Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 31 października 2011
Pamięć!

Tu jest pamięć i Twoja świeczka, tutaj napis i kwiat pozostanie.

Ale zmarły gdzie indziej mieszka, na wieczne odpoczywanie.

Smutek to jest mrok po zmarłych tu, ale dla nich są wysokie, jasne światy.

Zapal świeczkę! Westchnij! Pacierz zmów! Odejdź pełen jasności skrzydlatej!

 

/Joanna Kulmowa /

niedziela, 30 października 2011
I już po!

Impreza udała się cudnie! Pan Mąż, jak nigdy sypał dowcipami i tryskał szampańskim humorem, który udzielił się bez wyjątku wszystkim. Rozstaliśmy się grubo po północy!

Rewelacją był tort! Pierwsze dwie godziny przyjęcia upłynęły właśnie pod znakiem biuściastej panienki! Na dzisiaj pozostała tylko łódeczka, dwie choinki i palma! 

A teraz popijamy piwko, zagryzamy najprawdziwszymi oscypkami, które przywiózł Brat. Jeszcze chwila, i idziemy na długi, jesienny spacer!

Jutro wyjazd na groby Rodziców, a po drodze jeszcze odwiedzimy groby Dziadków!

sobota, 29 października 2011
Cisza przed???

Ależ ta karkówka z pieca, według podpowiedzi Synka, mniamuśna! Normalnie małmazja! Człowiek się całe życie uczy, ale i tak na koniec głupi przenosi się w zaświaty. Pierwszy raz piekłam mięso w specjalnym rękawie do piekarnika, i stwierdzam, że to jest pomysł na milion procent wspaniały!

Córcia przyniosła tort. O, taki!

 

Tak się zastanawiam, że jak Ślubny sobie weźmie do serca sentencję tortową, to będzie ciężko! Ta łódeczka to rozumiem, Ślubny to zapalony wędkarz, na pożegnanie z zakładu dostał niezły sprzęt, którym wymieni ten stary. Las też, uprzejmie proszę, bo grzybiarz z niego doskonały. Tylko ta naga panienka!!! Oj, będę musiała chyba na stare lata chłopa na smyczkę wziąć! :-)

Ale przed chwilą Ślubny zrobił się głodny i zaczął buszować po lodówce. Efektem było zbicie dwóch talerzyków, kilka soczystych słów też usłyszałam, w końcu stwierdzenie, że ..... to moja wina, bo kto tak upycha wszystko piętrowo w lodówce. Wolę więc do kuchni nie wchodzić, póki On tam tkwi, bo jeszcze mi się dzisiaj oberwie! Hi,hi,hi!

Trochę sobie jeszcze pobuszuję po necie i już pewnie będzie czas zajrzeć do szafy, w co by tu się ubrać na taką podwójną imprezę. W końcu, nie zawsze osobisty Pan Mąż obchodzi 60-tkę i przechodzi na emeryturę!

piątek, 28 października 2011
Prawie na finiszu!

Mięsa popieczone, sałatki się macerują w sobie. Teraz tylko trzeba przemeblowanie nieduże salonu zrobić, aby stół duży rozciągnąć, przy którym zasiądą goście. Ale na to muszę poczekać, aż Ślubny wróci z centrum rozrywki dla dzieci, gdzie jest akurat z najmłodszą Nusią. Swoją drogą, to mnie ten mój małżonek rozbawił dzisiaj do łez. Jechał rano po Nusię odwieźć ją do szkoły, to poprosiłam, by wpadł do sklepu i kupił mi puszkę czerwonej fasolki kinley oraz dwa rodzaje majonezu: duży, dekoracyjny babuni i mały light. Nie trwało długo, jak zaczęły się telefony. Wpierw, że nie ma fasolki. To mu mówię, że ma po etykietkach na obrazki patrzeć, jak znajdzie czerwone, to niech już kupi. Ale to było za mało, bo znowu dzwoni, że to nie kinley. Dobra, niech będzie co jest. Za chwilę telefon, że nie ma majonezu. Mówię gdzie szukać. Znów dzwoni, jest, ale dressing. Komedyje! Mówię, aby szukał na stoisku między regałami. Znalazł. Za chwilę znowu dzwoni, nie ma majonezu light. Ma szukać niebieskiej etykietki!  Znalazł! W sumie ten niby drobny zakup kosztował go pięciokrotne dzwonienie. Ciekawe, jak on sobie radzi, gdy mnie nie ma? Pewnie połowę czasu wolnego w sklepach spędza! :-))))

Edit!

Przepis na rybę po hawajsku:

Na 1 kg ryby mrożonej potrzeba 3 duże cebule, jeden ostry keczup i puszkę ananasa w kawałku!

Rozmrożoną rybę pokroić na średniej wielkości kawałki i obsmażyć na oleju. Cebulę posiekać drobno, zeszklić na oleju, dodać keczup i ananasa, zagotować, dodać rybę. Dobre na zimno i na gorąco, zwłaszcza z ryżem lub kawałkiem bułeczki. Można ryby nie smażyć tylko na wolnym ogniu dusić w słodko-kwaśnym sosie. Smacznego!

czwartek, 27 października 2011
Zakupowe zawiłości!

Zaczęły się od tego, że Synek w trakcie rozmowy poinformował, iż w markecie, do którego on robi zakupy, są bardzo często świetne promocje na mięso. Akurat jest na karkówkę w całości, która przydałaby się na pieczyste. Umówiliśmy się, że pójdę rano i kupię dla nas i niego, a potem na znak, on przyjedzie i podrzuci mnie z ciężarem do domu. 

Jakie było moje zdziwienie, gdy przy stoisku okazało się, że sprzedają tylko jedną sztukę na osobę! No, naprawdę! Myślałam, że śnię i wróciłam do czasów głębokiej komuny oraz reglamentacji towarów. Aby było jeszcze śmieszniej, gdy stanęłam drugi raz w kolejce, bardzo malutkiej zresztą, usłyszałam, że i tak mnie z druga karkówką przez kasy nie przepuszczą! Normalnie, kino za darmo!!! Zadzwoniłam po Synka, szybko przyjechał i potem "kolędował" dwa razy z karkówką dla siebie, którą zanosił do samochodu, potem wziął moją, ja swoją drugą, i było po zakupach! 

Swoją drogą, komuś z kierownictwa temu marketu chyba się czasy "pozajączkowały"!

Zrobiłam sobie listę zakupów. Ślubny poszedł do garażu po samochód, przyjechał po mnie, pchamy wózek w markecie, aby go załadować, gorączkowo szukam po kieszeniach, i...... nie mam listy! Skleroza galopująca wręcz, nie mówiąc o uśmieszku satysfakcji mojej drugiej połowy!!! Jakoś, powoli chodząc wśród regałów, udało się mi kupić wszystko to, co zapamiętałam w listy. Po sprawdzeniu już w domu, okazało się, że zapomniałam dwóch pozycji, które akurat jeszcze zdążę dokupić jutro. Czyli, nie było tak źle! Ale wychodzi na to, że należy nie tylko pamiętać , co ma być na liście, ale także nie zapomnieć zabrać jej ze sobą!

Nio! Bulion warzywny już przestygł, warzywka i inne ingrediencje też, udaję się do kuchni robić terrinę! I solę po hawajsku!

czwartek, 20 października 2011
Z łóżka!

Leżenie w łóżku jest ogłupiające.

Nie tylko to, na co się choruje dokucza, ale dodatkowo dochodzą inne dziwne przypadłości. Na przykład oczy swędzą. Albo kości robią się jakieś bardziej "tkliwe" niż normalnie. Głowa rośnie, zwłaszcza w okolicach płatów czołowych, a podudzia się kurczą! Nazywa się to infekcja, i zupełnie nie wiem dlaczego nie inaczej. Ale nie mogę się nad tym zastanawiać, bo tak jak napisałam wcześniej, to choroba o niezbyt dokładnie oznaczonej etiologii! 

Ale zanim mnie łoże boleści weźmie w swoje posiadanie, musiałam przeżyć 14 godzin podróży.

Potem witaliśmy się ze Ślubnym! 

A, i Córcia mnie opierpapiertentegopan, że się nie zameldowałam, a Ona od zmysłów odchodzi, że może zostałam w Dojczach! Obiecałam, że to ostatni raz!

Odgruzowałam trochę mieszkania, zamówiłam wizytę u lekarza. Ma sprawdzić moje oskrzela, bo muszę wiedzieć, czy mojej astmie nic nie grozi. Na cale szczęście nie! Również moje genetycznie nabyte od Tatusia żylaczki czują się dobrze, a będą się jeszcze lepiej miały, jak zacznę zażywać odpowiedni lek, który mi moja pani doktor na karteluszku zapisała. Bo nie na receptę ci on!

W drodze powrotnej zaszalałam i nakupiłam sobie bielizny firmy Tryumph za bardzo sporą kwotę, bo nie ma nic lepszego, jak docenianie się samej ! W końcu jest się tego wartą!!! Ach, oczywiście euraski na złotówki, a potem na jakiś nowy produkt oszczędzający zamieniłam! Bo okazało się, że moje ślubne szczęście już domek nadjeziorny ma rozebrany prawie na 75 %!!!

Ale zapomniałam o lodówce, do której, gdy zajrzałam, okazało się, że dużo światła mieści, za to niezbyt dużo jedzenia. To trzeba było poczekać aż Ślubny z pracy wróci i pojedziemy na zakupy. Po drodze czekaliśmy jeszcze na Synka z najmłodszą Wnusią. Przyszli prosto z jej szkoły, aby mnie przywitać, co bardzo było miłe.

Zakupy duże, bo Ślubny jutro żegna się z firmą. Jeszcze ma parę dni urlopu do wykorzystania, po drodze zaliczy sześćdziesiątkę, a na koniec miesiąca zamieni się w pełnoprawnego emeryta! I przyjdzie fura gości, i będziemy świętować. Ale na całe moje szczęście, to jeszcze zamierzchła przyszłość, czyli koniec następnego tygodnia. I logistycznie trzeba się przygotować. 

Na całe szczęście, rozmowa bardzo poważna została przeprowadzona, bo wcześniej się pokłóciliśmy telefonicznie. Ale przyjechałam, spokojnie wyjaśniłam, na koniec stwierdziłam, że ma być lepszym człowiekiem, niż jego siostra, i tym sposobem, na uroczystości przyszłotygodniowej będzie jego Mama, a moja Teściowa! I kamień z serca!

To teraz już spokojnie na trzy dni do wyra się kładąc, szanownych Czytelników proszę o cierpliwość, bo tak po prawdzie mam netowstręt, ale musiałam dziś naskrobać te parę słów, aby wszyscy wiedzieli, że dużo przede mną i siły na to nabrać trzeba!

Miłego weekendu!

wtorek, 18 października 2011
Do domku!

Jeszcze kilkanaście godzin tylko i będę już siedziała w busiku wiozącym mnie do domu. Boję się tej jazdy, bo jakiś "diabelstwo" hula po mnie równo. Z nosa się leje, w gardle druty kolczaste, siły brakuje na cokolwiek. Wczorajsza noc to był horror! Nie umiem spać z otwartymi ustami, a powinnam, bo co chwilę brakowało oddechu, gdy nos się zapychał. Wprawdzie obok w aptece kupiłam potrzebne leki, ale chyba już o dzień za późno, bo "diabelstwo" rozwija się coraz mocniej!

Do napisania już w kraju, ale nie wiem kiedy, bo najważniejsze będzie porządnie się wyleżeć i wykurować!

Idę w poziom! 

Aby dotrwać do wieczora!

Papa!

poniedziałek, 17 października 2011
Na dobry początek tygodnia!

 Pozdrowienie z Dusseldorfu!

 

Niejeden chciałby taką kupkę!!!

Ale niestety! Tak, to tylko?........ no gdzie???

Nie, nie w Erze, która zresztą zniknęła, jak sen jaki złoty

Tak? To tylko w bajkach!

A życie uczy, że należy być mądrym i oszczędzać!

Ot, co!

 

:-))))))

niedziela, 16 października 2011
Niespodziewane przeżycie!

To było w pierwszy wolny wtorek, jaki dostałam w pracy tutaj. Zanim zdecydowałam popływać sobie po Renie, chodziłam powoli po Bonn. Pora była wczesna, przechodziłam akurat koło jakiegoś kościoła. Patrzę, że jest otwarty, co wcale tutaj nie jest takie oczywiste w tygodniu, postanowiłam wejść i zwiedzić.

Było cicho, spacerowałam wolno po nawach. Zachwyciłam się szczególnie amboną, pięknie rzeźbiona w drewnie. Prawdziwie koronkowa robota.

Nagle huknęły organy! Przycupnęłam na ławce, słucham. Byłam przekonana, że muzyka zaraz się skończy, ale nie. Grano i grano. Siedziałam zupełnie sama, nikt inny nie wszedł do kościoła, chociaż niewątpliwie to granie było słychać na ulicy. I poczułam się wyróżniona. Ja, rzadko chodząca do kościoła, jeszcze rzadziej się modląca, czułam się jak wybranka Boga. Nawet nie wiem kiedy zaczęły mi łzy płynąć, nie mogłam pohamować szlochu. Ale też poczułam ogromną szczęśliwość i wielki spokój w sobie. 

Koncert, a prawdopodobnie ćwiczenia muzyczne jakiegoś muzyka trwał prawie godzinę. Kiedy wyszłam z tego pustego kościoła na słoneczną ulicę, pomyślałam sobie, że chyba nie jestem takim złym człowiekiem, skoro było mi dane przeżyć coś tak pięknego!

sobota, 15 października 2011
Farbowańce, "cy cóś"?

Wczoraj około 12. Godzina święta dla prawie 100%, przynajmniej starszej daty Niemców. 

Widać jednak niekoniecznie, bo w momencie, kiedy już wszystko stało na stole, a ja szłam babcię dźwignąć z fotela, i oderwac od swojego fotela dziadka, dzwonek do drzwi.

Wizyta!!!!

No szlag mnie trafił, bo ryba przecież stygnie szybko, a tu nie ma mikrofali do podgrzewania. Ryż wrzuciłam  w ręczniki, sos curry do garnka. Czekam! Z tego czekania swoją porcję zjadłam, a co. Mój żołądek przyzwyczaił się tutaj jeść punktualnie, i skowyczy strasznie gdy mu godzina oznaczona mija bez "nic"! Całe szczęście, że winegret do sałaty dodaję w momencie, gdy już wszyscy przy stole, bo pewnie by ta sałata wyglądała, jak "psu z gardła" wyjęta!

Poszli sobie w końcu goście, i gdy już dziadki zasiedli przy stole, zadziwili się okrutnie, czemu z nimi nie jem. To im powiedziałam, że byłam głodna, a poza tym jestem przyzwyczajona, że normalni Niemcy w porze obiadowej wizyt towarzyskich nie składają! O! Ale zrobili miny???? W końcu, co mnie to obchodzi, że to ich jakiś pociotek. 

Jakieś zasady w końcu obowiązują, a jeszcze się nimi szczycą, nie mówiąc o tym przysłowiowym "ordnung muss sein"!

To niech obowiązują każdego!!!

 
1 , 2
Archiwum