Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
sobota, 29 września 2012
Przejechałyby się na mnie, jak nic!

Kto?

Ano te! No, te od porządków, co uważają, że jak jest ciut nie po kolei wedle ich uznania, to należy zmienić nie tylko wygląd domostwa, ale także, i najlepiej, samych właścicieli! A mnie akurat to wisi i powiewa!

Bo od dłuższego czasu, w dzisiejszą sobotę, mam całkiem pusty dom. Ślubny od rana u Synusia, panele pomaga układać. A ja? Ja robię nic! Czyli: niespieszne śniadanko, potem telewizja śniadaniowa, a jakże ( ujął mnie dzisiaj pewien 8-latek, który swoje pieniądze z I komunii Św. przekazał na szpital dziecięcy ). Że co, że durnowaty program? A może i durnowaty, ale w leniwą sobotę w sam raz. Tam w stolicy, tłumy na ulicach w sprawie, według mnie "bele jakiej", bo w końcu, nie ja i większa część moich Rodaków powinna się obudzić, ale niech tam! Demokracja jest, psiakrew, jak mówił kiedyś pewien znany polityk! Współczuję tylko warszawiakom tych zadym! 

A u mnie spokojnie, słonecznie, cieplutko, po osiedlowych ścieżynkach biegają nastolatki, ubrane tylko w t-shirty i kuse legginsy. Szczebiocą, jakby to wiosna była, a nie jesień! I chłopaczki małe biegają, z karabinkami i rewolwerami, w wojenkę się bawią! I weź tu człowieku, pomarz sobie o świecie bezkonfliktowym, jak nowe pokolenia ćwiczą! Nie na moje zdrowie to!

Znowu odbiegłam od tematu. Bo przecież o nic robieniu miało być. To nic nie robię! Przecież pralka jedna sama wyprała, ja tylko powiesiłam co trzeba na naszym mini balkoniku. I wyłożyłam na słoneczko i wiaterek wczorajsze grzybki, niech dochodzą! Do markeciku osiedlowego poszłam, a co! Zakupki całkiem małe zrobiłam też. Tylko dlaczego za ledwo przykryte dno siatki zapłaciłam prawie osiemdziesiąt zeta? Wie kto? Ja już przestałam się dziwić i w ramach odstresowania, pobiegałam troszeczkę po blogach, resztę zostawiając na godziny późniejsze. Bo przypomniało mi się, że odkurzacz jest. I trza go użyć w celach wiadomych. I ta myśl uparcie krąży po mojej głowie, i krąży, i krąży! 

Nie ma rady! Trzeba swoje szanowne cztery litery podnieść i chociaż trochę ogarnąć swoją przestrzeń życiową! Przecież nie damy Ślubnemu nowego powodu do stwierdzenia, że On nie wie, czy ma żonę, czy nie! :-)))

Jakby ŻONA tylko od tego była????

Ale, to tak na marginesie!

Miłego weekendu!

 

EDIT:

No przecież bym zapomniała dodać, że musiałam koniecznie doczytać resztę tego kryminału Asy Larsson, o którym ostatnio wspominałam. Bo jak to tak, końcówki, całkiem ekscytującej, nie doczytać!

Dobra! Odkurzacz już stoi i czeka! 

To idę!

Macie takie samo wrażenie jak ja! Że idę, jak na ścięcie! :-))))

piątek, 28 września 2012
To się chwalę! A co?

Wczoraj, w wieczornym wydaniu wiadomości usłyszałam, że nie ma grzybów! Telewizja kłamie? Nie wiem, ale u nas są, chociaż może w innych rejonach kraju niekoniecznie, ale to nie znaczy, że ich nie ma. 

A dzisiaj z Basiulą i Psiapsiółka pojechałyśmy moją pandarettą na gąski. Były, jak "bozie dydy", były! Jeden szkopuł tylko w tym, że dużo robaczywych. Ale zbiory i tak całkiem, całkiem były. Bo do tego jeszcze i kurki, i po parę prawdziwków każda z nas miała, nie mówiąc o podgrzybkach, oraz o całkiem sporej ilości maślaków.

Swoje grzybki już umyłam i poczyściłam!

To, co do suszenia, już się suszy!

Teraz mnie jeszcze czeka posortowanie gąsek na zupę i na kotlety, a potem najbardziej niewdzięczna praca, czyli obieranie maślaków ze skórki. Ale jak już je obiorę, pokroję, wrzucę na masełko ze skwierczącą cebulką, a potem podleję śmietanką, uprzednio podprawiwszy soląi pieprzem świeżo zmielonym, to niech moja walka z cholesterolem pójdzie się na 24 godziny "paść". Takich dobroci, raz do roku, nie wypada wręcz odrzucać!

czwartek, 27 września 2012
Ledwo dycham!

Basiula wyciągnęła mnie dzisiaj na grzyby. Zapomniała i Ona, i ja, że od dwóch tygodni na rowerze nie byłam. Ale pojechałyśmy. Nad Małym Gacnem nędza! Jedziemy na Bartka. Po drodze mijamy grzybiarzy taszczących takie ilości grzybów, że aż nam zęby ze złości zgrzytają, bo na dnie naszych koszyczków smętnie dno zakryte tylko! Na Bartku też nie lepiej, ale postanawiamy iść do końca naszej trasy, czyli dochodzimy do jednego z jezior na trasie Strugi siedmiojeziornej. I tam mamy atrakcji w dwójnasób! Lunęło jak z cebra! Bardzo szybko jesteśmy zmokniete do dziesiątej suchej nitki, a w butach zaczyna chlupotać! Na całe szczęście, nad brzegiem jeziora, tyle brzozaków, że w okamgnieniu koszyki pełne! Ale powrót w deszczu, po rozmokłych ścieżkach leśnych, potem pod wiatr na szosie, to ciężka praca! Nogi omdlewają, a i oddech świszczy, jak w starym parowozie. Jeszcze trzeba w domu do dobro leśne oczyścić, pokroić, rozłożyć na sitach, niech się suszy.

Ledwo zipię. Nogi bolą. Oczy mi się zamykają. I teraz tylko marzę o gorącym prysznicu i ciepłym łóżeczku z książką. Dokończyć muszę " I tylko czarna ścieżka" Asy Larsson.

To idę realizować to marzenie!

Jutro powtórka z rozrywki! Tym razem na gąski jedziemy, ale już samochodem, bo daleko bardzo!

środa, 26 września 2012
Jeszcze trochę lasu!

Pisałam niedawno, że zwiedzałam pewien rezerwat. Odwiedzenie tego miejsca było w moich planach już od dawna, ale ciągle coś przeszkadzało w ich realizacji. Tym razem to Ślubny nie pałał entuzjazmem, ale od czego moja siła perswazji, że jak nie teraz, to znowu minie co najmniej rok! Pojechaliśmy!

Już wiadomo, że byłam we Wierzchlesie, w centrum Borów Tucholskich. Tablica była, ale jak iść, w którym kierunku? Dopiero po dłuższym czasie udało się nam znaleźć tabliczkę, kierującą do rezerwatu.

Jest to najstarszy rezerwat w Polsce, i jeden z najstarszych w Europie. Pierwsze informacje o jego istnieniu pochodzą z 1827 roku. W czasie ostatniej inwentaryzacji, w 1991r. naliczono 3559 cisów z tego 623 suche. Powierzchnia całkowita rezerwatu, z jeziorem Mkurz, stanowiskami sosnowymi i bagnami wynosi przeszło 85 ha. Sam rezerwat cisów otoczony jest płotem i jest doskonale zachowanym fragmentem puszczy pomorskiej, w której znaleziono też nieliczne stanowiska drzewa klon jawor, które zapisano na czerwonej liście gatunków zagrożonych. 

Zwiedzając to miejsce, od samego wejścia wie się, że jest się w miejscu niesamowitym. Drzewa są bardzo wysokie, w lesie jest bardzo ciemno, tylko gdzieniegdzie do poszycia dochodzi światło słoneczne. I co ciekawe, bardzo rzadko słychać ptaki.

 Niesamowite wrażenie robią skupiska cisów jeszcze zielonych, pomiędzy którymi trwają osobniki zupełnie suche.

 Teren nie tknięty ręka człowieka.

 Kochankowie, czyli splecione pnie cisa i lipy drobnolistnej.

Jeden z najstarszych, najgrubszy cis "Bartek", malowany przez Leona Wyczółkowskiego, często przebywającego na terenie rezerwatu.

I jedna z wielu, ciekawostka z parkingu przed ścieżką do rezerwatu. Ptasi budzik, albo jak kto woli, śpiewnik!

Warto tam pojechać. Spotkaliśmy turystkę, która była w rezerwacie 30 i 10 lat temu. Mówiła nam, że to niewiarygodne, jak czas zmienia to miejsce!

sobota, 22 września 2012
Uff! Dzisiaj przysiadłam!

Tydzień bardzo, ale to bardzo wypełniony.

Najpierw u Pioterki. Pogaduchy, wspominki, babski wieczór do późnych godzin nocnych, a dla niektórych do rana prawie. I masę audiobooków oraz ebooków przegranych - będzie co czytać, a także słuchać po tamtej stronie Odry! Znowu nam za mało było, ale Pioterka żeni swoje najkochańsze Tiramisu, więc trudno siedzieć długo na karku nawet najlepszej Koleżance, gdy się taka poważna impreza kroi.

Z Kuzynka nie było mi dane się spotkać, za to pojechałam do Wejherowa. Bywałam u Basiuli kilka razy, ale tym razem już na nowym mieszkaniu, i obowiązkowo trzeba było parę spacerów zaliczyć, miedzy innymi po odnowionym rynku, przepięknie zrewitalizowanym parku miejskim, i oczywiście Kalwaria, jedna z najdłuższych i najciekawszych w naszym kraju.  Umówiłysmy się, że jak nam uda się zgrać terminy, to przyjadę do niej ze Ślubnym i zrobimy sobie wycieczkę szlakiem dworów kaszubskich.

 

A potem przyjechałyśmy do mnie, bo Basiula chciała grzybów! To dwa dni ganiałyśmy po naszych Borach!

Takiej wielkości dwa kosze zebrałyśmy pierwszego dnia. Dobrze, że Basiula przywiozła ze sobą elektryczną suszarkę do grzybów. Drugiego zaś, oddałam jej wszystkie zebrane podgrzybki, a zostawiłam to, co poniżej:

3 prawdziwki, , 4 miodówki, 4 gąski zielone, 6 brzozaków i 1 koźlarz. Te dwa ogromne prawdziwki, każdy ważył około 200-250g, ususzyłam, a z reszty był dzisiaj obiadek. Basiuli jedynie zadedykowałam zdjęcie  grzybków pięknych inaczej! :-)))

Dobra, ja wiem, że jestem zołza, i powinnam gościowi nieba przychylić! Ale o takich prawdziwkach nigdy nie było mowy, he,he,he!

niedziela, 16 września 2012
Przerwa!

Wojażować będę!

Na początek Gdynia i spotkanie z Pioterką!

Potem Gdańsk i Kuzynka!

Na koniec Wejherowo i Koleżanka ze studiów!

Może w piątek wieczorem, wrócę do blogosfery, bo przecież ani w gościnie, ani goszcząc kogoś, nie wypada w necie siedzieć godzinami!

Byłam ze Ślubnym dzisiaj w Rezerwacie Cisów Staropolskich we Wierzchlesie. Ale akurat bateria padła, to zdjęć dziś z tej wycieczki nie będzie.

Czy ktoś potrafiłby mi wytłumaczyć, dlaczego jakiś osobnik/czka, robi sobie "zachód", ciupasem kopiując mojego bloga od początku do końca chyba, co widać po śladach rss-a? 

piątek, 14 września 2012
Nadjeziornie!

W domeczku nadjeziornym prace trwają! Mniej intensywnie, niż wcześniej, ale też zakres robót wewnątrz ogromny, a ręce tylko jedne. Mojego Ślubnego! Na całe szczęście, trafił mi się chłop z gatunku "złota rączka", który wiele umie, a jak czegoś nie bardzo "kuma", to tak długo temat drąży, aż wie, o co chodzi, i jak problem rozwiązać.  

Gdy teren budowy opuścili murarze zaczął się etap montowania płyt twardych, na których położona została wata mineralna, a potem na to poszły deski. Powstał w ten sposób strop między parterem, a użytkowym poddaszem, bo właśnie nasz domek mały jest, zatem przestrzeń ograniczona. Nie można było robić stropu wylewanego cementem, gdyż projektant się nie zgodził, mając na uwadze ogólny ciężar domu, który jest położony na terenach pobagiennych.

Od strony dolnego pokoju, czyli przyszłego salonu, wygląda to tak:

Oczywiście trzeba na to zamontować płyty kartonowo-gipsowe, a potem otynkować. Natomiast u góry, tam gdzie będzie sypialnia, wygląda to tak, jak poniżej. Na to oczywiście przyjdą ponownie płyty twarde, a następnie panele podłogowe. 

Oczywiście, zaraz wychyliłam się troszeczkę z balkonowego okna, aby uchwycić chociaż niewielki skrawek jeziora! Mój ci on!!! Już sie nie mogę doczekać, kiedy na tym balkonie będę siadywać i pić poranną kawkę! W piżamie!

Kolejny etap, to było montowanie na poddaszu tzw. jędrków, czyli poprzecznego rusztowania, na którym będzie montowany sufit, oczywiście po uprzednim położeniu na całym poddaszu ocieplenia.

Natomiast na dole trwa w tej chwili montowanie ścianek działowych i kładzenie kabli elektrycznych, łącznie z dokładnym rozplanowaniem miejsc na kontakty i gniazdka. To ostatnie, to ciężki orzech do zgryzienia był, bo już na tym etapie trzeba było mieć przynajmniej w zarysie koncepcję, jak będą poszczególne pomieszczenia wyglądały, i gdzie będą sprzęty oraz meble. 

Następny etap, który czeka mojego prywatnego Boba Budowniczego,to montaż ścianek działowych na górze, potem ocieplanie i kładzenie płyt kartonowo-gipsowych.   A później, jak warunki pozwolą, być może uda się przed zimą to wszystko wewnątrz potynkować, czyli znowu wejdą murarze!

wtorek, 11 września 2012
Kto rano wstaje..

... ten się nabiega.

Najpierw skoro świt, po świeże bułeczki  do sklepiku szłam, bo ja staromodnie nie pozwalam dziecku wyjść do szkoły z pustym żołądkiem. Śniadanie musowo musi być! I Ślubnemu też się "podlizałam", uszykowałam wałówkę na budowę. Niech się cieszy, że czasem o nim pamiętam!

Potem odprowadziłam Wnusię do szkoły, a w drodze powrotnej wpadłam do marketu, bo już wody, mleka i owoców zabrakło. Potem szybko śniadanie i już biegiem do Irci, bo czekała z kijkami. Niestety, po niecałym półtoragodzinnym chodzeniu trzeba było zrobić odwrót, bo buty, które założyłam cisnęły niemożliwie. A po powrocie okazało się, że nie nadają się do chodzenia, bo stopy obtarte. Ponieważ moje stare adidasy też parę dni temu odmówiły posłuszeństwa, nie pozostało nic innego, tylko do miasta iść i kupić sobie nowe. Przy okazji nabyłam też drogą kupna grafitowe czółenka, przydadzą się do czarnych spodni. Trochę się zezłościłam przy kasie, bo była awaria portu, a ja w portfelu gotówki dużej nie noszę, to znowu biegiem do centrum i szukać bankomatu. 

Wróciłam do domu, chwilę odsapnęłam, ale przypomniało mi się o obiecanej paczce z książkami do Szwecji. To spacer na pocztę. Potem znowu spacer po Wnusię do szkoły.

I tak sobie biegam już prawie 3/4 dnia. A teraz dreptam sobie na bosaka po mieszkaniu, bo nie ma nic lepszego dla stópek, jak chodzenie bez kapci. Pewnie, przydałaby się trawa i rosa, ale póki co, ten luksus trzeba odłożyć na "zaś". I po necie sobie powolutku chodzę. Znalazłam już całkiem sporo dietetycznych przepisów, z fajna rozpiską wartości odżywczych i kalorycznych. Dobrze, bo już mi czasami pomysłów brakuje w kuchni. A teraz podrepczę po blogach!

czwartek, 06 września 2012
Rozważania nad talerzem!

 

Szlachetne zdrowie!

Nikt sie nie dowie, jako smakujesz,

aż się zepsujesz!!!

Można się cieszyć dobrym zdrowiem, ale....! Ta uciecha tylko trwa do pewnego czasu. Potem powoli, co jakiś czas odkrywamy, że tu coś strzyka, tam nas łupie, a tam pobolewa. Nie zdajemy sobie sprawy, że może w nas czaić się jakiś utajony morderca, który tylko czyha na odpowiednią okazję, aby nas zaatakować. Na nic nasze "kozakowanie", że " na coś trzeba umrzeć"! Gdy dojrzejemy do tego, aby się przebadać, a potem czarno na białym widzimy wyniki, przestaje nam już być tak wesoło. Szczęśliwcy ci, których nadal się nic nie ima. Ja tego szczęścia, niestety, już nie mam.

Siedzi sobie we mnie, taka ilość cholesterolu, zwłaszcza tego złego LDL, że spokojnie wystarczyłaby na dwóch. Początkowo próbowałam sobie wmawiać, że to genetyka mnie tak urządziła, bo dwóch moich Braci ma tak samo. Ale nie czarujmy się, ja tez spokojnie sobie na ten wynik zapracowałam, zwłaszcza  w czasie ostatniego pobytu w Niemczech, zajadając z apetytem ciasta donoszone prawie co dzień przez Piekarzową. I teraz należy zacząć walczyć z tym paskudztwem! Zmienić zwłaszcza swoje przyzwyczajenia żywieniowe. A to nie jest łatwo, powiedziałabym, że to droga pod ogromną górkę jest. Bo jak nagle przestawić się z 2-3 posiłków na 5? Jeść co 3 godziny? Albo wypijać duża butelkę wody, gdy raptem dziennie wypijało się co najwyżej 0,5l? Najgorsze jednak te rezygnacje są! Owszem, można się przyzwyczaić do wędlin kurzęcych, i w ogóle na kurzynę oraz indyki się przestawić w tym względzie. Można czasem sobie ugotować schab lub szynkę, i tym obkładać chlebek razowy lub pumpernikiel. Można zaakceptować razowy makaron i ryż brązowy. Jeść furę warzyw też można. Ale zrezygnować ze słodkości! Do kawki pitej dwa razy dziennie nie będzie ciacha, czy choćby batonika! Nie ważne, że to słodkie to główny sprawca "wałeczków" i brzuszka! Ale jakie pyszne? I teraz ma to być tylko wspomnienie?  Nawet kawka już nie ta sama będzie, bo "plujki" nie wolno, tylko instant! Tak, jak wspomnieniem mają być sery żółte i moje ukochane sery pleśniowe. Pierogów i klusek też nie wolno! A już smażenie na maśle klarowanym, co daje niepowtarzalny smak i aromat pieczystemu, to wręcz zbrodnia, bo smażenie w ogóle odpada. Można jedynie gotować, dusić lub grillować! Na minimalnej ilości oliwy. A do sałatek olej lniany!

I jak tu żyć? :-(

 Bo żyć sobie dalej trzeba. To robię rewolucje w kuchni, zmieniam i zamieniam, co się da. Do codziennej porcji trzech tabletek, dorzuciłam dwie kapsułki omega3, czyli tranu naszych czasów. Zamiast soli kuchennej, niewielka ilość soli morskiej, zamiast cukru białego - trzcinowy lub miód i to w minimalnych ilościach. Mleko tylko 0,5%, żadnej śmietany, tylko jogurt i kefir. Winogrona i banany dla Ślubnego, dla mnie jabłka i greipfruty. Po necie wyszukuję przepisy na dania z kurczaka  i indyka. Cieleciny u nas nie uświadczy sie, niestety, bo bym mogła jeść. Czasem zaszaleję i zjem kosteczkę czekolady gorzkiej. Tak w ogóle, to ciężka praca jest, ta walka z tłuszczami! I nie wiem, czy to nie walka z wiatrakami będzie, bo teraz, w domu to owszem, wszystko do opanowania. Ale czarno to widzę, jak pojadę do Niemiec. Przecież nikt się nie będzie przejmował moją dietą!

wtorek, 04 września 2012
Siódemka!

Ale ten czas leci! Z szybkością światła prawie!

Dzisiaj zaczął się siódmy rok pisania tego bloga!

Dla wszystkich Czytelników, Komentujących, Podglądających, w podziękowaniu za cierpliwość dla moich "wypocin" małe co nie co na osłodę blogowego życia! A dalszej cierpliwości  życzę Wam, moi Mili najbardziej, bo póki co, nie mam zamiaru szybko kończyć tej przygody! :-))))

 

 
1 , 2
Archiwum