Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 31 października 2014
Świecę zapalam


 

+++

Przyjadą 
albo nie przyjadą

Przyniosą kwiaty 
albo nie przyniosą

Zabiorą wnuki
albo nie zabiorą

Przyjadą, jeśli nie będzie strasznie padać
Przyniosą kwiaty, jeżeli trafią na kwiaciarnię
Wnuki się zjawią, jeśli nie będą miały imprez

Jednym słowem wszystko będzie tak 
jak za życia

Andrzej Dąbrówka

środa, 29 października 2014
Piękną jesień mamy tego roku!

Nie przypuszczałabym, że jeszcze pod koniec października można pić kawę z sąsiadami, przy stole stojącym na zewnątrz domu. A można! Lekki wiaterek, słońce przygrzewa. Akurat skończyłam myć okna, a Ślubny przywieźć krawężniki do montowania, gdy sąsiedzi przyjechali kosić trawę. To zaczęliśmy najpierw kawkowaniem! 

Na działce domek gospodarczy skończony. Miejsca w nim, że ho,ho! Nawet część różności z domowego schowka tam przeprowadziłam! Początkowo planowaliśmy też nową zamrażarkę tam przenieść, ale wytłumaczono nam, że nie bardzo takie rozwiązanie, skoro tam w zimie będzie chłód, więc urządzenie może się wyłączać, a zawartość popłynąć! Tośmy przenieśli toto do łazienki, w końcu co "komu do domu, jak chałupa nie jego" i co gdzie stoi. Ale patrzeliśmy oboje na nią jak na raroga, koniec końców Ślubny wymyślił schowek. Tyle tylko, że tam tylko lampa, a kontaktów żadnych. Najbliższy, po przeciwległej stronie w sypialni. Na szczęście mam domowego majsterklepkę, który rozmontował obramowanie drzwi sypialnianych, podpiął się do kontaktu i kablami przeszedł przez ościeżnicę na druga stronę, aby gniazdko zamontować, tam gdzie się należy, i aby miało uziemienie. I jest porządnie teraz!

Ślubny nadal "rządzi" na posesji, porządki robi! Powsadzał bukszpany pod płotem sąsiada, między folie, na której rozsypane będą drobne kamienie, teraz układa wzdłuż tego krawężniki. Potem jeszcze trzeba będzie rozplantować nową ziemię na całym trawniku i założyć go od nowa, bo to, co zostało po budowie niczym podobne do trawnika nie jest!

A ja prócz ciągłego zasilania puszki w ciasteczka różne, fruwamsobie, tu i tam. Na rower bardzo często, bo polowałam na liście, gałęzie, kalinę i insze takie, aby stroik jesienny zrobić. Tak wygląda.

Te przejażdżki były też połączone z grzybobraniem. Jadąc ścieżką rowerową po lasach, co rusz trzeba się bowiem schylać, brzozaków i kozaków mnóstwo, a szkoda zostawiać. Tym sposobem Córcia się cieszy, bo ma już pełną torbę nasuszoną, my akurat mamy zapasy z ubieglego roku, to możemy się dzielić.

Na zumbę się zapisałam, co z ramienia UTW nam w ramach zajęć fakultatywnych zafundowano, i teraz dwa razy w tygodniu jeżdżę do miasta fikać nogami. Początki były trudne, bo to i zadyszka była niezła, i brak koordynacji między nogami oraz rękami doskwierał, o litrach wylanego potu nie wspominając. Ale teraz już jest prawie dobrze, a mam nadzieję, że będzie lepiej. Tylko dołożę aqaaerobic do tego, to mam nadzieję do wiosny nie obrosnąć sadłem! :-)))

Wczoraj byliśmy z UTW w arboretum we Wirtach, szukać kolorów jesieni. Te zdjęcia, to stamtąd. Robione komórką, bo niestety zapomniałam po wycieczce naładować aparat. Dzisiaj idziemy na "Bogów". Fundują seniorom zniżkę biletów, to czemu nie skorzystac, skoro i tak planowaliśmy ten film zobaczyć.

A w sobotę jadę z Dziećmi do Grajdołka. Jak zwykle, do Rodziców na groby, po drodze zahaczając o miasteczko, gdzie leżą Dziadkowie.

niedziela, 26 października 2014
Ostatnie migawki!

Nie byłam w Gruzji długo, bo co to jest 12 dni, ale od pierwszej minuty czułam się tam dobrze. I wtedy, gdy z lotniska Ewelina pilotka i Aftandij kierowca, wieźli nas przez niby śpiące Tbilisi, zatrzymując się w pewnym punkcie, abyśmy mogli obejrzeć najpiękniejsze zabytki mocno oświetlone. I kiedy po achach i ochach wyciągnęli skądś tacę z małymi kieliszkami, poczęstowali czaczą, a na zagrychę smakowaliśmy cudowny ser sulguni. I te cztery pierwsze dni w Tbilisi były wspaniałe nie tylko wycieczkami w odległe krańce, ale i osobistymi przygodami. 

Pierwsza, w trzeci dzień. Razem z Danką, którą poznałam na Mariahofie w niemieckim Trier, oraz młodą parą, która była naszą wycieczkową maskotką, chcemy zobaczyć oświetlone nocą zabytki. My dwie most Pokoju ( słynne Always ), młodzi Narikalę i wieżę telewizyją. Zamawiamy taksówkę, bo tanio. Przyjeżdża. Tłumaczymy kierowcy, co i jak, oczywiście łamanym rosyjskim. Kiwa głową, że wie, że ok! Akurat musimy przejechać niezły szmat drogi, aby zawrócić na pas, którym pojedziemy do celu naszej wędrówki. A ten zakręt, u nas byłoby to rondo, to po prostu narysowany na jezdni odpowiedni łuk. Nasz kierowca oczywiście bierze go z marszu, na niezłej prędkości, przy okazji wymuszając pierwszeństwo jakiemuś innemu samochodomi. Jedziemy! I nagle, z piskiem hamulców, zajeżdża nam drogę jakiś samochód i ostro hamuje. Nasz też! O, widzimy, że to ten sam, który musiał nam ustąpić na przejeździe typu rondo!!! Wypada z niego kierowca, podchodzi do okienka naszego kierowcy, pięścią w nie wali, nasz otwiera drzwi, a tamten go cabas za frak i wyciąga, piorąc po głowie ile sił w dłoniach! Szok! Nie wiemy, co robić? Oni się biją nie na żarty, inne samochody trąbią, robi się uliczny kociokwik, zaraz będzie policja, nas wezmą na spytki, będziemy do nie wiadomo jak długo tkwili u nich, ło matko, co robić, zwiewać, czy co!!!! Na całe szczęście, z tego drugiego samochodu wypadła kobieta, i dawaj tego swojego kierowcę prosić, aby zostawił nas w spokoju! Nie wiemy co mu obiecała, ale facet odpuścił i pokornie wsiadł w swoje auto, i pojechał. Uff!

Druga przygoda trafiła mi się osobiście w ostatni wieczór, na suprze w Tbilisi. Nasz stół był pośrodku, obok bawili się Ukraińcy, Niemcy, Rosjanie, był stół mieszany Gruziński, i stół męski, prawdopodobnie jakaś rodzina, hm, może i typu mafia, kto to wie! A ja mam takie coś, że jak słyszę muzykę, to moje nogi dostają kręćka i ani rusz ich zatrzymać się nie da. To z Basieńką wejherowską ruszyłyśmy w tan, aby towarzystwo dołączyło, jeść można, pić można, ale taniec to jest to, co tygrysy uwielbiają. Tośmy zorganizowały pięknego węża wijącego się między stołami, a potem poszło z górki. Tańce we wszystkich możliwych konfiguracjach, szał po prostu międzynarodowy. I nagle ktoś mnie chwyta za ręce i dawaj dotula do siebie! Ki diabeł? Nio! Nie diabeł, tylko całkiem przystojny, czarnooki chłopak,lat koło 30, albo z okładem niewielkim, i dawaj tańcujemy parę kwadransów, na koniec zaprasza do tego niby rodzinnego stołu, bo ponoć jego brat obchodzi urodziny, a on mnie musi przedstawić, jako najlepszą tancerkę! Ludzie! To niemozliwe! Toż mu matkować mogę, a on mnie wlecze w ten męski stól i ani rusz się nie da wyrwać! Co było robić, nadrabiam miną, witam się grzecznie, nawet niezły stakanczyk czaczy wypiłam, ale co dalej? Każą siadać! Siadam i błagalnym wzrokiem patrzę do tylu na naszą pilotkę! Ratunku! Tu jakiś jasyr sie odbywa! Za chwilę Ewelina zarządza odwrót od stołów, ja oddycham z ulgą, jedziemy do bani. Mamy dwie godziny, a potem na lotnisko! Ufff!

Pożegnałam Tbilisi. Nie jako metropolię pełną szklanych wież. Dla mnie to było swojskie miasto. Wprawdzie na obrzeżach straszą pokomunistyczne bloki, wprawdzie dużo niemiłych obrazków, typu staruszka ubrana na czarno, sprzedająca do późnej nocy orzeszki, wprawdzie widać mnóstwo psów i kotów bezdomnych, z żebrami na wierzchu pod sierścią.


Wprawdzie co krok spotyka się ruiny, które zaraz moga runąć, odrapane z tynku, z wybitymi szybami ale też z obowiązkowymi antenami satelitarnymi, no ale w końcu milion ludzi gdzieś musi mieszkać! Ale można się tam włóczyć nocami zupełnie bezpiecznie, bo gruzińscy policjanci sa najbardziej życzliwymi i pomocnymi na świecie. Można szukać zapachów dobrego jadła i dźwięków wyśmienitego wina na prawie każdym rogu, w kafejkach.

Można zachwycać się przepiękną ceramiką we wiosce Schrosha,


miasteczkiem Khashuri, w którym produkuje się wyłącznie hamaki,


zatrzymać w biegu traktor, i jeść prosto z przyczepy świeżo zerwane, słodziutkie jak miód, winogrona,


zadumać się nad faktem, dlaczego Gruzini kochaja Polskę, Polaków, a nade wszystko Lecha Kaczyńskiego,

      

znaleźć sposób, jak uzyskać złote runo,


próbować zrozumieć, jak to jest, że krowy sobie chodzą swobodnie po drogach i jezdniach, i zupełnie nic sobie nie robią z ruchu kołowego, a kiedy przychodzi wieczór, potrafią bezbłędnie trafić do swojej stodoły, nawet z najodleglejszych miejsc,


o świnkach nie wspominam, bo tych wędrowniczek też mnóstwo przy drogach, a niekiedy nawet i jarzmo miały na sobie, po co, nie wiadomo,


zachwycić się wspanialym muzeum w Mestii, które w bardzo bogaty sposób dokumentuje ginącą kulturę Swanów,

      

zgadywać, dlaczego przy klasztorze Gelati stoi wypucowana, rosyjska Pabieda,


i pochylić głowę nad szczególnego rodzaju mogiłami na cmentarzu koło monastyru Ikalto! 

A teraz? Mogę tylko sobie nucić "chito, grito, chito margalito, da!" z filmu "mimino" i mieć nadzieję, że może kiedyś? Znowu? 

Nachwamdis Sakartwelo!!!


czwartek, 23 października 2014
Mniamuśnie!

Proponuję wpierw się dobrze najeść, bo na pusty żołądek będzię trudno czytać o tym, co najlepsze! :-)))

Gruzja to kraj, który z biesiadowania uczynił tradycję. Bardzo miłe zresztą! I smaczną! Kuchnia Gruzinów pachnie niebiańsko, kusi zapachem tak, że chciałoby się cały czas smakować i upajać tym, co w niej najlepsze, oczywiście, przy dzbanie najwspanialszego , bo najstarszego na świecie, wina!

Chleb! Rumiany, pachnący, chrupki. Kanapki nie da się z niego zrobić, ale wystarczy pomidor ( o wyjątkowym smaku ), trochę sera, do tego kawałeczki tegoż chlebka urywane , jak sie da, zagryzane jakimkolwiek warzywem, które posmakowało gruzińskiego słońca! Małmazja!

Ten pszeniczny chleb - puri (w zależności od kształtu, nazywany jest szoti - kształt wrzeciona lub lawasz - owalny kształt), wypiekany jest na wewnętrznych ściankach dużego cylindrycznego pieca "tone". Na zachodzie kraju zaś, są to kukurydziane placki mczadi, wypiekane na glinianych patelniach keci. 

Prawdziwym "sekundowym" spektaklem w wykonaniu piekarzy jest błyskawiczne zanurzanie się w czeluściach rozpalonego pieca, najpierw by chlebek do ścianki przykleić, a potem, po upieczeniu, wydostać!

A tylko w niewielkiej wiosce Surami, dostaniemy przez cały rok chlebek nazuki. Słodki, pachnący cynamonem, z rodzynkami - który piecze się zazwyczaj tylko na Nowy Rok.

Ze słodyczy, które dostanie się tylko w Gruzji należy posmakować czurczhele czyli „gruziński snickers”.  To nawleczone na sznurek orzechy zanurzone w gęstym, winogronowym kisielu gruszkowym, jabłkowym lub winogronowym, kształtem przypominające świecę. No i tklapi - „gruzińska skóra”, suszone płaty soku owocowego, najczęściej z winogron lub śliwek.

Aby jednak zobaczyć z czego się przygotowuje posiłki, nieodzownym jest wizyta na lokalnym targowisku!  Tutaj męskie głosy zlewają się w jedno z gwarem kupujących i sprzedających oraz z nieustannym trąbieniem samochodów. Tu pomarszczona babuszka zachwala orzeszki, tu krępy pan z wąsikiem zaprasza aby spróbować doskonałego tytoniu, tam zgrabna brunetka o brwiach czarnych niczym węgiel, zachęca do kupna kwiatów, a co kawałek męska grupka ekspresywnie rozprawia na sobie tylko znane tematy. A kiedy wejdzie się do hali targowej, to....

... tu akurat bleee, bo nie lubimy, gdy przepiórki trzyma się setkami w klatce, a potem je morduje!

Nie lubimy takich ilości świeżego mięsa wołowego, baraniego, wieprzowego i kurzęcego, od których zapachu robi się mdło i słodko niewyraźnie!

Ale już za chwilę! To, co ujrzały oczy i poczuł nos, nie oddadzą żadne zdjęcia. Setki straganów zastawionych dorodnymi warzywami, kopczyki wonnych przypraw, herbaty i ziół, sznury suszonych fig! Niebo w gębie!

Cudne aromaty kręcą w nosie,

wszędzie kosze i skrzynie z warzywami,

a ilość możliwości zrobienia kiszonek - powalająca!

i  obowiązkowo kupujemy szafran imeretyński!!!

 a także najwspanialszy ser suluguni!

Wreszcie, jak każdego dnia, spotkamy się pod wieczór przy stole.

"Kto powiedział, że Gruzini tylko wodą Gości raczą, tego przy Nino świątyni spoją pierwszorzędną czaczą!

Kto śmie twierdzić, że tamadzi po toastach w sztok pijani,temu skrócą żywot gadzi w pierwszej napotkanej bani!"

Zatem już wiemy, że koniecznym jest wyznaczenie Tamady. To prawie zawsze mężczyzna, głowa rodu, ktoś w rodzaju przewodnika biesiady, wodzireja, który kieruje ucztą. A uczta to supraPod dyktando tamady odbywa się wznoszenie toastów i degustacja wina oraz czaczy, czyli gruzińskiego bimbru, bardzo mocnego. To jego opowieści i nie rzadko, rozbudowane, poetyckie toasty, doprawiają spotkanie z przyjaciółmi odrobiną zaskoczenia i zadumy. Toasty mają ściśle określoną kolejność, której tamada pilnuje, a więc za Ojczyznę, za rodzinę, z przyjaciół, za kobiety, za tych, co zginęli na wojnach, itp. Kiedy tamada wznosi toast z okrzykiem "Gaumar", należy odpowiedzieć "dżos", jeden lub trzy razy, w zależności od wagi toastu. Jedynie za poległych nie ma tych okrzyków!

Zaczynamy jedzenie, tu akurat u Dato i Luizy, niedaleko Sihgnagi. Na pierwszym planie nadziewana ryżem i warzywami papryka, marynowany czosnek, gotowana fasola, świeże fiki i soczyste arbuzy, sałatka z kurczaka.

Coś, co nazywa się Chinkali, to pierożki z nadzieniem wołowo-wieprzowym. Je się palcami, trzymając górny koniuszek, i nadgryza tak, aby nie rozlać rosołku z wewnątrz. Należy go wypić, a dopiero potem zjeść smakowitę resztę. Ilością zakładek na pierożku konkurują najlepsze gospodynie.

Chaczapuri, to rodzaj pizzy, czyli placek nadziewany serem. Pyszota!

 I chaczapuri adżaruli czyli placek z serem i sadzonym jajkiem, który swoim kształtem przypomina łódkę, a po wierzchu jest polany rozpuszczonym masłem

Lobio - fasola, bardzo ostra, ugotowana z papryką i pomidorami, zawsze podawana w takim glinianym garnuszku. Z gruzińskich zup warto polecić charczo - rodzaj gęstej zupy gulaszowej z cielęciny, zwłaszcza w wersji charczo nigwzit - z sosem orzechowym

No i bakłażany, których wersji przygotowania są setki, a tutaj z nadzieniem warzywnym i obowiązkowym sosem orzechowym. Bardzo smaczne jest pchali z liśćmi buraków lub szpinaku wymieszanymi z pastą orzechową, nasionami granatu i różnymi przyprawami, także czmeruli - czyli kurczak w sosie czosnkowym, no i ser suluguni nadziewany mietą! Do jednej rzeczy należy się jednak przyzwyczaić. Gruzini namiętnie używają do wszystkiego świeżej kolendry, dużo kolendry, jeszcze więcej kolendry, i czasami .... no co ja będę ściemniać, nie da się tyle jej strawić!

A jak się nasyci pierwszy głód to można posłuchać folklorystycznego zespołu męskiego, na przykład ze Swanetii, który zaznajomi nas przy okazji z najstarszymi gruzińskimi instrumentami, takimi jak flet salamuri, lutnia panduri, fujarka duduki czy bęben fanduri.

 

Albo zobaczymy, jak pieknie tańczą dla nas, biesiadników, soliści i zespół baletowy jednego z tbiliskich teatrów muzycznych, którzy sobie dorabiają do skromnych pensji.

 No, i przyszedł czas na toast:

"Płynie przez rzekę żółw, a na jego grzbiecie zwinął się jadowity wąż.

Wąż myśli - " ugryzę, zrzuci"

Żółw myśli - " zrzucę, ugryzie"

Wypijmy za nierozerwalna przyjaźń, co znosi wszelkie przeciwności!"

Gaumardżos!!!

poniedziałek, 20 października 2014
Sacrum

Gruzja to kraj wielonarodowościowy i wielowyznaniowy. Najliczniejsza religią jest prawosławie, a po nim islam, kościół ormiański i judaizm. Katolicy to mniejszość. We wszystkich przybytkach wiary obowiązuje dla kobiet spódnica i chustka na głowę, a mężczyźni nie mogą wejść w szortach.

Jedna rzecz jest wspólna dla większości świątyń. Ilość tłoczących się tam żebraków! 

Zapraszam do zwiedzania miejsc świętych.

Katedra Św. Trójcy, najwyższa budowla sakralna w Gruzji, a trzecia co do wielkości cerkiew na świecie, której budowę zakończono dziesięć lat temu, widoczna z każdego miejsca w stolicy kraju, Tbilisi. 11 ołtarzy, atrapa krzyża św. Nino, przepych, a na zewnątrz coś, jakby park - ławeczki, fontanny, klomby,kramy z dewocjonaliami

 

Na wyniosłej skale, nad rzeką Mtkwari  ( Kura ) stoi cerkiew Metechi - kościół Wniebowzięcia . Istnieje od V w. a jego obecny romański kształt datuje się na XIIIw. Tuż obok góruje pomnik Wachtanga Gargasali - gruzinskiego króla z przełomu V i VI w.

 

Katedra Sioni, wybudowana na planie krzyża greckiego. Wewnątrz XIX wieczne freski rosyjskiego malarza Grigorija Gagarina. Przechowywana jest w niej  największa relikwa - krzyż św. Nino, który według podań składał się z dwóch gałązek winorośli splecionych puklem jej włosów!

 

 

Katedra Alawerdi płynie jak samotny statek po Dolinie Alaskańskiej, a nad nią dumnie stoją ośnieżone góry! Zbudowana przez Józefa ( jeden z ojców syryjskich ) w VI w. Prócz samej świątyni, w której jest absolutny zakaz fotografowania jest też refektarz, dzwonnica, łaźnie i gospodarstwo winnicy, w której mnisi produkują doskonałe wino!

 

Monastyr Ikalto z przełomu VIII i IX w. założony przez Zenona, który tu zmarł, a jego nagrobek otoczony jest kultem. Niegdyś była tam szkoła filozofii, w której ponoć studiował największy poeta gruziński Szota Rustaweli. 

 

Monastyr Dżwari góruje nad Mcchetą. Stąd rozciąga się wspaniały widok na zbieg rzek Aragwi i Mtkwari. Świątynie postawiono w miejscu, który według podań naznaczyła krzyżem św. Nino. Niestety kościół popada w ruinę! Mimo niewielkiej przstrzeni są tam cztery absydy, nie zobaczymy jednak bogatych zdobień, płaskorzeźb i malowideł. Góruje prostota, surowość kamienia i chłód! 

 

Monastyr Samtawro, był kiedyś częścia pałacowych ogrodów władcy z początków VI w., króla Miriama II i jego żony Nany. To klasztor tylko kobiecy, i to widać w wypielęgnowanym wnętrzu! 

 

Katedra Sweti Cchoweli - katedra patriarchalna i siedziba katolikosa – patriarchy, głowy Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego, była duchowym centrum Gruzji. Pochodzi z XI w, reprezentuje typowy styl świątyni na planie równoramiennego krzyża, zwieńczonego szesnastookienną kopułą w kształcie ostrosłupa, od której rozciągają się ramiona krzyża. Każda elewacja Sweti Cchoweli zdobiona jest różnorodnością kamieni użytych do budowy. Bogata kolorystyka katedry, a także liczne freski wewnątrz oraz grobowce ponad 10 królów, sprawiają że jest to miejsce niepowtarzalne, nie tylko dla Gruzinów.

 

 

Monastyr Gelati nieopodal Kutaisi zbudowany został przez króla Dawida Budowniczego. Zachował się w bardzo dobrym stanie i składa się z kopułowego Kościoła p.w. Maryi Dziewicy (XII w.), Kościoła św. Jerzego (XIII w.), dwupiętrowego Kościoła św. Mikołaja (XIII-XIV w.), źródełka, dzwonnicy, portyku i innych zabudowań, które otacza wysoki mur. Przetrwało nawet wiele fresków i przechowywanych tu manuskryptów z XII-XVII wieku. W Kościele Maryi Dziewicy zachowały się piękne mozaiki, malowidła ścienne i fresk przedstawiający króla Dawida Budowniczego, którego grobowiec znajduje się w portyku 

 

 

Gruzini mają ciekawy stosunek do religii. Mam wrażenie, że literalnie traktują Boga jak ojca. Mają do niego ogromny szacunek i uwielbienie, ale nie krępują się przy nim rozmawiać o bardziej przyziemnych sprawach. Tutaj kościół to miejsce, do którego naprawdę przychodzi się jak do domu. Każdy jest mile widziany. To widać zarówno w sposobie, w jaki wierni rozmawiają z kapłanami i w tym, jak traktują święte miejsce. Czują się tu naprawdę u siebie.

Kiedy po kilku dniach zwiedzania mylą się nazwy światyń, zaczyna przychodzić refleksja, że trudno się dziwić Gruzinom, którzy stuletnie a nawet tysiącletnie domy mają za nic, i niezbyt sie przejmują ich stanem, gdy co miasto, region lub ot, na wzgórzu ,stoja budowle mające prawie dwa tysiące lat, i większość tych miejsc jest pod patronatem UNESCO

piątek, 17 października 2014
Zabytki - twierdze

Mówi się, że w Gruzji tylko Cerkwi, Katedr i Monastyrów jest całe mnóstwo! To prawda, ale nie do końca. Są jeszcze resztki wspaniałych średniowiecznych twierdz, które były przez stulecia oblegane nie tylko przez Rzymian, ale i Persów, Mongołów, Rusinów, a współcześnie Radzieckich! Mówi się także, że nie ma do oglądania tak częstych w Europie Środkowej pałacy. No nie ma! Bo są zajęte! Przez np. Prezydenta Gruzji. Albo innych wybitnych polityków czy tuzów gospodarki. Twierdze są!

To proszę! Twierdze, które oglądałam, jedne całkowicie, inne tylko z góry lub dołu, ale zawsze z wielkim zainteresowaniem. I niekiedy z ogromnym dreszczykiem emocji, bo adrenalina buzowała, że hej!!!!

1. Twierdza Narikali w Tbilisi

 Pierwsze mury twierdzy powstały już w IV wieku z rozkazu perskich ciemiężycieli. Jednak większość tego co przetrwało do dziś, zbudowano za rządów arabskich emirów w VIII w. Ostatecznie twierdza stała się ruiną w XIX w. na skutek potężnej eksplozji, która wstrząsnęła rosyjskim składem amunicji, mieszczącym się w jej murach. 

2. Twierdza Rabati koło Achalcyche - pochodzi z XII w.

Absurdalne pomieszanie stylów to wrażenie chaosu i budowlanego niechlujstwa. Ale jest zgodne z linią, które obowiązywało za Saakaszwilego! Twierdza niekoniecznie wpisuje się w to, co chce zobaczyć turysta zachodni. Bo on nie chce widzieć zachodu, on chce widzieć Gruzję, a to niestety sie w Achalcyche nie udało!

3. Twierdza Annanuri na Gruzińskiej Drodze Wojennej

 

Twierdza ta, zbudowana na przełomie XVI i XVII w. odgrywała istotną rolę blokując ruchy obcych wojsk. Wewnątrz światyni jest sporo starych fresków, a także znacznie od nich młodszy ikonostas i sprzęty liturgiczne. Zarówno z wieży Niezwyciężonej, jak i z murów twierdzy roztacza się piękna panorama gór, zbiornika wodnego oraz rzeki Aragwi.

4. Twierdza Chertwisi

"Udokumentowane początki twierdzy to X wiek naszej ery, kiedy wzniesiono na jej terenie kościół, zaś mury które oglądamy pochodzą z XIV wieku. Początkowo twierdza miała tylko główny kompleks obronny składający się z poteżnych kamiennych murów wzmocnionych czterema wieżami. Następnie dobudowano tam skrzydło zachodnie i dodano kolejne zewnętrzne obwarowania. Forteca nie miała jednak szczęścia, w XII wieku zniszczyli ją Mongołowie, odzyskała swoją świetność kilka wieków później, by następnie zostać zdobytą przez Turków. "

5. Miasto, Monastyr i Twierdza Wardzi!

 

 

 

 

Wardzi czasy świetności przeżywała na przełomie XII i XIII wieku. Był to okres rządów królowej Tamar. Tak bardzo szanowanej przez Gruzinów, że tytułowano ją „królem”, a nie „królową”. Kroniki podają, że za jej czasów chłopi stali się jak szlachta, szlachta jak książęta, a książęta byli bogaci niczym królowie. Skąd ten dobrobyt? Gruzja rozwijała się od kilku pokoleń. Dobre czasy rozpoczął pradziadek Tamar, Dawid IV Wielki zwany też Budowniczym. Kraj rozrósł się głównie kosztem muzułmańskiej Turcji."

A dla mnie to był dzień, kiedy okazało się, że jestem stara, stara, a może i jeszcze starsza! Bo chodząc w górę, co jeszcze nie było takie trudne, a potem w dół, to niestety chyba na poziomie trzynastym twierdzy było słychać, jak moje kolana trzeszczą. Całe szczęście, że młodszym współtowarzyszkom niedoli było to samo! Ja byłam sfrustrowana okrutnie! Co? Ja? Nie mam fobii, nie mam żadnych tłumaczeń, ale bałam się, jak jasna cholera, i wcale się nie wstydzę przyznać do tego! Furda greckie Meteory! Furda różne, nawet warszawskie miejsca oglądania miasta z wysokości przeróżnych! Bałam się, jak nigdy w swoim życiu! Bo to nie jest normalne schodzić w dół prawie po omacku, mając przez sobą, jak dobrze szło - półmrok, ale jeszcze częściej ciemność, tak mocną, że czarny atrament to pikuś jest, a na dodatek trza stopami czuć, co pod spodem, czy się da stąpnąć, czy raczej wydłużyć krok i wylądować na następnym stopniu, mając świadmość, iz kilkanaście stuleci piekącego słońca, wiatrów, deszczów, trzęsień ziemi to nie w kij dmuchał! Nawet się nie przyznam, jak bardzo byłam szczęśliwa, gdy już wylądowam na poziomie siódmym. Nawe nie pamiętam wizyty w najstarszej części z monastyrem. Żyłam, i fakt iż muszę jeszcze parę poziomów w dól przejść ciemnymi korytarzami, mając pod stopami nie wiadomo co, powodował , że się zacięłam. Zeszłam w końcu, jako jedna z ostatnich, pocieszając się tym, że młodsza koleżanka o 20 lat, płakała! Tak! Wiem! Jestem wredna! :-((((

6. Twierdza Gori

 


 



 

Starsi kochają Stalina, Młodszym jest obojetny! Czy trzeba coś więcej dodawać? Chyb nie! Ale co z tym, co mówi historia, a ludzie nie chcą słuchać, bo wielbią????

7. Uplisciche, miasto skalne

 

 

 

 

Upliscyche  było jedną z pierwszych osad ludzkich na Kaukazie. Zamieszkiwała ją – już na przełomie II i I wieku p.n.e. – społeczność wykorzystującą jako mieszkania skalne jaskinie. W wiekach X-VI p.n.e. Upliscyche stało się miastem obronnym i siedzibą władców. Nazwa miasta oznacza Twierdzę Pana. Przez pewien czas miasto pełniło rolę stolicy – kiedy w VII wieku Arabowie podbili Gruzję i zajęli Tbilisi, to właśnie do Upliscyche przenieśli się gruzińscy królowie. 

Ja się bardziej zastanawiałam, jak ludzie tam mieszkający, nie patrząc na cudnej urody widoki, mogli zachwycać się niesamowicie silnie wiejącym wiatrem, ktory na tej wysokości ma siłę niewiarygodną! I jak można tam było chodzić po tych skałach w czasie burz? Gdy wszystko było śliskie i niebywale niebezpieczne?.  Nie rozumiem! W obecnym czasie ten widok, to najprawdziwszy cud!


wtorek, 14 października 2014
Góry. Od Gudauri po Shohrę.

1. Gruzińska Droga Wojenna 

Jedziemy drogą, która dopiero od kilku lat jest dobrze przejezdna. Łączy Południowy Kaukaz z Północnym. Dawnymi laty miała typowo militarne znaczenie, gdyż na przestrzeni wieków podążały nią wojska perskie i rzymskie, ordy mongołów, armia rosyjska i radziecka.

Droga wije się serpentynami powoli, coraz wyżej i wyżej pokazując malownicze stoki Małego Kaukazu, pośród których przewalaja się tumany mgieł i chmur. Pniemy sie wąską drogą ze stromymi podjazdami, pełnymi ostrych zakrętów. Mijamy twierdzę Annanuri ( o niej napiszę w części poświęconej zabytkom ). Potem znowu kilkusetmetrowe przepaście i doliny górskich rzek.

Gdzieniegdzie spotykamy krzyże. To miejsca, w których ktoś zmarł tragicznie, spadając w przepaść, bądź rozbijając się samochodem o skały. Często zamiast krzyża jest coś w rodzaju kapliczki, zbudowanej z łupków skalnych, w której znajduje się zdjęcie zmarłego, a obok niego stoi butelka z czaczą ( gruziński samogon ) i kieliszek, z którego należy wypić za spokój  jego duszy.

Docieramy do jednego z nielicznych ośrodków narciarskich, dopiero od paru lat rozwijających się, to Gudauri. Kiedyś to była stacja pocztowa, na której kurierzy carscy wymieniali konie.

Ponoć jest tu niezła baza wypadowa na sąsiednie stoki oraz kilka nieźle przygotowanych tras zjazdowych. Wyciągi krzesełkowe kursują między 1990m npm. a 3300m npm.

Gudauri to jedno z najlepszych na świecie miejsc do uprawiania heliskingu. Ten ekstremalny sport, polegający na jeździe na nartach po niewytyczonych trasach, skacząc wprost z helikoptera, należy do najbardziej niebezpiecznych zimowych rozrywek. 

 

Jedziemy dalej na przełęcz Krzyżową, na której mieści sie punkt widokowy z rotundą dekorowaną mozaiką. Mozaika ta, to połączenie motywów gruzińskich i rosyjskich z cytatami o przyjaźni, z największego gruzińskiego poety, Szoty Rustawelego.  

Przełęcz Dżwari, skąd roztaczają się niewiarygodnie piekne widoki w stronę Kazbegu, leży na wysokości 2379m npm.

2. Droga do Swanetii

Jedziemy do krainy owianej legendą. To tam jest największy lodowiec, i to tam znajdziemy najstarszą wioskę europejską!

Trasa zaczyna się tak jak na Drodze Wojennej, od zbiornika Dżwari na rzece Inguri. 

Patrząc na zbiornik, a później rzekę wijącą się wzdłuż doliny, ma się wrażenie, iż to norweskie fiordy. Woda przybiera różne kolory, od jasnoniebieskiego po szafir, czy mleczy turkus.

Mijamy tunele, skały, jeziora utworzone dzieki rzece Inguri, strumienie, urwiska rozpoczynające sie tuż za krawędzią szosy,

 

 i oczywiście, góry. Malownicze, pokryte lasami szykującymi sie do jesieni, a wyżej lodowiec.

Naszym celem jest stolica Swanetii - Mesti, w której nocujemy, aby następnego dnia udać się jeszcze wyżej! Tymczasem szykujemy się do supry i cieszymy sie na wystepy lokalnego zespołu, o czym napiszę w innym poście.

Swanetia dopiero niedawno odkrywa swoje uroki. To najbardziej dzikie rejony i bardzo tajemniczy ludzie. Całe wieki Swanowie zyli w izolacji, i do dzisiaj podtrzymują nie tylko odrębny język, ale i wszystkie dawne tradycje  Dawniej żyli w klanach,a prawa w nich, datowane od stuleci, opierały się na takich samych, jak włoskiej mafii.

3. Uszguli 

Samochodem terenowym, z napedem na cztery koła i kierownicą po prawej stronie, mozolnie pokonujemy drogę do najstarszej siedziby ludzkiej w tej stronie świata. Gdyby nie to, że co jakiś czas ( najczęściej po deszczach i burzach ) zjawiają się brygady usuwające spadające skały, byłoby niemożliwe dojechanie do celu.

Wioskę wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W doskonałym stanie zachowało się w niej 37 kamiennych wież z czasów od IX do XIII wieku. Górujące nad domami baszty, wysokości 20-25 m, pełniły funkcje obserwacyjne oraz obronne i były schronieniem w czasie walk lub zatargów miedzy klanami.  Obecnie, wieże te służą przede wszystkim jako magazyny tego, co z wielkim trudem gromadzi się na okres, kiedy trzeba przetrwac sroga zimę, czyli żywność i opał. W Uszguli, położona na wzgórzu, stoi otoczona kamiennym murem cerkiew Lamaria z XI-XII w. Przy niej, oczywiście, dumnie stoi kamienna baszta.

 Domy w większości zbudowane z łupków skalnych,

 Dopiero od dwóch lat, kiedy otwarto drogę z Mesti, zaczęto stosować inne materiały budowlane, przede wszystkim okropną blachę,

 a bardzo rzadko kiedy znajdzie się jakiś współczesny dom zbudowany z cegły czy pustaka. Za to cała wioska tonie w łajnie. Wszędzie chodzą samopas krowy, a nierzadko trafią się świnie. Nie zapominajmy, że głównym zajęciem mieszkańców jest hodowla zwierząt, i rachityczne rolnictwo. 

Życie tej położonej na wysokości 2100m np. wioski, to wieczna walka z przyrodą. Przez pół roku przygotowują się do zimy, która ich na kolejne pół roku oddziela od świata. Ponad wioską góruje najwyższy szczyt Gruzji - Szhara ( 5068 m npm. ).   

I kiedy człowiek zaduma się nad tym, jak w takich warunkach żyją ludzie, czuje się zawstydzony. Bo Swanowie, mimo tego, że maja bardzo ciężkie życie, od niedawna idą uczyć się na studia, a potem wracają do Swanetii. Bo nie umieja żyć bez gór. Oni je po prostu kochają! A my naprawdę możemy docenić to, co mamy, a co w tamtych warunkach będzie nieosiągalne jeszcze przez wiele, wiele lat!

 

 

piątek, 10 października 2014
Bardzo pięknie i trochę mniej też!

Pomyślałam sobie, że nie ma sensu zawracać głowę opisem każdego dnia mojej gruzińskiej wycieczki. Przecież i tak, jeśli czegoś nie napiszę, resztę można doczytać u wujka googla. Dlatego tym razem przekrój przez różne tematy, moim zdaniem ze sobą związane.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że Gruzja to piekny kraj. Ale także biedny. Pozostający przez dlugie wieki pod panowaniem rosyjskim, później radzieckim. To kraj, który do dzisiaj boryka się ze spuścizną niedawnej, sprzed sześciu lat zaledwie, wojny. I to wszystko widać. Widać piękno i zaniedbanie. Biedę i zaniechanie zmian. Próby wyrwania się do przodu też widać. Wprawdzie jeszcze nieśmiałe, ale są. Nie można zapomnieć też o tym, że historia tego kraju jest starsza niż nasza, co wyjątkowo dobrze widać zwiedzając nieprawdopodobnie piekne zabytki sztuki sakralnej, z których większość jest wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Gruzja chce do Europy. Zresztą Gruzini nie mają wątpliwości, iż w niej są, przynajmniej mentalnie i religijnie( początki chrześcijaństwa datuje się na IV wiek ), chociaż geograficznie to już Azja. I robią wszystko, abyśmy także o tym wiedzieli. Nie zawsze to się udaję, ale.... od czegoś trzeba zacząć.

Po wyladowaniu w Tbilisi, wychodząc z lotniska, mimo wczesnoporannych godzin, widać że miasto żyje, jest pełne energii i nadziei, iż kolejny dzień będzie dobry, a może lepszy od poprzedniego. Będzie dobrze. Problemy? Nie myślimy o problemach. Zajmijmy się tym tu i teraz! Cieszmy się! To mniej więcej codzienna filozofia Gruzinów. 

W Tbilisi ( ale dotyczy to także Batumi, Mcchety, Zugdidi, Gori) odbija się wszystko to co było dawniej, nie zawsze dobrze stapiając się z obecną rzeczywistością. Obok starych dzielnic, starej zabudowy i ruin,dzielnice z czasów postsowieckich, a tuż obok, nowe budowle, czasami wkomponowane w otoczenie zupełnie "bez głowy". Dotyczy to zresztą większości miast. Czasem całe kwartały ulic są jakby na nowo budowane. Ludziom proponuje się przeniesienie do nich, bez czynszu i innych opłat, ale ci nie chcą. Stoją więc sobie całe dzielnice niezamieszkałe prawie wcale. Inna sprawa, że te dzielnice też jakoś nie wtapiają się w zastany już obraz niejednego miasta.

Na wsiach przeważąją domy typu magrelskiego, drewniane, na słupkach. Latem w nich gorąco, zimą nie zawsze dogrzane. Wszystkie rury prowadzi się nad ulicą, co nie nadaje jej szyku, ani nie zdobi. Tłumaczenie tego jest jedno: lepiej znaleźć awarię, nie trzeba  kopać! Gdzieniegdzie nie ma kanalizacji,  są kanały podobne do rynsztoków. Na trawiastym podwórku pasa sie świnie, często krowy. Tuż pod oknem! I chociaż powstaje coraz więcej domów murowanych, podwórka i ich ogrodzenia to mógłby być temat na osobne opowiadanie. 

W Swanetii zaś, w rejonach górskich wszechobecny łupek. Tam, gdzie docierają już turyści, widać boom budowlany, ale też spotyka się różne szalone pomysły zwariowanych budowniczych.

Przygnębiające są osiedla uchodźców Abchadzkich I Osetyńskich niedalego Tbilisi i Gori. Setki podobnych bliźniaczo do siebie, małych domków, z jedną dużą izbą połączoną z aneksem kuchennym. Do tego toaleta z łazienką. W każdym takim domku mieszka jedna rodzina. Wielopokoleniowa. Można dostać klaustrofobii chodząc po takiej dzielnicy. Miała byc prowizorka, a ludzie w niej żyją, czasami pracują, więcej nie pracują, dnie mijają na nicnierobieniu, gadaniu o tym co było, handlowaniu przysłowiowym mydłem i powidłem.  I tak dzień za dniem, dniem za dniem. Smutne!

 

 Widok z kolejki do twierdzy Narikala na Tbilisi i rzekę Kurę. Na pierwszym planie, za rzeką, Cerkiew Metechi,a po jej lewej stronie pomnik króla Wachtanga Gorgasali

Tbilisi zachwyca mnogością tarasów i werand, niekiedy z pięknymi ornamentami. Tutaj w dzielnicy muzułmańskiej Abanotubani, 

 

 oraz na tak zwanym starym mieście.

Stara zabudowa po drugiej stronie ulicy, tuż za ogrodzeniem soboru Św. Trójcy - największej świątyni w Gruzji.

 Nowoczesność - most pokoju, przez Gruzinów zwany podpaską! Do dzisiaj budzi kontrowersje!

 Plac Wolności z obeliskiem Św. Jerzego, w tle, po prawej wieża telewizyjna, wszystko pieknie oświetlone, tak jak większość największych zabytków, Pałac Prezydencki i Twierdza Narikala.

 A to już pierwsza stolica Gruzji - Mccheta, i zrewitalizowane przedmieście. Wiele domów stoi pustych.

 Tuż obok ogromny plac otoczony budowlami w stylu romańskim, z biurem it, bibioteką i USC. A co po drugiej stronie placu? Oczywiście katedra! Sweti Schoweli.

 Domek typu megrelskiego,

 i radosna twórczość rurowa!

 Typowe socjalistyczne bloki w Zugdidi

 a także w Gori.

 Swanetia - domek łupkowy

Zrewitalizowane centrum Mesti, rynek z posągiem królowej Tamary. Niestety marnieje, brak chętnych do zagospodarowania. 

A to budynek policji. Też Mestia! Zupełnie nie pasuje do ogólnego widoku miasteczka. 

 Jedna z odnowionych ulic starego Batumi

 Skwer Piazza

 A uliczkę dalej, cała ulica kamienic, które kwalifikują się do szybkiego remontu

Prąd jest tani. Oświetla się wiele budowli, zwłaszcza nowoczesnych. Tutaj Wieża gruzińskiego Alfabetu.

wtorek, 07 października 2014
Już jestem!

Wylądowałam na warszawskim lotnisku w poranek czwartkowy, potem przejazd na dworzec centralny i długa jazda do Tczewa. Stamtąd już odbierał mnie Ślubny, z którym zatrzymałam się po drodze na jakiś typowo polski obiad, którego byłam bardzo spragniona, i koniec końców późnym popołudniem zobaczyłam MBD. Czyli? Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej! :-)))

Zaraz potem był weekend, a więc wizyty Progenitury, pożegnanie lata, a wczoraj nareszcie zabrałam się za pranie i odgruzowanie domu, bo przy tak długim samotnym gospodazeniu przez mojego mężczyznę, czas był najwyższy. Sprawy powycieczkowe leżą zatem odłogiem. A zdjęć mnóstwo, bo jeszcze Koleżanka wejherowska doslała te, które zrobiła swoim aparatem. Trzeba je posegregować według dat i miejsc, poskładać w sensowne bloki tematyczne, prześwietlić odnośnie wykonania, słowem przygotować, aby chociaż skrawek Gruzji przybliżyć Wam tutaj na blogu.

Wycieczka bardzo udana. Nie żałuję decyzji wyboru małego biura z Krakowa, które zajmuje się tylko kierunkiem na Kaukaz i kraje sąsiednie. To był strzał w dziesiątkę! Grupa niewielka, siedemnastoosobowa, bardzo szybko się zintegrowaliśmy. A Pilotka - rewelacyjna! W duecie z kierowcą Asftandijem stanowili tandem pełen profesjonalizmu! Dawno nie czułam się tak zaopiekowana. Wprawdzie było parę minusów, ale gdzież ich nie ma? Jednym z nich było to, że prócz Tbilisi, w żadnym innym hotelu nie było wind i trzeba było samemu taszczyć swoje bagaże czasem na drugie lub trzecie piętro. Jakby kto się pytał, bagażowych też nie było. Jedynym usprawiedliwieniem Gruzinów może być to, że Oni jako kraj dopiero od paru lat są masowo odwiedzani przez turystów. No a drugi, bardzo prozaiczny problem, to zbyt szybka jazda naszego wspaniałego, gruzińskiego kierowcy. Prawie wcale nie dało rady zrobić zdjęć przy szybkości koło 100 km/godz. Częste postoje na punktach widokowych nie rekompensowały tego, co uciekało w zawrotnym tempie sprzed obiektywu ! ;-)

Odliczając dojazd i powrót, było pełnych dziesięć bardzo intensywnych dni. Tysiące kilometrów przejechanych, setka kilometrów przechodzonych, kalejdoskop krajobrazów, nieustający zachwyt górami Kaukazu, a czasami zadziwienia wielkie!

Zanim zabiorę Was na mini wycieczkę po Krainie Sarkarpwelo, kilka migawek!

Widok na Tbilisi z kolejki do twierdzy Narikali

Miasteczko Sihgnagi zwane miastem zakochanych

Droga wojenna

Mały Kaukaz

Sweanetia - wieże obronne w Mesti

Delfinarium w Batumii

Na bazarze w Zugdidi

Jaskinia Sataplia koło Kutaisi

Batumi nocą

Archiwum