Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 29 października 2009
JESIENNIE!

 

 

Pięknie dziś! Typowy październik. Dużo słońca, mało wiatru, nawet nie przeszkadza chłód wiszący w powietrzu. To pojechaliśmy po południu nad jezioro. Ślubny wytaszczał łódkę na brzeg, coby w zimie nie przymarzła do wody. Potem wodę z instalacji spuszczał do kanalizacji, bo rury u nas niezbyt głęboko wykopane, to też mogą przemarzać w zimie. A ja się szwędałam po okolicy. Wróciliśmy, jak już prawie się ściemniało!

Teraz herbatka, jakieś czytadełko i wcześniej spać. Jutro rano znów na grzybki! Do miłego!

 

 

środa, 28 października 2009
GĄSKI

Nareszcie!

Pierwszy raz w tym roku na grzybach!

Wstałam skoro świt, jeszcze ciemno było. Zapowiadała sie piękna pogoda. A więc szybciutko śniadanko, kawusia, odpowiednia kurtka na grzbiet, porządne buty na nogi, kosz w rękę i hajda po "psiapsiółkę", bo to zawsze raźniej we dwójkę po lesie chodzić.

Nastawiłyśmy się na gąski. Zresztą, i tak w tym roku marnie u nas z grzybami. Mój Ślubny w trakcie mej nieobecności był tylko raz, i jedno szczęście, że trochę nazbierał, bo o klopsikach grzybowych na Wigilię mogłabym tylko pomarzyć.

Gąski, i owszem, były. Ale zbieraczy trzy razy tyle. Gdy po godzinie miałyśmy tylko zakryte dno w koszykach, zmieniłyśmy miejsce na lasy nad Zbrzycą. Udało się! Wprawdzie więcej było gąsek szarych niż zielonych, ale nie ma co wybrzydzać, oba gatunki smaczne. Pewnie za parę lat i tych nie będzie, tak jak wyginęły w naszych lasach miodówki. Za to muchomorki i sarniaki, zwane u nas krowimi muniami, rosną sobie bez przeszkód.

No, a teraz mam 5 słoiczków gąsek w occie, jutro na obiad będzie zupka gąskowa i kotlety smażone z największych kapeluszy. Mniam! Już mi ślinka leci, jak sobie o tym pomyślę!

wtorek, 27 października 2009
LETNIE REMANENTY 2

Dzień 6 - Albania

To był dziwna jazda. Nasz autobus zamiast normalnymi drogami, przebijał się do Albanii "opłotkami". Wąska, jakaś boczna droga, wiła się przed nami tysiącami zakrętów, a po obu stronach dziwne krajobrazy. A to zupełne pustkowia skaliste, na których gdzieniegdzie jakoweś krzewy, czy inne porosty i krzewinki rosły; a to chałupinka przycupnięta na zboczu, uboga; a to jakieś bunkry; a to chłop prowadzący dwukołowy wóz, na którym ku obronie przed niewiadomo kim leży starodawny karabin. Mijamy biedne wioski. Zbliża się mrok. Droga coraz gorsza. Po 6 godzinach, w całkowitych ciemnościach wjeżdżamy do Tirany. Mamy wrażenie, nawet po pół godzinie, że jesteśmy na przedmieściach, bo jakoś nam mijane ulice na to wyglądają. Ale za chwilę jesteśmy w samym centrum. I tuż koło centrum kwaterujemy się w hotelu. Kolacji nie będzie, mamy zapewnić sobie we własnym zakresie. To wyruszamy z Córcią naprzeciw Albańczykom. Nie było łatwo. Na ulicach Tirany nie obowiązują żadne kodeksy drogowe. Kto pierwszy, ten lepszy, przechodzień na pasach traktowany jest jak zło konieczne. I wierzcie mi, jak przechodziłyśmy przez ulice, miałyśmy śmierć w oczach. A policja sobie stoi i patrzy, i nie reaguje. A najśmieszniejsze było, jak na głównej ulicy, z jednej strony na drugą chciały przejść 4 bezpańskie psy. Prawie się za ogony złapały, aby przejść ciupasem. I o dziwo, kierowcy, z piskiem hamulców zatrzymywali się, aby zwierzyna przemieściła się tam, gdzie miała zamiar się znaleźć. Wychodzi na to, że w Albanii człowiek nie jest tak ważny. Zresztą, nie ma się co dziwić.

Albania, to nie tylko egzotyka i piękno. Ale i zadziwienia. Wiecie , że 80 % mieszkańców ma broń palną? Większość samochodów to mercedesy, bo tylko te marki są w stanie poruszać się po nie najlepszych drogach. W spadku po reżimie Envera Hodży, albańczycy mają 800 tysięcy bunkrów na wypadek chińskiej i rosyjskiej inwazji.

Ale z drugiej strony, narodowi temu należy się ogromny szacunek. Przecież jeszcze kilkanaście lat temu było to państwo głęboko ateistyczne. Dyktatura  Hodży doprowadziła do całkowitej izolacji kraju. Obywatele Albanii nie mogli nigdzie podróżować, bo nie mieli paszportów. Nie było samochodów, uniwersytetów, niczego. Po śmierci Hodży kraj był zrujnowany gospodarczo, kulturalnie i społecznie. Teraz Albania odradza się bardzo szybko, ale piętno dyktatora jeszcze wiele lat będzie ważyć na życiu albańczyków.

Tirana - stolica Albanii - leży u stóp góry Dajki, skąd rozpościera się przecudnej urody krajobraz. Centrum miasta to plac i pomnik narodowego herosa - Skanderbega. Tuz obok mamy meczet Ethem Beja z przepięknymi freskami. Nieopodal jest pałac ostatniego króla Albanii -Ahmeda ben Zoga, oraz piękna cerkiew i kościół katolicki. W wielkim parku oglądamy piramidę dawnego dyktatora, a potem zwiedzamy Narodowe Muzeum Historyczna.

Co do tego pierwszego – dziwi mnie, ze wladze Tirany nie dbaja o odbudowe zniszczonego muzeum Hodzy, bo to moglaby byc jedna z najwiekszych atrakcji tego miasta. Slusznie bowiem burzy sie pomniki hanby i obcej domnacji, ale warto upamietniac – wlasnie w formie muzeow – straszne i okrutne czasy.

Ale jeszcze ciekawszy okazal sie, nie tylko dla mnie, spacer po dzielnicy o nazwie Blok – to dawna dzielnica rzadowo-mieszkalna, zamknieta w czasach komunistycznych dla normalnych obywateli. Na mniej wiecej jednym kilometrze kwadratowym miescily sie urzedy centralne, ale takze bloki mieszkalne elity politycznej Albanii. Byly tu specjalne sklepy i restauracje dostepne tylko dla mieszkancow tej dzielnicy.

A potem pojechaliśmy do Kruji - to taki Albański Kraków.  Miasteczko położone na zboczu górskiego masywu z ruinami starej warowni. Obok mieści się muzeum Skanderbega - niekwestionowanego bohatera Albanii, przywódcy walk przeciw Turkom osmańskim w XVw. Oprócz tego jest także skansen przedstawiający życie dawnych mieszkańców Albanii. Stamtąd, do centrum miasteczka prowadzi jedyna tego rodaju wąska, wybrukowana uliczka, pełna warsztatów tkackich i sklepików ofiarujących przepiękna rękodzieła.

niedziela, 25 października 2009
DLA CIEBIE MIŁY!

Za to, że jesteś taki cierpliwy i znosisz moje humory!

Za to, że musisz być wszystkim, jak mnie nie ma, a normalnie się dzielimy na dwa!

Za to, że dbasz o mnie i moje potrzeby, a ja śpię, czytam i nic mnie nie obchodzi, co w domu!

Za wyrozumiałość, bo powinnam być żoną, przyjaciółką, kochanką, a tak rzadko nią bywam!

e

Za to wszystko!

Że jesteś!

Dziś Twoje Urodziny!

To dla Ciebie te kwiaty!

Kocham Cię!

piątek, 23 października 2009
LETNIE REMANENTY - cz.1

BAŁKAŃSKA WYCIECZKA, dzień 5

DUBROWNIK!

"Wszystkie zabytki Dubrownika zgromadziły się w zasadzie w okolicach starego miasta. Oto lista tych najważniejszych:

  • pałac Sponza
  • kościół św. Vlaha
  • kościół Jezuitów
  • pałac rektorów
  • mury miejskie

Dubrownik nazywany jest perłą Adriatyku, przede wszystkim ze względu na swoje przebogate dziedzictwo kulturowe i historyczne. Sławny George Bernard Shaw napisał, że „ci, którzy szukają raju na ziemi, muszą przyjechać do Dubrownika“, a w ślad za nim w minionym stuleciu ruszyły miliony poszukiwaczy edenu, których Dubrownik, jako obowiązkowy punkt turystycznych programów obejmujących chorwackie południe, w równym stopniu oczarował. Nazwa miasta pochodzi od dębowych lasów, które rosły w okolicy, zwane w tym regionie „dubrava“. Legendy i historie zapisane są w kamiennych fasadach starówki i płytach Stradunu, w uliczkach, w kościele pod wezwaniem patrona Dubrownika - Świętego Błażeja ( którego historię i rerikwie bardzo sobie ładnie sfotografowałyśmy - w końcu to mój Wnuk , a syn Córci ma tak na Imię ), w twierdzach, między którymi wyróżnia się Lovrijenac, wznoszący się na stromej skale, o wysokości 37 metrów, zadający wiele cierpień Wenecjanom, którzy zagrażali wolności Republiki Dubrownickiej, w pomnikach poświęconych dubrownickim rycerzom, księciom, szlachcie".      

Ale najbardziej charakterystyczną cechą starego miasta, który jest pod ochroną UNESCO, są nietknięte mury miejskie długości 1 940 metrów, które otaczają miasto. Dubrownickie mury miejskie są jednymi z najpiękniejszych i najmocniejszych systemów fortyfikacyjnych w basenie Morza Śródziemnego. Posiadają wiele wzmocnień, bastiony, wieże i wolnostojące twierdze. Spacer po nich daje prawdziwy obraz całego kamiennego piękna miasta, któremu nadaje rytm najbardziej znana dubrownicka ulica Stradun, najkrótsza droga od wschodniej do zachodniej bramy miejskiej.  My z Córcią przebiegłyśmy wręcz te prawie 2 km kurcgalopem, aby zdążyć na również emocjonujący punkt programu, jakim miała być przejażdżka łodzią wokól miasta i sąsiedniej wysepki.

W Dubrowniku zwiedziliśmy też, działającą po dzień dzisiejszy, najstarszą w Europie aptekę (działającą od 1317 roku). Pobyt w Dubrowniku, to jak wycieczka w czasie. Ulice Dubrownika zachowały swój unikalny, średniowieczny charakter. Wszystkie budynki zostały wykonane z tego samego jasnego kamienia, a dachówki mają ten sam kolor - zostały specjalnie sprowadzone po ostatnim trzęsieniu ziemii!. Dubrownik przez wiele lat pełnił również bardzo ważną rolę handlową ze względu na swój port.

 A potem doliną Neretwy, poprzez Czarnogórę, wiózł nas autobus do Albanii, której wszyscy byliśmy bardzo ciekawi. Jednak to już osobna relacja! 

środa, 21 października 2009
LENIWIEC!

Jestem już prawie trzeci dzień w domu i nijak zebrać się " do kupy " nie mogę!

A podróż była fantasyczna! Rzeczona Waryjatka, z którą wracałam, to wspaniały kierowca. Prawie całe Niemcy przefrunęłyśmy wręcz w 7 godzin, ze średnią prędkością 103 km/godz. Dodatkowo pomagała nam opatrzność, bo poniedziałek był pięknym, słonecznym dniem. Tuż za granicą zatrzymałyśmy sie na obiedzie, a potem jeszcze w Gorzowie Wlkp. odwiedziłyśmy pewną fajną Bloxiarę. Przy kawce i dobrym cieście pogadałysmy sobie troszeczkę wpólnie, a czas mijał, i mijał, i trzeba było jednak jechać dalej. U mnie odstawiłyśmy samochód do garażu, a potem to juz były posiaduchy, sączenie ginu, do czego niebawem dołączył mój Ślubny, no i gadanko do godz. 2.oo w nocy.

Wczoraj Waryjatka pojechała do siebie, a ja zabrałam się za rozpakowywanie "bambetli" i układanie wszystkiego po kątach. Po drodze "wzięło" mnie na zmiany w salonie, czyli przekładanie książek z witryny do komódek i rozparcelowywanie porcelany. Nabiegałam się też po wszystkich kwiaciarniach, bo chciałam kupić odpowiednie kwiaty do moich nowych doniczek, ale niestety, nic takiego, co wymyśliłam sobie - nie było. Wieczorem padłam i już o 22.oo byłam w łóżku.

Ale dzisiaj obudziłam się o 11.15 i chociaż wypiłam kawę, nadal jestem jeszcze nie całkiem moja. Bola mnie ramiona, swędzą wnętrza dłoni i jest mi leniwo. Dobrze, że nie muszę gotować, bo Ślubny do jutra na kursie.

Pewnie zaraz pójdę znowu w poziom. Poodwiedzam Was wieczorem! Pa, pa, pa!

niedziela, 18 października 2009
NIECH ŻYJĄ WSZYSTKIE WARYJATKI!

A zwłaszcza taka jedna z Trójmiasta, czasami w Niemczech mieszkająca!

Odebrała mnie od Familie von, przywiozła do siebie, czyli do nowego gniazda, które sobie wije w Velbert. Po drodze zahaczyłyśmy o Flomarkt, czyli targi starzyzny w jednej z podmiejskich dzielnic.

Robiło wrażenie. Stara zabudowa, typowa dla Niemiec, wąskie, brukowane uliczki, po obu stronach sprzedający, a w środku przewalaja się tłumy odwiedzających, turystów i kupujących oczywiście.

Ja stwierdzam niezbicie, że nie mogę z nią chodzić po czymś takim, bo za dużo forsy wydam, a ta się śmieje. Bo nakupały my znowu różnych różności pieknych, że hej!

Teraz biorę jej osobistego WC na piwo, a Ona oddaje się niewysłowionej przyjemności, jaka jest prasowanie. Zboczona taka jest!

Jutro jedziemy do Polski.

Aby nie było, po drodze będzie popas u mnie!

Relacja będzie zdana!

Buziam wszystkich!

sobota, 17 października 2009
MARATONKA JAM!

Miałam jechać na maraton blogowy w ubiegłym roku, nie udało się bo byłam w Niemczech. Na ten rok specjalnie zaplanowałam pauzę, bo miał być maraton w czerwcu. Ale go nie było. Potem miał być we wrześniu i już Veanka dla mnie pokoje mościła, ale coś organizatorom nie wyszło. A jak się znowu znalazłam w Nieczech, to maraton jest. No!

Ale jakoś tak dobrze wycelowano z terminem, że ja akurat mam reise fieber, bo jutro do domu jadę. I wyszło na to, że zamiast w betach bezproduktywnie przewracać się z boku na bok, poklikam sobie przez parę nocnych godzin.

To do rana Kochani!

czwartek, 15 października 2009
KOGO BY TU ZAMORDOWAĆ!!!

Odpaliłam lapa około 17.30.

Dostał rzeżączki!

Nie wiecie , co to?

Proste, jak rogalik.

Ja sobie założyłam, że przy tym ślimaczym necie, to jeden dzień przeznaczam na komentarze moich wpisów, a następny dzien na odwiedzanie moich wszystkich ulubionych blogów, których razem z tymi zakluczonymi jest około..... i tu nie wiem, ale się domyślam,..... coś około setki. Może mniej, może więcej. Nieważne!

A teraz zadanie dla matematyków!

Odwiedziłam dziś wszystkie ( prawie, bo onet mi się tu otwiera jak już nie wiem co. A to samo mogę powiedzieć o wp ) moje blogi. Godzina początkowa, jak wyżej! Końcowa - 10 minut wcześniej! To jak długo czekałam na każdy wpis!

Nagroda będzie!

Buziol od mua!

 

środa, 14 października 2009
ROZPIESZCZANIE!

Ja cholipsztyk, powinnam jednak jakoweś odczyniania poczynić!

Bo oprócz tego, pracuję, nie powiem, że ciężko, bo bym skłamała. No, tylko 4 razy dziennie muszę duży kloc męski przetransportować albo z łóżka na sztul, albo odwrotnie. Sprzątanko owszem, uskuteczniam. 4 pokoje, 2 łazienki. W międzyczasie kilka prań nastawić, potem je w suszarkę i poukładać w szafach. Jedzonko oczywiscie przytaszczyc do góry, a potem resztki na dół, to co się da idzie do zmywarki, a co nie - myte ręcznie jest a potem do sucha wycierane. Pieskom też około południa trza jedzonko naszykować. Jak Frau von jedzie na zakupy, parę telefonów wykonac do koleżanek w kraju i w dojczlandii. Przychodzi terapeutka, to drepczemy z Herr von, ona z balkonikiem podtrzymuje chłopa, a ja wlokę się za nimi mając na podorędziu rolsztul, coby Herr von mógł w każdej chwili klapnąć. Czasem klapa po 5 krokach, czasem po 15-stu. Nigdy nie wiadomo, to loteria jakby jest. A na koniec wołam 3 czworonogi szczekające i idziemy w las , na spacer, tak mniej więcej na godzinę. No, i nawet człowiek nie wie, jak zrobi się godzinia 16-sta. Wtedy jest spokój, czas dla siebie, ale na podsłuchach, bo nigdy nie wie się, kiedy Frau zawoła.

No, ale za to wszystko dbane jest o mój żołądek. I jak ja tu będę przyjeżdzać, to ani chybi, zrobię się szafa. Trzydrzwiowa! Z lustrem!

Bo one państwo je tak, jak ja nigdy nie jadłam. No, w porywach, to pewne rzeczy człek zna, ale od święta! Nie na co dzień!  Poza tym, oni wiele produktów sprowadzają bezpośrednio z innych krajów. Po raz pierwszy tu jadłam karczochy. Włoską mozarelle i najlepsze oceto balsamico! Hiszpańskie oliwy! Krewetek różnistych i krabów! Nie , nie wyliczam dalej, bo już mi ślinka leci.

A dzisiaj? Niecałą godzinę temu, przybiegł Ferdynand ( młody von ) i nastawił mi tv, abym mogła oglądać program z moim ulubionym Andre Rieu. Akurat ma koncert w Heidelbergu, w którym byłam przecież na wiosnę, sama, i sobie poradziłam, i zwiedziłam, i byłam dumna, że nie taki głąb ze mnie.

I teraz ten wpis popełniam w rytm wspaniałej muzyki.

I już biegnę odpowiadać na komentarze, bo powiecie, że o Was nie pamiętam.

Pamiętam, tylko net tu się ślimaczy niemożebnie.

" Irgendwo auf dem Welt"! w tle, to biegnę!

 

 

 
1 , 2
Archiwum