Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 27 września 2013
Chińszczyzna

Strasznie trudno się porozumieć z Wnukiem przez skypa. Jakość naszego podgadywania marna, wiele razy trzeba powtarzać to samo zdanie, o wiele prędzej wychodzi nam pisanie. No, i fakt sześciogodzinnej różnicy czasu, który nie zawsze pozwala się skrzyknąć!

Ale coś niecoś wiem. Chengdu to ogromne miasto, składające się z czterech jakby miast satelit. Znane z hodowli misiów Panda i niedalekiego, najwyższego Buddy na świecie. Kto ciekawy więcej, Ciotka Wiki wyjaśni.

Miasteczko uniwersyteckie jest położone około 20 km od centrum. Dlatego Młodzi zarywają noce, aby tam jeździć na zwiedzanie. W dzień, miasto przykrywa mieszanina smogu i chmur, skutecznie izolując słońce, co jednak jest o tyle zbawienne, że temperatura powietrza jest w miarę znośna. Ale żyć bez słońca? To chyba wolałabym skwar! Zresztą, co będę się na ten temat wymądrzać, skoro nie doświadczam tego osobiście.

Mieszkają w akademiku, w pokoju dwuosobowym, wyposażonym standardowo, tyle tylko, że z łazienką walczyli przez tydzień, aby nadawała się do użytku ( syf- to mało powiedziane ! )

Plan wykładów znośny, prawdopodobnie dlatego, że trzeba dużo czasu samemu poświęcać na ćwiczenia i powtórki.

Tak wygląda sala wykładowa. W tle koleżanka z Tajwanu, z która się Młodzi zaprzyjaźnili. Obecnie nauka jest na etapie sylab. I tak: wiem już, że imię i nazwisko Wnuka brzmi Gao łan. Tylko nie wiem, czy pisze się oba człony razem, czy osobno, jak i tego nie wiem, co jest imieniem, a co nazwiskiem.

 

A tak się pisze:

Pierwszy człon oznacza, człowieka wysokiego, drugi - lubiącego literaturę, kulturę i sztukę!

Jedzeniowo już są na prostej, ale początki były ciężkie, bo trudno przyzwyczaić się do takiej ilości przypraw, które nie tylko powodują ogień w gardle, ale i łzawienie oczu.  Co się dziwić - kuchnia seczuańska wszak to! Za to różnorodność potraw i sposobów ich przygotowywania ogromna, bo każda z obwoźnych restauracyjek, pojawiających się na ulicach zawsze od godz. 17.30, oferuje co innego.

W tym tygodniu Młodzi odkryli swoje miejsce, niedaleko akademika, i teraz przede wszystkim tu się stołują. Wprawdzie żona właściciela trochę mówi po angielsku, ale nie obyło się bez wpadek, kiedy zamawiali co innego, a inne jedli. Powoli się ze wszystkim poznają, mają własne wypróbowane smaki, wiadomo: pierwsze koty za płoty.  

Młody szuka jakiś możliwości dorobienia do studenckiej kieszeni, ale są bardzo ograniczone, ponoć z bardzo małymi wyjątkami, zagranicznym nie wolno.

Wan an!

Dobranoc! :-))))

niedziela, 22 września 2013
Z przymrużeniem oka!

piątek, 20 września 2013
Zakręcenie totalne!

Zrobiło się już kompletne zawirowanie!

Ale po kolei!

Cieszyłam się podpowiedzią Ślubnego o węglu aktywnym. W końcu Dzieciska nasze wychował, to zna się chłop na rzeczy, a i pamięta pewne kruczki. Dobrze, że podesłał te tabletki, bo przynajmniej poczytałam naszą ulotkę i wiedziałam, w którym miejscu błąd był: nie podaje się przy posiłkach! Ot, co! Niestety, węgiel zadziałał tylko przez dwa dni. A aby było śmieszniej, to w ubiegły piątek lekarka oglądała pupę Kurtiego, bo akurat pękł mu hemoroid, a pupa poza tym była ok. A w poniedziałek? Surprize! Mamy piękną odleżynę na kości ogonowej. Znowu lekarka wzięta do pomocy. Tym razem dała plastry. Tak więc do codziennego podkładania poduszek pod różne części ciała, doszło cogodzinne obracanie na boki. I aby jeszcze śmieszniej było, doszła biegunka taka, że od wczoraj zamotana jestem w papierze toaletowym, papierowych ręcznikach, szmatach, pampersach, gotowaniu ryżu i marchwi na okrągło. I zaraz zejdę z bólu rak, z głową wypełniona jękami Kurtiego, którego na bokach wszystko boli, więc jęczy okropnie, z małymi przerwami na drzemki, i już mi się ilość odliczanych dni do powrotu miesza, i przerwy już nie mam żadnej, a telefonów dziesiątki do wykonania i odebrania, bo i pociotki dzwonią, i lekarz , i z firmy jednej i drugiej się obudzili! No!!!!!! I dzisiaj po południu jakieś konsylium rodzinno-pielęgniarskie tu będzie, więc ogarnąć chałupę trzeba, bo z tego wszystkiego odkurzacza i ściery już dawno nie widziałam! 

To idę polatać na ścierze, mając za wizualizację ten jesienny obrazek, który jakby nie było trochę słońca może mi do łepetyny podeśle! I energii w łapki!

 

EDIT: 22.45

Wysoka komisja wytknęła mi błędy w postaci nie takiego jak należy układania pacjenta na boku, a poza tym stwierdzono konieczność pomocy. Przynajmniej trzy razy dziennie. Tylko trzeba teraz to wszystko przepchnąć przez biurokratyczną machinę niemiecką, i być może zadziała toto od pierwszego października. Ale mi to już zwisa i powiewa, bo drugiego jadę nach hause!!!

Wobec powyższego, po ułożeniu Pacjenta do snu, poszłam sobie na baaaaardzo długi spacer, a jak zaczęły mnie już nóżęta mocno boleć, to po powrocie, załadowałam swoje ciało mdłe w badewanne, wytaplałam się należycie, wybalsamowałam, wypachniłam, i teraz taka pięknie zrelaksowana udaję się w objęcia Morfeusza!

Dobranoc!

niedziela, 15 września 2013
Kółko wzajemnej życzliwości!

Tyle lat jeździłam do Niemiec , i nigdy nie trafiłam na coś takiego, jak tu. Po raz pierwszy, koordynatorka niemiecka dawała znak, że są tu jeszcze jakieś Polki, i pytała wręcz, czy chcę z nimi nawiązać kontakt. Ot tak, dla komfortu psychicznego! Początkowo miałam opory, nie przeczę, spowodowane niezbyt miłymi doświadczeniami z krajankami na obczyźnie. Dopiero za drugim przyjazdem tutaj się przełamałam. Może dlatego, że to mnie namierzono i zaproszono do znajomości. Nie trwało długo, jak prawie metodą pączkowania, zrobiło się nas całkiem sporo: Violetta, Agata, Bożena, Ewa, Karina, Nikola i ja. Każda inna! Wiekiem, bagażem lat, doświadczeniem w niełatwej pracy przy staruszkach. Ale okazało się, że to nie problem. Wszystkie nadajemy na tych samych falach. Wszystkie wręcz utrzymujemy, że od momentu, kiedy się poznałyśmy, dzień naszej pracy stoi zawsze pod hasłem:"aby do 13-tej"! Właśnie w przerwie obiadowej, dwugodzinnej - robimy nasze spędy.

W Puppenmuseum tylko skrzaty wśród iglaków buszują! 

Najczęściej u Wioli, która ze względu na niestabilność babci nie może nigdzie wychodzić, za to zawsze nas gości. Jest niewiarygodnie towarzyską osobą,  i z sercem na dłoni. Poza tym, jako żona Niemca, bardzo dobrze się zna na medycznych sprawach, a zwłaszcza całej gamie środków na różne przypadłości. Korzystamy z tej wiedzy bardzo chętnie!

W czekoladziarni kuszą przepyszne słodycze!

Nikola dojeżdża do nas z Bendestorfu, około 4 km. Zachwyca nas swoją piękną kobiecością, nieziemskim głosem i niewiarygodną miłością do ludzi. Zawsze drałowała rowerem tyle kilometrów, bo też twierdzi, że robią jej te spotkania dobrze na spokojność. Teraz ma gorzej, bo po ostatnim incydencie medycznym jej babci, która ma notarialnie zapisaną wolę, nakazująca szpitalowi odstąpienie od długotrwałej terapii, skończyły się jej jazdy, za to my do niej jeździmy, o telefonach wspierających nie piszę, bo to wiadome samo przez się.

Nowoczesna sztuka z cyklu "Mehr als zu viel" z Hamburga.

Bożena, matka dorosłego Syna, która wygląda na mniej niż ma lat, przesympatyczna paplusia, przyjechała za Agatkę. Jest jeszcze prawie świeżynka, wiele spraw nie zna, ale chłonie wiedzę przez nas przekazywaną. Trochę ostatnio odstaje od naszej trzódki, bo jej nowy mąż przesłał jej tablet, to gaworzy sobie z nim w przerwie. Została więc przywołana do porządku, bo przecież prawie każda z nas ma dostęp do sieci, ale te dwie koleżeńskie godziny mają priorytet przed wszystkim!

Dębowi strzelcy maszerują na plac!

Ewa, z początku wydawała się bardzo zasadnicza, a teraz bardzo często odkrywamy w sobie wiele cech wspólnych, i śmiejemy się, że chyba w poprzednim życiu byłyśmy siostrami! Po wyjeździe Wioli, właśnie u Ewy odbywają się nasze spotkania. Najczęściej pod rozłożystym kasztanowcem, albo tuż obok w przeszklonej altance.

Jak nie podziwiać takich cudeniek?

O Karinie i Agacie już pisałam w poprzednich postach, więc nie będę się powtarzać!

Ubiegłym razem, kiedy była Karina, dziewczyny prześcigały się w serwowaniu podczas nasiadówek najlepszych potraw, które każda z nich miała w repertuarze. Zgodnie potem orzekły, że każda z nich przytyła. To teraz, kiedy zmieniłam Karinę, zarządziłam dietę warzywna, czyli każda coś przynosi, obieramy lub nie, kroimy na kawałeczki, chrupiemy do woli,  i jakoś tego się trzymamy. Najważniejsze jednak, że bardzo się wspieramy. Radami, ciepłym słowem, czasem przywołujemy do porządku, czasem milczymy, współczujemy, gdy np. Ewie nagle zmarła Matka i musiała na parę dni wyjechać. Oprócz tego, sekundujemy marszom bractw strzeleckich, chodzimy na spacery, na lody, do czekoladziarni, odwiedzamy galerie, a także znajome, już poznane przeze mnie miejsca. Dziewczyny dowiedziały się, że Puppenmuseum już od dwóch lat zamknięte, co oczywistą nieprawda jest, bo i owszem zamknięte, ale od niedawna, i nie wiadomo, jak długo. Gdybym im zdjęć stamtąd nie pokazała, kto wie, czy by mi uwierzyły!

Dobry, stary rock, w wykonaniu nie mniej starych rockmanów!

Chodzimy na flohmarki, czasem nam się uda coś ciekawego kupić, czasem tylko oglądamy. Albo tylko siedzimy i milczymy! Lub gadamy jedna przez drugą, tak, iż czasem ma się wrażenie, że jest się na jakimś jarmarku! Wczoraj byłyśmy u Nikoli. W jej wiosce odbywał się wielki festyn. Nie mogło więc nas tam nie być! Godzina wspaniałego koncertu starego rocka. Pośpiewałyśmy, potańcowałyśmy pospołu, poklaskałyśmy do taktu, były i przytupy, i przyśpiewki, a na koniec długi pokaz sztucznych ogni. I nic to, że deszcz, że ziąb i wiatr!

Zgadzamy się na milion procent w jednym! Gdyby nie te nasze codzienne spotkania, byłoby bardziej ciężko! I nie dałoby się długo psychicznie wytrzymać! Tak sobie myślę, że właśnie takiej fajnej grupki wzajemnej życzliwości będzie mi bardzo brakować, jeśli pojadę w inne miejsce!

środa, 11 września 2013
Jeżynowo do imentu i ciut chińszczyzny!

Ogród Kurtiego, to busz. Puszczone samopas jeżyny, nie tylko doskonale się czują przy płocie oddzielającym od końskiego pastwiska,

ale opanowały nawet ogromne rododendrony,

a w wersji niskopiennej nieźle sobie radzą na terenie zawładniętym przez wybujałe pokrzywy!

Owoców mnóstwo. Żal, aby taki plon poszedł tylko w dzioby ptasie i dla os. Co drugi dzień zbieram te leśne cuda, przy płocie problemu nie ma, bo nisko. Na rododendron wdrapuję się po drabinie. Potem tylko ekwilibrystyka: jedną ręką trzymam się drabiny, drugą zbieram owoce, nogi służą do utrzymywania równowagi, a korpus jako balans. Drabina bowiem jest tylko oparta o rododendronowe gałęzie. Nieźle to wychodzi, chociaż raz byłam na skraju upadku, kiedy to dziabnęła mnie znienacka osa, i o mały włos wylądowałabym w samym środku krzewu, wzbogaconego o kolczaste pędy. Strach pomyśleć, jakbym po takim czymś wyglądała! Wśród pokrzyw wystarczy tylko mieć mocne spodnie i kurtkę!

To się zajadamy jeżynami. Do wszystkiego! Do budyniu, jako sok, z cukrem na deser przy obiedzie, przecier do lodów, ba, nawet jeżynową roladę jedliśmy dwa dni, którą nam Wiola upiekła! Zdecydowałam też, że w małe słoiczki, znalezione w piwnicy Kurtiego, zrobię trochę tych przetworów. Jeszcze trzy tygodnie zbiorów, to nie w kij dmuchał!

A teraz macham i biegnę na skypa. Jestem umówiona z Wnukiem. Relacja z pierwszego dnia studiów chińskich będzie! Już się nie mogę doczekać! :-)))

środa, 04 września 2013
ÓSEMKA!!!

:-)))))

Jak ten czas leci!!!

Dzisiaj zaczynam ósmy rok mojego pisania na Bloxie! Niewiarygodne, a jednak!

Nie muszę chyba dodawać, że gdyby nie Wy, moi Drodzy Czytelnicy,to pisałabym "sobie a muzom"!

Dziękuję Wam, że jesteście!

To co? Ciasteczko? kawusia?

Archiwum