Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 30 października 2008

Pilnować proszę!

Za godzinkę jadę! Jakoś tak oklapłam! I dobrze! Przymulona, nie będę nic czaić! Najważniejsze, że namówiłam Ślubnego na spacer nad moim jeziorem! Poszurałam sobie w tych cudnie żółciutkich liściach! I zabieram ten szelest, te kolory dojrzałej Pani Jesieni - ze sobą!

I te lśnienia zachodzącego, późnojesiennego słońca na falach - też biorę!

I proszę!

Moi mili - proszę pilnować mi bloga!

Aby mi go nikt nie "chycił"!

Niech nie zarasta kurzem!

Kwiatki czasem podlejcie!

I do miłego zobaczyska!

wtorek, 28 października 2008

ZWYCZAJNOŚĆ !

Zupełnie normalnie  wstałam z pościeli dzisiaj! Była godzina 6.30! Sic! Najwyraźniej w świecie, tak powinnam! Więc.

Prysznic! Czajnik na gaz nastawić. Przecież trzeba kawę wypić! A Ślubny chrapie! Niech mu! Umówiona jestem z jedną blogowiczką na gadanki skypowe. Na 7.40. Ok! To odpalam laptopka. Snuję się po sieci! Wiadomość! Rozmowa będzie ok. 8.40! Ok! To się nadal snuję, odwiedzam różne portale! Czajnik wariuje! Do mojego zółtego kuba w żabkę zieloną, nasypują czubatą łyżeczkę kawy! Niech nabiera smaku , aromatu! Potem! Sru! Z prawie gwinta! Mleczko! 2%! Cobym nie nabrała lepszejszych kształtów!

Się delektuję! A tu już czas na gadanki! To są! Przeszło godzinę, i choćby chciało się więcej, nie można, bom umówiona na Melanówku! To taka wioseczka jest! Mieszka tam dziewczyna, której raz prackę załatwiłam! A Ona wciąż mi czołobitnie dziękuje! Ustaliły my priorytety! Wracam do domciu!

Ślubny się biesi, bo cosik mu się  nie zgadza! Gaszę pożar! Jedzie chłopina do popołudniowej pracki! I dobrze. Kupuję nową walizę. Ogromna jest! Zmieści gazety, książki, nawet laptop i filmy! Bo jadę znowu! Inne miejsce! Boja mam takiego, że "mała bania"! Ale póki co nie myślę!

Po nowym gabineciku kupki rozkładam: tu kupka gatek, tu kupka podkoszulek, tam kupeczka z bluzeczkami, ówdzie sweterki. Jest kupeńka tabletek: na bóle różniste - apap, na gardło i przeziębienie - gripex, na odporność - echinacea, na wszystko insze - aspiryna i ... paracetamol: bo za jedna kaskę, dwa w jednym!!!

Ino w pępku rewolucja!

Ale opanuję! Boć tak "pono" jest, że pierwszy raz, gdy się jedzie na saksy, to tylko się jest lekko odważnym! A dalej, "za drugą razą", jak u nas gdają, to bój, i bój, i bój.... do rana! A zaś przechodzi!

Czego sobie życzę!

poniedziałek, 27 października 2008

Śmiech przez łzy! Czyli: samo Życie!!!

Jakieś 2 tygodnie temu, w czasie mojej rozmowy skypowej, z koleżanką z innej półkuli, otworzyło się okienko z prośbą o udostępnienie moich danych! Zagadana byłam, kliknęlam w to coś, poszło! Za parę minut do rozmowy zaprasza mnie pan, z Haify, ubrany tylko w czarne slipy! Zamiast jakichkolwiek słów nadsyła czatowo słoneczka, buźki, złączone rączki i tym podobne emotikony! Podziękowałam mu grzecznie,a później zablokowałam mu dojście do mnie!

Po następnych 4 dniach, znowu ktoś mnie prosi o udostępnienie moich danych, bo chce się zaprzyjaźnić! Pan. Wiek ok. 56 lat. Z Arabi Saudyjskiej. Imię Indir! Nie dopuściłam do moich danych, od razu zablokowałam!

Dzisiaj!

Nowy Pan. Z Abudabi!

Zmówili się wszyscy Arabowie, czy co?????

Ja bardzo chętnie pojechałabym sobie do Dubaju, obejrzec wyspę - palmę, zwiedzić najcudowniejszy hotel świata - łódź żaglową!

Ale jako co? Nałożnica??? Nigdy w życiu!

I tak sobie myślę, że chyba ktoś mi psikusy robi!

Bo jak to tak? Ni z gruszki, ni z pietruszki zapraszać mnie na niewiadomo co?

A wypad!

niedziela, 26 października 2008

Smutno mi!

Właśnie godzinę temu dostałam wiadomość, że Babcia, do której przez rok jeździłam i opiekowałam się nią, zmarła dzisiaj w nocy!

I wiecie co? Gardło mam ściśnięte, bo chociaż tak nie powinno być, to w pewien sposób zżyłam się z nią i jej Rodziną!

Niech dusza Babci Berty w spokoju zdąża tam, gdzie Wieczność!

sobota, 25 października 2008

Cuzamen do kupy!

Ślubnego n-te Urodziny! Wiadomo, przyszły Dziecka i Wnuki! Był tort czekoladowo - kakaowy, winko bułgarskie, przy którym nareszcie Synówka się rozprzężyła, zdjęcia w sekcjach, rozmowy o d... Marynie. Ło matko! Z własnymi Dziećmi takie rozmowy! Ale spoko! Z humorem, z wesołym przymróżeniem oka, okazało się, że można, że dziecka normalne są i potrafią oko przymróżyć!W trakcie picia kawy zadryndał z Oceanu Indyjskiego Zięciaszek! Maludy urządziły nam pokaz samolotowo-papierowy, a starszy Malud wybył po cichu, bo On ponad to, a poza tym panienki nań czekały!

Teraz cisza! W szklaniczkach gin z cypistrynką i tonikiem! Ślubny smaży kurzęcinę! Dla nas!

Wypada chyba zaciągnąć kurtynę!

Co??????

piątek, 24 października 2008

Bajer z czekoladową polewą!

Jeśli Ogr i Wróżka Chrzestna gadają cytatami ze znanych reklam, to na jakim świecie my żyjemy??????

A nasze Wnuki?????

I proszę mnie nie pytać, dlaczego się martwię. Przecież to jasne. Nie dość, że muszę poznać te wszystkie filmy o Schrekach, Epokach lodowcowych, Zabawkach, Samochodach, Rybkach i całej reszcie różnistych stworów; to jeszcze powinnam zapamiętać te wszystkie "grypsy"!

A pojemność babcinej mózgownicy z gumy nie jest!

środa, 22 października 2008

STARE BEZROBOTNE!

Przeczytałam artykuł w "Twoim Stylu" o bezrobotnych w średnim wieku. Bohaterkami są kobiety z wyższym wykształceniem, pracujące w dużych firmach, czasem nawet zagranicznych. Doświadczone, bez zobowiązań, pełne pomysłów. Ale za stare! Niestety, skończyły 40-tkę! Zostały zwolniane. Opisywały swoje doświadczenia w walce o powrót na rynek pracy.

I przypomniałam mi się moja historia, w tym samym stylu, ale z pozycji kobiety nie z wielkiego miasta, z wieloma możliwościami, z setką znajomości. Ot, taka sobie ja, kierowniczka zakładu usługowego, który był filią ogromnej spółdzielni wojewódzkiej, a przynależało do niego jeszcze 26 punktów terenowych, rozsianych na połowie mapy dawnego województwa kujawskiego.Po 17-stu latach kierownikowania, z wieloma dyplomami za dobre wyniki, po kilkuletniej renowacji i rozbudowie głównego zakładu  w moim mieście - nagle na bruku, bo filie już niepotrzebne. Bo idą nowe czasy. Do których ja już nie powinnam przynależeć. W pierwszej chwili to się nawet ucieszyłam! Odpocznę, nabiorę sił do walki o lepsze jutro! Przecież mam wykształcenie, znajomości. A w tamtych czasach praca w zakładzie, dzięki któremu można wymieniać świadczenia, to był rarytas. Miało się znajomych, miało się dojścia, nie było sprawy, której dzięki mojej pracy nie byłabym w stanie załatwić. I nagle! Zero! Nul! Powoli zaczynała do mnie docierać smętna prawda. Nikomu nie jestem potrzebna. Fakt, zarejestrowałam się w Urzędzie pracy - wydawało mi się to tylko stanem przejściowym. Miałam numer 63 - do dziś pamiętam. Jedna  z  pierwszych bezrobotnych w naszym mieście.

I co ? Ano nic. Dawni znajomi, którzy byli na wyciągnięcie ręki, nagle zamilkli. Ci, którzy w ramach wymiany ze mną współpracowali, przestali odbierać telefony. Ci, do których dzwoniłam z prośbą o załatwienie jakiejś pracy, tylko obiecywali, i nic się nie działo. Z dnia na dzień czułam się coraz bardziej niepotrzebna, wyobcowana i gorsza. Tak! Gorsza! Bo miałam przecież rodzinę. Która pierwsza odczuła brak jednej, dość pokaźnej pensji. Ślubny wspierał, jak mógł. Dzieci starały się nie mieć wygórowanych żądań. Ale życie jest życiem, i trzeba walczyć. Bo inaczej się zginie. Opoką jest w Rodzinie. Znajomi - furda -nie ma ich! Przyjaciół kasujesz do paru ludzi, najbardziej Ci oddanych. Nikomu przecież innemu nie jesteś już potrzebna, nikomu już nic nie załatwisz. Musisz sama o siebie zadbać. I walczyłam! Przez 15 lat.

Bo zdarzały mi się okresy, kiedy miałam pracę. Ale też ciężko na to pracowałam. Każdego ranka wstawałam, malowałam się, i szłam na boje z potencjalnymi pracodawcami. Ciągle słyszałam, że jestem za stara! Za stara! Stara! Ale nie poddawałam się. W międzyczasie łapałam fuchy! Co bądź! Aby wpadł jakiś grosz! Czym ja nie byłam? Czym się nie zajmowałam? Każde zajęcie było dobre, w myśl zasady, że żadna praca nie hańbi!

Byłam kierowniczką kolonii! Bosz, jak mój Ojciec się wtedy cieszył! Sam mi napisał konspekty zajęć i programu kolonijnego. A kiedy, po 4 tygodniach dzieciaki wyjeżdżały do domu, to z płaczem całowały mnie po rękach, bo nigdy na tak fajnych koloniach nie były!  Chodziłam myć okna! Praca niby lekka, ale spróbujcie umyć starocie podwójne z nieprawdopodobną ilością szybek. Wieczorami rąk nie czułam. Przygotowywałam super żarełko na rodzinne uroczystości w domach bogatszych mieszkańców mojego miasta. Często-gęsto bez jedzenia, bo cerber ( czytaj: pani domu ) mnie obserwował, i tylko to, co posmakowałam,było moje. Usługiwałam jako pomoc, przy komuniach i przy ślubach. To była fajna praca, bo zawsze doceniana, w postaci obficie zaopatrzonej torby, dla Rodzinki! Sprzątałam po domach prywatnych przedsiebiorców. Chyba mieli radochę, kiedy ich dawna współpracownica, na klęczkach szorowała podłogi! Prasowałam tony ciuchów, a zza obłoków pary z żelażka, to nawet już siebie nie widziałam! Próbowałam nawet szyć na overloku w szwalni, ale niestety, moje umiejętności krawieckie zatrzymały się na starej mojej maszynie do szycia. Przez 3 miesiące, dzień w dzień dojeżdżałam wlasnym maluchem, lub "kaszlakiem" kolegi do Bydgoszczy, bo zatrudniłam się jako akwizytor w PKT, i chodziłam po mieście próbując namówić ludzi i przedsiębiorców na umieszczanie reklam w książce telefonicznej. Znalazłam faceta, który opłacił mi kurs zielarstwa w Poznaniu, abym mu prowadziła sklep zielarski. Wszystko było cudnie, do momentu, gdy po 3 miesiącach jego żona orzekła, że on ją ze mną zdradza. To chłopina sklep zamknął, a ja znowu na bruk. A poza tym, pilnie uczęszczałam na wszystkie możliwe kursy, organizowane przez biuro pracy. Sama nauczyłam się prostej księgowości, obslugi komputera, liznęłam podstaw angielskiego. I co? I g....!

Dopiero 9 lat temu, trafiła mi się praca, która polecił mi mój Kuzyn, a która była prawie zgodna z moim wykształceniem. Szefem był facet "powrócony" z Niemiec, który chciał mieć kogoś doświadczonego, a nie młodkę. Niestety, źle zainwestował swoje marki, i po 5-ciu latach ogłosił plajtę. Ale był na tyle w porządku, że z tym ogłoszeniem poczekał pół roku, abym ja mogła nabyć prawo do zasiłku przedemerytalnego, z którego potem już przeszłam na emeryturę. I u niego później, na czarno, jako księgowa przepracowałam następne 3 lata.

Po 30 latach pracy dostaję na rękę 1040 zł emerytury. Cała fura pieniędzy, prawda? Ale jestem zadowolona, bo jednak coś mam. Może za mało, by przeżyć, a za dużo, by umrzeć.

Ja jednak nie zamierzam umierać! Jestem w sile wieku, bez zobowiązań. Ślubny, Dzieci i Wnuki dają mi mnóstwo zadowolenia z życia. Dodatkowo wymyśliłam sobie prackę w Niemczech, przy opiece staruszków. Mam więc na swoje coroczne podróże. Wyremontowałam mieszkanie. Teraz zacznę zbierać na rozbudowę nadjeziornej chaty.

Jest dobrze!

Ale 17 lat temu nie było mi do śmiechu! 

poniedziałek, 20 października 2008

Larwy mrówcze!

Skończyła mi się moja umowa z siecią komórkową, więc poszłam sobie w piątek do punktu obsługi klienta, aby zawrzeć nową, a przy okazji dostać nowy telefon. Oczywiście, musiał być prosty w obsłudze, bo wiadomo, ja techniczna nie jestem, ale miał mieć mieć opcję robienia zdjęć i mp3. Taki miałam kaprys, chociaż od razu wiedziałam, że łatwo nie będzie. Bo kto mi da instrukcje na żywo? Jak dziecku z 1-szej klasy?

Wiadomo!

Wnuczek!

Posiadam takiego! Zdolna bestyja, jak jego Matka - moja Córcia, hi,hi,hi ( o Ojcu się nie wypowiadam, bo to "łobcy" w Rodzinie, i wszystkich niuansów nie znam).

Zaprosiłam Ci ja Wnusia do siebie na instruktaż. Przy okazji miał mi wgrać do telefonu lekcje niemieckiego, abym nie musiała taszczyć tylu książek, jak jadę na opiekę!

Ale wprzódy pytanie moje!

Ja: Głodny jesteś! Bo pracując umysłowo, trza fizys nakarmić!

Wnuk: No! zjadłbym coś!

Ja: Bo mam obiad już gotowy!

Wnuk: A co babcia dziś ugotowaa?

Ja: Chili con carne!

Wnuk: Co to takiego?

Ja: Potrawa meksykańska, bardzo pikantna, podaję ją z ryżem. Pasuje?

Wnuk: Babula! Jasne! Uwielbiam meksykańską kuchnię! A ostre jest?

Ja: Jasne, jak żyletki! 

I zdziwiona pytam dalej: a skąd u Ciebie taki smak, bo przecież Twoja Mama i Twój Wujek nie lubili tej potrawy, nazywając to, co kładłam na talerze - "larwami mrówczymi"?

Wnuk: Za Tatą mam!

Ok. Wszamał chłopak cały talerz, prawie dno wylizał, zrobił, co miał zrobić i poszedł!

Po południu jechaliśmy  ze Ślubnym do Córci, zawieźć jej nasze, nowo nabyte drogą kupna spodnie, do skrócenia nogawek. A Ona w drzwiach, z filuternym uśmiechem pyta:

A Mamusia zapomniała?????

Ja: Co???

Córcia: Larwy mrówcze, to dla mnie i brackiego była kasza gryczana, której nie cierpimy do dzisiaj! A potrawy meksykańskiej, jak żywo, nigdy nam nie serwowałaś!

I sprawa się "rypła"! 

Wyszło na jaw, że sklerozę mam! Zaawansowaną! ;-))))

A najgorsze, że Wnuk się dowiedział! :-(

piątek, 17 października 2008

Monotematycznie!

Waryjatka grzybowa jestem - wiadomo od prawie zawsze. To i nie dziwota, że kiedy mnie parę dni temu,moja najlepszejsza Psiapsiólka namówiła na jazdę skoro świt, - na długo oczekiwane gąski, to się zgodziłam.

Pobudka skoro świt? Nie! Noc to była, czyli godzina 5.30, kiedy zwlekłam moje ciało z wyra. D.przyjechala, zrobiłam kawę, kanapki. Zjadłyśy, wypiłyśmy i.. w drogę. Ledwo robiło się granatowo na niebie. Wyprowadziłam pandarettę z garażu, powoli jedziemy. Mgła taka, że choć "oko wykol"! Kierunek Nierostowo! O 7.05 już zwarte i gotowe, Ona z wiadereczkiem, ja z koszyczkiem! Penetrujemy laski, piaski i mchy! Skuteczność na poziomie 0,5%. Przenosimy się w inne rejony, i tam....... Cudowne jezioro, z którego dopiero zaczyna schodzić mgła!

Obchodzimy, łazimy, a tam popod góreczką całe poletko gąsek. To zbieramy! Przechodzimy potem na małe laski, niestety, gąsek zielonych tyle, co na lekarstwo. D. zbiera gąski szare. Też je znam, ale póki co śmieję się, gdy słyszę:" jak zielonych zabraknie, to szare zbierać będziesz, jak największy rarytas"! Możliwe! Przecież obserwuję lasy, w których bywam. Gdyby grzybiarze tak nie "drapali" podłoża, by zdobyć np. kurki, nie byłoby problemu.

Już prawie kończymy, gdy trafia nam się zagajnik sosnowy, skąpany w słońcu, w którym błyszczą świeże pajęczynowe koronki!

A tam! Zatrzęsienie maślaczków! Malutkich! Typowo do marynowania. Nie patrzymy, że trawy wysokie, że nasze butki coraz bardziej mokre! Frajda ze zbierania aż furczy!

Tylko nam żal tych dużych maślaków, które ktoś, kto szedł przed nami, zadeptał, wyciął, pociął i porzucił! A potem się dziwi, gdy w następnym roku, na tym samym miejscu nic nie uświadcza. Żadnego grzybka. A skąd się "ony" ma "wziąźć", gdy grzybni nie ma?

W każdym bądź razie, z maciupkich maślaczków dostałam 2 słoiczki przedniej marynaty!

A gąski zostały zamrożone, będą do zupki zabielanej śmietaną i podawane zimą do dukanych ze spyrką ziemniczków. Duże kapelusze usmażyłam jak kotlety i była przepyszna kolacja!

środa, 15 października 2008

Nareszcie!

Ślubnemu skończył się urlop! Prawie 1,5 miesiąca siedział w domu! Bez przydziału! Bo  kiedyś, to zawsze w urlopie jakieś remonty uskuteczniał! A "latoś" - zero pracy, pełna laba!

Dla mnie szok, bom niezwyczajna, aby całe 24 godziny chłop się po domu pętał! Co? Przesadzam? Otóż nie!

Tak jest w naszym stadle, że Ślubny to ten domator, spokojny, lubiący ciszę i nicnierobienie! No, czasem ćwiczy kciuki na pilocie tv. Ale to większość panów tak ma! Ja natomiast, mam, jak to się mówi u nas:"pieprz w tyłku" i chwili usiedzieć nie potrafię!

Wszystko dobrze między nami funkcjonuje, gdy On nie ma urlopu. Każde z nas znajduje sobie swoją "niszę", w której się dobrze czuje. Czasem wychodzimy z "norek" i we dwójkę udzielamy się "w świecie"!

Ostatni czas był więc dla mnie czasem pełnym "poświęceń"! ;-))))) Dla Ślubnego!

Ale teraz!

Pełen luz i nie oglądanie się na porę dnia!

Jednak, przez następne 7 lat, zanim On nie pójdzie na emeryturę, będę musiała znaleźć sposób na bezpolesne bycie podwójną emerytką!

Ale pomyślę o tym "zaś"!

 
1 , 2
Archiwum