Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 30 października 2015
Światełko pamięci!

 

Kiedy miedzianą rdzą pożółkłych jesiennych liści więdną obłoki,

zgadujemy, czego od nas obłoki chcą, smutniejące w dali swojej wysokiej.

Na siwych puklach układa się babie lato, na grobach lampy migocą umarłym duszom,

już niedługo, niedługo czekać nam na to, już i nasze dusze ku tym lampom wkrótce wyruszą.

Jeżeli życie jest nicią - można przeciąć tę nić, i odpłynąć na obłoku niby na srebrnej tratwie...

Ach, jak łatwo, ach, jak łatwo byłoby żyć, gdyby nie żyć było jeszcze łatwiej!

Jan Brzechwa

Jutro jedziemy do Grajdołka, na groby moich Rodziców. Czy znowu będziemy tylko my i Rodzina najmłodszego Brata?

Żałuję, że nie wiem, gdzie jest grób Madanki! Poszłabym do niej, postała, podziękowała za to wszystko, co dawała mi podczas pracy w Niemczech. Mogę tylko teraz wirtualnie do niej przemówić! I na jej blogu!

W niedzielę, po długim czasie, będziemy we dwójkę przy grobie mojego Teścia!

Czas wspomnień, zadumy i pamięci!

 


środa, 28 października 2015
A zwyczajne życie toczy się swoim trybem!

Wybory za nami. Akurat wypadły w urodziny Ślubnego, zatem jakoś tak przeleciały bez specjalnej "napinki", bo akuratnie dla mnie ważniejsze było pokazanie Córce, że tort dacquoise to żaden problem zrobić lepiej, niż to, co oferuje sklep, w którym ona pracuje! Poza tym, dzień wcześniej dostaliśmy Najnajmłodszą jako podrzutka, którego Rodzice  z druga częścią mojej Progenitury poszli w tany dyskotekowe. Ale być na wyborach -byliśmy, a jakże, bo wiadomo, że jesteśmy z tych czasów, które innej opcji nie uznawały!

I dobrze! Resztę zobaczy się "w praniu". A życie swoje człek ma, niezależnie od takich czy siakich politycznych ustawek. Moje akuratnie przewidywalne bardzo. Nawet niekiedy się zdumiewam, że to chce się Wam czytać, takie zwyczajności. Bo rozumiem, jak jeździłam do Niemiec i opisywałam, co tam się działo, to mogło być zajmujące. Ale teraz?  

Mówią jednak mądrzy Indianie, że nie ma co sie dziwować niczemu, to piszę zwyczajnie. Na ten przykład, tylko jeden kot sie został Karmicielowi do obsługi w czasie zimowym ! Gdzie reszta, nie wiadomo! Nawet mi to też pasuje, bo chociaż ja nie należę do tych, którzy wyrzucają odpadki kuchenne w ogromnych ilościach, ale przy takim kocie tułaczu jest wiadome, że zeżre wszystko! 

Pogoda się zrobiła piękna, jak rzadko o tej porze, zatem rowery co dzień wyciągamy, ścieżki nasze w te i nazad przejeżdżamy, czasem zdobycz jakaś się zdarzy, o ...! Kanie, czyli po naszemu sowy. Dwie tylko, tom je pokroiła, na surowo wrzuciłam do mięska z rosołu wołowego, i pyszniutki farszyk do pierogów był.

Dzisiaj zrobiliśmy rekonesans w lasach gąskowych. Pojechaliśmy wprzódy na Duże Swory, ale tam nic, zero, null! W drodze powrotnej odbiliśmy na Zbrzycę, i voila - gąseczki są. Wprawdzie nie te najbardziej pożądane, czyli szare, ale zawsze. Parę zielonek też się znalazło, i pewne jest, że jutro gąskowa zupka będzie na obiad! :-)))) 

A teraz zgrzyt, czyli gadżet kuchenny, na który się skusiłam, zapłaciłam sporo, a efekt użycia tegoż? Lepiej zmilczeć, zwłaszcza wtedy, gdy sie posłuchało komentarza mojej drugiej Połowy! 

Miały być na ciasteczkach fajne serduszka! Miały! Ale nie było! Owszem, zanim poszły do pieca, to odciski serc były, ale po niewielkim urośnięciu, zero!

Tom się wkurzyła, zamalowałam lukrem, i...... można się częstować. Zjadliwe są, chociaż bez serduszek.

czwartek, 22 października 2015
Cisza nad jeziorem!

Jesień nad jeziorem! Do tej pory raczej mżawa, mglista, mokra i chłodnawa. Nie lubię tego!

Ptactwu zaś zupełnie to chyba obojętne, bo  młode łabędzie już prawie dorosłe i samodzielne, 

 

mewy mają o wiele więcej miejsca do posiadówek, na których dowolnie drą dzioby, 

 marina opustoszała już z wiekszośći dużych żaglówek, zostały tylko małe niedobitki,

Na placach zabaw brak gwaru dzieci i pokrzykiwań dorosłych na swoje niesforne pociechy, 

zupełnie opustoszało kapielisko i plaża, a także boiska do piłki plażowej i siatkówki. 

Po prawie trzech tygodniach przerwy, nareszcie dzisiaj pojechaliśmy naszymi leśnymi ścieżkami w las. Rowerami oczywiście. Oj, trochę ta duża przerwa dała nam w kość, ale za to znaleźliśmy pieknego brzozaka, i jeszcze cudniejszego prawdziwka. Już się suszą na kaloryferze!

 

Ślubny kończy przejście między tarasem a szopką. Zwieziona jest już  i rozsypana specjalna ziemia z pobliskiej oczyszczalni ścieków, na wiosnę ponowna próba założenia trawnika będzie. A ja się zabrałam za ścibolenie szydełkiem ozdóbek świątecznych. Coś przecież z czasem robić trzeba!  

czwartek, 15 października 2015
Zagrywki małżeńskie!

Focha strzeliłam Ślubnemu! Zadziwiony wielce jest, póki co, robi dobrą minę, ale czy mu cierpliwości starczy? Nie wiem, bo w sumie, cała sprawa mego fochowania przez niego w pewnym sensie jest. Bo nie wiem, czy ja kiedyś tu pisałam, że Ślubny mój jest typowym menem, dla którego nie ma nic ważniejszego nad samochód! A jak akurat się zdarzy, że akuratnie jest na stanie funkiel nówka autko, to prawie się do niego modli, trzęsie się nad nim i w ogóle czołobitność taką względem tego ma, że klękajcie narody. I trafiła mu się żona, czyli mua, która w samochodzie widzi raczej użytkowość niż co inszego. A co gorsze, która doskonała nie jest, bo przecież nie muszę tu dużymi literami pisać, że Ślubny to IDEAŁ, jak każdy zresztą mąż! I właśnie ta niedoskonałość, czyli mua, po którejś tam eskapadzie do miasta, zaparkowawszy autko na posesji, prawdopodobnie niezbyt właściwie nadusiła odpowiedni guziczek na "wajsze" od przekładania biegów, po czym odsuneła sobie siedzenie do tyłu, coby się z rzeczonego autka wydostać. W nawiasie: krótko z metra jestem cięta, to fotel kierowcy prawie na full muszę do przodu brać. A tu autko rusza i się toczy w tył!!! Co robi blondynka farbowana, czyli mua????? Nie, nie, nie! Nie bierze się za hamulec ręczny, bo przecież tylko taki w tym momencie wchodził w rachubę, gdyż ponieważ fotel odsunięty, nóżki moje krótkie, nie dosięgną pedału hamulca nożnego. I nie, nie, nie, nie biorę się za kierownicę, aby przynajmniej wyjechać w skręcie na naszą ulicę!!! Samochód się toczy, a mnie przez mózgownicę moją przelatuje reakcja, jaka będzie mojej lepszej połowy!!!! Oczywiście taka ta reakcja, że największemu wrogowi nieżyczę!!! I co? I pierdyknęło autko w płot sąsiada z lekkim impetem!!! 

Potem to już było normalnie!

Ślubny wybiegł zza węgła z sąsiadem, który mu akuratnie pomagał w układaniu nowego przejścia między tarasem a szopką. Prawie piana mu się toczy , a wiązki takie ciska z niewymownymi, że aż sąsiad uciekł do siebie!!! No jasne, że się zdenerwowałam! No jasne, że nie zrobiłam tego specjalnie! To nic, Ślubny wie lepiej, i ..... spuśćmy kurtynę na tą scenę, bo w sumie wiadomo, co było dalej!

Całą resztę popołudnia Ślubny spędził na reperowaniu płotu sąsiada. A sąsiad spryciula wykorzystał to, i cały parkanik nieduży mu Ślubny wyrychtował jak się patrzy, co później, za parę dni sąsiad skomentował, że powinien mi wódkę postawić, bo za darmo ma odnowione ogrodzenie, łącznie z bramą!

Acha! A samochodowi nic się nie stało. Dwie tylko niewielkie rysy na tylnim zderzaku są!

Za to ja się wściekłam i focha strzeliłam. Bardzo porządnego, bo nabawiłam się fobii! A tak! Mam bardzo poważną autofobię i nie wsiadam do autka. Nie lubi mnie ono wszak, nie dopieszczam go, jak Ślubny, trudno, nie wsiadam i koniec. 

I każę się teraz wozić! Akuratnie już prawie drugi tydzień wozi mnie moje ślubne szczęście dzień u dnia na rehabilitacje ( czeka około godziny), na zumbę ( też godzinny postój), jutro jeszcze mu dojdzie UTW ( pierwsze spotkanie w tym roku akademickim - co najmniej półtorej godziny). Bo trudno! Taki szok przeżyłam przecież. Ręce mi się trzęsą nad kierownicą, pot zimny oblewa, ani chybi mogę wypadek spowodować! Autko zniszczyć doszczętnie! Trudno! Niech wozi!

Widzę wprawdzie, że szczęki chodzą mu nerwowo, ale przecież ja dobrze chcę! O to cudo dbam! Czyż nie?

Jak myślicie, długo taka fobia może człowieka trzymać?

:-))))))

czwartek, 08 października 2015
Dumy dwie

Najnajmłodsza jest w piątej klasie. I dopiero teraz, pan od W-f stwierdził, że bardzo dobrze rokuje w biegach krótkich, a także w skoku w dal. Ma baaardzo długie nogi i doskonałą koordynację ruchów. Pierwsze testy wypadły nadspodziewanie dobrze. Najnajmłodsza została zapisana do miejskiego klubu sportowego, rodzice kupili jej odpowiedni strój oraz obuwie, i trenuje teraz dziewczyna  z zapałem wielkim! Ani chybi, przyszła medalistka olimpijska nam rośnie! :-)))

Nasz Syn rozpoczął studia zaoczne. Zarządzanie inżynieryjne na Politechnice gdańskiej. Niby nic takiego, powie ktoś, masa osób studiuje jednocześnie pracując! Tyle tylko, że piętnaście lat temu zaczął w systemie dziennym studiowanie na Politechnice szczecińskiej, i tak mu "dobrze" szło, że w ciągu trzech lat zdążył zaliczyć dwa semestry. Nam się cierpliwość wyczerpała. Gdy w końcu został odstawiony od domowej kasy, musiał przestać udawać studenta, znaleźć pracę i żyć na własny rachunek. Potem wrócił w nasze strony, Ślubny załatwił mu pracę w firmie, w której sam pracował. Syn się ożenił, wrósł w miasto, zawodowo odnosi sukcesy, tyle tylko, że ścieżka dalszej kariery zamknięta z uwagi na brak przynajmniej inż. przed nazwiskiem. I proszę! Krótka piłka, jest studentem. Mam nadzieję, że to ostatnie podejście!

czwartek, 01 października 2015
Monotematycznie?

Czas pędzi, jak szalony. Ani się człowiek obejrzy, a nowy tydzień zaraz się kończy i przychodzi następny. I tak w "kółko Macieju"!

U mnie leśne sprawy nadal na tapecie. Teraz jeździmy sami lub z Sąsiadem. Sto pociech z nim jest, bo jakby nie przyjmuje do wiadomości, że nas jest dwójka, a on sam, i siłą rzeczy ilości zbieranych grzybów też inne. A licytacje, kto ma więcej prawdziwkówi i kogo są  piękniejsze, to już mu w krew weszły. Najważniejsze, że nie tylko my jesteśmy zaopatrzeni grzybowo z nawiązką, ale także Progenitura, bo każde z nich dostało po koszu darów z lasu. Teraz pewnie będzie koniec leśnych wycieczek, bo od poniedziałku zaczynam co półroczną rehabilitację moich kolanek. Jak je sobie dobrze wyrehabilituję, to pewnie listopadowy pobyt w sanatorium Iwonickim będzie wczasami! :-))))

Czasem spotka się takiego na przykład prawdziwka przytulonego do igliwia.

Las trochę się zrobił kolorowy. Nareszcie pojawiły się muchomory, nie zawsze cętkowane.

Przy rowerowych ścieżkach dość często znajdujemy kanie. Przygotowane jak schabowe, na masełku, to sama mniamuśność

Po polanach przedleśnych zrywamy czarny bez. Galaretka z odrobiną cytryny, mielonego cynamonu i kardamonu, to niebo w gębie. Mam już osiem słoików, nie licząc tych wydanych miłym gościom.

Z pieczeniem przystopowałam trochę, i idę na łatwiznę. Zawsze mam w lodówce opakowanie ciasta francuskiego. No, i owoców przeróżnych jest pod dostatkiem. To robię takie ciasteczka, jak te poniżej - akurat z nektarynką i śliwką. Przygotowuje się to szybciutko, bo od momentu włączenia piekarnika, do wyjęcia już upieczonych, mija zaledwie 30 minut, a potem jeszcze ciepłe, posypane z lekka cukrem pudrem, podaje się gościom.

Jak już o gościach, to w poprzednią niedzielę odwiedziła mnie blogerka, którą w zakładkach mego bloga nazywam Zarobiona! Poznałyśmy sie krótko po tym, jak zaczęłam pisać na bloxie. Potem, jeżdżąc do Niemiec, kilka razy ją odwiedzałam, bo było mi po drodze, a tym razem zadzwoniła, że jedzie... i przyjechała wraz ze swoim Mężem, bo akurat testowali nową nawigację. I prezent piękny dostałam, a jak kto ciekaw, co - to napisała o tym u siebie! :-))) Szkoda tylko, że bardzo krótka ta wizyta była. 

Na działkach praca wre. U Synka zwłaszcza, bo już jest ich własna i teraz można zacząć urządzać wszystko według własnego pomysłu. A roboty huk. Zwłaszcza z karczowaniem tego, co stare i niepotrzebne. Mnie to zdjęcie się podoba dlatego, że nie tylko przypomina mi czasy peerelu, ale i obecne, kiedy to jeden pracuje, a reszta patrzy! ;-))))

Za to na Córki działce pożegnanie lata. Przy ognisku, piekąc kiełbaski. Fajnie zapowiadają sie kolejne lata! :-))) Będzie gdzie jeździć w gości!

Archiwum