Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 09 lutego 2017
Trochę innego świata

Tak się składa, że u mnie spokój i w zasadzie nie ma co pisać, zatem zapraszam na krótkie wypady do Chin, śladami mojego Wnuka.

1. Nad jeziorem Lugu

Są na świecie sprawy, rzeczy, a zwłaszcza ludzie, którzy potrafią zadziwić. Właśnie tacy mieszkają w okolicach jezioro Lugu, na granicy prowincji Junnan i Syczuan. Lud Mosuo! Jedyny, gdzie jeszcze istnieje matriarchat!!!

Najważniejsza w każdym rodzie jest najstarsza kobieta. To ona decyduje o wszystkim. Może wszystko: dać córce klucz do gospodarstwa, które jest przekazywane z pokolenia na pokolenie własnie tak, jak  to sie u nas mówi, czyli "po kądzieli"; rozporzadzać mieniem, decydowac o finansach. Oczywiście kobiety tam robią tez dokładnie to, co my, czyli wychowują dzieci,szyją, gotują, sprzątają, pracują. A panowie? Mają obowiązki, a jakże! Takie jak połów ryb, dbanie o bydło, wykonywanie ubojów, ale przede wszystkim są użyteczni w nocy. Nie ma tam bowiem tradycyjnych małżeństw, tylko tzw. małżeństwa na dochodne. Przy czym to kobieta wybiera. Ma też prawo nim się znudzić i poszukać następnego partnera!

   

 2. Lijiang

Miasteczko wpisane na liste dziedzictwa Unesco. A konkretnie, na tej liście znajduje się kamienna starówka . Zamieszkuje tu mniejszość Naxi, którego częścią jest tez lud Mosuo. Naxi według starej legendy powstali z biedy, gdy jeden z ich protoplastów nie dostał nic na drogę życia od swego ojca. Musiał więc poradzić sobie ze wszystkim zupełnie sam. Stąd istniejące do dzisiaj miejsca wyrobu czerpanego papieru, i nie tylko. Zwiedzając stare miasto mija się setki drobnych warsztatów i sklepików z odzieżą, wyrobami skórzanymi, biżuterią czy wyrobami z drewna. Naxi to jakby wzór ekologów, dbających o ekonomię oraz przyrodę, a ich sposób budowy drewniano-murowanych domów jest gwarancją, że nie zostaną zniszczone przez trzęsienia ziemii.

 

 

3. Qingcheng

Góra ta, to jedna z najświętszych gór taoizmu słynie z wielu zabytkowych świątyń. To jakby zielone płuca ogromnego miasta Chengdu, w którym studiuje mój Wnuk. Aby ją zdobyć można podreptać sobie po schodać, pojechać kolejką linową, lub zostać wniesionym na leżaku! :-) W czasie drogi należy uważać na wszędobylskie małpy, próbujące podkradać turystom wszystko, co znajdzie się w zasięgu ich łap! Na szczycie są termy, z których korzystają liczni turyści, zwłaszcza teraz zimą, gdyż latem, oczy chłoną soczystą zieleń górskich zboczy, barwy przepieknych kwiatów i szum licznych potoków  czy wodospadów.

Całkiem niedaleko, w pobliżu Dujiangyan można podziwiać wpisany na listę Unesco, starożytny system budowli hydrotechnicznych, zbudowany na koncu przełomu rzeki Min, w miejscu jej wpłynięcia na Równinę Chengdu.

 

 

4.Góra Emei

Miejsce magiczne, pełne ciszy, jedna z czterech najświętszych gór buddyzmu, wysoka ponad 3 tysiące metrów. To trzy rozległe wierzchołki,  na których rozlokowanych jest prawie 70 klasztorów, pochodzących z dynastii Ming i Quing, ocalałych z zawieruchy dziejów. 

 

Posąg poświęcony opiekunowi góry bodhisattwie Samantabhadrze (Puxian),   

 

 

 

 

 

środa, 01 lutego 2017
Tak - siak!

Wiadomo, że nie należy się niczym chwalić? Wiadomo! Ale co zrobić, jak się o tym zapomina, i niebacznie pochwali Koleżance, że śpię w moim MBD jak młody Bóg. Długo i mocno. Zero kłopotów z zasypianiem. No, ale to było latem. Potem sie wszystko skiepściło! Bo to, i Ślubny zachorzał, i wszystkie z tym atrakcje potrójnie człek przeżywał, a potem wrócił w domowe pielesze, to już w ogóle było się nastawionym na nasłuch, nawet nocny, i nawet się nie obejrzałam, jak zaczęły sie dwudniówki. Czyli tak, jeden dzień przysłowiowych mąk, aby w końcu na parę chwil zasnąć nad ranem, a na drugi zasypiam momentalnie i śpię słodko nawet kilkanaście godzin! Nic prócz tego się nie dzieje, tylko pani bibliotekarka się dziwuje, co ja tak częstym gościem ostatnio u niej jestem! Trwa to już kilka miesięcy, i w końcu Ślubny się zbuntował, nakazując wizytę u lekarza. Rozumiem go, bo to żadna przyjemność w nocy być budzonym przez połowicę, walczącą z niedosypianiem. No to poszłam do doktorów! Moja lekarka dokumentnie przepytała mnie z przyzwyczajeń, historii dnia, jadłospisu, relaksu i wszystkiego, co się da, aby na koniec przepisac kortyzon, który powinien mnie wyciszyć, cokolwiek to znaczy. Niby to lek przepisywany nawet dzieciom, nie można się przyzwyczaić, i takie tam.... No i co? Ano nic. Nie zadziałał.To znaczy, trochę mniej się męczyłam z zasypianiem, ale za to przed południem chodziłam jak otępiała. Po jednej tabletce. Nie dla mnie takie wynalazki! Ziołowe to już w ogóle nie , i pozostaje mi się pogodzić jedynie z faktem, że ten typ, czyli ja, tak ma! Nadzieja jednak w tym, że jak ruszę w plenery z wiosną, to śpik powróci! Mówi się wszakże, że "stare ludzie nie śpio długo!" Coś w tym chyba jest!

Prace ręczne mają się za to dobrze! Zamknęłam już kurnik!

 

inspiracja była na stronie :ecolacom.pl.tl/

Teraz otwarta obórka na baranki. I furtka w lasy i pola, na  zające lub insze długouche! Akuratnie jestem na etapie wstępnym, czyli przeglądaniem stron różnistych, w celach odpowiedniej inspiracji!

Snuj na szczęście odszedł w siną dal, ale za to przyplątały się korzonki, czy coś tam takiego, co to łupie w krzyżu. Na szczęście nie za mocno. Zachciało mi sie wyciągnąć Ślubnego na balety! Wiejskie disco dla seniorów! Nie powiem, fajnie było, bo ludków niewiele, muzyka odpowiednia, tyle tylko, że przeciągi hulały razem z nami! Zresztą, pal diabli korzonki, najważniejszy fakt przecież, że raz na dwa lata Ślubny się porusza tanecznie przez dwie godziny, bo potem, to już koniec. I do następnego razu ;-)))) 

Byłam pierwszy raz na treningu mięśni dna miednicy. Być może efektem tych ćwiczeń było też to, że przestała mi dokuczać dolna krzyżowa ! No, to by było super! Bo póki co, ćwiczenia dość trudne. Dotyczą mięśni wewnętrznych. Trzeba bardzo mocno wizualizować niektóre polecenia fizjoterapeutki! No i oddychać, oddychać, i jeszcze raz oddychać, a każde ćwiczenie robić na wydechu! Jak się ma tak płytki oddech, jak ja, to jest niezły zgryz. Przyjdzie mi na stare lata uczyć się prawidłowego i głębokiego oddychania!!!!

 

Przez cały weekend będzie u nas Najnajmłodsza! Zaklinamy pogodę w związku z tym. Bo jeśli przyjdzie odwilż, to zero łyżwowania będzie. O sannej już nie wspominając! :-)))) A pogoda póki co, piękna. Leciutki mrozik za dnia, niebo lekko zachmurzone, dużo słońca, zero smogu. Na jeziorze nie tylko wędkarze podlodowi, ale i łyżwiarze, bojerowcy, matki dzieciom -wózkowe, paralotniarze, i co tam jeszcze kto wymyśli! W razie draki, jak się skiepści, to mam plan ciasteczkowania, co bardzo dobrze nam we dwójkę wychodzi!  Wszystko po to, aby jak najmniej dziewczę podłączone do elektroniki było! :-))))) Oczywiście gry też będą, zwłaszcza uwielbiane przez nią "państwa, miasta, itd", no i trzeba się sprawdzić z historii, którą wszyscy lubimy. Odpalimy więc i u nas grę Historia. 

A ludzie to mają czasami tak "wyrąbane", że ło matko pojedyncza! Wracam sobie wieczorem z naszego zumbowania, a nad jeziorem stoja sobie dwa samochody. Na jałowym biegu, oświetlające lód. A na nim dwie rodziny z kilkorgiem dzieci. Od małego, po nastolatki! Jeżdżą na łyżwach, wygłupiają się, czasem znikają z kręgu światła! No i co z tego, że lód niby gruby? Wystarczy małe potknięcie, albo zniknięcie na kilka chwil poza reflektory, wpadnięcie w przerębel po wędkowaniach lodowych ! A niczego nie widać o tak późnej porze, zwłaszcza że po południu padał śnieg! Dorośli, a zupełnie bez pomyślunku! 

wtorek, 24 stycznia 2017
Tak się snuję!

Śniegu już prawie nie ma. Na jeziorze lód wodą podchodzi, i chociaż jeszcze czasem do południa widzi się nachylone sylwetki wedkarzy, którzy prawie modlą się do tych płotek, co pod lodem, to lada moment pewnie ich już nie zobaczymy!

A mnie ogarnął splinik letki, co go snujem zwę, bo faktycznie jakoś tak się snuje po domku, z rzadka po wsi, a już do miasta nie chce mi się kompletnie. Nawet odpuściłam zumbowanie. Dwa razy! Aż zadzwoniły do mnie kuliżanki, czy ze mną wszystko ok! No ok! To, że mnie szczęka boli, to normalka, skoro po baaardzo długim czasie musiałam się udać do zębologa, a ten za remanenty się wziął. I chyba nie mogłabym być nawet najmarnieszym nałogowcem, skoro po dwóch tabletkach przeciwbólowych słaniałam się przez dwa dni, jak przysłowiowy liść na wietrze! Zatem? Snuje się. W tle leci muza lat 80. Od czasu do czasu podłubię szydełkiem, bo akuratnie skończyłam wyrób kurek i kogutków, ale trza im jeszcze grzebienie, dzióbki i tzw. korale wyszydełkować oraz przyszyć ślipka. Tak więc z czystego lenistwa, jak dwie do trzech sztuk dziennie dokończę, to czuję się tak, jak bym na wysoką górę się wskrobała!  Chyba przeczuwałam, że produkcja musi być wcześniej zaczęta! :-)))) Tak w sumie, nie wiem sama, czemu chciałam te kurki i koguty. Zrobione wedle jednej sztancy, czyli dwa okręgi, oczywiście różnokolorowe, to sobie wymyśliłam, że koguty muszą mieć ogony. No! Prawdziwa eureka! Ale, jakoś tak po dziesiątej sztuce stwierdziłam, że to ni pies, ni wydra. No i zakończyłam produkcje kogutów. Zresztą popatrzcie sami, co to za różnica jest! Żadna!

Może im jeszcze nóżki udziergać, co? Tylko z kolei, problem nowy się ukaże, bo jak rozróżnić szydełkowe nóżki kurzęce od kogucich? Wie ktoś? No, i wiadomo, to na kartki ma być, więc sama nie wiem, zwłaszcza dlatego, że to loteria będzie, komu trafi się kura, a komu kogut! Gdyż, albowiem, ponieważ, stadko kurze jest dwa i pół raza większe, jak kogucie. Jak w prawdziwym życiu! Tak mniemam! ;-)))))

Uprasza się nie podśmiechiwać pod nosem z rozterek starszej pani, co to snuje sie po domu, i z braku laku problemy sobie wymyśla. Coś jednak trzeba robić, aby dotrwać do wiosny, c`nie!

sobota, 21 stycznia 2017
BABCIE i DZIADKOWIE

Dla moich Wnuczek, bo Wnuk niestety w Chinach siedzi, naszykowałam pokaźną górkę bezów! Wprawdzie lekko sie zjarały, ale kto by na takie drobiazgi zwracał uwagę, c`nie?  Umówmy się, że dodałam trochę kakao lub cynamonu, i będzie dobrze! :-)))) Potem stwierdziłam, że to trochę za mało, i zabrałam się za produkcję innych słodkości. Do papilotek papierowych zatem powędrowały trufelki kokosowe, z płatków owsianych i baardzo wytrawne, bo kawowe. Te ostatnie dla Starszaków ! 

Póki co, jesteśmy po wizycie Młodszej progenitury, a jutro przyjedzie Starsza! Zatem, zupełnie naturalnie świętujemy dwa dni! :-)))))

Wszystkim Babciom i Dziadkom,  z Bloga,  i nie tylko, życzę cudownych spotkań z młodszymi odgałęzieniem Rodziny, i to nie tylko od Święta! :-))))

 

czwartek, 19 stycznia 2017
Nic takiego

Ptaków różnych u nas coraz więcej. Ostatnio gromadnie zlatuja się dzwońce i zięby! Dzisiaj pierwszy kos się zameldował! Ziaren mają dostatek, to szaleja przy karmnikach! 

A na jeziorze lód już porządny! Amatorzy wędkowania podlodowego szaleją, i potem człowiek się zastanawia, co to jest tam w oddali, a to po prostu, nie żaden wędkarz, tylko kawał krzaczora na przeręblu, który ma nie tylko ją sygnalizowac, ale w póżniejszym czasie będzie ośrodkiem pielęgnacji ikry, którą ryby zainstalują w pływającym igliwiu. Ja się tam na tym nie znam, ale Ślubny jest tego pewien na milion procentów, to chyba więc prawda najprawdziwsza jest!

Na marinie pustki, prócz zaparkowanych bojerów, które i owszem, jakieś ślizgi robią, ale .... no, to nie jest to, co się kiedyś widywało! Za to morsy nasze coraz lepiej sobie radzą, przeręble równo kują i co niedzielę, punkt w południe, meldują się w zimnej wodzie! Od samego patrzenia, człowieka "ograszka" bierze! No, i to byłoby na tyle, bo co tu pisać. Człek sobie siedzi w ciepełku, przy herbatce, względnie winku czerwonym, wytrawnym bardzo. Od czasu do czasu spojrzy się do sieci, czasem coś poczyta, czasem coś w telewizorni obejrzy, czasem sobie spacer nadjeziorny zrobi. I zaduma się wieczorową porą, wracając z zumby, że młodość, to młodość! Pozwala nie tylko rozpalić sobie na jeziorze ognisko, piec kiełbaski, z samochodów puścić muzę, pić piwo czy wino, ale też niczym się nie przejmować! Ech! ;-)))

niedziela, 15 stycznia 2017
Byłam! Tańczyłam!

Wielki finał WOŚP dzisiaj!!!

Nasza grupa tańczyła na głównej scenie, na Rynku. Nie powiem, że nie miałyśmy tremy. Wykonałysmy trzy układy i wszystko poszło gładko! Być może dlatego, że sporo osób nam kibicowało, a Ślubny zrobił parę zdjęć!

czwartek, 12 stycznia 2017
Radości nieduże!

Bardzo spokojnie nam się ten Nowy Rok zaczął! Można nawet powiedzieć, że bardzo leniwie wręcz! Dopiero po tygodniu udało się wszystkich zebrać " do kupy", aby zorganizować wspólny obiad.

Po raz pierwszy gościłam chłopaka najstarszej Wnuczki. No! Jak ten czas leci! Jeszcze pare lat, i pewnie napiszę to samo o Najnajmłodszej!

Sukcesik kulinarny też był, bo nareszcie, po prawie miesiącu od nastawienia do maceracji, przygotowałam sauerbraten. To taki delikates, którego nauczyłam się przyrządzać w Niemczech, ale oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym tej potrawy nie zrobiła po swojemu. A to "po swojemu", to o wiele bogatszy zestaw przypraw korzennych, zamiana octu na czerwone wino, i dłuższy okres maceracji pieczeni wołowej. Podane to było z kopytkami, z dodatkiem sałatki z kiszonych buraków, które pozostały po kiszeniu świątecznego barszczu. Niebo w gębie, to mało powiedziane, i chociaż miałam niezłą ilość przygotowane, to zniknęło w oka mgnieniu.

Zima spokojna u nas, nie dająca do wiwatu specjalnie. Pozwala to na długie spacery nad jeziorem , które i owszem, niby zamarzło, ale jakoś nikt nie ma ochoty sprawdzać tego, odchodząc daleko od brzegu! Podejrzewam, że jeśli temperatura powietrza bedzie w granicach zera, to zacznie znowu tajać.

Najlepszą rozrywką jest jednak podglądanie, kto do nas zawitał. Bardzo rano zdarza się, że zza niedalekich chaszczy wyjdzie para saren, i stapając ostrożnie przemknie się koło płotu. Do karmników prócz chmar sikorek, mazurków i wróbli - podlatują czasem dzwońce, rudziki i zięby. Obserwowanie tego towarzystwa sprawia nam prawdziwą frajdę. Sa i inni goście, jak na przykład mała nornica, która zrobiła sobie gniazdko pod domkiem gospodarczym, i bardzo często korzysta z resztek ptasiej stołówki, bo wiadomo, że zawsze coś tam spadnie obok.

Ślubny już przegląd sprzętu wędkarskiego robi, a ja ostatnio bardzo ostro ćwiczę z naszą zumbową grupą. W niedzielę występujemy na rynku. Wszak zagra WOŚP!

środa, 04 stycznia 2017
Aksel i reszta!

Zapowiadano, zapowiadano, a ja i tak jakoś nie wierzyłam. Bo najpierw była "Barbara". Okropność wielka miała być, ale u nas jakoś niespecjalnie sie popisała!

Teraz miał być orkan, czy jakieś insze ustrojstwo wiejne, o nazwie Axel. Tośmy czekali, co zacz! Po drodze, czyli wczoraj, jak wracałam z miejskiej zumby, uchwyciłam w smartfona takie coś!

Prawda, że ślicznie! I już dawno nie widziany widok. 

Ale jednak od rana dzisiejszego coś było inaczej. Padało? Gdzie tam padało! Śnieżyło!!!  Nieźle zresztą, z mniejszym lub większym natężeniem, drobnym gryzem snieżnym, lub ogromnymi płatkami, układającymi sie na podłożu jak najlżejszy puch kaczy, w miękką puchową pierzynkę!

Po południu zaczęło wiać. Zrazu spokojnie, ale z godziny na godzinę coraz mocniej i coraz prędzej. Kiedy wychodziłam wieczorem na naszą wiejską zumbę, zawierucha była już potężna, ale wierzyłam, że jednak jakoś dojdę do celu. Ale po drodze akurat wietrzysko wzmożyło swoją siłę. Szłam promenadą nadjeziorną, na której tak to mniej więcej wygląda, że wprzódy jest brzeg jeziora, potem około 3-4 metry trawiastego odcinka, dalej 1.5 metra ścieżki pieszej, potem 1,5 metra ścieżki rowerowej, i na koniec około 2 metry trawy lub chaszczy, do granic działek nad jeziorem. A fale, których wielkość na tym jeziorze doprowadziła mnie do niespotykanego dotąd zdumienia, z racji ich natężenia i wysokości - waliły z taką siłą, że opluwały mnie, idącą pod opłotkami!!!!

Zdjęcia zrobione smartfonem. Te białe linie, to płatki padającego śniegu, więc dokładnie widać, jaka była wichura, chociaż już w tym momencie niezbyt silna, a teraz, gdy piszę tego posta, nawet jej nie słychać za oknem.

Tuż nad brzegiem. Wiatr już cichnie, ale widać po prawej stronie rozbryzgujące się fale! Nie wiem, jak będzie dalej, ale mnie się marzy taka zima, jaką znam z czasów nie tylko dzieciństwa i młodości, ale z póżniejszych także, już lat dojrzałych. Gdy śniegu było mnóstwo, dzieciaki szalały na sankach, albo na łyżwach. Przyjeżdżało się wtedy z miasta nad nasze jezioro, i szło na drugi brzeg, wsłuchując się w stęknięcia lodowej powierzchni. Sylwestry były cudne, gdy się wracało z trzaskającym mrozem, który momentalnie gasił dymiące czupryny!!! A Sylwester 1978/9, w czasie zimy stulecia, to był cud - mniód- malina , do kwadratu zresztą! Zabawa od pewnego momentu bez elepstryczności, z oświetlonymi przez świece stołami, z orkiestrą naszą miejską, bardzo w onych czasach popularną, która mogła tylko wykorzystać instrumenty perkusyjne i klawiszowe. Oraz własne, naprawdę wspaniałe głosy! Bawiliśmy się wszyscy do rana białego. A potem niespodzianka, bo sniegu na kopy! Ech, to se ne wrati, Pani Hawrankowa! :-)))))

A może jednak?????

:-))))

piątek, 30 grudnia 2016
Do Siego Roku!

 

Wszystkim  życzę:

"Pomarańczowej czekolady i ptasiego mleczka

Wiary, że ludzie są w sumie dobrzy

Miłości w każdej postaci

Poezji i prozy

Muzyki, która oszołomi

Filmów, które bolą

Szklanki do połowy pełnej

Kłótni i powodzeń

Zdolności zdziwienia bez względu na wiek

Ciekawości świata,

Dystansu do samego siebie

Pasji i nadziei

Dostrzegania radości i piekna w najmniejszych skrawkach codzienności

Momentów olśnienia na szczycie góry, w zakolu rzeki, w lesie, nad jeziorem, o świcie i  zmroku

Przekonania, że życie jest jednak piękne! "

:-)))))

wtorek, 27 grudnia 2016
No i po świętach!

Udało się,bo tak miało być! Wigilia u mnie, z paroma kulinarnymi niespodziewajkami, miedzy innymi zamiast pierogów były uszka. Synowa miała swego ulubionego karpia, a Wnuczka najstarsza zupke grzybową. Botem radość Najnajmłodszej, bo mogła znowu rozdawać paczuszki od Gwiazdora. Było niedowierzanie Dziewczyn dorosłych z szydełkowych cudaczków od mua. Był śmiech, wspominki i kropelka białego wina...

Nasz stół świąteczny natomiast, jak co roku, bardzo skromny. Biały obrus, na środek specjalny bieżnik, biała porcelana, dwa kolory serwetek, stroik ze świerku, czerwonej kokardki przywiazanej do ususzonej limonki, i po bokach małe czekoladowe misie i bałwanki. 

Progenitura zaproponowała, aby nie uzywać komórek!!! Ten, kto sie wyłamie, za karę bedzie na koniec wszystko musiał zmyć ręcznie! Nie wolno użyć zmywarki! Aplauz dorosłych był całkowity, Młodzieży niekoniecznie, ale nikt sie nie wyłamał do końca, czyli do wyjazdu na własne śmiecioszki! :-))))

Nasi ulubieni z Rodziny i Znajomych, nie tylko Blogowych dopisali, że aż nie do wiary! Tyle kartek to jeszcze nie miałam. Do tego, jak zwykle z Oldenburga puszeczka najwieksza ( na dole ją widać) , jak do tej pory, pełna ciasteczek od Herbiego, i nowy kalendarzyk od Helgi! 

A potem pierwsze dopoludniowe świętowanie, czyli odpowiadanie na maile od znajomych, i wędrówka w tym samym celu po blogach. W tym czasie Ślubny Trylogię zaliczał. Po południu zaś obiadek u Córki Wiewiórki, zakończony kawą i słodkościami, i stanowczą odmową kolacji, bo ile stary człowiek może zjeść, no ile?

Drugie przedpołudnie świąteczne to praktycznie całe zajęte dla mnie przez dwie części Przeminęło z wiatrem, a dla Ślubnego kontynuacja Trylogii. Popoludnie zaś, to obiad u Synka Muminka, też zakończony kawką i czymś tam mocniejszym, ale robiłam za kierowcę, to mnie to specjalnie nie obchodziło.

 

A największa niespodziewajka? Grudnik zaczął kwitnąć! Na biało-różowo!!! 

Pierniczki od Herberta - mistrzostwo świata, a tak w ogóle, to niemieckie ludki baaardzo w tym roku sie postarali. Na smartfona przyszło tyle fajnych gifów i filmików, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam też naumieć się wrzucania tego czegoś do mego telefonu! 

Całe szczęście, że dzisiaj zumba była! :-)))

Archiwum