuchno mi dzisiaj szwankują, ale nie ma co się dziwić. Pierniczenie to przecież bardzo odpowiedzialna praca jest!

Ale zanim sie za nie zabrałam, skoczyłam do płota, i podebrałam kilkanaście gałązek tujowych , które poprzywiązywałam żyłką ( Ślubny nawet nie wie, jak te rybne gadżety się przydają! ;-) ) do okręgu  z gałązek wierzbowych. Do tego kokardka, gwiazdka, i wianuszek gotowy!

 

Skończyłam też moje świąteczne ścibolenie, czyli dzwoneczki i aniołki. Ilości nie powalające, ale i tak jestem zadowolona z efektów, bo robiłam je pierwszy z pierwszych razów w swoim życiu. Na dodatek nauczyłam sie czytać schematy, i z tej umiejętności jestem naprawdę dumna, bo to w końcu nie w kij dmuchał! Oczywiście, nie obyło się bez wielu pomyłek, prucia pod dyktando rzucanych w przestrzeń inwektyw różnych, ale jak na pierwsze "kotyzapłoty" uważam, że nieźle poszło! Voila!!!!

Po trzy dzwoneczki - każdy innego rodzaju - jest dla Córki Wiewiórki, Synowej i dla mnie, a do tego dorzuciłam po małym aniołku. Ten największy z aureolą zrobiłam dla Teściowej ( oczywiście gwiazdka i dzwoneczek też są), do której idziemy zaraz po niedzieli. Do tej pory zawsze chodziliśmy w przeddzień Świąt, ale w tym roku Szwagierka poprosiła o wcześniejszą wizytę. Doskonale ja rozumiem, bo nie jest łatwo czynić przygotowania świąteczne mając do opieki Matkę z Alzheimerem! Mama zawsze się cieszy na te moje ścibolitki, więc z tym większą radością je dla niej robię. Nigdy przecież nie mogłam o niej złego słowa powiedzieć, a wręcz przeciwnie, jest Ona dla mnie antytezą humorów o teściowych. I chociaż mówi do mnie teraz per"pani", to ja wiem, że gdzieś w głębi duszy może coś tam pamięta!

Pierniczki sobie dojrzewały przez prawie półtora miesiąca, w towarzystwie takiego samego ciasta, ale na staropolski piernik. Będę go piekła jutro, na trzy tury, bo tak trzeba, a potem tylko przełożę własnoręcznie usmażonymi powidłami, reszta, czyli polewa czekoladowa i posypka orzechowa będzie na dzień przed godziną "w"! 

Moje tegoroczne pierniczki wyrosły bardzo, bardzo, i są takie, jak powinny być. Jednak nastepna czynność, czyli lukrowanie i dekorowanie, to dla mnie ogromne wyzwanie, bom raczej pozbawiona jest zmysłu artystycznego. Co wyszło, to wyszło, można zobaczyć na zdjęciach, a muszę przyznać, że też je dekorowałam na dwie tury.

Bo w międzyczasie z dwoma zumbowymi koleżankami, jako delegacja większości, szłyśmy do sołtysa. Z petycją o dofinansowanie nas, wiejskich seniorek tańczących zumbę , w ramach albo funduszy sołeckich, które, jak wieść niesie, takie małe nie są, albo poprzez fundusze europejskie, które też sa w duzym asortymencie, tylko brać, chociaż wiadomo, że jak urzędnicy maja wnioski składać, to ich pomroczność intelektualna jakowaś dopada. Ale będziemy sie tym martwić potem! Pan Sołtys obiecał się wywiedzieć w temacie, i jeśli przepisy, fundusze oraz możliwości pozwolą, to pomoże!

Przed wyjściem zapełniłam to pudełko, które zawsze mi przypomina moja ostatnią niemiecką pracę, w Langenau i córkę Any - Waltraud! Znacznie później, dorobiłam podstawowy lukier królewski  do konsystencji bardziej zwartej, i... jakoś poszło, c`nie?

czwartek, 08 grudnia 2016
Gdzie on?

Ogon oczywiście, bom zakręcona jak przysłowiowy ruski plecak!!!

Całe dwa tygodnie ściboliłam  w wolnych chwilach śnieżynki. Jedne białe, na choinki oczywiście, inne kolorowe, które moga być na stroiki. Większa ich częśc została dodana do karteczek świątecznych, których jakoś ostatnio mi przybywa do wykonania, co świadczy niewątpliwie o tym, że w Narodzie odzywa się tęsknota za tradycją. Ja akuratnie dokładnie pamiętam moją Mamusię, jak na początku grudnia schylała się przy małej lampce , aby wypisać kilkadziesiąt kartek, bo tak sie złożyło, że i Jej i Tatusia Rodzina, była dość duża. Przejęłam od Niej tradycję, chyba nową, bo własnoręcznie pisanego słowa, wszak raczej listów już nikt nie pisze nawet maile jakieś takie krótkie, a sesemesy to tylko zwięzłe komunikaty. Ostatnie dwa dni to szykowanie kartek do wysyłki, wyklejanie, szukanie i pisanie odpowiednich życzeń, adresowanie, spacer na pocztę! Całe szczęście, że u nas kolejek nie ma, bo w niedalekim mieście można sobie postać, a postać  do .... , co na mnie działa, jak przysłowiowa płachta na byka! Dzisiaj skończyłam produkcję dzwoneczków. Już się suszą po utwardzaniu, tym razem w mniej stężonym roztworze cukru, jak śnieżynki. Zostało tylko dorobić zawieszki dzwonkowych serc z perełek i doszycie wstążeczek, ale to już "zaś" będzie. 

W międzyczasie były 42 Urodziny Córki Wiewiórki, potem po dwóch dniach 40 Synka Muminka! Na całe szczęście Córka robiła tylko kawę i mini kolację, ale wiadomo, że ma Teściówkę, która z każdej impry robi mega wyżerkę, więc znowu poszło w boczki. Na całe szczęściie robiłam za kierowcę, to mi dodatkowych kalorii z procentów nie przybyło. Za to Synek podrzucił nam Najnajmłodszą, bo akuratnie w swoje święto miał zjazd studencki na Wybrzeżu, więc przeniósł imprezę na sobotę najbliższą. I oczywiście poprosił o przygotowanie kilku dań, które On lubi, a goście, stali zazwyczaj, uwielbiają! To szaleję po kuchni, bo i ciasto też mi się dostało do zrobienia, a jakże! Ryba w sosie słodko-kwaśnym już stygnie, a mnie przyszła taka myśl, że przecież to naprostsze danie do zrobienia! Muszę chyba Synówkę naumieć! 

Rehabilitacje będą jutro się kończyć i całe szczęście, bo jak jutrzejszy dzień przeżyję, to bedę wielka, i powiem: "brawo Ja"! Bo tak: o 11 zumba, potem mikołajkowo-gwiazdkowe spotkanie naszej grupy na kawie, jak się uda, to zrobię potem tygodniowe zakupy, a jak nie, to przeniosę je na późne popołudnie, po zajęciach UTW, na których akurat ma być temat niedosłuchu osób starszych i badanie słuchu też! Więc wicie-rozumicie, trza tam być. Po zakupach, jeszcze ostatnie reha kolanek!

Na weekend znowu Najnajmłodsza u nas, bo Rodzice świętują, zatem nie dziwota, że z tego tygodnia, na następny, przeniosłam terminy i kosmetyczki, i fryzjerki! No, ale skończą się szaleństwa, będę mogła spokojnie oddać sie przygotowaniom do Świąt!

Macham zatem do Was, nie obiecując poprawy wzgledem odwiedzania Waszych blogów! ;-)))

czwartek, 01 grudnia 2016
Nie mogło tak być?

Taka ładna zima była przez parę dni! Aż chciało się z domu wychodzić, bo powietrze czyste jak łza, śnieg sobie skrzył w słoneczku i wesoło chrzęścił pod nogami!  A teraz.....? Błe!!!!!

  

 

 

 

Teraz to wieje, pada i jest ponuro. Na całe szczęście, mamy oboje trochę dodatkowych zajęć w tym miesiącu, to jakoś mniej będzie nas obchodzić, jak wygląda za oknem, chociaż.... średnio lubię jeździć do miasta, gdy leje. 

Akuratnie zaczęłam na poczatku tygodnia swoją co półroczą rehabilitację kolanek, a Ślubny zapisał się do "zębologa". Ja z tym ostatnim poczekam do stycznia, bo mam tyle terminów w kalendarzu, że chyba się już nie wyrobię. O, i załatwiliśmy sobie skierowanie do sanatorium. Trochę z tym było ambarasu, bo każde z nas ma innego lekarza, ale jakoś się udało to zgrać, i mamy już potwierdzenie, że wszystko doszło korekt do enefzetu. Wiem stąd, bo dzwonili do Ślubnego, czy nie zgodziłby się na dodatkowe dopisanie masażów kręgosłupa, oczywiście do zlecenia dla ichniego lekarza, bo to co napisał jego dochtór, to ciut za mało. W końcu serce i płuca, to drobnostka taka! Sic!!!

Do zumby doszły mi dodatkowa zajęcia: gimnastyka kręgosłupa, a już się szykują zapisy na gimnastykę dna miednicy, na którą też mam zamiar chodzić. Wprawdzie nic mi nie dolega, ale skoro jest okazja za śmieszne pieniądze ( 5 zł za godzinę ), to byłby grzech nie skorzystać. Gdyby się kto pytał, dlaczego tak tanio, to proste. Nasza Trenerka z dziewczynami z dawnego UTW założyła stowarzyszenie Aktywni plus, i teraz już tylko czekamy na zarejestrowanie, co nie przeszkadza w niczym, by o siebie zadbać!

Rodzinnie, same imprezy. Co dopiero Córka Wiewiórka miała urodziny, zaraz Synek Muminek na kolejce, a w nadchodzący weekend gościmy Najnajmłodszą. 

Ślubny zajęty także dokarmianiem ptaków, nie słucha, iż zasady są takie, jak u psów i kotów, czyli raz dziennie, nie, On wie lepiej, i ma radochę, gdy z dnia na dzień skrzydlaków coraz więcej.

Przedświątecznego spinania jeszcze nie mam, w lodówce tylko nastawione dwa ciasta piernikowe, leżakują sobie. Jutro dołożę jeszcze do tego wołowinę macerowaną na sposób niemieckiej pieczeni zwanej sauerbraten. Tradycyjnie przygotowuję tylko Wigilię, bo obydwa dni Świąteczne będę u Dzieci. Zatem spoko!

Zrobiłam już 50 szt. szydełkowych śnieżynek, z tego 22 dla moich Dziewczyn, reszta pójdzie na kartki. Teraz zabrałam się za dzwoneczki. Zrobię ich tylko 9 , po 3 dla Córki, Synowej i mua, a potem, jak zdążę, dorzucę być może po jednym janiołku! Gdybym bowiem chciała spełnić życzenia Progenitury, aby mogła udekorować choinkę szydełkowymi ozdóbkami, musiałabym chyba na to poświęcić cały rok, a tak, to może za parę lat dopnę do celu! . No, i może też się na taką pokuszę? :-))))

czwartek, 24 listopada 2016
Ptasio i mglisto!

Po raz pierwszy zawitał do nas zimorodek. To była bardzo ciekawa wizyta, bo nawet nie wiem, jak on długo sobie siedział na naszym tarasie, zanim go ujrzałam przypadkiem przechodząc do kuchni. Szybciutko wycofałam się i pobieglam na pieterko po aparat, mając nadzieję, że nie ucieknie. O dziwo, siedział dalej. Kiedy przyszedł Ślubny i stwierdził, że on chyba w szybę uderzył, skoro tak nieruchomo siedzi. Podszedł do okna, a zimorodek..... fruuuuu, i tyle go widzieliśmy!

Ale później wracając ze spaceru pokazał się niedaleko brzegu, takiego podwyższonego, co nie dziwi, bo własnie na takich brzegach ptaszek ten kopie sobie norki. Siedział na gałęzi, wpatrując się w wodę.

Wyczytałam na stronie Parku Narodowego, że nad naszym jeziorem i w okolicach Strugi 7 jezior, monitorowane jest od 2012r. 2-3 pary zimorodków. 

Słowem, mieliśmy szczęście! 

 

 

Wystarczyło parę dni mroźniejszych i już pojawiać się zaczeli skrzydlaci goście. Oczywiście gołębie, które albo wydłubują robaczki z płotu sąsiada, albo wydziobują ziarenka kaliny, które spadły obok naszego trawnika. Sikorki, to już zupełnie się zadomowiły, odwiedzając tłumnie karmnik i bujając się na tłuszczowej kuli, a dzisiaj po raz pierwszy, na zwiad przyleciały mazurki

 

Ostatnie dni przed południem witają nas mgliście, ale potem pokazuje się słońce, i bez przeszkód można do woli spacerować, kontemlując listopadowe jezioro, pustą plażę oraz marinę bez żaglówek. Wielkimi krokami zbliża się spokojny, zimowy czas nad jeziorem! 

 

 

 

piątek, 18 listopada 2016
Chcecie bajki?

Oto bajka:

"Dawno, dawno temu, gdzieś bardzo daleko, było sobie dobre miasto. Jego mieszkańcy żyli szczęśliwie, śmiali się, bawili i nigdy nie chorowali. W mieście tym było bardzo dużo ciepłego i puchatego. Ciepłe i puchate było miękkie, puszyste, bardzo lekkie i miłe w dotyku. Ludzie mieli taki zwyczaj, że kiedy spotykali się ze sobą, dzielili się ciepłym i puchatym mówiąc: „Tobie puchate i mnie puchate, mnie puchate i Tobie puchate”. A kiedy się dzielili – ciepłe i puchate rosło i było go jeszcze więcej. Ludzie nauczyli się, że kiedy ciepłe i puchate rośnie – ich życie staje się piękniejsze, serca wypełniają się miłością, a ciało jest zdrowsze.

Pewnego dnia do szczęśliwego miasta przybyła czarownica. Jeździła ona po całym świecie i sprzedawała ludziom swoje czary i lekarstwa. Jednak w dobrym mieście nikt nie chciał kupować jej lekarstw, ani nie potrzebował czarów. Wszyscy przecież byli zdrowi i szczęśliwi.
Czarownica chodziła po mieście i przyglądała się ludziom, ich zwyczajom i nie rozumiała, dlaczego nie może niczego sprzedać. Po pewnym czasie zorientowała się, że wszystkiemu winne jest ciepłe i puchate. Kiedyś obserwując jak ludzie się nim dzielą postanowiła uwolnić ich od ciepłego i puchatego i powiedziała do jednego z mieszkańców: „Wiesz? To ciepłe i puchate, które dostałeś od swojego przyjaciela, to wcale nie było jego ciepłe i puchate. On oddał Ci tylko to, co wczoraj dostał od Ciebie”. A do innego mieszkańca powiedziała: „Czy zauważyłeś, że Twój sąsiad dał Ci wczoraj mniej ciepłego i puchatego niż Ty dałeś jemu?”
Krążyła po mieście tak długo, aż zatruła ludziom serca i ludzie zaczęli się sobie nieufnie przyglądać. Coraz rzadziej dzielili się ciepłym i puchatym i chowali je w domach zazdrośnie strzegąc i bojąc się, że je stracą. A ciepłego i puchatego, którym nikt się nie dzielił było coraz mniej.
Pewnego dnia czarownica dała jednemu z mieszkańców trochę zimnego i kolczatego i powiedziała: „Tobie kolczaste i mnie kolczaste, mnie kolczaste i Tobie kolczaste”. I kolczaste urosło. Ludzie zaczęli się dzielić ze sobą kolczastym. Pojawiły się choroby, a szczęście zaczęło znikać z dobrego miasta. Ludzie stali się smutni i niemili dla siebie.
Mijały dni, miesiące i lata. Czarownica sprzedawała ludziom swoje lekarstwa i stawała się coraz bogatsza. Kiedy potrzebowała więcej pieniędzy dzieliła się z ludźmi zimnym i kolczastym i wtedy ludzie więcej chorowali i częściej przychodzili do niej po leki.
Szczęśliwie, dwoje dzieci bawiąc się ze sobą na strychu znalazło w starej skrzyni ciepłe i puchate, które dorośli dawno temu tam schowali, żeby nikt go nie zabrał. Kiedy je oglądali – rozerwali je na dwa kawałki i podzielili między siebie. I ciepłe i puchate natychmiast urosło, a dzieci poczuły, że w ich sercach pojawiła się jakaś radosna nuta. Pobiegły do rodziców i podzieliły się z nimi mówiąc: „Tobie puchate i mnie puchate”. I ciepłe i puchate znów urosło!
I od tej chwili ludzie zaczęli ponownie dzielić się ze sobą ciepłym i puchatym i w ich sercach pojawiało się więcej szczęścia i radości, a ciała mniej chorowały. Wtedy przypomnieli sobie o starym zwyczaju i dawnych czasach. Wypędzili złą czarownicę i starali się dzielić jak największą ilością ciepłego i puchatego. Jednak w ich mieście istniało także zimne i kolczaste, które kiedyś podarowała im czarownica. I odtąd ciepłe i puchate krąży między ludźmi na przemian z zimnym i kolczastym, i tylko od ludzi zależy, czym się ze sobą podzielą. A to, czym się podzielą – rośnie i wypełnia ich serca i myśli."

Bajka ta krąży od lat w sieci. Znam ją od czasu opublikowania jej przez Audrey w swoim dzienniku, który pisała na TS, gdzie i ja zaczynałam swą przygodę z pisaniem w internecie. Nie ma watpliwości, że to bajka  generalnie o dobru, ale także o bardziej niewymiernych sprawach, takich jak empatia, przyjaźń, troska o innych, współczucie, zaufanie, ciepłe uczucia, wyrozumiałość, ogólna przytulaśność i całuśność. I o tym, jak naprawdę ważna jest świadomość tego, jak wiele dostajemy, a także co sami dajemy!

Dlaczego ją przypominam właśnie teraz? Nie wiem, jak Wy, ale ja jakoś wyczułam ostatnio, że w przestrzeni jest zbyt dużo zimnego i kolczastego. Brońmy się przed nim, nie dajmy się mu stłamsić! Akurat niedługo Święta, wyciągnijmy na nowo woreczki, i zacznijmy znów radośnie się nimi dzielić. Wszak Ciepłe i Puchate szczodrze rozdawane cudownie się rozmnaża, i jest go coraz więcej i więcej! Może Ono innych odmieni!

 

 

 

piątek, 11 listopada 2016
Świętujemy!

Rogale marcińskie już są!

Można świętować Dzień Niepodległości! :-)))

 

poniedziałek, 07 listopada 2016
Chlip, chlip!

 

Po raz pierwszy od 47 lat, które własnie dziś minęły od naszego poznania, wliczając w to 4 lata chodzenia i 43 lata małżeństwa, jestem dzisiaj zupełnie sama!

I chociaż powinnam się cieszyć, że wszystko na badaniach jest w jak najlepszym porządku, i jutro powinnam witać Ślubnego w MBD, to jednak dzisiaj jest mi ..... jakoś tak niewyraźnie!

sobota, 05 listopada 2016
Jesienne, jeziorno-leśne klimaty!

W życiu dzieje się czasem dużo, czasem przemija ono w jednostajnym rytmie, ale jednego można być pewnym. To zmienność przyrody, zawsze o tej samej, z czterech pór roku do wyboru!

Nad jeziorem już cisza. Gdzieniegdzie jeszcze żaglówki kryją się wśród szuwarów, czasem jakaś łódź się rozsypie i zostaje na długo, aż do całkowitego zbutwienia, na marinie pustki, odleciały kormorany, coraz mniej łabędzi, na wodzie prym wiodą kaczki, łyski, mewy i od niedawna zadomowione u nas nurogęsi, nawet wędkarze poukładali swoje łodzie nad brzegiem. Gdy wiatr mocno wieje od północy, jezioro przypomina morze z białymi grzywami przewalających sie fal, gdy deszcz, zasnuwa się sinością wielką i mgłami, a gdy spokój, tafla nieruchomieje jak lustro.

 

Bardzo szybko jesienne drzewa potraciły swoje koralowe owoce, jedynie jeszcze irgi pełne czerwonych kuleczek wśród gołych, zapełnionych kolcami gałązek. 

Wśród przyścieżkowych traw i pniów wyrastają dziwne twory grzybiaste i hubiaste.

Za to wśród brzozowych zagajników, zatrzęsienie brzozaków, czasem trafi się sowa lub koźlak. Prawie w ogóle nie było podgrzybków, malo kurek, a o prawdziwkach można zapomnieć. Nie mniej jednak, sos ze smażonych na klarowanym maśle łebków brzozaczków, podlany białym winem i śmietaną , bardzo podkręcił rozpływający sie w ustach schab pieczony w mleku! 

Pod nieobecność Ślubnego, zostałam niejako zmuszona do zaopiekowania się kotem sąsiada, który już wybył do miasta na pobyt zimowy. Stare kocisko wie, że nie jestem jego admiratorką, nie podchodzi do mnie, gdy nasypuję mu karmy do miseczek. Za to nie miał z tym kłopotu jeż. Wylizał do cna wszystko, zupełnie nie przejmując się prychającym ze złości gospodarzem.

Na samotne wieczory, nie tylko ksiązka jest dobra. Także dłubaninka drutowa lub szydełkowa. Drutowanie póki co skończone, co widać poniżej.

Czas pomyśleć o nadchodzących świętach BN. Do wykonania znów mam masę śnieżynek szydełkowych. Muszę też skompletować i pomielić wszystkie składniki do domowej przyprawy piernikowej, przecież w następnym tygodniu należy już nastawić długodojrzewający piernik staropolski!

Ślubny na badaniach kontrolnych w odległym szpitalu. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze! I oby jak najdłużej!

sobota, 29 października 2016
Ćwiczenia z cierpliwości!

Czas powoli biegnie, a z nim sprawy nasze ważne i mniej ważne. I my! Nurt raz leniwy, raz wartki, jak to w rekonwalescencji! I humory takoż!

Prawdą jest jednak to, że sobie mój Ślubny sam zapracował na to, co teraz się dzieje. Zapomniał chyba, że w pewnym wieku, a zwłaszcza 65+ nie należy robic za młodziaka, który może sobie przechodzić przeziębienia, lekce sobie ważyć "granie" w klacie, udawać, że do łodzi nie trzeba woderów, tylko wchodzi się na bosaka, o czapce i ocieplaczu na jesienne wędkowanie nie wspomnę. I tak powoli, sukcesywnie zarobił sobie na zapalenie płuc, które ja wzięłam właśnie za alarm sercowy, bo nigdy nie słyszałam o tym, aby było ono - znaczy się to zapalenie płuc - bez temperatury, kaszlu, a jedynym objawem wielka słabość! Cóż! Człowiek się przez całe życie uczy, zatem nie dziwota, że po wypisaniu pierwszym z naszego szpitala, gdy ślubny dostał nocnych napadów dzwoniłam po "erkę". Na szczęście, po całodziennym pobycie na SORze orzekli, że to tylko panika! Jego! Nie moja! Sic!!!!

Gorzej, że to skierowanie do torakochirurga na Wybrzeżu, na konsultacje, miało się zrealizować po prawie półtoramiesięcznym oczekiwaniu! Taka to przecież codzienność naszej służby zdrowia, że do specjalistów można czekać, i czekać, i czasem się nie doczekać! Dzięki temu jednak, że dostałam pewien namiar od SEKRETARKI BOŻENY, już za 5 dni od naszego telefonu jechaliśmy do specjalisty, a po kolejnych pięciu dniach Ślubny był już w specjalistycznym szpitalu, który jak się okazało, ma prawie ten sam skład lekarzy co sopockie centrum i jako głównego konsultanta, profesora stamtąd!!! Badania miał Ślubny zrobione w ekspresowycm tempie, na wyniki czekało się też niezbyt długo, po czym wypisano mi Go z wyraźnym przykazaniem, aby po 3-4 tygodnich zgłosić się na badania kontrolne! No! Naprawdę! To nie ściema! I właśnie w nadchodzącym tygodniu będzie ponowny wyjazd. Mam nadzieję, że ostatni! Na bardzo, bardzo długo!

A Ślubny ma teraz przechlapane!!! Przeze mnie! Wiem, wiem, nadmiar kontroli nie jest dobry, ale póki co serwuję mu ją w nadmiarze, aby nabył jednak pewnych przyzwyczajeń, które będą raczej skutkowały pozytywnie, co w prosty sposób przełoży się także na jego zdrowie. Póki co, przypominam o podstawowych sprawach, jak ciepła czapka, szalik, kalesony, odpowiednie obuwie. Nie ma prawa wyjść z domu, nawet do domku gospodarczego, bez ciepłego okrycia! Nie może się przeziębiać, i tyle!  Jakiekolwiek sygnały złego samopoczucia kwalifikują go do łóżka! Jego wróg to zimne napoje, pite z lodówki,  przechodzona angina, nie wyleżane przeziębienie czy grypa, o zapaleniu oskrzeli już nie wspomnę!!! Tak powiedzieli lekarze i tego się trzymam. Przypadłość Ślubnego wynikła właśnie z lekceważenia sobie takich podstawowych spraw. 

Nie szalejemy też na rowerach. Spokojna jazda, na niezbyt długich trasach, to nasza codzienność teraz. I wolna marszruta nad brzegiem jeziora, czy w lesie. Gorzej, że mnie zostało coś takiego, że co drugi dzień budzę się w środku nocy, i nadsłuchuję, czy On dycha. Potem chodze jak jakieś zombie, ale nie umiem nad tym zapanować. Pewnie też długotrwałym stresem są  spowodowane uporczywe bóle pleców! Mam jednak nadzieję, że za dziesięć dni wyjdę i ja na prostą, gdy Ślubny będzie już po kontroli, i z pozytywnym jej wynikiem!

Zatem? Jeszcze trochę cierpliwości, a znowu sie uaktywnię!

Bo jednak brak mi tego miejsca!!! :-)))))

Archiwum