Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
środa, 30 września 2009
ARYSTOKRACJA!

Ogromny dom i wielki prywatny las. Do tego pastwiska i bauerstwo,ktore jest wynajmowane, aby krowy mialy gdzie muczec.

W domu wszystko na styl mysliwski. Cala masa porozy, ba, nawet trofea z Afryki, tudziez z Australii. Obrazy tez w tematyce zwierzecej. Masa fotografii poukladanych w przeroznych miejscach. Ogromny ksiegozbior, oczywiscie Encyklopedia Brytanica, roczniki NewYork Timesa, Nationale Geographic, albumy, szkice, i co kto jeszcze jest w stanie wymienic.

Piwnica win ze wszystkich stron swiata, osobna na wino, piwo i szampany.Potem magazyn wszelkich dobr i srodkow przeroznych, ktore ulatwiaja zycie. Niejeden sklep wielobranzowy mialby klopot, by zapewnic plynne dostawy.

Poddasze urzadzone w calosci dla wnukow. Czyli kilometry roznych tematycznych przestrzeni, pelno w nich odpowiednich gadzetow. Wszystko po to, aby dzieciaki rozwijaly swoje umiejetnosci w kazdej dziedzinie. Zwlaszcza w sportach i jezdziectwie, chociaz pamietano tez o malarstwie, rysunku, dziewiarstwie i fotografii.

Wczoraj odkrylam basen i saune. Do tego, obok miejsce grilowania z przepieknym widokiem na laki. 

Frau von pochodzi z bardzo starej arystokratycznej linii, wczesnie owdowiala, pozostajac z trojka dzieci. W czasie pobytu w USA poznala sympatycznego, owdowialego profesora folozofii z Harwardu, ojca dwoch synow i corki. Nie wiem na jakiej zasadzie profesor dostal tytul, ale ma i oboje z malzonka szczyca sie znajomoscia z wieloma arystokratycznymi rodzinami z calego swiata, a takze z niektorymi rodami panujacymi w Europie. 

Pastwo jada na srebrach i najlepszej angielskiej porcelanie. Tych sreber jest cale mnostwo, raz w miesiacu przychodzi je czyscic pewna stara Niemka. Do tego jest  niemiecka putzfrau, dochodzaca 2 razy w tygodniu. Potem  zaufana Polka -Krystyna, ktora 3 razyw tygodniu przychodzi do prasowania, i wykonuje wszystkie przedziwne zalecenia Frau. Jest tez ogrodnik pilnujacy rabat rozanych, kwietnych i trawnikow, oraz porugalczyk- zlota raczka. Do tego dwie polki ( w tym ja ) odpowiedzialne za opieke nad panem profesorem.

I to by bylo na tyle w temacie opisu miejsca, w ktorym sie teraz znajduje.

Sprawy bon tonu i oglady towarzyskiej pozostawie na pozniej!

Papatkam!

wtorek, 29 września 2009
Ucz sie czleku ucz!!!

Lo matko pojedyncza!

Nie mam poki co czasu na odpowiedz do komentarzy. Nie mowie juz nawet o odwiedzinach na ulubionych blogach. Przepraszam liczac na Wasza wyrozumialosc. Ale wiadomo, pierwsze koty za ploty, a potem moze byc tylko lepiej, ewentualnie gorzej, ale takiej opcji nie dopuszczam. Chociaz nozyny bola jak jasna ch...., a biegam miedzy pieterkami tylko do poludnia.

Dzisiaj nauczylam sie, ze jagniecina przyrzadzona w sosie winno-musztardowo-cebulowo-czosnkowym, to malmazja, ktorej nigy dotad nie probowalam.

A wieczorem mialam okazje po raz pierwszy w zyciu - prosze sie nie smiac, bo nie ma z czego, nie wszyscy musza byc swiatowi - szwajcarskiego foude, bo Frau von uwielbia wszystko co szwajcarskie i hamerykanskie zreszta tez.

Ale o tym potem, w nastepnym wpisie.

Wkurza mnie to, ze musze kombinowac na tej niemieckiej klawiaturze, to i notka krotka.

Ale pozdrawiam wszystkich! 

poniedziałek, 28 września 2009
HALO, HALO!

Nawet nie macie pojecia,skad do Was macham!

Ano, z Odentahlu w Niemczech! A tak konkretnie, to z siedliska pewnego panstwa baronostwa, polozonego miedzy gorkami kolo Leverkusen. To znaczy: prawie dwupietrowe domiszcze stoi sobie na wzniesieniu, majac z tylu las bukowo-platanowy, a z przodu royciaga si€ cudowny widok na laki, pastwiska i stare deby.

Skad ja tam?

Ano stad, ze u mnie nigdy nie moze byc normalnie, spokojnie i po kolei. Zawsze jakies zawirowania, gwaltowne  zmiany, wichry i burze.

Po kolei, to bylo tak:

Mialam wszystko obgadane z Helene i jej Rodzicami, ustalone terminy mojej pracy u nich az do stycznia. A 2 tygodnie temu dostalam telegram od Helene, ze oczekuje mnie dopiero na Swieta, bo staruszkowie nie wymagaja opieki i doskonale sobie radza sami. Sic! Nie powiem, wkurzylam sie, bo nie lubie, jak ktos chce zrobic ze mnie idiotke. Napisalam, ze owszem przyjade na Swieta, ale nie jestem z tego zadowolona. W miedzyczasie zaczelam szukac innej pracy, bo czulam, ze tam, gdzie bylam ostatnio, bede jezdzila gora 2, 3 razy do roku, a to mi sie nie usmiecha.  

I nagle, w ubiegly czwartek dostaje telefon od Iwy. Z zapytaniem, czy moge natychmiast przyjechac na jej miejsce,bo Ona leci do Anglii, do swojego swiezego ukochanego, ktory zalatwil jej tam legalna prace.  Acha, ukochany swiezy, bo Iwie posypalo sie wszystko. Znam ja od prawie 2 lat, razem pracowalysmy u babci Wirtzowej w Untermaubach. W miedzyczasie, Iwy malz zaczal ja zdradzac, balowac i w ogole szalec. Iwa dawala mu pare razy szanse na zastanowienie sie, robila wszystko aby uratowac malzenstwo, niestety, nie udalo sie. Wtedy, przez internet poznala faceta, z ktorym zaczela sie spotykac, i  dlugo nie trwalo, jak oboje zakochali sie w sobie na zaboj.  I Iwa postawila wszystko na jedna karte. Rozwodzi sie z mezem, zostawiajac mu mieszkanie, a sama, jedzie do swego ukochanego, aby z nim pracowac. Jej 18-letnia Corka dzielnie jej w tym sekunduje. A ja jestem pelna podziwu dla odwagi Iwy. Cholera, trzeba miec jaj, aby tak z marszu odmienic o 180 stopni swoje zycie.

To juz chyba wiadomo wszystko! W czwartek byl telefon, a w piatek wieczorem wyjezdzalam do Niemiec. I od soboty popoludnia, pod czujnym okiem Frau von, oraz pouczana przez Iwe, trenowalam swoje nowe obowiazki.

Teraz mam chwile, bo Frau von odwozi Iwe na lotnisko do Duseldorfu. Net jest tylko w biurze Frau, oraz w kuchni. Nie ma tam skypa, no i pisac trza na stojaka, bo to malusi laptopik ulozony na poleczce, z ktorego rano i w obiad Frau von slucha muzyki powaznej. Ale, jakby nie bylo, wejscie na swiat jest. Acha, i moge bez ograniczen dryndac na numery domowe, polskie i niemieckie. Kto chetny, to prosze dac znac na gazetowego maila. Sobie pogadule. Ale tylko wieczorami,do czasu, az nie ustale sobie swojego rytmu dnia.

To papatki!

 

czwartek, 24 września 2009
BAŁKAŃSKA WYCIECZKA - 2

2. Dzień trzeci i czwarty

Rano, jak zwykle, wczesne śniadanie, do którego trzeba się zmuszać, nie będąc zwyczajnym je jadać o godzinie 7.oo. Po nim pośpieszne sprawdzanie, czy w tobołkach wszystko zapakowane. Ostatnie spojrzenie na bagaż podręczny: jest zapas wody, kostium kąpielowy i oczywiście, aparat fotograficzny. Jedziemy na Wodospady rzeki Krka.

Park Narodowy "Krka" jest rozległym, w większej części niezmienionym obszarem o wyjątkowych  wartościach przyrodniczych, a posiada jeden lub więcej zachowanych lub niedużo zmienionych układów ekologicznych. Park Narodowy "Krka" zalicza się do parków narodowych od roku 1985 i jest siódmym i najmłodszym parkiem narodowym Chorwacji. Znajduje się na terenie województwa Sibenik-Knin, a obejmuje powierzchnię 111km2 wzdłuż rzeki Krki. Krka jest fenomenem naturalnym i skalistym. Kamień wapienny osadzony z wody, który wytwarza progi, pokrywy, zasłony i inne formy geomorfologiczne jest fenomenem podstawowym, na nim opiera się dzisiejszy obraz hydrogeologiczny i pejzażowy Parku Narodowego. Wodospady są wytworami biodynamicznymi, które rosną poprzez stałe osady wapienne. Pod względem bogactwa gatunków roślinnych, wśród ciepłych i suchych oraz wilgotnych i cienistych żyjątek, szczególnie interesujące są wodospad Roski ze swoją wegetacją kanionową oraz wodospad Skradinski, który umożliwia obserwację roślinnych gatunków. W rzece Krce żyje 18 rodzajów ryb, wśród których jest 10 rzadkich gatunków, co zalicza rzekę do pomników przyrody najwyższej kategorii. Duża rozmaitość (22 rodzaje), struktura wspólnot ptaków i duże znaczeni Krki dla wędrówek wiosennych i jesiennych zlicza ją do najbardziej wartościowych regionów w Europie pod względem ornitologicznym. Wśród ssaków najbardziej cenna jest fauna nietoperzy, która zawiera 18 rodzajów, głównie zagrożonych lub przed wymarciem w Europie.

Na terenie wodospadów są dwa miejsca do kąpieli. Niedaleko głównego wodospadu, z problematycznym wejściem po skręconych korzeniach drzew, pełne ogromnych głazów wapiennych, śliskich od glonów. Oraz po drugiej stronie mostu, spokojne, płytkie i nie kamieniste. Dwa młode małżeństwa z naszej grupy i oczywiście ja, nie certoliliśmy się. Taka okazja prędko się nie zdarzy. Wprawdzie trzeba było szorować pupą po głazach, aby potem wpaść w szmaragdową toń, ale opłaciło się!  Kąpałam się niecałe 20m od głównej topieli.

Potem przejazd doliną Neretwy  jedziemy do Sarajewa. Po drodze zatrzymujemy się w Jablenicy, przy słynnym moście, którego historię opowiada film "Bitwa nad Neretwą” w reżyserii Veljko Bulajicia. To opowieść o krwawej zimowej bitwie z 1943 roku, kiedy nękanym przez mróz i tyfus partyzantom udało się, dzięki wysadzeniu w powietrze ważnego strategicznie mostu na Neretwie, wprowadzić w błąd dowództwo wojsk niemieckich i włoskich, wyrwać się z okrążenia i przenieść po prowizorycznych kładkach na rzece kilka tysięcy rannych i chorych

I już Sarajewo. Zatrzymujemy się w samym centrum, w hotelu „Bośnia”, który miesiąc wcześniej przeszedł gruntowny remont. Pełen luksus i komfort. A po kolacji nocne markowanie po mieście, bo główne zwiedzanie, z przewodnikiem, dopiero nazajutrz.

Żerując na wyobrażeniu Zachodu o Wschodzie, „nic nie  sprzedaje się tak dobrze  jak ludzkie marzenia”... władze Sarajewa, postępują w myśl  powyższej maksymy, posługując się orientalnym sztafażem, lansują  wizje miasta orientalnego, tureckiego - wizerunek całkowicie nie pasujący do stolicy słowiańskiego narodu. Mają jednak do tego prawo - choć o  słowiańskiej cytadeli w tym miejscu napomyka się już w 1263 roku ( dokładnie jak o Warszawie), charakter Sarajewa tak naprawdę określił dopiero najazd Turków w  1429. Pierwszy gubernator  prowincji Isa-Beg Isaković założył pod  cytadelą w 1461 roku idealne muzułmańskie  miasto . Pomyślne koleje losu miasta w szesnastym wieku pod  rządami gubernatora Gazy Husrev Bega zaowocowały wzniesieniem meczetu Sułtana-bodaj najpiękniejszego w Europie oraz medresy - swoistego uniwersytetu filozofii sufickiej. Nic tak jednak nie kształtuje wyobrażenia o Sarajewie jako elemencie Orientu jak główny plac Bascarsiji - środek szuku,  tradycyjnego wschodniego bazaru. Uwodzicielskie, skąpo odziane sprzedawczynie reklamują czadory (nikt w Bośni ich nie nosi, szczytem ortodoksji są tu chusty na głowach i luźne ubiory), w parterowych domkach stoły uginają się  pod ciężarem kolorowych chust, miedzianych garnków, przedmiotów ozdobionych arabskimi ornamentami. Prawdziwości przydaje małemu Orientowi symbol miasta - fontanna „Sebilj”, żywcem przeniesiona z tysiąca i jednej nocy. Dopiero pod wieczór, gdy na opustoszałym placu ubywa turystów, zbierają się  przy niej starsze kobiety, przez gwar przebija się głos muezina z minaretów dziesiątek zabytkowych meczetów. Dopiero wtedy  udało mi  się odkryć prawdziwe, nieturystyczne oblicze miasta. I  podreptałam z Córcią brukowaną uliczką, aż do cytadeli, aby z góry, z punktu widokowego spojrzeć na to miasto. Wrażenie niesamowite. I żal, że nasze aparaty nie robią dobrych nocnych zdjęć! Stare Sarajewo to arkadowe krużganki medres i meczetów, wąziutkie skrawki zieleni zajmowane przez zabytkowe nagrobki - skromne białe płyty, rywalizujące  ze sobą w wielkości wieńczącego je kamiennego turbanu. Zawodzi tu wyniesiona z Polski wiedza, powraca słowo  Orient - jakże wygodne wyjaśnienie naszej cywilizacji dla wszystkiego, co odmienne,  nieznane. Gdy sobie to uświadomimy, zdziwienie  budzi tylko fakt,  iż cywilizacje współistniały tu pokojowo, przenikały się wzajemnie.  Sarajewo, to jakby bałkańska Jerozolima-raj utracony i odzyskany. W dzień, Sarajewo widziane z góry, z Żuta tabinja (ottomańskiej „żółtej cytadeli”) nie jest zniszczone  ani podzielone, śródziemnomorska roślinność przechodzi w las minaretów ozdabiających brzegi doliny, śródmieście przyciąga wzrok eklektyzmem - neogotycka katedra  katolicka ( w której wiecznym ogniem pali się lampka pokoju, podarowana przez papieża Jana Pawa II ) wygląda  jak skromny zbór kalwiński, sąsiadująca katedra prawosławna to wcielenie austriackiego  baroku, renesansową  synagogę sefardyjską zaprojektował potomek Maurów. Tajemnicze steczaki (bośniackie kamienie nagrobne) rozsiane po okolicznych wzgórzach dodają  do tej układanki jeszcze herezję  bogomiłów - syntezę zachodniego i wschodniego chrześcijaństwa. Boczne uliczki, to minikarawanseraje, gdzie kupujemy piękne chusty i kolorowe torby. To małe knajpki i jadłodajnie, z typowymi dla tego rejonu potrawami. Z Córcią przysiadamy w „Restauranie pod lipom”, gdzie kiedyś gościł J. Clinton i zamawiamy „burka”, czyli coś na kształt naleśnika z francuskiego ciasta, napełnionego pikantnym mięsem. Przy tym, unosi się zapach kawy podawanej z rachatłukum (słodka galaretka) w kafanach - maleńkich  pijalniach kawy. Mnie akurat bardziej zasmakowały całe jabłka, gotowane w syropie, podawane z nadzieniem z orzechów, zwieńczone górką słodkiej śmietanki, na której położono kandyzowaną wiśnie.

Tramwaje jeżdżą  po tej samej trasie,  co w 1885, gdy miasto  jako pierwsze w Europie uruchomiło sieć tramwajową, w oddali widnieje most projektu Eiffla, zlecenie uchylające mu drzwi do wielkiej kariery. Dawna wielokulturowość odeszła, miasto w obecnych granicach jest  w 87%  bośniackie, jedyna serbska dzielnica Dobrinja poraża biedą i ostrzelanymi fasadami domów. Obecne, jednolite etnicznie Sarajewo jest jednak sztucznym wymysłem  administracyjnym. 130 tyś Serbów mieszka we Wschodnim Sarajewie - „odrębnym mieście” już za granicą, w bośniackiej Republice Serbskiej. Przejeżdżając między nimi nie przekraczamy muru, czuje się jednak niechęć do  dialogu, brak współpracy między mieszkańcami „miast”. Milczenie wyjaśniają nagrobki schodzące w dół doliny wokół miasta - pomniki tysięcy ofiar oblężenia. Czy możliwy jest dialog, porozumienie w obliczu tragicznej przeszłości? Zwłaszcza, gdy widzi się jeszcze tyle zniszczonych domów, a na głównej ulicy co kilkadziesiąt metrów trzeba uważać, aby nie nadepnąć na „róże Sarajewa”? To miejsca, gdzie zginęło najwięcej cywili, oznaczone plamami czerwonej, niezmywalnej farby!

Na koniec spacerujemy po moście łacińskim, tym samym, na którym Gawriła Princip dokonał zamachu na księcia Ferdynanda, co było powodem I wojny światowej. Potem krótkie spojrzenie na stadion, na którym odbywała się Zimowa Olimpiada, i już jedziemy do Mostaru.

To miasto z kamienia i na kamieniu, enklawa orientu w srodku Europy. Mostar zachwyca, choć jeszcze niedawno trwały tu jedne z najcięższych walk podczas wojny w byłej Jugosławii. Miasto było jednym z najważniejszych szlaków handlowych pomiędzy Wschodem i Zachodem w czasach imperium osmańskiego. Wspaniała starówka i bazar Tepa przypominają orientalny klimat otomańskiej Turcji, władającej niegdys regionem. Bez wątpienia najciekawszym obiektem Mostaru jest stary kamienny most z 1566 r, spinający ponad rzeką Neretwa obie częsci miasta - muzułmańską i chrzescijańską. Prawdziwą kwintesencją Orientu w miescie jest dzielnica Kujundiluk, gdzie tradycyjne warsztaty rzemieslnicze, restauracyjki oferujące lokalne potrawy, meczety i tureckie fortyfikacje przywołują wspomnienie dawnej Turcji. Perełką architektury z tego okresu historycznego jest również stanica wojskowa i przystanek dla karawan Pocitelj, malowniczo położony na zboczu górskim ponad rzeką Neretva. Kameralne miasteczko jest żywym skansenem architektonicznym, gdzie zobaczyć można na małej przestrzeni wszystkie najważniejsze obiekty tworzące orientalne miasto - Karanvansaraj, sahat kula, hamman, medresę, meczet.

 

wtorek, 22 września 2009
BAŁKAŃSKA WYCIECZKA - 1

1. Dzień pierwszy i drugi

Początek normalnie. Synek zabrał mnie i córkę na lotnisko do Poznania. Jednak tak jakoś czas wyliczył, że miałyśmy do samolotu nie 2, a 4 godziny czasu. Pospacerowałyśmy więc sobie trochę, w restauracji zjadłyśmy obiad, pozwiedzałyśmy sklepiki.  A potem, to wiadomo. Odprawa paszportowa i celna, oczekiwanie w poczekalni, zakupy w strefie wolnocłowej, i już do samolotu. Córka się trochę bała, bo to dla niej pierwszy lot w życiu był, ale dzielnie przeżyła start, a potem lądowanie.

Pogoda była słoneczna i ciepła, pułap chmur wysoki, przez większą część lotu dobrze było widać ziemię. A najpiękniej pod koniec Słowenię, węgierski Balaton, wreszcie wybrzeże Chorwacji i Dubrownik, w którym zaczęła się nasza bałkańska przygoda.

Na lotnisku odebrała nas pilotka, i z całą grupą, autokarem jechaliśmy do Neum - do hotelu. Droga wiła się zakolami. Z jednej strony majestatyczne góry, a z drugiej  szmaragdowe morze. Widoki zapierające dech w piersiach, zwłaszcza na tle zachodzącego słońca, były zapowiedzią uczty dla oczu.

Naum to niewielka miejscowość, przycupnięta na stromym zboczu, i jako jedyne miasto w Bośni i Hercegowinie, mająca dostęp do morza. Hotel, w którym nas zakwaterowano, na pierwszy rzut oka robi wrażenie, jednak potem okazuje się, że to budowla z lat 70-tych, pamiętające dawne czasy. Ale cóż! Nie wykupiłyśmy luksusowej wycieczki, więc jakoś nam nie przeszkadza niezbyt wysoki standard, zwłaszcza łazienki. Zresztą, będziemy tylko jedną noc. Jemy późną obiado-kolację i wyruszamy do miasteczka. Jest cicho, ciepło, mrugają gwiazdy, świeci księżyc. Z oddali słychać bałakńskie rytmy. Idziemy za głosem muzyki, okrążając zatoczkę znajdujemy knajpkę, w której na górnym tarasie gra orkiestra i słychać chóralne śpiewy. Wchodzimy, towarzystwo lekko zawiane,  na ławach trębacze, puzoniści i harmonista. Grają cudownie, wino leje się strumieniami. Zapraszają nas, abyśmy siadły. Niestety, po 15 minutach przychodzi kelnerka i grzecznie, acz stanowczo wyprasza - to impreza zamknięta.

Idziemy więc w stronę naszego hotelu, kamiennym nabrzeżem, i trafiamy na ciąg knajpek, jeszcze otwartych. Siadamy, zamawiamy wino. Po jakimś czasie kelner przynosi nam po kieliszku rakiji. Od właściciela, który za chwilę dosiada do nas i wyraźnie podrywa Córcię. Oj, miałyśmy przeprawę, aby się stamtąd wydostać i wrócić w całości do hotelu.

Rano, po śniadaniu, bagaże w autobus i ruszamy na Riwierę Makarską, do Omisu, by udać się w rejs majestatycznym kanionem rzeki Cetiny. Spokojna, leniwa rzeka rozrywa potężne nadmorskie masywy górskie Mosor i Biokovo. Cetina jest krótka, zaledwie 105 km długości. Spadek 385 metrów na tym odcinku też nie jest jakiś wyjątkowo wysoki. Ale na tej długości daje pokaz bodaj wszystkich cech rzek górskich i krasowych, by przy ujściu stać się leniwym ciekiem, jakby drwiącym ze wznoszących się nad nią pionowych skał. Co kilkanaście kilometrów Cetinie zagradzają drogę skały. Musi się więc przeciskać miedzy nimi, żłobiąc głębokie kaniony. Na całym odcinku jest sześć dłuższych lub krótszych przełomów. Ostatnia gardziel, w Omišu, gdzie Cetina, po pokonaniu ostatniej przeszkody wpada do Adriatyku. Odcinek od Zadvaria do Omišu to jeden wielki kanion. Od północy tworzą go pionowe ściany Mosoru, od południa – Rogoznicy. Kiedyś w tym miejscu była baza piratów, łupiących statki weneckie. Gdy Wenecjanie wysyłali karną ekspedycję, uciekali w głąb Cetiny.

Nasz następny punkt, to Split, niespełna 200-tysieczne miasto, drugie pod względem wielkości w Chorwacji. Główną atrakcją jest pałac rzymskiego cesarza Dioklecjana (III/IV wiek), słynącego z prześladowań chrześcijan. Był to największy tego typu obiekt w Europie. Zajmuje sporą część centrum miasta i jest dziś zamieszkiwany przez 3 tys. mieszkańców w 220 domach. Niegdyś otoczony był 26-metrowym murem z 16 basztami. Wjazd prowadził przez 4 bamy: Złotą, Srebrną, Brazową i Żelazną. Na obszarze pałacu co chwilę napotyka się jakieś antyczne detale architektonicze.

Późnym popołudniem odwiedzamy Trogir, jedno z najciekawszych i najpiękniejszych miast chorwackich. Stara część miasta, usytuowana na wyspie połączonej ze stałym lądem mostem, nazywana często miastem muzeum, wpisana jest na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. W całości średniowieczna, z wąskimi uliczkami i gotycką zabudową wyraźnie dzieli się na dwie części. Na głównym rynku znajduje się romańska katedra Sveti Lovro, z niezwykłym portalem, sklepieniem i ołtarzem oraz loggia miejska. Miasto pełne uroku i niepowtarzalnej atmosfery, którą odnaleźć można spacerując nadbrzeżną promenadą i uliczkami. Miejsce gdzie tradycja subtelnie łączy się z współczesnością.

Hotel w Trogirze, nie odbiegała standardem od tego z Neum, ale za to wieczorem do późnej nocy siedziałyśmy z córcią w jednej z licznych nadmorskich knajpek, słuchając pieknej etnicznej muzyki i zazdroszcząc innym paniom, że mają przy sobie swoich mężczyzn do tańczenia.

niedziela, 20 września 2009
LETNIE ZALEGŁOŚCI

2.ODRY

Na terenie nadleśnictwa Czersk, w głębokim lesie, w Odrach, niedaleko brzegu Wdy znajduje się 10 całych kamiennych kręgów i wieloe fragmentów innych.

Skąd się wzięły, czy były rodzajem świątyni, a może kalendarzem wyznaczającym dni i letniego przesilenia. Archeolodzy nie potrafią odpowiedzieć na te pytania, chociaż dokładnie zbadali zawartość kurhanów, wydobyli i opisali dziesiątki przedmiotów, które się w nich znajdowały: agrafy, wisiory, bransolety, gliniane naczynia na posiłek dla zmarłych.

Kręgi zbudowali Goci, którzy na przełomie er opuścili Skandynawię, przepłynęli Bałtyk, znaleźli ujście Wisły i stamtąd powędrowali w głąb lądu niezamieszkałych Kaszub, szukając łatwiejszych do życia terenów.

Kręgi być może były miejscem spotkań starszyzny plemiennej, kurhany zaś pełniły funkcję współczesnych grobowców rodzinnych.

Odry sa rezerwatem przyrody, z uwagi na jeszcze jedna osobliwość. To porastające głazy mchy i porosty, które spotyka się tylko w tundrze lub w klimacie wysokogórskim. 86 gatunków, w tym 50 reliktów rodem z wczesnego okresu polodowcowego ( sprzed 15 tys. lat ) uchowało się w łagodnym, nizinnym klimacie. Co więcej, porastają całe głazy, a nie tylko ich północną stronę. Fenomen ten świadczy o mikroklimacie tego miejsca, a kręgi sa jedynym w Polsce rezerwatem porostów.

" Siedząc przy stelli w środku kręgu, przymykam oczy

w rytm muzyki wiatru, na strunach brzozowych ruszają tancerze,

już nie ociężałe głazy, wzorzyste porosty - obrzędowe szaty

to wojownicy biją pożegnalny pokłon wodzowi,

drobnym krokiem odmierzanym kamyczkami suną niewiasty wokół kurhanu,

na wyniesieniu księżniczka w zwiewnych sukniach.

I rytm się nasila, wiruje krąg tancerzy: jeden, drugi, trzeci, następny

i wszystkie błyskają miecze uderzane w tarcze.

Słyszę szelest, otwieram oczy

znieruchomiałe w kamiennym żalu niewiasty, wojownicy

poprzez poszum boru słyszę Czarna Wodę.

Obok archeolog omiata ziarnka piasku na rozkopanym grobowcu,

dalej ktoś oglada przez lupę życie na kamieniu.

A kręgi?

Jak nasze marzenia za dnia skamieniałe, czekają nocy, by znów wirować."

L. Lipnicki

 

 

czwartek, 17 września 2009
Nadrabianie zaległości - 1

1. Fojutowo!

Lubię sobie po pewnym czasie odwiedzać znajome miejsca. Tym razem padło na akwedukt Fojutowo, który prawie dwa miesiące temu odwiedziłam z Córcią i jej Dziećmi. Najważniejsza zmiana, to zakończona budowa ogromnego kompleksu hotelowo- gastronomiczno- rozrywkowego. Wszystko w szczerym polu, w środku Borów, niekoniecznie stylowe! Ale - nasi ( i nie tylko ) to kupią! Widac to po ilości "innostrannych" rejestracji samochodów stojących na parkingu. Ceny, oczywiście astronomiczne. Mój Wnuk miał niezły ubaw, gdy zobaczył moja minę przy płaceniu rachunku za napoje. A przecież radził: weź babciu picie!

I było go nie słuchać?

 

„ Budowa Wielkiego Kanału Brdy rozpoczęła się w 1842 roku, a zakończyła  w roku 1849. Celem budowy WKB było okresowe nawadnianie łąk na wyznaczonych do uprawy kompleksach łąk, a ostatecznym efektem miało być pozyskiwanie dużych ilości siana. Kanał służył także do spławiania drewna. Ma on stałą szerokość ( 16m przy dnie i 20m w koronie wału ) oraz średni spadek około 0,7 ( 7 cm na 100m ). Także głębokość jest w miarę stała i nie przekracza 1,5 m. Wielki  Kanał Brdy ma długość 20,7 km i kończy się w miejscowości Barłogi.

W Fojtowie znajduje się akwedukt, który powstał w 1848 roku. Stanowi on najdłuższą ( 75m ) i najmasywniejszą tego typu budowlę w Polsce. Jest to skrzyżowanie dróg wodnych Wielkiego Kanału Brdy z Czerską Struga. Różnica poziomów między lustrem wody obu tych cieków wynosi około 10m.

W wyniku przeprowadzonego w latach 70siątych remontu, ceglane sklepienie zastąpiono łukowymi płytami żelbetowymi. Podczas kapitalnego remontu w roku 2002, sklepienie wyłożono płytkami klinkierowymi, przybliżając jego wygląd do pierwotnego.

Przedłużeniem WKB jest Mały Kanał Brdy, który rozpoczyna się w Barłogach, a kończy około 100m poniżej mostu, na drodze z Woziwody do Gołąbka. MKB krzyżuje się z dwoma ciekami wodnymi, z którymi tworzy kolejne, mniejsze akwedukty.

Pierwszy z nich znajduje się 1 km od miejscowości Barłogi. Tam MKB krzyżuje się z Kanałem Węgomia. Drugi znajduje się 1 km od miejscowości Klocek. Pod MKB przepływa doprowadzalnik Grzybiec.

Wielki i Mały Kanał Brdy to jedna z największych atrakcji turystycznych Borów Tucholskich, a także doskonały system szlaków kajakowych. „

środa, 16 września 2009
ZAPRACOWANA JESTEM DO IMENTU!

Nie po raz pierwszy powtarzam, że nie rozumiem ludzi, którzy mówią, że na emeryturze się nudzą.

Ja nie mam czasu na nie tylko jedną, ale na parę spraw.

Powinnam:

- zacząć chodzić na basen, albo chodzić przy kijkach,

- zrobić porządek ze zdjęciami z wycieczki, i w końcu zacząć publikować relacje na blogu,

- odgruzować mieszkanie, bo ostatnie tygodnie rządził Ślubny, a wiadomo, że rządy męskie to niekoniecznie to, co w kwestii porządku toleruję,

A tymczasem:

- cały weekend minął pod znakiem wizyty Wnuczek, a jak wiadomo, to wyzwanie, któremu trzeba sprostać, aby tylko nie okazało się, że najważniejsze to babciny laptop,

- co dzień, do domu trafiało wiadro węgierek od nadjeziornego sąsiada, któremu latoś obrodziło, i który się cieszył, że ma je komu dać. To mam teraz całą masę słoików w piwnicy z drylowanymi śliwkami, w cukrze, w sosie własnym. Do tego brązowe palce, których nawet cytrynka się nie ima.

- nadjeziorna działka musi być przygotowana do zimy. A więc konieczność wypielenia chwastów nad strumykiem i pod płotem od strony sąsiada,

- kroi się następna impreza już pojutrze, czyli spotkanie szkolne z okazji 40-lecia ukończenie szkoły. Więc wiadomo - włosy, paznokcie, stroje, itp.

- a poza tym, robię za eksperta w sprawach pracownicych u mojej córci, czyli: pomagam pisać pisma procesowe o wypłatę zaległego wynagrodzenia dla niej i jej koleżanek z byłej pracy.

A poza tym nie dzieje się nic! Hi,hi,hi!

poniedziałek, 14 września 2009
TRZYLATEK!

Ja sobie fruwałam po Bałkanach, a tymczasem mój blog skonczył 3 lata!

A zatem?

Moi kochani Czytelnicy, Komentatorzy i Podglądacze!

Dziękuję, że jesteście!

Nadal bedziecie tutaj moimi najmilszymi Gośćmi!

Zapraszam na trochę spóźniony Urodzinowy tort czekoladowy i przednie albańskie winko!

czwartek, 10 września 2009
ALBAŃSKI KONIACZEK!

Wróciłam!

Ręcznikowy turban na głowie, bo trzeba spłukać trudy podróży. Wszystko pachnie chorwacką lawendą. W koniakówce złoci się koniaczek. Albański! Pierwszy, którego mogę wypić bez wstrętu, że to-to "wania" samogonem.

Bałkany są.....?

Nie mam słów!

Fantastyczne! Pełne niesamowitych wrażen i emocji; cudownych widoków i niespodzianek; zadziwień; spotkań; i już sama nie umiem określić czego, bo się tak do końca nie da! Trzeba samemu tam pojechać i zobaczyć!

A ja to miałam w skondensowanej pigułce!

4 kraje: Chorwacja, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Albania.

Mam do opracowania około tysiąca fotek. A to potrwa. Na weekend zamówiły mi się Wnusie, bo: "Babciu - obiecałaś!!!" Jutro jeszcze działam na zwolnionych, południowych obrotach. Nawet Ślubnemu zapowiedziałam, że nie gotuję i oczekuje na zaproszenie do..., no.... nie wiem - czekam na Jego inwencję!

Zatem nie bedę miała czasu na odwiedziny u Was, moi Kochani czytacze, ale może się coś uda. Pewnie także komentarze zostaną bez odpowiedzi, bo będę tu doskakiwać, jak po ogień.

A zatem!

 "Za niedługo", jak mówiła nasza pani pilotka, a które to powiedzenie nieodmiennie wprawiało w radość mnie i moją Córcię!

 
1 , 2
Archiwum