Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
sobota, 30 października 2010
Jesiennie !
Jesień!
To wielce tajemnicza, nastrojowa i niewypatrywana przez nikogo pora roku.
Czy ktoś zwrócił uwagę, że wszystkie inne są radośnie oczekiwane?
Wiosna, bo mamy już serdecznie dość zimy!
Zima, bo czekają nas czarodziejskie święta!
Lato, bo jesteśmy pazerni na wodę i słońce!
Tylko jesieni nikt nie wygląda. Chcemy wszystkimi sposobami zatrzymać i zaczarować lato. Zaklinamy je w butelkach, muszelkach, kwiatach i opaleniźnie, i odwlekamy nieuchronnie przyjście jesieni. Nie godzimy się na nią, a ona i tak przychodzi.
Piękna, dojrzała, pełna zadumy i melancholii ... jak śmierć!


czwartek, 28 października 2010
Zastanowienie!

Nie jestem tradycyjną babcią! Nie jestem, i pewnie nigdy nie będę! Oczywiście, kocham moje Wnuki! Ale też zdaję sobie z tego sprawę, że być może moje Dzieci oczekują ode mnie więcej. Zwłaszcza Syn. Bo Córka miała podporę w swoim Teściu, który szybko przeszedł na rentę i poświęcił się wychowywaniu swoich Wnuków. A ja? Chyba odziedziczyłam po swoich Rodzicach gen, dzięki któremu uważam, że wychowanie należy nie do Dziadków. Tutaj pierwsze skrzypce wiodą Rodzice, nawet wtedy, gdy w dzisiejszych czasach nie ma na nic czasu.

Babcia w moim wydaniu nie jest nawet pogotowiem ratunkowym. W moim wydaniu, babcia musi odpowiednio wcześniej wiedzieć, że jest potrzebna. Radko mam wyrzuty na ten temat z tego powodu, choć nie przeczę, że czasem mam. Nie lubię być stawiana pod ścianą, rezygnować łatwo z tego, co mam zaplanowane. Przecież fakt, że jestem na emeryturze nie świadczy bynajmniej, że mam całą masę czasu, z którym mogę i chcę się dzielić. Ale też raczej nigdy nie odmawiałam, i nie odmawiam moim Dzieciom, gdy poproszą mnie o pomoc przy Wnukach! Nawet, gdy musiałam weryfikować swoje własne plany! Od chwili jednak, gdy jeżdżę do Niemiec, jako pogotowie ratunkowe robi mój Ślubny. Nie ma z tym najmniejszego kłopotu, chociaż uważa, że gdy ja jestem w domu, Dzieci powinny załatwiać sprawy ewentualnej pomocy ze mną, i nie powinny posługiwać się nim, jako pośrednikiem.

Właśnie taka sytuacja była w poniedziałek. Ślubny przyszedł z pracy i zakomunikował mi, że Syn pytał go, czy nie mogłabym zająć się Nusią. Znowu jest przeziębiona i raczej nie powinna iść do przedszkola. Ślubny odpowiedział Synowi, iż nie wie, jakie ja mam plany, i najlepiej będzie, gdy o wszystkim Syn mnie osobiście poinformuje i ewentualnie wszystko ze mną ustali. A przy urodzinowym stole, dwa razy tylko usłyszałam, jak Syn zwraca się do Synowej ze słowami:" to co zrobimy z małą?". Odpowiedź Synowej była mało wiążąca, ni mniej, ni więcej typu: "zobaczymy, rano się okaże!". Słuchałam tej wymiany zdań i czekałam, kiedy mnie zapytają o zdanie. Jakoś nie wpadłam na to, aby wysforować się przed orkiestrę, i zaproponować swoją osobę. Jakie było moje zdziwienie we wtorek, kiedy dowiedziałam się od Ślubnego, iż Syn pracuje do 18,0oo, Synowa do 17,oo, i trzeba Nusię odbierać z przedszkola. I żeby nie było, że Nusia nie lubi tej odmiany. Wręcz przeciwnie! Przecież wie, że Dziadkowie przychylili by jej nieba, i nie są tak wymagający, jak Rodzice. Dwie godziny, które spędzamy razem są pełne humoru i zabawy!

Tylko ja znowu mam zgryz. Nie drapię, nie gryzę, nie jestem potworem! To czemu czuję się odstawiana na bocznicę? Mea culpa?




 .

wtorek, 26 października 2010
Zadziwienie!
Wczoraj!
Ślubny znosi naczynia ze stołu, ja zmywam.
I naglę między kuchnia a salonem słyszę: " zauważyłaś, że Ona kilka razy powiedziała ci Mamo?"
Zamarłam, i zrobił się ze mnie jeden wielki znak zapytania, kiedy przetrawiałam tą informację.
Od prawie dekady, moja Synowa albo zwraca się do mnie bezosobowo, albo w najlepszym wypadku nazywa babcią.
A tu - mama - ???
Naprawdę, nie dotarło to do mnie.
Wiem, to także mea culpa.
Muszę zacząć się wsłuchiwać bardziej. Już za tydzień następna impreza rodzinna, to w "praniu się okaże"!

poniedziałek, 25 października 2010
I już codzienność!
Jeśli jest możliwe nadrobienie spania, to tak, nadrobiłam dwie poprzednie noce, w czasie których spałam po 3-4 godziny.
A teraz już puka do okna normalność.
Dzisiaj Urodziny Ślubnego.
Muszę odebrać tort, kupić szampana. No, i obowiązkowo prezent. Niedawno zauważyłam, że moje ślubne szczęście spina ścianki swojego portfela spinaczem! Sic! Zatem będzie portfel. Skórzany.
Obiad jakiś trzeba ugotować. Pranie zrobić. Poprawić porządki sobotnie, które uskuteczniał wzmiankowany Ślubny.
Zapracowany dzień.
Zwyczajny taki!
Do miłego!
niedziela, 24 października 2010
I po!
Siedziałam i blogowałam do 4 nad ranem. I tak dłużej, jak przynajmniej połowa uczestników maratonu. Siedziałabym dłużej,, do końca, ale trudno potem decydować się na 5-6 godzinną jazdę bez snu. Co najwyżej nie będę strong blogerem. Najważniejsze, że byłam, że chłonęłam tą niewiarygodną atmosferę, że uczestniczyłam w rajdzie i grze miejskiej.
Poznałam nowych ludzi, pośmiałam się, dziwowałam  się niektórym sytuacjom, opiłam się litrami kawy, schrupałam masę kruchych ciasteczek, rano zjadłam przepyszne śniadanie.
Teraz w zaciszu domowym życzę pozostałym uczestnikom szczęśliwego powrotu do domu.
I mam ochotę na następny raz, za rok!

A teraz jeszcze parę zdjęć z Mikołajek:
Takim samochodem jeździłam jako pilot, gdy zaliczaliśmy rajd, os-y i jazdę na orientację.




Z dziedzińca Fortu Boyen wyruszaliśmy na grę miejską.



A to pokaz kierowców Renault - utworzenie rombu - loga firmy.


sobota, 23 października 2010
Mikołajki!
Nocny Kochanek z ubiegłej nocy świecił tak jasno,że obudził mnie już po 1,oo w nocy.
Wstałam jednak o 5,30. Szybka kawka i już jestem gotowa do wyjazdu. Pandaretta czeka. Czas pożegnać się z Braciszkiem. Jadę. Nie lubię wprawdzie jeździć po ciemku, ale tym razem jakoś dość szybko droga umykała spod kół. W dwie godziny byłam w Olsztynie, krótka przerwa na kolejną kawę, jadę dalej, do Mrągowa, a potem drogą pijanego drogowca ( zakręt na zakręcie siedzi i zakrętem pogania ) do Mikołajek.
W końcu jestem. Po 4,5 godzinach jazdy.
Pierwsza, nie licząc ludzi obsługujących maraton.
Melduję się i już jestem w pokoju, z okien którego, rozpościera się taki widok.



A Tak wygląda hotel, w którym odbywa się cała impreza.



Po niecałej godzinie przyjeżdża autokar ze stolicy, z którego wysypuje się cała rzesza blogowiczów.
A potem się zaczęły atrakcje.
Najpierw zapoznanie się z zasadami ekologicznej i ekonomicznej jazdy. Potem tworzenie zespołów do jazdy terenowej. Oczywiście samochodami Renault. Jestem w ekipie z Veanką ( odpowiada za dokumentację fotograficzną trasy ) i Rafałem.5Y ( kierowca ). Ja mam być pilotem.
Najpierw plac manewrowy: koperta tyłem, potem slalom przodem i tyłem. Zaliczamy i już pora na odcinki specjalne oraz zdobywanie dodatkowych premii na drogach Mazur, między innymi na szutrowej trasie, na której co roku odbywają się Mistrzostwa Polski w rajdach samochodowych.
W końcu jazda na orientację, która kończy się w Giżycku. Spot Fortu Boyen już autobusem do centrum, aby zacząć :gry miejskie. Każdy zespół dostaje 4 koperty z fotografiami różnych budowli, które należy znaleźć i sfotografować. Trzeba było mieć parę w płucach i siłę w nogach, aby wykonać to zadanie. Udało się. Wracamy do Mikołajek, aby zaraz po obiado-kolacji zasiąść do komputerów.
Maraton się zaczął.
Do jutra zatem!!!
piątek, 22 października 2010
W Grajdołku!
Mój najmłodszy, ukochany Braciszek, którego wychowałam, bo urodził się prawie 9 lat po mnie, obchodzi jutro Urodziny.
Spotkaliśmy się na przedmieściach Grajdołka. Wypad do Reala po torty na jutrzejsze obchody. Przy okazji w perfumerii w charakterze prezentu zakupiłam wodę perfumowaną Pierre Cardin.Piknie pachnie mój najmłodszy Braciszek teraz. Tak prawdziwie, jak macho! I zawsze mi się oczyska kleją i pocą, jak sobie pomyślę o nim, że z naszej czwórki, tylko z nim żywy kontakt mam. A jeszcze teraz , na dodatek z moim Ślubnym, bo drużyny naszego miasta i miasta Bratowego są w jednej lidze piłki kopanej. To sobie Szwagry gadają "ino kurz"!
A! Byliśmy na grobach naszych Rodzicieli! Bracki załatwił ławeczkę do przysiądnięcia, gdzie można sobie odmówić modlitwy. W tym roku dokupił i posadził piękne tuje posrebrzane.
Postaliśmy sobie w zadumie nad naszym grobem rodzinnym. I żałko, że pozostałych dwóch Braci nigdy z nami nie ma!
A teraz! Już stół nakryty z kolacją czeka!
Rybka po grecku i sałatka meksykańska.
Potem chwila pogadanek i musze iść spać. Jutro skoro świt Mikołajki!
Dobranoc Wszystkim!

KIERUNEK MIKOŁAJKI !!!
Trzy razy termin nie pasował. Tym razem się wstrzeliłam i jeszcze trochę zacznę pakować torbę.
Wyjeżdżam! Na nocny maraton Blogerów!
Ślubny już się pogodził z tą moją, jak określa, waryjacją, i nawet samochód zatankował po pachy!
Mały zgrzycik tylko mam, bo się okazało, że nasza pandaretta nie ma wejścia do prądu i podłączenia GPSa. A pożyczony od Córki "naprowadzacz" nie trzyma baterii, zatem pozostanie mi posiłkować się mapą. Mam nadzieję, że nie zabłądzę i dojadę bez przeszkód do celu. W końcu dawniej, poruszano się według słońca i gwiazd.
Najpierw Grajdołek. Odwiedzę groby Rodziców, a potem pojadę do Brata na "długie Polaków rozmowy", by jutro raniuteńko obrać kierunek na Mikołajki!
Do napisania po powrocie! :-))))

czwartek, 21 października 2010
Było tak- cd.
Pierwszy raz byłam tak długo w trakcie jednego wyjazdu. I także pierwszy raz miałam doła. Spadł znienacka, uderzył w duszę i głowę! Na całe szczęście, miałam darmowe połączenie telefoniczne z Polską i mogłam pewnej dobrej duszy się wypłakać. Wiem więc, że nie powinnam wyjeżdżać dużej, niż dwa miesiące. Jeśli moja babinka będzie żyła nadal następnym razem muszę mieć więcej do czytania. Mój dzień bowiem zaczynał się przed 6-tą, a kończył krótko po 23. Krótkie 10 minutowe czynności przy Babci, a potem 2 godziny przerwy. W domu cisza, jak makiem zasiał. Podpowiedziano mi, że mam sobie pościągać e-booki. Dobry pomysł, ale może ktoś mógłby mi podpowiedzieć, skąd i jak ściągać darmowe, aby potem je zapisać w wordzie.

Babcia jeszcze pół roku temu była "fit", czyli pełna życia staruszką, która razem ze swoim przyjacielem, odnalezionym po latach, korzystała z uroków jesieni życia. Kiedy Jup dostał wylewu, Babcia także podupadła zdrowotnie. Teraz Jup przychodzi co dzień do niej. Jest o 13 lat młodszy. Staje przy łóżku, witają się oboje czułymi słowami, gładzą się po rękach, po głowach, czasami płaczą nad sobą, ale częściej spoglądają na siebie z taką czułością, oddaniem i miłością, że aż ściska w gardle. Pierwszy raz, gdy to widziałam, najnormalniej w świecie poryczałam się, jak bóbr. I pomyślałam sobie: dobry Boże, spraw, abym ja, jeśli dożyję późnej starości, doczekała momentu, że Ślubny też tak będzie nadal na mnie patrzył, a ja mu się tym samym odwdzięczę!

21 września były 90 Urodziny Babci. Już na tydzień wcześniej Babci zażyczyła sobie, że nie chce niczego, żadnych kwiatów, życzeń, gości, tortów. Chce spokoju. Oczywiście nikt tego nie brał na serio. Ja zrobiłam tort czekoladowy i kupiłam doniczkowe begonie, bo akurat storczyki na oknach przekwitły, więc uznałam, że jedna doniczka kwitnących kwiatów nie zaszkodzi. Ale potem zaczęli się zjawiać goście z naręczami ogromnych bukietów, które w krótkim czasie zabrały połowę powietrza w małym przecież saloniku. I Babcia poczuła się źle. Trzeba było podawać środki uspakajające. Rację miała starsza pani żądając świętego spokoju!

Do Babci co dzień przychodzą 3 razy pielęgniarki z Caritasu, robią pomiar cukru i podają insulinę. W południe jest mycie. Raz w tygodniu przychodzi lekarz. Moja opieka była mam nadzieję na tyle dobra, że babcia jadła, piła, załatwiała to, co trzeba. Fakt, czasem w nocy nie spała, ale nie było to kłopotliwe. Nie wiem czemu Szefowa zawołała 2 tygodnie temu hospicjum. Chyba po to, aby przyśpieszyć zejście Babci z tego świata. Bo z chwilą, kiedy podano jej morfinę, staruszka przestała jeść, pić i była jak otumaniona. Wtedy zaczęły się swary między rodzeństwem o sposób pielęgnacji, bo Szefowa swoich posunięć z nikim nie konsultowała. Kiedy ja wyjeżdżałam, babcia od 2 dni zaczęła znowu jeść i pić, parę dni temu moja Wekselka zadzwoniła, że babcia "strzeliła cygarko" ( nie śmiejcie się, to bardzo ważne ), a wczoraj zawiadomiła, że Babcia ma się już tak dobrze, jak przedtem, ale hospicjum już przychodzi raz w tygodniu, a nie co dzień. No cóż poczekamy, zobaczymy!

Moją rozrywką w czasie ostatnich dwóch miesięcy była Współrodaczka z Grudziądza. Przychodziła w obiad i wieczorem. Gadałyśmy, grałyśmy w kary, a jak było ładnie odprowadzałam ją do jej domeczku. Czasami wpadała polska przyjaciółka Bankiera, szalenie sympatyczna, dobrze zakonserwowana ( miała 52 lata, wyglądała na 35 ). Podrzucała polskie książki, kilka razy zabrała mnie na kawę i zakupy do miasta, a w ostatnim dniu pojechałyśmy do Luxemburga. Zostałam wolno przewieziona po mieście, a potem zaprowadziła mnie do ogromnego domu handlowego, gdzie oglądając butiki najsłynniejszych domów mody, otarłam się o wielki świat. Symbolem tego świata było ciasteczko, które zjadłyśmy do popołudniowej mocnej kawy. Za kwadracik 3x3 cm trzeba było zapłacić 10 euro. Ale co tam! Szkoda, że nie było za dużo czasu, aby się dłużej zatrzymać. Może się uda następnym razem.
środa, 20 października 2010
Było tak - 1
Pod koniec lipca wyjeżdżałam do Niemiec, do swoich babć waryjatek z mocnym postanowieniem, że gdy tylko nie prześpię jednej nocy, zacznę szukać innej pracy.
Na miejscu okazało się, że w czasie południowej przerwy mojej zmienniczki, Ciotka parę razy Babkę próbowała podnieść z fotela. Oczywiście nie dała rady i obie wylądowały na podłodze, przy czym Babka potłukła się okrutnie i wylądowała w szpitalu. Po powrocie już praktycznie nie wstawała z łóżka, a jeżeli jakoś się przemogła, to siedziała na wózku góra godzinę. Rodzina zarządziła więc, abyśmy my, opiekunki brały 2 razy po godzinie wolnego. Pomysł może i dobry, ale co można zrobić w godzinę?
Obie wariatki wytrzymały przeszło dwa tygodnie bez nocnych ekscesów. Ale jak wiadomo, przyzwyczajenie jest drugą naturą i pewnej nocy zaczęło się kino za darmo. Dobrze, że wpadłam na pomysł i nagrałam te wariatki i całą tą awanturę na komórkę. Kiedy rano przyszedł synek i odsłuchał nagranie, zaniemówił z wrażenia. A potem jeszcze raz zastygł w pozycji żony Lota, gdy zakomunikowałam, że szukam sobie innej pracy. Szybciutko zadzwoniłam do zmienniczki, to zgodziła się przyjechać przed czasem, a ja po 3 dniach od sławetnej awantury wylądowałam w nowym miejscu. Też w Trier, ale na przeciwległym krańcu. w dzielnicy Mariahof.
Mariahof. to jedna ze starszych dzielnic, głownie zamieszkała przez ocokrajowców ( bloki ), starsze małżeństwa  ( prywatne domy ) i stare osoby samotne, które ulokowano w kilkunastu pawilonach, typu barak. W każdym pawilonie jest 6-8 mieszkań, wszystkie mają po dwa pokoje, kuchnię, salon, łazienkę z toaletą, małą jakby spiżarnię, taras i komórkę na narzędzia. Gdyby nie firanki w oknach, trudno byłoby trafić pod odpowiedni adres, tak wszystko jest do siebie podobne. Całą dzielnicę idzie obejść w godzinę ścieżką, jakich wiele w Niemczech, przeznaczoną dla spacerowiczów i rowerzystów. Ponieważ dzielnica jest na wzgórzu, wokół rozciąga się wspaniały widok na winnice, a w dole doskonale prezentuje się cała dolina Mozzeli z Treirer.
Moja podopieczna, kiedy zjawiłam się u niej była jeszcze w szpitalu, więc mogłam bez przeszkód przygotować mieszkanko na jej powrót. Przywieziono ją nazajutrz. Cichutka, drobniutka staruszeczka, lat prawie 90, z cukrzycą, trombozą i guzem. Była permanentnie zmęczona, na okrągło spała i nie chciała nic jeść. Żmudne prawie 2 tygodnie moich "podchodów", czyli przyzwyczajanie do jedzenia metodą: za mamusię, za tatusia, za nią, za mnie, za przyjaciela i za każde z szóstki dzieci. Te jej dzieci to osobny temat, po prostu zoo. Najstarszej córki nie poznałam, nigdy się nie pojawiła. Następna po niej była tylko dwa razy, po ponoć prawie półrocznej przerwie. Kolejna -Blondyna- wpadała jak po ogień. Wszystkim co z wiązane z Babcią załatwiała córka Szefowa, ze swoim francuskim mężem. Najstarszy syn był tylko raz, w dzień 90 Urodzin Babci, a najmłodszy Bankowiec wpadał na 2-3 minuty wieczorem, od czasu do czasu. Babcię odwiedzała także kuzynka Szefowej (przemiła kobieta), oraz Jup- od 10 lat najkochańszy przyjaciel. Bywała również para młodych ludzi Downiaczków: Ona, to córka Blondyny; On - jej Frojnd.
Po awanturniczych babciach z Pfalzel, to miejsce było oazą spokoju. Cisza wszechobecna, bo Babcia nie tolerowała radia i tv. Czasami aż dzwoniło w uszach, było mi źle i zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam zmieniając miejsce. Na całe szczęście, poznałam Polkę, która niedaleko mnie pracowała i mogła do mnie przychodzić, bo ja na spacer mogłam iść tylko wtedy, gdy przyszedł ktoś z rodziny i posiedział przy Babci, po prostu uwiązanie. Od początku zresztą, wszyscy prorokowali, że Babcia nie pożyje długo, i zupełnie nie przyjmowali do wiadomości moich zapewnień, że i doczeka swojej 90-tki, którą miała mieć 21 września, i jeszcze jej zostanie woli życia na kilka następnych tygodni.

cdn.
 
1 , 2
Archiwum