Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 24 września 2015
Grzybobranie!

Jesień! Spokój i cisza nad naszym jeziorem! Tylko szum wiatru w trzcinach, ostatnie nawoływania ptaków przed odlotem, a Słońce coraz rzadszym gościem. Mgły zakraplają brylantami rosy pajęczyny na zeschniętych liściach.

Nie mam czasu zupełnie! Na nic! Nawet na to, aby napisać o ostatnich przemiłych gościach, ani o perypetiach działkowych mojego Synka, ani.... no .... o wszystkim, co się działo w ostatnim tygodniu!

Grzyby królują! Po raz pierwszy, od bardzo długiego czasu jest ich tyle, że człowiek nie nadąża z niczym. Bo trzeba pojechać, przejść za każdym razem kilkanascie kilometrów, pozbierać, wyczyścić i posortować! Te do suszenia, te do krajanki mieszanej, tamte do krajanki prawdziwkowej, te do octu, te "doczegośtamjeszcze". I tak w kółeczko, prawie co dnia!

Przedwczoraj przyjechała moja Koleżanka wejherowska, i wspólnie rządzimy po lasach. Jest super, bo ma na swoim samochodziku zamontowana platformę, na której mieszczą się dwa rowery. To siadamy sobie po śniadanku w samochód, podjeżdżamy na jakikolwiek parking, odmontowujemy rowery z platformy, i .... hajda w lasy, do których specjalnego dostepu nie mają zwykli samochodowi grzybiarze. W tym roku bowiem, dyrekcja naszego Parku Narodowego zamknęła w wielu miejscach całkowity dostęp do lasu osobom zmotoryzowanym. I dobrze! Niektórzy najlepiej wjechaliby na każdą maleńką ścieżynkę leśną!

Mamy zatem z Basikiem łatwy dostęp do tego co w lesie, a potem, po powrocie, po kilkunastu kilometrach ścieżek leśnych przejechanych rowerami, po następnych kilku kilometrach spacerowania i zbierania tego, co aż się prosi, siadamy sobie na tarasie i czyścimy nasze dobra, gawedząc o tym i owym, a potem gdy już wszystko porobione, padamy w posłania, aby spać snem sprawiedliwym do następnego ranka, i tak w kółko!

Pierwsza fotka, to suszonka z przedwczoraj i dzisiejsze zbiory w różnych miejscach. Basik i ja jechałysmy na Strugę siedmiu jezior, a Ślubny z sąsiadem do lasów w kierunku Koszalina! Babskie zbieranie to większość prawdziwków, Męskie zaś to przede wszystkim podgrzybki. 

Druga fotka to mieszanka grzybów różnych, z których robię krajanki do zamrożenia na zimę. Ta ostatnia przedstawia sita, na których suszę się grzyby w pełnym słońcu. Basik swoje suszy w elektrycznej suszarce. My preferujemy suszenie naturalne. 

środa, 16 września 2015
Brawo my!

1. Rajdowicze

Druga edycja rajdu rowerowego Kaszubskiej Marszruty za nami. Łatwo nie było. Osłabiona byłam jeszcze chorobą, rower po remoncie nie dotarty jak należy, brać rajdowa, w większości sporo młodsza od nas, widząc Ryszarda Szurkowskiego jako Honorowego Gościa, jak wyrwała do przodu...... to prawie się z tego wyścig zrobił, a nie spokojna rowerowa wędrówka. Po dwóch trzecich dystansu, który jako tako znaliśmy z naszych spokojnych wyjazdów, wjechaliśmy w teren, którego jeszcze nie mieliśmy okazji poznać, a to prawie same dość wysokie górki, pnące się i opadające z regularnością sinusoid. Gdy w pewnym momencie nie dałam rady nawet upchać rowera pod wzniesienie, zaczęłam czarno widzieć nasze zmagania. Na szczęście Ślubny mi pomógł, a na dodatek widząc, jakie mam problemy z przerzutkami, oddał mi swój pojazd, a sam pojechał dalej na moim. Udało nam się dojechać do punktu spotkania wszystkich grup w pół godziny po głównej grupie. Brawo ja!!! Brawo my! 

Atrakcje się nie skończyły, bo prócz michy grochówki i kiełbasy z grilla, zaczęło się losowanie nagród, wśród których był rower, pompki rowerowe, bagażniki, kaski, koszulki, mapy drogowe, notatniki i zestawy kosmetyków znanej polskiej firmy. Nie do wiary, ale też coś wylosowałam! Zestaw kosmetyków właśnie! Super pamiątką było także zdjęcie z Wielkim Kolarzem, które zrobił mi Ślubny. Na koniec było ognisko i .... duuużo piwa ( czego akurat nie rozumiem ), ale my zrezygnowaliśmy z tego, i powoli dokulaliśmy się z powrotem w nasze nadjeziorne pielesze. Zostały nam do dalszego użytkowania okolicznościowe kamizelki odblaskowe i śpiewnik piosenek biesiadnych. Przyda się! :-)))

2. Grzybiarze

Pomna zeszłorocznej, letniej suszy, której efektem była znikoma ilość jesiennych grzybów, a także czytając tu i ówdzie o tym, że grzybów prawdopodobnie nie będzie, albo już nie ma, bo afrykańskie upały popaliły grzybnie, nie bardzo miałam ochotę na wypad do lasu, co zaproponował Ślubny! Ale przekonana jego stwierdzeniem, że przecież i tak muszę jeździć, by nabrać normalnej kondycji, dałam za wygraną. I pojechaliśmy w nasze lasy. Rowerami of course, bo do wielu leśnych parkingów na naszym terenie nie można już wjeżdżać samochodami, z uwagi na niebezpieczeństwo pożarów. A deszczów u nas było ostatni jednak jak na lekarstwo. Weszliśmy w przesiekę, z której dawnymi laty wynosiliśmy siaty grzybów. Coś tam było, ale efekt mizerny: Ślubny znalazł jednego brzozaka, ja dziesięć. Poszliśmy w drugą przesieke, na której było dość dużo brzóz, wrzosów i mchu, a tam bingo!!! Oto, co zobaczyliśmy na wejściu!

A zaraz, dosłownie po dwóch metrach poletko prawdziwków, za kilkanaście metrów cała masa koźlaków, a po drodze jeszcze kilkanaście brzozaków. Super grzybobranie. Brawo my!! 

W końcu grzybów u nas nie jest za dużo, za to po lasach biega co dzień cała masa ludzi, więc ten powyższy zbiór dzisiejszy, to całkiem nieźle, prawda, chociażby dlatego, że to pierwszy dzień naszego tegorocznego sezonu grzybowego? Nóżki grzybkowe, oczyszczone -już się suszą, a łebki pociachane w plasterki poszły w zamrażarkę! Wyobrażacie sobie te małmazje pieczone na maśle w środku zimy?

Jutro poprawka z rozrywki, bo ja muszę mieć każdego roku dość dużo suszu. Wigilia u mnie i Progenitury, bez kotlecików grzybowych nie może się obejść! 

czwartek, 10 września 2015
Powolne wychodzenie na prostą!

We wtorek poszłam do przychodni na kontrolę moich oskrzeli. Wprawdzie Ślubny mnie straszył płucnymi przypadłościami, ale Lekarka po osłuchaniu stwierdziła, że już czysto, a kaszel będzie się jeszcze utrzymywał, bo to normalne, jak ma się astmę! Znaczy, że wszystko ok!

I dobrze, bo strasznie nie lubie robić nic. To znaczy lubię, ale tylko wtedy, gdy jestem zdrowa, zajęć za dużo sobie nabiorę na głowę, więc chwile lenistwa są jak najbardziej apropo. Gdy zaś nicnierobienie wynika z mdłego ciała mego, już jest niefajnie! Ale teraz finito choróbsko, zaczynamy żyć od nowa, bez wypluwania płuc, charkotów i kaszli do zadławienia! :-)

Rodzinnie:

Rzutem na taśmę udało się starszej Wnuczce nas odwiedzić w wakacje. Dwa dni była, ale i to wystarczyło, aby Córka nie mogła sie nadziwić, jak można pozwalać gnić w pościeli nastolatce do prawie południa. A kto babci zabroni? Niech się małolata wyleguje, tyle tego, co jej, skoro za pasem nowa szkoła, gimnazjum znaczy się!

Wnusia naszego, chińczyka, pożegnaliśmy akuratnie na cały dlugi rok. Babcia Irenka obiadem, a ja furą gofrów własnoręcznie napieczonych, z dużą ilością bitej śmietany i frużeliną porzeczkową. I pojechało niebożę pobierać chińskie nauki, a my tylko możemy śledzić jego poczynania na fejsia, czasem pogadulmy na skajpeju, częściej smartfonem przesyłamy sobie wejczatowo informacje różne. Do następnego lata!

Oczywiście pożegnania kanikuły  dubeltowe też było, bo i u nas, i na działce Córczynej grille odpalone były. A na przyszły rok będzie potrójnie, bo faktycznie teść Synka przepisał im działkę ogródkową na własność.

Zdrowotnie:

Sporty zostały odstawione przez cały sierpień. Czasu ku temu nie było. Z zumby mieliśmy przerwę, bo trenerka też musi jakieś wakacje mieć, a i czas na podreperowanie swoich kończyn, coby dobrze z nami skakały. Na kijki nie miałam towarzystwa, a sama nie lubię chodzić. Rower tyle tylko, co po zakupy i ewentualnie krótkie wycieczki samotrzeć, bo Ślubny więcej na wodzie siedział. Pewnie więc to wszystko, gdyby tak dobrze rozpatrzyć, było powodem niemocy wielkiej, która mnie w szpony chwyciła w czasie temperatur afrykańskich.

Działkowo:

Ślubny znowu ryje w ziemi. Pod nowy trawnik, co będzie zakladał. Trzeci raz w ciągu ostatniego raku. Ma chłopina zacięcie, ale co tam mu będę odradzać. Chce, niech działa, zawsze to jakieś zajęcie jest. No i okna nareszcie, po miesiącu całym umyłam do blasku. Należało im się, jak nigdy! Tylko wieczory już zimne, więc na tarasie posiadówek już nie ma, niestety!

Nadjeziornie:

Koniec balu panno lalu, czyli koniec sezonu letniego! Tylko nieliczni spacerowicze przechadzają sie po promenadzie, na trawnikach pasą się dzikie kaczki, a łabędzie chadzają po wiejskich opłotkach! Szykujemy się do "kaszubskiej marszruty". Zwłaszcza mój odnowiony rower muszę docierać, a czasu mało. Ślubny się bowiem spiął i rozłożył mój stary rower na części pierwsze, pomalował, nowe naklejki ponaklejał, posmarował, koła wymienił, do kierownicy dołożył nowe uchwyty, i mam też nareszcie dzwonek! Będziemy szaleć po naszych ścieżkach. Póki co, podziwiamy się w nowych kamizelkach, które na okoliczność marszruty dostaliśmy, i cieszymy się na ten rowerowy rajd, bośmy już stali bywalcy. Pierwszy raz był w ubiegłym roku, do Dużych Sworów, tym razem dłuższa trasa - do Małych Chełmów. I tak pewnie co roku będzie!

piątek, 04 września 2015
DZIESIĄTKA???

To niewiarygodne, ale dzisiaj zaczęłam dziesiąty rok pisania bloga! Dacie wiarę?

A przecież wtedy, gdy zaczynałam, zupełnie nie miałam pewności jak długo będzie mi się chciało w "to" bawić. 

Dziewięć lat blogowania! Tysiące słów, kilkaset zdjęć, cała masa ludzi poznanych wirtualnie, i nie tylko. Nawet kilka przyjaciół mam, tak myślę. Komentarze prawie zawsze fajne, bo tych niefajnych nie pamiętam, tak były znikome. Ludzie tu zaglądają, niektórzy tylko czytają, inni zawsze zostawią ślad swojej bytności, cóż, to blog otwarty. 

To mi wystarcza. Dziękuję Wam!!! Dzięki temu, że jesteście mam poczucie, że piszę nie tylko dla siebie, bo dzielę się z Wami moim życiem, jego smuteczkami, troskami i wątpliwościami, czasem  marzeniami lub radością, gdy coś mi się uda osiągnąć!

Nie zaśpiewam "sto lat", ale mam nadzieję, że jeszcze długo będę tu pisać!

A skoro to święto, zatem zapraszam na tort bezowy z mascarponowym nadzieniem i truskawkami!

Archiwum