Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 10 marca 2017
KOLEGOM!

 

 

 Z miłym uśmiechem nie tylko dla kilku Rodzynków, którzy tu zagladają! :-))))

czwartek, 09 marca 2017
Chyba się dzisiaj upiję!

Przez jedenaście lat pisania tutaj, rzadko zabierałam głos na tematy polityczne!

Ale dzisiaj?

Jupi!!!!!!!!!!!

Mam tylko piwo, którym sie podzielił mój Ślubny ze mną! Ale co tam! Piwem tez można wznieść toast! 

Górą Nasz Człowiek! :-))))))

środa, 08 marca 2017
Dla Nas - nie tylko od święta!

 

Wszystkiego dobrego Dziewczyny!!!!

Miłego dnia! 

Dla Was i dla mnie też!

:-)))))

piątek, 03 marca 2017
I znowu - rok na bok!

We wnętrzu każdej dojrzałej kobiety, mieści się młoda, sprzed wielu lat dziewczyna,

przegladając się w lustrze swego życia w nieustannym zdziwieniu kolejny dzień zaczyna.

I we mnie też mieszka tamta dawna młodość, łapiąca chwile szczęścia i czułe serca drżenia.

Jestem kolekcjonerka wschodów i zachodów słońca, ciągle snującą nierealne marzenia.

Każdego dnia uparcie nizam na sznurek życia, koraliki z najpiękniejszych wspomnień,

gdy szarym zmrokiem srebrzy się księżyc, zachwyt nad życiem siada na kanapie u mnie.

Noszę w sobie wszystkie upalne lata, jesienne liście i październikowe piękno złote,

mroźne, śnieżne zimy , wiosennie zielone nadzieje, migot gwiazd i miłość i tęsknotę.

Dlatego dobrze wiem, że w środku dojrzałej kobiety, mieszka młoda dziewczyna,

choć inną ma już twarz i ciało, dostrzega upływ czasu, ale wcale nie chce go widzieć; 

i nieustannie dziwi się, kiedy i jak to właściwie się stało!

Barbara Anna Lesz

Od kilku lat swoje urodziny spędzam także w dobrym, Waszym, towarzystwie!

Torcik i wino czekają! Serdecznie zapraszam i dziękuję, że ciągle jesteście ze mna! :-))))


poniedziałek, 27 lutego 2017
Rozbieg, wpadka i ten ktoś...

Powinno się zawsze pamiętać, aby liczyć siły na zamiary! Powinno! Ale teoria, to jedno, a praktyka - drugie!

A zaczęło się bardzo niewinnie! Miejskozumbowo jesteśmy akuratnie po pierwszym zebraniu stowarzyszenia"aktywni50+". I prawie natychmiast zorganizowany został wieczór ormiański, z obszerną multimedialną prezentacją Armenii, degustacją potraw tamtego regionu, a na koniec wspólna nauka kaukaskich tańców. Wiejskozumbowo natomiast dostaliśmy od sołtysa dofinansowanie, które może i wielkie nie jest, ale.... pierwsze koty za płoty! Idąc za ciosem, udały się także babskie tańce w pierwszy dzień zapustny. Objedzona pączkami, nieuważna byłam i nawet nie wiem kiedy, tak mi w ferworze tańcowania któraś kumpela nadepneła na stopę, że myślałam, iż odfrunę! A następnego dnia jeszcze zaliczyłam trening kręgosłupowy, potem ćwiczenia miednicy, aby wreszcie zakończyć to zumbowaniem. Efekt wiadomy. Weekend prawie cały przepędzony w pozycji leżącej, a każdy krok, to ból bioder i przyległości też! Jakam stara, takam głupia, chciałoby sie powiedzieć! Dobrze, że  Córka-Wiewiórka nas obiadem podjeła niedzielnym, bo pewnie Ślubny na sucho by był! ;-)

A teraz przedstawiam tego kogoś! Kogutek tęczowy! Do pilnowania stadka zeszłorocznych kurek! Zainspirowany zdjęciem ze strony  kunstbyiris.blogspot.com/ ! Może nie jest doskonały, ale z biglem, czyż nie? :-))))

czwartek, 23 lutego 2017
Słodkiego dnia!

A ja tymczasem do kuchni zmykam! Ciasto drożdżowe juz prawie wyroslo! Czas lepić pączusie, bo mogę nie zdążyć do popołudnia, gdy Progenitura zjedzie na tradycyjną babciną słodycz! :-)))))

czwartek, 16 lutego 2017
Szklanka, zadyszka i barany!

W ubiegłym tygodniu, nasza śnieżna uliczka zamieniła się w lodową. Ponieważ jednak jest to droga nieutwardzona, całkiem sporo na niej dołów i górek wyżłobionych na przełomie jesieni i zimy kołami nielicznych samochodów. W ciągu dnia, jakos szło sie poruszać, ale późnym wieczorem, wracając z zumby, musiałam wlec się po tym lodzie noga za nóżką. Nie , nikt tej uliczki nie odśnieża, nie wysypuje solą, a piasek to rzecz prawie nieznana. Do czasu, aż Ślubny wracając z miasta, nie mógł podjechać na naprawdę niewielką stromiznę naszego podjazdu. Oczywiście, nie obyło się bez złośliwości z mojej strony, no bo jak to, taki akuratny człowiek, a nie przygotowany na lód? Migiem załatwiał piach i posypywał nie tylko podjazd, ale część ulicy. I zaraz mi sie przypomniało, jak przed laty, jeszcze w mieście, kupował łopatę do odśnieżania: dopiero wtedy, gdy tak zawiało garaż śniegiem, że dostać się do samochodu nie było można. Nie wiem tylko, czy to stan bezmyślności przynależny tylko jemu, czy tyczy całości męskiego klanu! ;-) 

Za to od wczoraj, przepięknie. Słońce świeci od samego rana, zero wiatru, mrozu brak. Na dodatek ptaszory chyba jakieś wczesnowiosenne zaczęły trele, aż słuchać miło. Nie mówiąc o kocie sąsiada, który to  - kot, nie sąsiad - poczuł zew natury, i na karmienie przywleka się z mozołem takim, jakby przynajmniej ze wszystkimi wioskowymu kocurami toczył boje! Akuratnie tak się złożyło, że Ślubny poszedł do innego sąsiada z pewną fuchą do wykonania, to pomyślałam sobie, że po długiej przerwie pójdę pokijkować. A przy okazji mały zakup zrobię, bo cebuli mi zabrakło, a na obiad miał być bób. Poszłam! A jakże! Ale zmachałam się tak, jak bym 50 kilometrów przeszła! A było tylko niecałe 4! Padłam, jak kawka! Ani ręką, ani nogą! No, szok prawdziwy dla mnie, bo wychodzi na to, że moje zimowe zumbowanie to pikuś zaledwie, a nie budowanie siły na większe wyzwania, typu rower na ten przykład!  

W obórce przybyło aż pieć baranków! Brak im jeszcze wstążeczek z dwoneczkami i paschalnej choragwi, ale to drobiazg. Napracowałam się, że ło matko pojedyncza! Bo ponoć to sztuka jest takie twory robić. Amigurami się nazywa, czy jakoś tak. Zwłaszcza nad długowłosą pomorską i karakułem się nabiedziłam! Ale od początku. Najpierw trzeba było poszukać wzorca. Znalazłam! Pomysł podstawowy i instrukcja na stronie http://fascinata.blox.pl/html. Jak zrobiłam trzy sztuki wymyśliłam, że warto przypomnieć sobie pętelkowanie. No, i potem przypominałam sobie przez trzy dni, aż wreszcie uznałam, że mogę robić. O tym, że mam paluchy za sztywne i za krótkie nie wspomnę, ale jakoś jedną sztukę dałam radę wymodzić. Rozzuchwalona wlasnymi umiejętnościami, poszperałam w necie i znalazłam moja karakułę. Na stronie http://solny-swiat.blogspot.com/, znalazłam opis wzoru, wprawdzie zastosowany do szydełkowej kurki, ale pare wpisów dalej, do wykonania właśnie baranka. Zrobiłam oczywiście, po drodze prułam trzy razy, bo ciągle mi falował grzbiet, ale w końcu się udało. I starczy! Takie eksperymenty to już chyba nie dla mnie. Ale pochwalić się pochwale, a co!

czwartek, 09 lutego 2017
Trochę innego świata

Tak się składa, że u mnie spokój i w zasadzie nie ma co pisać, zatem zapraszam na krótkie wypady do Chin, śladami mojego Wnuka.

1. Nad jeziorem Lugu

Są na świecie sprawy, rzeczy, a zwłaszcza ludzie, którzy potrafią zadziwić. Właśnie tacy mieszkają w okolicach jezioro Lugu, na granicy prowincji Junnan i Syczuan. Lud Mosuo! Jedyny, gdzie jeszcze istnieje matriarchat!!!

Najważniejsza w każdym rodzie jest najstarsza kobieta. To ona decyduje o wszystkim. Może wszystko: dać córce klucz do gospodarstwa, które jest przekazywane z pokolenia na pokolenie własnie tak, jak  to sie u nas mówi, czyli "po kądzieli"; rozporzadzać mieniem, decydowac o finansach. Oczywiście kobiety tam robią tez dokładnie to, co my, czyli wychowują dzieci,szyją, gotują, sprzątają, pracują. A panowie? Mają obowiązki, a jakże! Takie jak połów ryb, dbanie o bydło, wykonywanie ubojów, ale przede wszystkim są użyteczni w nocy. Nie ma tam bowiem tradycyjnych małżeństw, tylko tzw. małżeństwa na dochodne. Przy czym to kobieta wybiera. Ma też prawo nim się znudzić i poszukać następnego partnera!

   

 2. Lijiang

Miasteczko wpisane na liste dziedzictwa Unesco. A konkretnie, na tej liście znajduje się kamienna starówka . Zamieszkuje tu mniejszość Naxi, którego częścią jest tez lud Mosuo. Naxi według starej legendy powstali z biedy, gdy jeden z ich protoplastów nie dostał nic na drogę życia od swego ojca. Musiał więc poradzić sobie ze wszystkim zupełnie sam. Stąd istniejące do dzisiaj miejsca wyrobu czerpanego papieru, i nie tylko. Zwiedzając stare miasto mija się setki drobnych warsztatów i sklepików z odzieżą, wyrobami skórzanymi, biżuterią czy wyrobami z drewna. Naxi to jakby wzór ekologów, dbających o ekonomię oraz przyrodę, a ich sposób budowy drewniano-murowanych domów jest gwarancją, że nie zostaną zniszczone przez trzęsienia ziemii.

 

 

3. Qingcheng

Góra ta, to jedna z najświętszych gór taoizmu słynie z wielu zabytkowych świątyń. To jakby zielone płuca ogromnego miasta Chengdu, w którym studiuje mój Wnuk. Aby ją zdobyć można podreptać sobie po schodać, pojechać kolejką linową, lub zostać wniesionym na leżaku! :-) W czasie drogi należy uważać na wszędobylskie małpy, próbujące podkradać turystom wszystko, co znajdzie się w zasięgu ich łap! Na szczycie są termy, z których korzystają liczni turyści, zwłaszcza teraz zimą, gdyż latem, oczy chłoną soczystą zieleń górskich zboczy, barwy przepieknych kwiatów i szum licznych potoków  czy wodospadów.

Całkiem niedaleko, w pobliżu Dujiangyan można podziwiać wpisany na listę Unesco, starożytny system budowli hydrotechnicznych, zbudowany na koncu przełomu rzeki Min, w miejscu jej wpłynięcia na Równinę Chengdu.

 

 

4.Góra Emei

Miejsce magiczne, pełne ciszy, jedna z czterech najświętszych gór buddyzmu, wysoka ponad 3 tysiące metrów. To trzy rozległe wierzchołki,  na których rozlokowanych jest prawie 70 klasztorów, pochodzących z dynastii Ming i Quing, ocalałych z zawieruchy dziejów. 

 

Posąg poświęcony opiekunowi góry bodhisattwie Samantabhadrze (Puxian),   

 

 

 

 

 

środa, 01 lutego 2017
Tak - siak!

Wiadomo, że nie należy się niczym chwalić? Wiadomo! Ale co zrobić, jak się o tym zapomina, i niebacznie pochwali Koleżance, że śpię w moim MBD jak młody Bóg. Długo i mocno. Zero kłopotów z zasypianiem. No, ale to było latem. Potem sie wszystko skiepściło! Bo to, i Ślubny zachorzał, i wszystkie z tym atrakcje potrójnie człek przeżywał, a potem wrócił w domowe pielesze, to już w ogóle było się nastawionym na nasłuch, nawet nocny, i nawet się nie obejrzałam, jak zaczęły sie dwudniówki. Czyli tak, jeden dzień przysłowiowych mąk, aby w końcu na parę chwil zasnąć nad ranem, a na drugi zasypiam momentalnie i śpię słodko nawet kilkanaście godzin! Nic prócz tego się nie dzieje, tylko pani bibliotekarka się dziwuje, co ja tak częstym gościem ostatnio u niej jestem! Trwa to już kilka miesięcy, i w końcu Ślubny się zbuntował, nakazując wizytę u lekarza. Rozumiem go, bo to żadna przyjemność w nocy być budzonym przez połowicę, walczącą z niedosypianiem. No to poszłam do doktorów! Moja lekarka dokumentnie przepytała mnie z przyzwyczajeń, historii dnia, jadłospisu, relaksu i wszystkiego, co się da, aby na koniec przepisac kortyzon, który powinien mnie wyciszyć, cokolwiek to znaczy. Niby to lek przepisywany nawet dzieciom, nie można się przyzwyczaić, i takie tam.... No i co? Ano nic. Nie zadziałał.To znaczy, trochę mniej się męczyłam z zasypianiem, ale za to przed południem chodziłam jak otępiała. Po jednej tabletce. Nie dla mnie takie wynalazki! Ziołowe to już w ogóle nie , i pozostaje mi się pogodzić jedynie z faktem, że ten typ, czyli ja, tak ma! Nadzieja jednak w tym, że jak ruszę w plenery z wiosną, to śpik powróci! Mówi się wszakże, że "stare ludzie nie śpio długo!" Coś w tym chyba jest!

Prace ręczne mają się za to dobrze! Zamknęłam już kurnik!

 

inspiracja była na stronie :ecolacom.pl.tl/

Teraz otwarta obórka na baranki. I furtka w lasy i pola, na  zające lub insze długouche! Akuratnie jestem na etapie wstępnym, czyli przeglądaniem stron różnistych, w celach odpowiedniej inspiracji!

Snuj na szczęście odszedł w siną dal, ale za to przyplątały się korzonki, czy coś tam takiego, co to łupie w krzyżu. Na szczęście nie za mocno. Zachciało mi sie wyciągnąć Ślubnego na balety! Wiejskie disco dla seniorów! Nie powiem, fajnie było, bo ludków niewiele, muzyka odpowiednia, tyle tylko, że przeciągi hulały razem z nami! Zresztą, pal diabli korzonki, najważniejszy fakt przecież, że raz na dwa lata Ślubny się porusza tanecznie przez dwie godziny, bo potem, to już koniec. I do następnego razu ;-)))) 

Byłam pierwszy raz na treningu mięśni dna miednicy. Być może efektem tych ćwiczeń było też to, że przestała mi dokuczać dolna krzyżowa ! No, to by było super! Bo póki co, ćwiczenia dość trudne. Dotyczą mięśni wewnętrznych. Trzeba bardzo mocno wizualizować niektóre polecenia fizjoterapeutki! No i oddychać, oddychać, i jeszcze raz oddychać, a każde ćwiczenie robić na wydechu! Jak się ma tak płytki oddech, jak ja, to jest niezły zgryz. Przyjdzie mi na stare lata uczyć się prawidłowego i głębokiego oddychania!!!!

 

Przez cały weekend będzie u nas Najnajmłodsza! Zaklinamy pogodę w związku z tym. Bo jeśli przyjdzie odwilż, to zero łyżwowania będzie. O sannej już nie wspominając! :-)))) A pogoda póki co, piękna. Leciutki mrozik za dnia, niebo lekko zachmurzone, dużo słońca, zero smogu. Na jeziorze nie tylko wędkarze podlodowi, ale i łyżwiarze, bojerowcy, matki dzieciom -wózkowe, paralotniarze, i co tam jeszcze kto wymyśli! W razie draki, jak się skiepści, to mam plan ciasteczkowania, co bardzo dobrze nam we dwójkę wychodzi!  Wszystko po to, aby jak najmniej dziewczę podłączone do elektroniki było! :-))))) Oczywiście gry też będą, zwłaszcza uwielbiane przez nią "państwa, miasta, itd", no i trzeba się sprawdzić z historii, którą wszyscy lubimy. Odpalimy więc i u nas grę Historia. 

A ludzie to mają czasami tak "wyrąbane", że ło matko pojedyncza! Wracam sobie wieczorem z naszego zumbowania, a nad jeziorem stoja sobie dwa samochody. Na jałowym biegu, oświetlające lód. A na nim dwie rodziny z kilkorgiem dzieci. Od małego, po nastolatki! Jeżdżą na łyżwach, wygłupiają się, czasem znikają z kręgu światła! No i co z tego, że lód niby gruby? Wystarczy małe potknięcie, albo zniknięcie na kilka chwil poza reflektory, wpadnięcie w przerębel po wędkowaniach lodowych ! A niczego nie widać o tak późnej porze, zwłaszcza że po południu padał śnieg! Dorośli, a zupełnie bez pomyślunku! 

wtorek, 24 stycznia 2017
Tak się snuję!

Śniegu już prawie nie ma. Na jeziorze lód wodą podchodzi, i chociaż jeszcze czasem do południa widzi się nachylone sylwetki wedkarzy, którzy prawie modlą się do tych płotek, co pod lodem, to lada moment pewnie ich już nie zobaczymy!

A mnie ogarnął splinik letki, co go snujem zwę, bo faktycznie jakoś tak się snuje po domku, z rzadka po wsi, a już do miasta nie chce mi się kompletnie. Nawet odpuściłam zumbowanie. Dwa razy! Aż zadzwoniły do mnie kuliżanki, czy ze mną wszystko ok! No ok! To, że mnie szczęka boli, to normalka, skoro po baaardzo długim czasie musiałam się udać do zębologa, a ten za remanenty się wziął. I chyba nie mogłabym być nawet najmarnieszym nałogowcem, skoro po dwóch tabletkach przeciwbólowych słaniałam się przez dwa dni, jak przysłowiowy liść na wietrze! Zatem? Snuje się. W tle leci muza lat 80. Od czasu do czasu podłubię szydełkiem, bo akuratnie skończyłam wyrób kurek i kogutków, ale trza im jeszcze grzebienie, dzióbki i tzw. korale wyszydełkować oraz przyszyć ślipka. Tak więc z czystego lenistwa, jak dwie do trzech sztuk dziennie dokończę, to czuję się tak, jak bym na wysoką górę się wskrobała!  Chyba przeczuwałam, że produkcja musi być wcześniej zaczęta! :-)))) Tak w sumie, nie wiem sama, czemu chciałam te kurki i koguty. Zrobione wedle jednej sztancy, czyli dwa okręgi, oczywiście różnokolorowe, to sobie wymyśliłam, że koguty muszą mieć ogony. No! Prawdziwa eureka! Ale, jakoś tak po dziesiątej sztuce stwierdziłam, że to ni pies, ni wydra. No i zakończyłam produkcje kogutów. Zresztą popatrzcie sami, co to za różnica jest! Żadna!

Może im jeszcze nóżki udziergać, co? Tylko z kolei, problem nowy się ukaże, bo jak rozróżnić szydełkowe nóżki kurzęce od kogucich? Wie ktoś? No, i wiadomo, to na kartki ma być, więc sama nie wiem, zwłaszcza dlatego, że to loteria będzie, komu trafi się kura, a komu kogut! Gdyż, albowiem, ponieważ, stadko kurze jest dwa i pół raza większe, jak kogucie. Jak w prawdziwym życiu! Tak mniemam! ;-)))))

Uprasza się nie podśmiechiwać pod nosem z rozterek starszej pani, co to snuje sie po domu, i z braku laku problemy sobie wymyśla. Coś jednak trzeba robić, aby dotrwać do wiosny, c`nie!

Archiwum