Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
sobota, 17 marca 2007

Robić nic!

Akurat miałam sobie nałozyć maseczkę, kiedy na gadanie skypowe wyciągnęła mnie jedna przyszła Babcia. Gaduliłyśmy dobrą godzinę. A teraz maseczka już nałożona. Trzeba poczekać pół godziny, to może potem w lustrze zamiast szarej i zmarszczonej gęby, pokaże się coś jaśniejszego. Skracam więc sobie ten czas  oczekiwania buszując po blogach, przy kawusi. Całkiem przyjemnie, chociaż może nie za bardzo twórczo. Bo przecież to marnowanie czasu jest. Nie piszę wszak książki, ani wiersza. Nie maluję obrazu. Nie rzeźbię. Nic nie robię przecież. 

Ale ja już się w życiu narobiłam. I okazuje się teraz, że to moje robienie teraz psu na budę się zda. Bo w złych czasach robiłam, złe nawyki przyswajałam, podziwiałam nie te autorytety co trzeba. W ogóle to wszystko "tamto" było be... i o kant d..y można rozbić.

To robię "nic". Jak w piosence. Chociaż, nie! Nastrój sobie robię. Bo wczoraj dyplomacją babską Ślubnego tak przekabaciłam, że wyszło na moje. On oczywiście jest święcie przekonany, że to ja uległam. Niech jest! Swoje wiem. Dlatego sie nastrajam pozytywnie. A jak się dobrze nastroję, to może jakieś słodkie przygotuję. Bo pewnie Dziecka przyjdą z życzeniami do Ślubnego. Wnuki do jutra zostaną. To muszę byc " na fleku"!

czwartek, 15 marca 2007

Krótko!

Nerw mnie trzyma od wczoraj na moje ślubne szczęście. I nawet basen wczorajszy, ani dzisiejszy długi, przedpołudniowy spacer nic nie zmieniły. "Zawiesiłam" się!!!

poniedziałek, 12 marca 2007

Takie tam...

Umówiłam się dzisiaj z Córcią, że idziemy na zakupy. Zadanie do wykonania: kupno firanek do przyszłej sypialni. Ściany są koloru lila-róż. A firanki, które zostały zakupione są jasno fioletowe, na nich jasnoceglaste liliowce, z długimi, zielonymi liśćmi. Do tego kupiłyśmy lamówkę i taśmę do marszczenia. A co tam! Niewiadomo kiedy ta "sipialka" będzie, to chociaż niech okno wygląda porządnie. Córcia uszyje wszystko i będzie Ok.

Jak Ślubny się wyspał po nocce, to zaczęłam marudzić, że jak w końcu nie kupi drewnianego taboreciku, to zacznę bałaganić. Bo ja niestety, jak w niebie wzrost rozdawali, to po rozum stanęłam. Teraz mam problemy, jak na "wyżki" trzeba się drapać, czyli do pawlacza, albo wysoko w szafy. A moje ślubne szczęście, chociaż obiecało mi onegdaj, że kupi drabinkę, to tyle ją widziałam. Pewnie dlatego, że remont się będzie przez następny rok z okładem ślimaczył, to czuje się zwolniony z obietnicy. To zaraz się okazało, że On ten taboretek musowo musi ze mną kupować! Jakby to wielkie mecyje były, kupić taki prosty mebelek! Ale co miałam robić? Pogoda ładna, to pojechałam. Taboretek został zakupiony, za jedyne 30 złotych polskich, a przy okazji tośmy pozwiedzali wszystkie sklepy meblowe w mieście. Ślubny się przymierzał. Do mebli oczywiście. Też nie wiem, po co, skoro za rok wszystko może się zmienić. No, ale chciał, to miał!

sobota, 10 marca 2007

Refleksje po...!

Trzy dni temu Teściowa obchodziła Urodziny. Jest wieloletnią tradycją, że wszyscy, bez zaproszenia, w ten właśnie dzień idziemy do Niej z życzeniami. Mój ślubny , od czasu jej przeniesienia się do Szwagrów, nigdy nie poszedł swojej Mamy odwiedzić. Zaparł się. Żadne tłumaczenia, czy wskazywanie, iż nie może się przecież gniewać do końca świata na własną Matkę, że w zasadzie cała ta "afera" to sprawa jego Siostry, do niego nie docierają. Oznajmił mi, że nie pójdzie na Urodziny, i już. Nie czuje się zaproszony. Chyba przez ostatnie dwa tygodnie nie było dnia, abym mu nie perswadowała, że tak nie można. Poszedł w końcu, ale poza złożeniem życzeń, prawie wcale się nie odzywał. Atmosfera była jakby sztuczna i tylko dzięki naszym i Szwagierki Dzieciom i Wnukom, jakoś udało się dotrwać do końca.

Mnie tylko cały czas zastanawia inna sprawa. Bywam tam średnio raz w miesiącu, bo Szwagierka zawsze farbuje mi włosy. I niby wszystko jest ok. Niby obie - Teściowa i Szwagierka chcą mi udowodnić, jak to wszystko między nimi dobrze funkcjonuje, jaka Mama jest szczęśliwa i zadowolona. Ale ja wyczuwam jakiś dziwny fałsz w tym wszystkim. Takie ciu, ciu, ciu dla mnie to jest i mydlenie oczu!

Bo jeśli stary człowiek, po przeszło 30-stu latach mieszkania samemu, zostaje nagle wyrwany i przesadzony w inne środowisku, nawet jeśli to Rodzina, to jednak powienien tam mieć swoje miejsce. Tymczasem pokój, w którym Teściowa chyba tylko śpi, jest jednocześnie gabinetem fryzjerskim,w którym szwagierka przyjmuje swoje klientki, także mnie. Tam się myje włosy, farbuje, strzyże, suszy, modeluje.Oprócz lustra, szafek z utensyliami fryzjerskimi i  stertą katalogów z różnymi fryzurami, fotelem dla klientek i kanapy, nie ma żadnych oznak, że mieszka tam starsza osoba. Żadnych bibelotów, rzuconych gdzieniegdzie części garderoby, fotografii, obrazów, puzdereczek, nic. Co więcej, Teściowa, jak się zdrzemnie w saloniku we fotelu, zaraz jest przeganiana na kanapkę, albo do kuchni. Stara Matka nie ma swojego miejsca! Po prostu, nie ma! Czy Ona w tym wszystkim dobrze się czuje, śmiem wątpić. Możliwe, że szukam dziury w całym, pewnie też powinnam sobie powiedzieć " nie moje małpy, nie mój cyrk",ale ten obrazek mi zupełnie nie pasuje do tego, jakim stara się mnie epatować Szwagierka. I pewnie machnęłabym na to wszystko ręką, gdyby ta sprawa mnie pośrednio nie dotykała, właśnie za sprawą Ślubnego. Którego stres, właśnie z powodu "afery przeprowadzkowej" trwa i odbija mi się już niezłą czkawką!

Tylko, co ja mogę????

czwartek, 08 marca 2007

Auuuu!

" Chodzi lisek wkoło drogi, nie ma ręki, ani nogi!"

                                                                 fragment piosenki z przedszkola

Ło matko! W życiu nie przypuszczałam, że ten aqua fitness to wcale nie takie proste, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało! Samo utrzymanie się w pionie podczas ćwiczeń, to już niezły wyczyn. Zwłaszcza trzymanie stóp płasko na dnie basenu. A skoordynowanie odpowiednie rąk w trakcie ćwiczenia nogami, to jest dopiero niezła szkoła jazdy. Także ćwiczenia na piance wypornościowej wymagają niezłej zborności ruchów. Faktem jest, że zadyszka może mniejsza, jak w trakcie tradycyjnej gimnastyki, i niby nie jest człowiek zmęczony. Ale dzisiaj wszystkie odnóża mnie bolą. Kark też. Chyba na następny raz będę musiała sobie przerwę zrobić między ćwiczeniami a pływaniem, bo wczoraj zaraz po pożegnaniu instruktorki pływałam przez 45 min.bez przerwy. A tak, pomiędzy pójdę sobie na rzeczkę masującą, albo na bicze szkockie.

Dzisiaj córcia zaprosiła na kręgle, to muszę być w pełni sprawna, więc idę sobie na kanapkę. Z kawusią! Obejrzę sobie film jakiś! Będę dochodzić! Do siebie! Hi,hi,hi!

Wszystkim odwiedzającym KOBIETOM Życzę przemiłego dnia!!!

środa, 07 marca 2007

Wesoło!

"Wesołe jest życie staruszki, wesołe, jak piosnka jest ta!

Gdzie stąpnie, zakwitną jej dróżki, i świat doń się śmieje: ha,ha!"

                                                             Piosenka w  wykonaniu Wiesława Michnikowkiego

Słoneczko od rana operuje przepięknie. Poszłam sobie na spacerek do miasta. Dochodze do rynku i słyszę, jak orkiestra uliczna gra "Suliko". Siadłam sobie na ławeczce, rozpięłam kurteczkę, pycho wystawiłam do słońca. Przymknęłam oczy. Odjechałam! Ale pięknie! Jak prawdziwa babcia-emerytka, która ma tylko wspomnienia.

Ale pokrzepiona duchowo, rozgrzana słońcem, zadyszana od szybkiego marszu,wpadłam do mieszkania i z tego rozpędu 3 okna umyłam. Obiadek szybkościowy zrobiłam, czyli zupka z ostatnich jesiennych gąsek na śmietanie, a do tego ziemniaczki dukane ze spyrką. Teraz czas szykować się na imprezę rodzinną. Idziemy na Urodziny Teściowej. A wieczorem 2 godziny fitnessu wodnego. Wykupiłam karnet i dziś idę pierwszy raz. Będę więc się gimnastyczyć i pławić! Hi,hi,hi!

czwartek, 05 października 2006
Zimno, brrr!

 Szefowa sobie pojechała załatwiać swoje sprawy. Nie napaliła jednak w c.o. A ja nie umiem, niestety. Dla mnie każda technika, to zguba.

A w tym moim piwnicznym biurze ziąb straszny. Niby sie nie czuje tego na wejściu, ale po przesiedzeniu w nim 6 godzin jestem lodowata. Najlepsza radochę to ma mój slubny, jak wracam z pracy. Po jakieś godzinie zaczynam odtajać i robie sie czerwona jak burak, nie przymierzając, jak starszy pijaczyna.

Zrobiłam sobie gorącej zielonej herbaty i naprzemian to stukam w klawiaturę, to obejmuje kubek miłośnie i kradnę z niego to parujace ciepełko. Oby do 15.

A na działeczce, drugi raz w tym roku kwitnie kalina. Aż dziw! Czyżby jesień  miała być długa i ciepła?

środa, 04 października 2006
MOŻE JEDNAK NIE BYŁAM???

Myszą oczywiście! Bo zgodnie z powiedzeniem, kto nie kocha kotów, w poprzednim wcieleniu był myszą.

Ja koty toleruję jedynie. Chociaż jak dwie sąsiadki z naszej ulicy - typowe kociary - karmiące całe hordy bezpańskich kotów pojechały na wczasy i do sanatorium, część kotów przeprowadziło sie do nas i nie było zmiłuj się. Trzeba było przejąć troske nad ich żołądkami.

Chyba nieźle nam ze ślubnym to wychodziło, bo w niedzielę po południu jeden z kotów, przepiekny rudzielec przyniosł nam na działkę i położył na trawie świnkę morską. Biedactwo było całe zestresowane, miało jedną łapke lekko przez kota przetrąconą, ślepki zaropiałe. Widać było, że albo uciekła właścicielom, albo ją wyrzucono, bo chuda była niemożliwie. A była prześliczna. Długie futerko koloru ciemnego rudego, a oczka aż do uszek okolone brązowo-czarnymi okularkami.

Co było robić! Zajęlismy sie tym kocim darem. Ślubny sklecił jakieś pudełko, nawrzucalismy podartych gazet, dalismy maleństwu skrawki jabłek i marchewki, wody w spodeczku. Popiskiwała cichutko, a my co chwile sprawdzalismy czy żyję. Nawet w nocy kilkakrotnie wstawalismy, jak do niemowlaka.

W poniedziałek ślubny zawiózł ja do sklepu zoologicznego, gdzie sie nią troskliwie zajęto. Właścicielka sklepu powiedziała,że świnka by nie przeżyła, gdybyśmy jej w czas nie wyratowali.

Ale tak sobie myslę, że to chyba kotów zasługa! Hi,hi,hi! Więc może nie byłam myszą, skoro taki dar mi jeden z nich przyniósł i pozwolił ocalić maleńkie życie?

środa, 20 września 2006
Nadchodzi ocieplenie???

12:42:23

W ostatni weekend  przyjechali do nas nad jezioro młodzi z dzieckiem. Niby nic wielkiego, ale dla mnie niespodzianka, bo przez całe lato synowa się u nas w chacie nie pokazywała. Stosunki między nami chłodne były bardzo i prawie wyglądało na to, że po wyprowadzce na swoje "śmieci", będzie tak samo. Jakie więc było moje , miłe zresztą zdziwienie, gdy przez całe dwa dni odnosiła się do mnie prawie serdecznie. Ba, nawet dwa razy sie pomyliła i "mamo" do mnie powiedziała, co sprawiło, że prawie szczęka mi opadła ze zdumienia. Do tej pory było tak, że albo zwracała się do mnie bezosobowo, albo w porywach serca, per "babciu". Czyżby następowało ocieplenie? Byłoby dobrze, nie tylko ze wględów na nas obie, ale dla całości stosunków rodzinnych.

Tak, po prawdzie, ja się nie upieram przy tej mamie. W końcu jestem dla niej obca kobietą, z którą jest połączona mężem i dzieckiem. Mogłaby ta babcia zostać, bo to prawda i pewnie synowej łatwiej to wydusić z gardła. Najgorsza jest taka forma bezosobowa, rzucania słów w przestrzeń. I domyślaj się człowieku, czy to napewno o ciebie chodzi.

Jedna z moich koleżanek z synową jest na ty. Stwierdziła, że przecież matką to ona jest dla swoich dzieci, a różnica wieku jej zupełnie nie przeszkadza, by się tykać. To nawet dobry pomysł, ale chyba tylko wtedy, gdy z synową się jest na stopie prawie koleżeńskie, tak jak u mojej koleżanki. Jeśli jednak jest tak, jak w naszym przypadku, kiedy przechodziłyśmy przez parę faz od tolerowania ( z mojej strony ) do prawie nienawiści ( z jej strony) to nie wiem, czy to miałoby sens, chociaż ja nie mam i nie miałam nigdy oporów z przechodzeniem na ty z osobami młodszymi ode mnie o całe pokolenie.

Ano nic! Pożyjemy, zobaczymy!

poniedziałek, 11 września 2006
Lekki dyskomfort!

Zawsze, gdy moje ślubne szczęście ma urlop, ja czuję się niedowartościowana!

Nie, nie! Nie jako osoba!

Brzęczącej mamony mi brakuje najzwyczajniej.

Tak się złożyło, że dobrych parę lat temu, kiedy na rynku pracy była u nas straszna posucha i co chwile lądowałam na bezrobociu, zarządzanie naszymi funduszami przejął mój slubny. Zbiegło się to w czasie  z tym, że w jego firmie wszyscy dostali swoje konta. Jakoś później, gdu już miałam stałe wpływy - nie pomyślałam o założeniu własnego konta, bo nawet nie widziałam potrzeby. Jak chcieliśmy wziąźć jakiś kredyt, to nawet było lepiej, że gotówka przychodziła z kilku źródeł. Potem ja jeszcze dodatkowo pracowałam w barach latem i nigdy nie narzekałam na brak "swoich" zaskórniaków.

Ale już w barach nie chce mi sie dorabiać, bo z wiekiem stwierdziłam, że mi za ciężko. Natomiast brak mi właśnie takiej możliwości zagospodarowania "lewego - mojego" grosza z codziennych wydatków, jak jesteśmy tu na wsi i ślubny właściwie robi wszystkie zakupy w mieście, gdzie jest taniej.

Powie kto, baba się czepia. No, może, bo przecież to sytuacja raz na jakiś czas, gdy jestem odcięta tak zupełnie od kaski. Ale dyskomfort jest. I nie chodzi tu wcale o tak zwane podbieranie, bo gdy coś potrzebuję, to zawsze grosz dostanę. Ale jakoś mi dziwnie właśnie wtedy prosić go, aby dał mi parę papierków, bo wtedy lepiej się czuję.

Archiwum