Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 30 sierpnia 2016
Akcja poddasze

Gdy się mieszka w małym domku, nawet tylko dubelt, okazuje się po pewnym czasie, że brakuje pewnych przestrzeni. I nie chodzi tu o szafy lub skrytki. Nie! Przeszkadzają na ten przykład sprzęty i urządzenia, które sa używane bardzo rzadko. Jasne, że chodzi o sprzęty i urządzenia kuchenne, bo przecież w domku gospodarczym każde inne ustrojstwo spod domeny Ślubnego jest, i wiadomo, że to jest najważniejsze, i szlus! Trudno jednak zimą, gdy sniegu nawieje, biegać rozgrzanym po to czy tamto. Oczywiście to tylko przykład, ale wiadomo o co chodzi. Tak dlugo marudziłam, aż się doczekałam, że nareszcie na drugiej połowie poddasza Ślubny zamontował płyty, które stanowią doskonała podłogę pod to, co ja używam rzadko, a co z racji małej przestrzeni kuchennej, stawałoby się zawalidrogą, lub trzeba toto upychać na wcisk! A tak, ściągnie się schódki poddachowe, wejdzie po drabince, światełko zapali, i voila, sięgamy po to czy tamto!

Jak to dobrze mieć kogoś, kto się na tych deskach, gwożdziach, płytach i piłach zna! ;-)))) Można wtedy bez problemu zająć się smażeniem dżemu wiśniowego, i w ramach eksperymentu, zreszta udanego, wrzucić doń po pół tabliczki czekolady mlecznej i gorzkiej. Albo też pokroić pomidory, narazie oczywista 5 kg,  wydrażyć środki, z których po ugotowaniu mamy doskonały sos pomidorowy, a reszta w tym czasie się suszy, by na koniec zostać potraktowana mieszanką ziół typu włoskiego, paroma płatkami czosnku, odrobiną octu jabłkowego oraz gorącym olejem.

A tu jeszcze tyle spraw do załatwienia! Już w odwodzie oczekują węgierki na smażenie powideł, a pomidory na ponowną sesję suszenia. Las wzywa, bo po wyjeździe stonki turystycznej jest w nim jakby luzu więcej, i grzyby nie chowają się po kątach. Tuż za płotem, przy chaszczach, grona bzu czarnego, pełne soku nagrzanego słońcem, zaczynają się poddawać przyciąganiu ziemskiemu i aż się proszą o przerobienie na konfitury. 

O obowiązkach towarzyskich i rodzinnych to już nie wspominam, bo sierpień był bardzo w nie obfity, a tu już zaraz wrześniowych kontaktów i zmian przyjdzie czas. Najnajmłodsza za parę dni kończy 12 lat, Starsza zaczyna drugą licealną, Wnuk drugi rok azjatyckich studiów ( bo pierwsze dwa lata to nauka podstaw  chińskiego była), Synek muminek rozpoczyna drugi rok studiowania marketingu inżynieryjnego, cokolwiek to znaczy!

I zumba po miesiącu przerwy nareszcie, bo jakby nie patrzeć, ale te wszystkie letnie dobroci idą w boczki, że czas im walke wydać! 

Doba ma niestety tylko 24 godziny, i nijak się nie chce rozciągnąć. Człekowi już lata trochę przeszkadzają, wolniejszy jakby bardziej niż w przódy, to i czasem mu kilka dni zejdzie na twórcze działanie. Najważniejsze jednak, że słońce świeci, pszczółki pracują, motyle nektary spijają, ryby biorą, wody nie ubywa, las szumi i radość człeka ogarnia, bo zdrowy jest! A co!

  

czwartek, 25 sierpnia 2016
Praska pigułka!

Kiedy wyjedzie się na południe kraju, blisko granic z sąsiadami, naturalnym jest, że myśli sie o wyskoczeniu za najbliższe miedze! Ofert w biurach turystycznych Szklarskiej Poręby było sporo, i to nader ciekawych, jednakże nie był to szczyt sezonu, i turystów ciekawych zagranicy za wielu nie było. Nie udało nam się z Dreznem i Skalnym Miastem, ale rzutem na taśmę prawie, pojechaliśmy pospacerować sobie po Pradze! Dla mnie to była podróż sentymentalna bardzo, bo byłam w Pradze przez kilka niezapomnianych dni na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Pogoda była przepiękna, zapowiadał się nawet upał, jazda autobusem nie trwała długo, przewodnik opowiadał ciekawie, a co najważniejsze, nie gonił nas do imentu, tylko spokojnie prowadził od początku do końca wycieczki. 

Dopiero w Pradze okazało się, że to u nas jeszcze sezonu nie było. W stolicy Czech przewalały się tłumy, i trzeba naprawdę było bardzo się pilnowac, aby nie zgubić się w tym tłumie ludzi żądnych obejrzenia jednego z piękniejszych miast Europy!  

Nasz spacer zaczął się od dzielnicy Strachow, skąd powoli przmieszczaliśmy się ze wzgórz Hradczańskich w kierunku centrum. 

Powyżej Pałac Czerninów- siedziba ministerstwa spraw zagranicznych.

 Ulicą Loretańską powoli kierujemy się do palacu Prezydenckiego na Vaclawskich Namestach,

aby chwilę potem, po przejściu na trzeci dziedziniec  Zamku Praskiego zobaczyć przepiękną katedrę św, Wita. Powyżej fasada frontowa z wrotami i portalem. Poniżej gotycka absyda w łukami przyporowymi.

Rozeta nad wejściem

Nawa Główna z witrażąmi w części prezbiterialnej - XIV wiecznej

Natępny punkt  to Ogrody Wallenstaina, gdzie możemy trochę ochłonąć w cieniu i zachwycić się nie tylko spokojem miejsca, ale też pawiem albinosem, który nie chciał jednak zejść z drzewa, na którym skrył się wśród listowia. Kompleks ogrodowy to nie tylko pieknie zadbana roślinność i ogromny staw, ale także liczne rzeźby oraz pałac, będący siadzibą Senatu Republiki Czeskiej.  Uwagę przyciąga Sala Terrana, loggia z trzema potężnymi arkadami oraz wnętrzem zdobionym sztukateriami i przedstawieniami z wojny trojańskiej. Obok logii znajduje się grota ze sztucznie stworzonymi naciekami, stalagmitami oraz stalaktytami, a także ptaszarnia z największymi puchaczami.

Obowiązkowo trzeba też przejść się po moście Karola, aby chociaż jedno zdjęcia zrobić, co jest oczywiście niezłym wyzwaniem, jeśli się widzi te tłumy ludzi przewalające się z jednej strony na drugą,

 Powyżej, panorama prawobrzeżnej Pragi z Teatrem Narodowym

Po przekroczeniu staromiejskiej Wieży Mostowej, wchodzimy w zaczarowane uliczki, podziwiając nie tylko piękno kamieniczek, ale także ciche, wolne od tłumów zaułki, czy próbując bezkolizyjnie przedostać się przez chyba najwęższą uliczkę świata! :-) 

 

Docieramy do końca naszego spaceru, na Stare Miasto. I tu zatrzymujemy się na dłużej. 

Na wschodniej pierzei pyszni się rokokowy pałac Golz-Kinskich, przytulony doń gotycki Dom Pod  Kamiennym Dzwonem oraz kościół Marii Panny przed Tynem.

Najbardziej oblegana jest oczywiście wieża Ratusza, ze słynnym XV-wiecznym zegarem Orloj i kalendarzem. Co godzinę odbywa się widowisko, w którym uczestniczą figury zegara: śmierć, Turek, próżność i chciwość, a tłumy cierpliwie czekają na ta procesję 

Cały Rynek okalają przepiękne, bogato zobione kamienice, jak na przykład ta - dom Sztorcha - z malowidłem św. Wacława na koniu.

 W części Północno-zachodniej - pomnik Jana Husa,

 i kościół św. Mikołaja

A potem już był czas wolny, na zjedzenie czegoś, na zakupy, na odpoczynek. Z tego ostatniego skorzystaliśmy bardzo skwapliwie, umęczeni nieludzkim upałem i "kilometrami" w nogach. Całe dwie gdoziny siedzieliśmy przy piwku,  na skraju  praskiego Rynku Staromiejskiego, w niewielkim parku, pełnym ludzi, okupujacych ławki tak samo, jak my!

 

Na koniec przykład "czeskiego humoru", czyli: jak przypatrywać się politykom. Oczywiście z przymróżeniem oka. Na dowód, rzeźba "panowie sikający" na Republikę Czeską! U nas autora by zlinczowano i pomniczek rozebrano! Na mur beton! :-))))))

 

 

środa, 17 sierpnia 2016
Coś dla duszy!

 Kulturalny sierpień, jak zwykle otwiera Noc Poetów!

To nie tylko prezentacja twórczości laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Jednego Wiersza, ale także występy znanych mniej lub bardziej zespołów muzycznych, które wolą poezję śpiewaną, niż muzykę popularną, łatwą , lekką i przyjemną!

Z bieszczadzkiej trasy przyjechał zespół Cisza Jak Ta, z przepięknymi balladami i własnymi opracowaniami muzycznymi wierszy Kofty, Osieckiej i Baczyńskiego

Subtelnymi aranżacjami wierszy Ziemianina oczarował zespół U Studni, którego trzon stanowiło kilku artystów Starego Dobrego Małżeństwa

Miłosne poezje Mickiewicza i Asnyka recytowała aktorka Ewa Serwa, przypominając dawno zapomniane słowa, poruszające serce i duszę!

 A Włodzimierz Matuszak i Paweł Królikowski umówili się krótko przed występem, że wystąpią w duecie, i zaczęli wymieniać się interpretacjami wierszy Leśmiana. To był prawdziwy majstersztyk i nie na darmo dostali owcje na stojąco! 

Kilka dni później, niespodzianka. W drodze na festwal gospel w Gniewie, godzinny koncert dała grupa Black International Gospel Singers z USA. Artyści śpiewają nie tylko klasyczne gospel, ale i soul, i jak to zwykle bywa, nie mieli trudności, aby porwać widownie do energetycznego śpiewu oraz tańca, chwalacego Imię Pana!

Creme de la creme ostatniego weekendu, to oczywiście kolejna już odsłona Nocy Operetkowych, z głównym udziałem orkiestry Johanna Straussa z Bydgoszczy.

W koncercie "La Luna Rosa", czterech znanych polskich tenorów, przy akompaniamencie chóru sopranistek zaprezentowało najwspanialsze pieśni włoskie, hiszpańskie, greckie, angielskie, rosyjskie i żydowskie.

Natomiast dnia następnego  przenieśliśmy się do Cafe Bodo przy ul. Foksal w Warszawie i lata 20-lecia miedzywojennego. Widowisko słowno-muzyczne, to swobodna interpretacja rozmów i wspomnień, być może prawdziwych, a może nie, między Hanką Ordonówną i Eugeniuszem Bodo, przeplatana największymi szlagierami tamtego okresu. 

W drodze powrotnej z wieczornych koncertów udało się nam jeszcze dotrzeć na szanty, które odbywały się nad naszym jeziorem.

Zespół żeglarsko-folkowy Za Horyzontem, prezentujący w lekko irlandzkich klimatach, świat morza widziany oczyma kobiet.  

Rewelacyjny zespół holenderski Harmony Glen, który porwał całą widownię do szalonej zabawy! 

Zdjęcia nr. 2,4,6,8,9 pochodzą z lokalnych portali internetowych

środa, 10 sierpnia 2016
Letnie atrakcje

Dla ciała

To była druga odsłona imprezy, która w ubiegłym roku uzyskała miano najlepszego debiutu sportowego! Triathlon! Udało nam się rzutem na taśmę ją zaliczyć, bo w ubiegłym roku w czasie jej trwania byliśmy w Hiszpanii, i gdyby nie zupełny przypadek, nawet nie wiedzilibyśmy, że coś takiego będzie w naszej wiosce. Dopingowaliśmy więc wytrwale zawodników, których było naprawdę mnóstwo - ok. 1500 osób. Słoneczna pogoda i dobrze przygotowane, ciekawe trasy, tłumnie kibicujaca publiczność spowodowała, że zawodnicy dumnie kończyli rywalizacje w strefie finiszera, mijając napis:"ukończyć, znaczy zwyciężyć"!

 Jak co roku, odbyła się kolejna edycja Eko-Jarmarku, na której także nie mogło nas nie być! Tym razem tematem głównym była ekologia, min. sposoby utylizacji i sortowania śmieci, a także popularyzacja tras leśnych i rowerowych ścieżek w Parku Narodowym Bory Tucholskie. Były różne atrakcje i warsztaty dla dzieci, oraz dla całych rodzin, było mnóstwo straganów i pyszne jedzonko oraz napitki. Nam najbardziej smakowały tradycyjnie kręcone lody, które były wyłącznie w smaku truskawki, wiśni, czekolady i wanilii, za to ich smak przywoływał słodkie wspomnienia dzieciństwa.

Ten tydzień dziwnie spokojny u nas. Najnajmłodsza wyjechała na kolonie, jej Rodzice bujają w okolicach Krakowa, Średnia Wnuczka przyjedzie do nas na pare dni jutro, Wnuk dzisiaj w nocy leci do Francji i później do Hiszpanii, a Córka wiewiórka pojechała do Brukseli odwiedzić Zięcia.

Cisza aż dzwoni! ;-)))))

czwartek, 04 sierpnia 2016
Letnia różnorodność

Wczoraj! Obudziłam się o trzeciej nad ranem. Bez żadnej wyraźnej przyczyny. Było jeszcze ciemno, chociaż  niebo powoli traciło swoją głęboko granatowo barwę. Jeszcze dwie godziny i  juz zacznie świtać. Zeszłam do kuchni, nastawiłam sobie kawę i doszłam do wniosku, że nie ma po co się kłaść, skoro i tak nie zasnę. Podreptałam z powrotem do sypialni, wyciągnęłam z szafy polarowy szlafroczek, do tego okulary, książka i.... maszyna do chleba. W koncu jakoś trzeba te godziny "odbębnić". Kawka pachniała, książka wciąga, na plecach ciepło, a w tle słychać kręcący się wirnik maszyny, zarabiającej chleb. W przerwie, jak już świtało, wyszłam na taras, spróbowałam pochodzić po rosie. Miłe uczucie, ale zimne! Zerwałam pomidory z krzaków, za bardzo pękają od codziennych deszczów. Pomyślałam sobie, że może jednak zdecydować się na parę grządek, chociażby do ziół. Musze to przemyśleć. Do następnego roku daleko, ale nie ukrywam, że te kilka pomidorowych krzewów bardzo mnie zmobilizowało!

Chleb się wypiekał w piekarniku, gdy nastawiałam następną partię. Do bagietek. Popołudniu mieliśmy jechać na córczyną działkę. Wnuk zapraszał na hotpota, czyli jedzonko po chińsku, serwowane z żeliwnego kociołka, perkocącego na ognisku.

Sama frajda, takie jedzenie. Zawsze jest przy tym wesoło, bo każdy chce z kociołka wyciągnąć najlepsze kąski. A trzeba przyznać, że z ulubionymi przyprawami wnukowymi, wszystko smakuje nie tylko inaczej, ale i ostrzej.  Szkoda tylko, że pogoda nam pokrzyżowała szyki, i rodzinna impreza skończyła się szybciej, niż planowaliśmy.

Na pożegnanie dostaliśmy furę papierówek. Ślubny uwielbia je chrupać, a ja już nastawiłam słój na ocet jabłkowy.

Dzisiaj byliśmy w lesie, bo ponoć tyyyyyle grzybów jest! No, są! Same papciaki napite wodą! Zebraliśmy parę brzozaczków młodych i kilkanaście kurek , podgrzybki były do wyrzucenia. Udało się jednak upichcić mocno grzybowy sos śmietanowy do makaronu. Obiad pychotka!

Za to inne ciekawostki rosną w lesie kolorowo bardzo! :-)

Archiwum