Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 05 października 2006
Zimno, brrr!

 Szefowa sobie pojechała załatwiać swoje sprawy. Nie napaliła jednak w c.o. A ja nie umiem, niestety. Dla mnie każda technika, to zguba.

A w tym moim piwnicznym biurze ziąb straszny. Niby sie nie czuje tego na wejściu, ale po przesiedzeniu w nim 6 godzin jestem lodowata. Najlepsza radochę to ma mój slubny, jak wracam z pracy. Po jakieś godzinie zaczynam odtajać i robie sie czerwona jak burak, nie przymierzając, jak starszy pijaczyna.

Zrobiłam sobie gorącej zielonej herbaty i naprzemian to stukam w klawiaturę, to obejmuje kubek miłośnie i kradnę z niego to parujace ciepełko. Oby do 15.

A na działeczce, drugi raz w tym roku kwitnie kalina. Aż dziw! Czyżby jesień  miała być długa i ciepła?

środa, 04 października 2006
MOŻE JEDNAK NIE BYŁAM???

Myszą oczywiście! Bo zgodnie z powiedzeniem, kto nie kocha kotów, w poprzednim wcieleniu był myszą.

Ja koty toleruję jedynie. Chociaż jak dwie sąsiadki z naszej ulicy - typowe kociary - karmiące całe hordy bezpańskich kotów pojechały na wczasy i do sanatorium, część kotów przeprowadziło sie do nas i nie było zmiłuj się. Trzeba było przejąć troske nad ich żołądkami.

Chyba nieźle nam ze ślubnym to wychodziło, bo w niedzielę po południu jeden z kotów, przepiekny rudzielec przyniosł nam na działkę i położył na trawie świnkę morską. Biedactwo było całe zestresowane, miało jedną łapke lekko przez kota przetrąconą, ślepki zaropiałe. Widać było, że albo uciekła właścicielom, albo ją wyrzucono, bo chuda była niemożliwie. A była prześliczna. Długie futerko koloru ciemnego rudego, a oczka aż do uszek okolone brązowo-czarnymi okularkami.

Co było robić! Zajęlismy sie tym kocim darem. Ślubny sklecił jakieś pudełko, nawrzucalismy podartych gazet, dalismy maleństwu skrawki jabłek i marchewki, wody w spodeczku. Popiskiwała cichutko, a my co chwile sprawdzalismy czy żyję. Nawet w nocy kilkakrotnie wstawalismy, jak do niemowlaka.

W poniedziałek ślubny zawiózł ja do sklepu zoologicznego, gdzie sie nią troskliwie zajęto. Właścicielka sklepu powiedziała,że świnka by nie przeżyła, gdybyśmy jej w czas nie wyratowali.

Ale tak sobie myslę, że to chyba kotów zasługa! Hi,hi,hi! Więc może nie byłam myszą, skoro taki dar mi jeden z nich przyniósł i pozwolił ocalić maleńkie życie?

Archiwum