Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 30 września 2011
OKROPNIE PIĘKNE!

To dosłowne tłumaczenie nagłówka niedużej ulotki, opisującej 200 m kw. zamkowego więzienia w Linz am Rein. Wiedziona zatem ciekawością, bo takiego dziwu jeszcze nie oglądałam nigdzie, no może pojedyncze sztuki instrumentów kaźni wszelakich w Malborku, postanowiłam to zobaczyć na własne oczy. Kłopot z początku był tylko jeden, bo informacje czerpałam z polskich stron podróżniczych, a tam wszędzie istniała nazwa Muzeum Tortur, które to mój translator tłumaczył dosłownie także jako Museum des Tortures. Ale nikt z tubylców, już na miejscu w Linz, ani nawet w punkcie informacyjnym nie reagował na tą nazwę. Nie znają! Ki diabeł, myślę sobie, aby w it nie wiedzieli co mają na swoim terenie. Całe szczęście, że moja głowa ma dobre zawiasy i potrafi się kręcić dokoła, to zobaczyłam jakąś rycinę i dawaj do niej, i pokazuję panience, że to o to mi chodzi. Ta już uśmiechnięta tłumaczy, że rzeczone coś-tam jest w Burgu. A ja już tam byłam. Jakieś schody, z wiszącym nad nim stalowym ubrankiem widziałam, napis wyjście też, ale żadnego wejścia. Czegoś widocznie nie dopatrzyłam. Wracam i szukam. Jest niewielki karteluszek z info, że trzeba iść do galerii. Tam to już dostałam żetonik za całe 2 euro i kazali mi iść na dziedziniec poszukać wejścia do Folterkammer. Poszłam, szukam, jest. Wyglądała mniej więcej, jak to, tylko nie było ubranka, za to był automacik na żetony.

Żebym ja wiedziała, w co ja się pakuję!!!!!! Sama! Jedyna! Psa z kulawą nogą nie ma do towarzystwa! Ale lezę w te ciemności!

Rzucam żeton do automatu, słyszę zapadkę, otwieram drzwi obrotowe z kratownicy i znajduję się momentalnie w ciemnościach średniowiecza, w niesamowitej atmosferze katowni z 1365r. Brakuje tylko, aby odgłosy torturowanych odbijały się od sklepienia, na zegarze wieży powinna wybić północ, a puszczyk pohukiwać do rana!

Widzę jakieś postaci pod ścianami, z zewnątrz wpada tylko trochę światła ze schodów, na środku pomieszczenia pali się tylko mała czerwona lampka. W tle widać, że jest jeszcze ciemny jak noc korytarz, w którym gdzieniegdzie błyska tylko czerwone światełko. Zaczynam czuć się nieswojo, po grzbiecie zaczynają mi ciarki latać! Robię parę zdjęć.

Przystojny kowal dręczyciel, kujący okowy z kajdanami dla więźniów.

To nie żadna średniowieczna kratka gimnastyczna, tylko urządzenie do łamania kości!

Chcę zwiewać. Tylko nie ma dokąd! Bramka, którą weszłam nie wypuszcza. Tu mają delikwenta, czyli mnie podanego na tacy. Byłaś kobieto chojrak, to teraz idź do końca przez egipskie ciemności do wyjścia, bo chyba jakieś jest!

Nie ma to tamto. Z duszą na ramieniu wchodzę w ciemność, prawie namacalną. Na szczęście, po kilku krokach zapala się przede mną nikłe światełko. Zaczynam zwiedzanie.

Maska żelazna, podobna do tej, jaką pamiętam z filmu "Człowiek w żelaznej masce".

Podobna maska, tylko po założeniu, jak zaczną dokręcać to i owo, to pozbędą człowieka oczu, przebija bębenki uszu, połamię policzki!

Całe szczęście, że to 21 wiek, bo nie wyobrażam sobie wyjeżdżać od Ślubnego, który mi na drogę funduje takie oto gustowne majteczki, czyli pas cnoty! :-))))

Śpi sobie człowiek wycieńczony torturami, a tu mu na głowę zjeżdża sufit, z którego sterczą ostre kołki. Przygwożdżą go, jak nic do podłogi!

A to pewnie pierwowzór madejowego Łoża!

W tej sympatycznej babie, to już wszystkie soki z człowieka wypuszczą! A i główkę zgniotą!

Tak sobie szłam wolno, już prawie nie czując lęku, bo co tam. Tylko jakieś urządzenia, wprawdzie straszne, ale przecież już nie używane. Nagle, jak koło mnie nie zaczęło coś furkotać!!!! To dwuskrzydłowe drzwi, a za nimi ktoś wali i jęczy, a ja staję zdrętwiała ze strachu i tylko czuję, jak mi włosy dosłownie stają dęba na głowie!!!! Nawet teraz, jak to piszę i mam w uszach wspomnienie tego przeżycia, czuję, że cebulki włosowe mi się prostują! Wrażenie odjazdowe! Nie dla ludzi o słabych nerwach! A ja sama! Głos więźnie ze strachu w gardle! Nikogo się chwycić kurczowo za rękę. Nie ma się jak schować za pazuchę do własnego chłopa. A tam wyje i wali coś, i wali, i wali!

Przestało!

Bałam się za siebie odwrócić, a tylko jeszcze loszek przede mną! Juz widzę blask od kraty do wyjścia!

Zdekapitowana głowa, a jeszcze ją robili "na cacy'! Brrrrr!

O! Takie samo ubranko wisiało nad wyjściem! Ciekawe, do odchudzania chyba! Tylko, że już takiego na wieczne czasy, do kości!!!

Wychodzi na to, że jak już się człek dostał w ręce kata, to już zostawał w katowni na wieki. Jedynie szczury mu towarzyszyły!

A kajdany były przechodnie!

Z ulgą wyszłam na światło dzienne. Wyczytałam później, że dziennie odwiedza to miejsce około 30-40 osób. Pewnie w parach. Ja byłam sama, i na takie coś, to mam nadzieję już nie zdecyduję się!

Jak kto chętny jednak mocnych wrażeń, to polecam!!! Okrucieństwo tamtych czasów robi do dzisiaj wrażenie!!! 

środa, 28 września 2011
Wycieczkowo - Linz am Rhein

Pogoda była jak marzenie, i gdy tylko Tina się zjawiła, to ja dałam nogi za pas, i wolniuteńko sobie podreptałam na dworzec. Kupiłam bilet "tam i z powrotem", może parę centów się da zaoszczędzić! :-) Pociąg wiózł mnie po znanej już trasie, którą oglądałam poprzednio i z wód toczącego się opodal Renu, i ze ścieżki spacerowej.

Idę z dworca wprost na stare miasto, przechodząc jedną z bram, na której oznaczono wysokość stanów wody podczas częstego zalewania miasta w przeszłości!

Przechodzę przez bramę i znajduję się na wybrukowanym placyku, z fontanną i zamkiem, w którym była kiedyś manufaktura szkła ( można część jej oglądać, niestety mnie się tam zdjęcia nie udały).

Z wewnętrznego dziedzińca można wejść do restauracji, a także do podziemi, w których jest muzeum tortur.  Jest też także olbrzymia galeria-sklep, wszystkiego co tylko można zrobić ze szkła. Mnie najbardziej podobały się kolorowe kulki , które zwisały się z sufitów,

i piękne domeczki na świeczuszki w bogato zaopatrzonym dziale ozdób bożonarodzeniowych,

a juz zupełnie odjechałam przy butelkach, w których były szklane miniaturki najpiękniejszych żaglowców świata. Trzeba przyznać, że to mistrzostwo, kto wie czy nie większe, jak takie same, też w butelkach,żaglowce budowane z drewna.

No, a potem, to już tylko głowa mi chodziła w różne strony, napstrykałam zdjęć całe mnóstwo, ale było warto, gdy się zagłębiłam w ciasne uliczki pełne niebywałej urody dawnych domów. 

Dochodzę zatem do głównego rynku, z ratuszem

wewnątrz którego tyka, zabytkowy, zbudowany w 1737 roku zegar wahadłowy, z połączonym do niego karylionem, umieszczonym na dachu.

Wychodzę z ratusza i pnę się pod górę, wzdłuż starych murów do kościoła St.Martin

a potem schodzę pomiędzy starym cmentarzem,

a widocznym po prawej konwiktem, który teraz został zamieniony w dom spokojnej starości! 

Na koniec, przemykając się nadal między uliczkami trafiam na skwerek z pomnikiem mleczarki.

Jak zwykle, przysiadam na lody, a by na koniec, już w drodze do dworca zahaczyć o muzeum kamieni, tuż przy pałacyku Haus Bocheneck z 1842r.

i podziwiam głazy z karbonu, permu, dewonu. oligocenu i plejstocenu, wszystkie będące wytworami pobliskich gór.

Całość zajęła mi trzy godziny, więc nie namyślając się długo, wysiadłam w drodze powrotnej w Oberkassel i pozostałe 8 km przeszłam powolutku, nóżka za nóżką, dwa razy tylko robiąc przystanek na piwo!

Muzeum tortur opiszę w następnym wpisie, bo dziś mnie szlag trafia przy kompie, nie dość, że blox się "pier...tego...panie", to co chwilę net ucieka i już sama nie wiem ile razy robiłam powtórki, aby wpis powstał. Na dodatek umyłam dziś wszystkie okna w domu dziadków, to mnie rączki bolą! O! 

wtorek, 27 września 2011
Zatrzymać!!!!

A mnie się nie chce spać!

I jabłuszko soczyście malinowe sobie chrupię! Zaklinając pogodę na moją dzisiejszą rajzę!

poniedziałek, 26 września 2011
Zaciskanie pasa!

Do tej pory było zawsze tak, że jak przyjeżdżałam do niemieckiej rodziny dostawałam już w pierwszym dniu zwrot kosztów podróży. Wypłata za pracę wpływa na konto walutowe, i tego nie ruszam, jedynie przewalutowuję i w jakieś śmieszne lokaty je zamieniam, niech chociaż nasza matka-inflacja tego nie zżera ze szczętem! Ponieważ mam tutaj wikt i opierunek, pieniądze podróżne w części przeznaczałam na swoje, naprawdę minimalne potrzeby. A to jakieś piwko, a to lody czy winko, czasem jakiś kosmetyk, bo mój mi wyszedł był, słowem, nie musiałam się specjalnie ograniczać. Tutaj wszystko na "odwyrtkę". Nie dość, że niespodziewanie wpada mi w każdym tygodniu dzień wolny, to jeszcze podróżne dostałam w połowie tylko, bo drugą otrzymam przy wyjeździe. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest, czy oni sobie myślą, że im "bryknę" przed czasem, czy cóś? I jak z 75 euro dziewięć wycieczek zaliczyć? No, jak? Przecież nie będę siedzieć cały dzień w domu i udawać, że mnie nie ma! Poza tym, jak już mogę gdzieś sobie pobrykać, to czemu nie, co moje oczy zobaczą, to nikt mi nie odbierze. Ale to wszystko kosztuje! Trzeba i dojazd zapłacić, i coś na ruszta wrzucić, aby nie paść bez sił, a jak na dodatek się spotyka człowiek z fajnymi Dziewczynami, to przecież nie będzie strugał dziada! Całe szczęście, że coś-niecoś zostało mi z pieniędzy otrzymanych koło Monachium. Jednak, gdyby nie dojazd stamtąd do Bonn, byłabym Rockefeller! Ale niestety, źródełko wysychać zaczęło!

W sobotę wpadła znienacka Weronika, i dawaj wypytywać o byłe wojaże, a potem o planowane. Jak usłyszała, że będzie Linz, to zaraz przyobiecała w necie sprawdzić, w jakich godzinach mam pociągi. Coś mnie "tkło", bo wcześniej już sobie chciałam wszystko wyszukać na stronie, którą mi na gadulcu Pioterka poleciła ( a co, nawet nie takie trudne, chociaż po niemiecku! :-0 ), ale się pytam, czy Linz to kierunek Koblencja, bo muszę przecież z dworca głównego z Bonn dojechać. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nie z Bonn, tylko z Beuel. Oż, kurczaczki! Dobrze, że byłam czujna. Ale jeszcze przy okazji zapytałam, czy nie mogłabym juz dostać drugiej części mojego podróżnego . Niestety nie. Regulamin ustala co innego. A regulamin to rzecz święta! No!!!!! Szlag!!!!! To z tej złości poszłam w czasie poobiedniej przerwy na Konrad Adenauer Strasse ( każde niemieckie miasto ma ponoć tą ulicę ), i później według wskazówek Weroniki podreptałam w kierunku Beuel. I co się okazało? Im bardziej dreptałam, tym bardziej zbliżałam się do mojej dzielnicy. Ale namierzyłam dworzec, zorientowałam się w rozkładzie i już wszystko wiem. Tylko mam dylemat. Jechać z tej stacji wykupując bilet w tą i z powrotem, czy wsiąść u mnie w trajtek, dojechać do Bad Honeff, a potem z "lacza" przejść się do Linz niecałe 5 km. Druga wersja tańsza. Pierwszą szybciej się dostanę, a nie wiadomo jaka pogoda będzie. Póki co, cud, miód, malina jest! Tylko, że myląc miejsce miasta, które chcę odwiedzić, podałam Wam, moi mili Czytacze złe informacje w pierwszym wpisie wycieczkowym, kiedy płynęłam sobie "perłą Renu" pierwszego września. Ten zameczek na ostatnim zdjęciu, to na mur-beton nie Linz. Prawdopodobnie Remagen. Ale o tym, co w Linzu, już niebawem!

 

Acha!

Mam pytanie do Dziewczyn mieszkających w Niemczech na stałe. Dlaczego nie wolno myć okien w sobote? Bo za taki pomysł zostałam przez Dziadków nieźle zrugana, bo to i zwariowałam, i co ludzie powiedzą?!?!

sobota, 24 września 2011
Po co to komu!

W tej obecnej pracy mam dużo wolnego czasu, ale na "podorędziu" być muszę. Zatem nie ma się co dziwić, że bieganie po sieci, a w szczególności po blogosferze, to moje jedno z wielu zajęć. Niedawno, przez przypadek trafiłam na pewnego bloga. Całkiem mi się wydał sympatyczny, zaczęłam podczytywać. I było fajnie do momentu, gdy autorka bloga zaczęła się wręcz podniecać swoją pozycją w statystykach. Aż trzy wpisy na ten temat zrobiła. A gdy juz się mogła "wyguglować" ( swoją drogą, co to za słowotwór!!! ), to pienia były takie, że klękajcie narody. Na dodatek, w każdym wpisie jest konkurs z nagrodami. 

Tak, wiem! Każdy ma prawo prowadziś swojego bloga, jak mu się żywnie podoba. Ale jeśli tak bardzo danej osobie zależy na poklasku, że musi sobie poprawiać sztucznie liczbę wejść na swoją stronę, to mnie to brzydko pachnie. Tym bardziej, jeśli autorem bloga jest osoba z kregu dziennikarzy, a i literaturą też się para. 

Nie wiem, czy sobie autor wspomnianego bloga zdaje sprawę, że te statystyki tutaj, to "pic na wodę, fotomontaż", bo wystarczy tylko poodpowiadać na komentarze, a to nam się też odbija w liczbach. I żeby nie było, że ja nie sprawdzam statystyk! Sprawdzam wyrywkowo, ale w zupełnie innym celu. W ten sposób odkryłam niektóre wspaniałe blogi, a do innych, mimo że mnie odwiedzają, nie chodzę, bo mi po prostu nie po drodze. Ale do głowy mi nie przyszłoby, aby chwalić się miejscem w rankingu blogów!

A co Wy o tym sądzicie?

czwartek, 22 września 2011
Stylowo! Tak jak dawniej!

Przedwczoraj wieczorem Tina dryndnęła, że trochę się spóźni. Szok, bo juz miałam zaplanowany i co do minuty prawie rozpisany plan dojazdu do Dusseldorfu. Na całe szczęście Dziadki nie mieli nic przeciwko, nie wiedzieli też, że jak zwykle moje reise fieber tutaj, to Niagara w stosunku do tego, co w kraju, i bez mrugnięcia okiem stwierdzili:" jedź, Frojndka nie może czekać, my sobie poradzimy! No, po prostu wlali miód na moja duszę! I proszę nie śmiać się, że na dworzec w Bonn przyjechałam na godzinę przed czasem! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo przeszłam się ociupinke po przyległościach dworca, i stwierdziłam, że koniecznie muszę tu znowu przyjechać, i przejść się całym traktem dla pieszych.

Ale póki co, jechałam do Duseldorfu, po drodze denerwując moją Frojndkę, na jakim przystanku mam wysiąść, bo w Bonn nie było dokładnych oznaczeń  . Nie wiem, może się wyniosły do Berlina, jak już całe Niemcy się połączyły? Dojechałam do celu. Z okna już widziałam Pioterową, bo to przecież Ona miała na mnie czekać, przy niej inną Kobietkę, co do której już miałam podejrzenia, kto zacz. Pociąg się zatrzymał, wskoczyłam na peron, jak ta łania i już pędzę do Pioterki, ściskamy się serdecznie, w tle słyszę od niej: " to Pierrotowa", i juz wiem, że przeczucia mnie nie myliły. Zobaczyłam szczupłą, roześmiana Dziewczynę, a jak usłyszałam, że ma ... lat, i na imię, jak moja Córka, to byłam ugotowana! Noż kurcze blade, "DTS zawsze żywe!!!" 

Oczywiście, najpierw jakaś kawiarnia, aby przy kawie obgadać to i owo.  Po drodze oglądamy prześmieszna instalację! Palmy rosna sobie na całym ogromnym skrzyżowaniu w wypełnionych żwirkiem oponach! Komiczne!

Pioterowa obdarowuje nas upominkami i wręcza po "babskiej" książce oraz różniste nalewki, z których słynie. Szok! Ale gębusie nam się nie zamykają i szkoda, że już po godzinie musimy pożegnać Pierrotową, która nas odprowadza na ulicę Królewską. Żegnamy się czule, bo niestety ma Dziewczyna terminy różniste do załatwienia, ale obiecujemy sobie spotkanie niebawem. 

A z Pioterową udajemy się na spacer po mieście. Na początek główna ulica,

bardzo ekskluzywna, pełna sklepów dla ludzi z bardzo wypchanym portfelem.

Niestety, nie dla mnie Carier,

ani Luis Vuitton! A w oczy jeszcze kłują inne: Escada, Tiffany, Boss, itp.

Za to, jak najbardziej dobrze sie czuję w ciągu ulic nazwanych, najdłuższym barem świata!

Zasiadamy sobie u Chińczyka na obiadek, a potem pękające w szwach od przejedzenia, idziemy dalej, mijamy stary ratusz,

potem przechodzimy koło kanału rzeczki, od której wzięła się nazwa miasta,

by na koniec zejść na bulwary nad Renem i zobaczyć główny cel naszego spaceru. Oto i ona, wieża widokowa.

Już wkrótce jedziemy windą na najwyższe piętro, zasiadamy na wysokości około 180m, w obrotowej restauracji, z okien której przez godzinę można podziwiać panoramę nie tylko miasta, ale i okolic. Zapraszam zatem do pokręcenia się z nami. Oczywiście to tylko mały wycinek z prawie 60 zdjęć, bo tyle okien ma to miejsce.

Podziwiałyśmy widoki przy kawie i drineczku, oczywiście gadając bez opamiętania, bo nie wiadomo kiedy taka druga okazja się zdarzy.

A potem, już tylko wolny spacer na dworzec, bo wszystko co dobre, bardzo szybko się kończy. Trzeba było się pożegnać! W pociągu byłam obiektem zainteresowania pasażerów, bo co chwilę śmiałam się czytając podarowaną mi książkę. Wczoraj, Dziadek nawet przyczłapał na drugie piętro, aby sprawdzić, dlaczego płaczę, a ja tylko tak głośno się śmiałam! Ale książka już przeczytana, naleweczka w białego bzu wypita, teraz mogę się delektować wieloowocową!

PIERROTOWA! 

PIOTEROWA!

Dziękuję! To był wspaniały dzień!

środa, 21 września 2011
Nie mam czasu!

No nie mam! Zdążyłam tylko zdjęcia wgrać do kompa, ale cała reszta musi poczekać. Od wczoraj śmieję się co chwilę, jak ta głupia, ale dostałam od mojej wspaniałej Wariatki taką książkę, że dopóki jej nie skończę, nie napiszę, gdzie byłam wczoraj! 

Ach! I to uczucie dotknięcia okładki i słuchanie szelestu kartek!

Orgazm na słodko!

Papa!

sobota, 17 września 2011
Na piechotę!

Zaplanowałam sobie wycieczkę. Do Konigswinter, a stamtąd do ruin Drachenfels. Wszyscy się dziwili, że zamiast skorzystać z komunikacji miejskiej, chce mi się pieszo iść. A było tych kilometrów sporo. Wpierw 2 km ode mnie do mostu w Bonn, potem nad Renem ściężką turystyczną 9,6 km, aby juz na miejscu u Króla wiatru znaleźć trakt wiodący na górę, na szczyt z ruinami zamku Drachenfels. I wrócić tym razem na przystanek kolejki miejskiej! Wyszło mi coś około 17-18 km.

Pogoda była jak na zamówienie! Niebo bez chmurki, słońce nie za mocno grzejące, lekki wiaterek! Tina przyszła szybciej, niż zapowiedziała, plecaczek z wodą i przekąską na drogę czekał gotowy, nic  tylko iść!

Gdy doszłam do drugiego mostu na Renie ( czwarty kilometr ), zobaczyłam cel mojej wędrówki: tak mniej więcej centymetr od środka fotki w prawo, górka z małym cypelkiem, tam muszę dojść!

  

Król wiatru przywitał mnie smokami. Zatem, musi istnieć jakaś smocza legenda związana z miejscem, gdzie idę.

Dość szybko znalazłam drogę w górę, chociaż nie szłam według wskazań informatorów. Było kręto, spadziście i pusto. Nie spotkałam nikogo aż do połowy trasy, gdzie stoi zamek Drachenburg, którego zostawiam sobie na deser. Przy zamku oczywiście biegnie już od dołu, od miasta, trasa kolejki, którą łatwo można dostać się w górę. Korzystają z niej przede wszystkim osoby starsze ( ha,ha,ha, a ja to młódka, co?) i rodziny z dziećmi.

Niestety, trasa od zamku była zamknięta z uwagi na jakieś roboty i trzeba było skorzystać z jednej z dwóch możliwości. Jedna droga dłuższa i niezbyt stroma, druga o połowę krótsza, ale bardzo stroma. Wybrałam tą drugą, mając od tego miejsca za towarzysza niejakiego Konrada ( przyjechał na dwa dni do Bonn odwiedzić pracującą tam czasowo żonę ), z którym co i rusz mijaliśmy się na trasie z Bonn, a teraz wpadliśmy na siebie ponownie pod zamkiem. Ponieważ byliśmy jedynymi osobami idącymi stromizną, zgadaliśmy się i szliśmy razem.

Przy tej mamuciej sośnie ( Konrad twierdził, że to tuja, ale na mur beton to była sosna ) rosnącej tuż obok ruin jakiegoś opuszczonego pałacyku, zaczęło się! Słońce dawało równo! Pot zalewał twarz i plecy! Dechu w płucach brakowało! Stromizna niemożebna! Ale podeszłam, zachęcana co i rusz wołaniem Konrada, że nie mam się obijać. Trochę mnie te jego "los", "weiter" i "schnell" denerwowało, ale co tam. Potem jeszcze kilka zakoli drogi i już pnę się schodami pod ruiny Drachenfels. Stanęłam na szczycie równo w cztery godziny od wyjścia z domu! Hura!

A stamtąd widoki - marzenie! Niestety widoczność niezbyt dobra, słońce już zamglone, jesienne, a ponoć nawet Kolonię stamtąd widać!

Szkoda jednak, że to nie był weekend, bo miałabym może możliwość pojechania sobie osiołkiem lub konikiem, o takimi, jak na tym zdjęciu!

Pożegnaliśmy się z Konradem, bo szedł jeszcze dalej, i zaczęłam schodzenie! No, i zaczęły się prawdziwe "schody". W miejscach w miarę łagodnych zejść jeszcze jakoś szło, ale na tej stromej ścieżce, którą wcześniej mnie Konrad popędzał, to klękajcie narody! Masakra wręcz! Kroczek za kroczkiem, a w tle grzechotki. To moje kolanka, rzecz jasna! Zrobiłam sobie przerwę przy zamku. Oczywiście przeznaczoną  na jego zwiedzanie.

Mnie się akurat nie podobają te złote jelenie, prawdopodobnie postawione już współcześnie, ale przecież o gustach się nie dyskutuje. Za to , jak to zwykle ja, zawsze muszę gdzieś wleźć. Tym razem to jakaś mała furteczka w murze zamku, potem schodki na górę, idą i idą, z drewnianych zamieniają się w metalową ślimacznicę, i końca nie widać!

W końcu wyszłam na platformę z cudowna panoramą dokoła, ale dostałam takiego "szwungu" ze strachu, że tylko zrobiłam zdjęcie wieży przede mną. Na moje oko to było jakieś piąte piętro w normalnym bloku! 

O dziwo, schodziło się lepiej, niż wdrapywanie do góry! Miałam więc jeszcze siły, aby zwiedzić część muzealną.

Ostatnia godzina wędrówki, ponownie bardzo strome zbocze, i drobienie kroczek za kroczkiem, i ból w kolanach i "mrówki" pod stopami. W duchu wrzeszczałam na siebie za bezdurność, co ja chcę i komu udowadniać, było zjechać kolejką. Na dwadzieścia metrów przed końcem miałam już tylko ochotę usiąść i już nie wstać! Ale jakoś zeszłam do końca, ostatkiem sił dodreptałam do starego miasta, znalazłam uliczkę tylko dla turystów i zaległam!

Na całą godzinę zaległam! 

A potem, tylko dojazd kolejką do Bonn i już zdawałam relację z wycieczki moim Dziadkom. Tylko wieczorem zasnąć nie mogłam ze zmęczenia!

piątek, 16 września 2011
Wrrr!

Ile razy czytam ten komunikat, gdy chcę na którymś z blogów obejrzeć to, co inni polecają, dostaję białej gorączki!

 

czwartek, 15 września 2011
JUBILATOM!

Dzisiaj w naszej Rodzinie Święto! Syn z Synową obchodzą cynową Rocznicę Ślubu!

Z tej okazji, życzę Wam Najmilsi, abyście szli przez życie nadal z dobrocią w sercach, otoczeni ludźmi, których kochacie, silni poczuciem bezpieczeństwa i szczęścia - nierozłączni w swej Miłości!!!

Niech każdy następny dzień Waszego Małżeństwa będzie jak wino! A każdy poranek, jak wieczór! A każdy świt, jak jedyny w całym życiu, gdy dla takiego świtu można żyć, można fruwać, można się nie dawać, można przestać się bać. Takich poranków Wam życzę!

 
1 , 2
Archiwum