Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
środa, 27 sierpnia 2014
To i owo!

Na sąsiedniej działce, domek ma krzywe rynny. Skrzętnie wykorzystują to skrzydlate. Zlatują się po deszczu i urządzają sobie kąpanko. W sam raz tuż przed moim kuchennym oknem.

Najpierw chwila namysłu, i..... chlup! 

Ale fajnie! I skrzydełkami można pomachać, pod paszkami umyć piórka! :-)))

 Brrr! Co tak zimno? Dlaczego nie ma nikogo z ręcznikiem?

 Foch!

My też zrobiliśmy focha! W niedzielę! W przedsprzedaży, miesiąc temu kupilismy sobie bilety na imprezę kończącą lato w mieście. Nie zważając na tłum spragnionych rozrywki, na atmosferę przypominającą ludowy festyn, z lasem namiotów serwujących jadło różne, typowo piknikowe, przymykając oczy nad stadami przewalającej się młodzieży mocno piwnej, próbowaliśmy zaaklimatyzować się pod barierką, oddzielającą nas od ogromnej sceny, na której zaczęli występować artyści z lat 80-tych ubiegłego wieku ( jak cie mogę - czyli dało się słuchać), potem jakaś małolata, zupełnie nieznana z niczego, nawet ze "ścianki", a potem zrobiło się tak nieludzko zimno.... że nie czekaliśmy ani na Enej, ani na Kamila Bednarka, o Mister Prezident już nie wspominając, tylko pojechaliśmy do domu. Skostniałe członki rozgrzewać trzeba było herbatą z prądem i tyle było z rozrywki!

Dzisiaj nareszcie udało się nam wybrać do Dużych Sworów, a umawialiśmy sie na to od początku lata. W końcu udało się nam sprawdzić, jak się jedzie nową, niedawno oddaną trasą rowerową.

Pogoda była znośna, tempo mieliśmy umiarkowane, na miejscu posililiśmy się smażoną sielawą, a przejeżdżając przez centrum tej dużo większej od naszej, turystycznej wioski, odnotowałam, że oddano do użytku dom kultury, a przy domu pracy twórczej powstał ogród dawnych odmian jabłoni, którego strzegło kilkanaście przeróżnych strachów na wróble.

W drodze powrotnej, często  mijaliśmy turystów buszujących po okolicznych lasach. Widać sezon grzybowy się zaczął, co można było ocenić po efektach zebranych w koszykach i wiaderkach. Nawet nam udało się co nieco przywieźć do domu, gdyż często zsiadaliśmy z rowerów, aby zabrać ze sobą rosnące na poboczach grzyby. Już umówliliśmy się z sąsiadami na jutro! Jedziemy sprawdzić, czy w naszych lasach też już są grzyby, bo to przecież 20 km dalej od celu naszej dzisiejszej wycieczki.

 

czwartek, 21 sierpnia 2014
Schyłek lata

Powoli, po cichu, lato się kończy!

Poranne mgły, trawa pełna rosy, spokojna tafla jeziora, to teraz norma. Tak samo, jak ostatnie niedobitki turystycznej "stonki", z której zostały tylko rodziny z małymi dziećmi, nie chodzącymi jeszcze do szkoły. Coraz liczniejsi za to są emeryci. Bo to czas, kiedy nad jeziorem już coraz większy spokój.

Na łąkach jeszcze żółcą sie dzikie rudbekie, czasami nawłoć,

ale jarzębinowe korale już w pełni czerwone, a za naszą działką coraz bardziej fioletowieją grona czarnego bzu.

I winogrona w przydomowych ogródkach nabierają koloru oraz słodyczy.

Poznajecie? To ta sama rodzinka łabędzia, którą pokazywałam jeszcze niedawno ( wpis z 24.05 )! Wyrosły im pociechy, że hej! :-)))

Powoli zabieram się za śliwki, których coraz więcej na miastowych straganach bazarowych. Sąsiad namawia na spacery po lesie, i chyba ma rację, bo dzisiaj, kiedy jechałam rowerem, aby sfotografować pierwsze trzy ujęcia, spotkałam na łące starszą panią. Ucieszyła się, że robię zdjęcia tej żółtej, słonecznej plamy, a ja zajrzałam w jej wiadereczko, na dnie którego zoczyłam koźlaka, parę maślaków, trochę brzozaczków i jednego prawdziwka. I to wszystko zaraz za naszą wsią, tuż przy ścieżce rowerowej!!!

Póki co, napiekłam ciasteczek: migdałowe z marcepanem, tradycyjnie pomarańczowe i owsiane z żurawiną oraz czekoladą! Jutro czas na marynowanie mięs i obmyślanie menu na weekend. Najmłodszy Braciszek z Rodziną przyjedzie, dołączą insze Ludki, będziemy robić pożegnania. Nie tylko lata. Wnuk do Chin w połowie następnego tygodnia odlata! :-(

niedziela, 17 sierpnia 2014
Wielkopolanie na Kaszubach!

Tydzień w wizytami! Różnymi, bo to i my w gościnę chodziliśmy, a potem  miłych Gości też miałam.

Z Wielkopolski! Razem z Mężem przyjechała Koleżanka serdeczna, z którą się znamy od czasów DTS. Oboje wielką estymą darzą region w którym mieszkam, i kiedy tylko rozliczne obowiązki związane z prowadzeniem rodzinnej firmy im pozwalaja, natychmiast pakuja sie i przyjeżdżają w nasze strony. Zakokosiłam sie już na nowym miejscu i teraz bez przeszkód możemy sie odwiedzać. Był grill, były pogaduchy, było winko, były wspomnienia. A mnie utkwiło w głowie to, co napisała u siebie przemiła Wielkopolanka, a z czym zgadzam się na milion procent!!!

Za co się kocha Kaszuby? 

"Za zieleń w niezliczonych odcieniach 


Za błękit nieba 


Za niebywałej urody , niekończące się lasy 
Za niezwykłe krajobrazy , których piękna nie sposób opisać ani z niczym porównać 
Za czyste, pachnące żywicą powietrze


Za kolorowe łąki 


Za krystalicznie czyste wody jezior i rzek
Za przyjaznych , uśmiechniętych ludzi ( trudno się nie uśmiechać żyjąc w otoczeniu takiego piękna- tak myślę)
Za wielką dbałość o zachowanie swojej , regionalnej kultury i stylu 
Za ryby , które w przeciwieństwie do innych smakują wyjątkowo, nawet mnie , która od dziecka nie znosi ryb 


Za wspaniałe hafty w siedmiu kolorach
Za pyszne lokalne jedzonko 
Za ciszę

 

Za cudne zachody słońca 
Za zachmurzone niebo
Za płonące ogniska


Za łabędzie pływające po jeziorach 
Za blask ognia rozjaśniający mrok


Za krzyk wodnego ptactwa 
Za tańczące iskry na tle granatowego nieba 
Za urokliwe zakola rzek
Za drewniane kapliczki i przydrożne figurki


Za deszcz na świerkowych gałązkach 


Za miękkie jak aksamit , kolorowe mchy 


Za obfitość grzybów w lesie 
Za wygrzane słońcem leśne polanki 
Za gwiazdy  na sierpniowym niebie w ilościach gdzie indziej nie spotykanych 
Za gliniane ptaszki i drewniane koniki sprzedawane w sklepikach z pamiątkami 
Za sieci rybackie zdobiące puby i przydrożne bary


Za żaglówki na wodach jezior, i za małe przydomowe ogródki"


czwartek, 14 sierpnia 2014
Śpiewająco i z dobrym humorem!

Nie zawsze tak się złoży, ale tym razem się udało!

Po kolei zatem!

Wpierw śpiewająco, czyli dwa dni ubiegłego weekendu z operetką. Pierwszy, to "Hrabina Marica" Emmericha Kalmana. Orkiestrę im. Johanna Straussa z Opery Nova w Bydgoszczy prowadził Jerzy Wołosiuk,

Małgorzata Grela, Ewa Olszewska, Gabriela Silva, Tomasz Madej, Witold Wrona i Andrzej Nowakowski wcielili się w role bohaterów tej operetki, nie ustępującej w popularności innemu dziełu Kalmanna, czyli "Księżniczce czardasza". Przepiekna muzyka, szybka akcja i masa arii i duetów - było co podziwiać!

W niedzielę - koncert pod tytułem "Męskich głosów czar"  pod batutą Marka Czekały. Oczywiście królowali panowie - "trzej polscy tenorzy" w osobach Pawła Skauby, Dariusza Stachury i Adama Dunikowskiego. Ich wykonania znanych pieśni operetkowych, neapolitańskich niczym nie odbiegały od tego, co znamy z ogladania najsłynniejszej w świecie trójki wielkich tenorów!

Z kolei bas baryton Adam Zaremba, nomen omen urodzony w naszym mieście, przepieknie śpiewał specjalnie napisane dla tego rodzaju głosu utwory .

Miejska Fosa była zapełniona, jak nigdy przedtem, a publiczność żywo reagująca w czasie obu koncertów, długo nie dawała artystom zejść ze sceny! Ręce bolały od klaskania, a oczy błyszczały zadowoloniem. Tak , jak Noc Poetów, Noce Operetkowe weszły już do stałego kalendarza. I bardzo dobrze!

Dobry humor zaś stąd, że nareszcie, po trzech miesiącach, udało się załatwić ważną dla nas sprawę, która miała nieraz bardzo dramatyczne zwroty. Pewnie będę musiała zapomnieć o kilku własnych niemiłych relacjach z ludźmi i oddać honor Ślubnemu, który w nich wierzy bez zastrzeżeń!

Miłego dłuuugiego weekendu! :-)))

sobota, 09 sierpnia 2014
Łakomstwo!

Pierwszy raz udało mi się w mieście dostać mąkę orkiszową. Zaraz chlebek upieczony został. Wyjęłam go z maszyny parę minut po 21-ej, a już koło 22-ej połowę mieliśmy zjedzoną. Bez nic! Bez masła! Bez szyneczki! Bez marmoladki! I bez sera!

PYCHOTA! MAŁMAZJA! 

Tylko teraz ciut-ciut żołądki się buntują!

Ślubny coś tam w telewizorni na dole oglada, od czasu do czasu słychać, jak woda bulgocze. A ja? No co ja mogę robić o takiej porze? Piszę!

Czekamy sobie! To czekanie trochę podszyte moim strachem, ale skoro Ślubny wierzy, że nie narozrabiał, to mu w tej wierze nie będę mieszać! Jak to mówią starzy Indianie: w praniu się okaże! Jak się nie sprawdzi w ciągu najbliższych dwóch tygodni, to.....! Wrrrrr!!!

Upały jakoś odpuściły,  tarasowe kwiaty po ostatniej ulewie i wietrze iście huraganowym, dochodzą do siebie, a ja już wiem, że za rok inne gatunki musze posadzić, bo szkoda, aby w połowie lata wszystko szło się je,je,je!

Ślubny już zaczął podchody w sprawie powiększenia naszego domku gospodarczego, który także poddany musi być renowacji. Ogólnie zgadzam się ze wszystkimi jego koncepcjami, ale zaznaczyłam jedno. Musi się znaleźć miejsce na drugą zamrażalkę! Bo nie mam miejsca w tych trzech szufladach zamrażalniczych, które w lodówce są. Mam tam tylko owoce. Czyli truskawki, porzeczki, wiśnie, jagody i maliny. Gdzie resztę pomieścić? A co z grzybami, które na mur beton będą, bo lato przekropne, teraz też co dzień nieźle leje, a nie da się wszystkiego ususzyć! A jeszcze w lesie jagody są! I niedługo zaczną się jeżyny! Póki co, aprobata jest, ale znając życie, muszę się co jakiś czas przypomnieć!

Najważniejsze, że udało się zreperować silnik do łodzi, i teraz objadam się znowu świeżutkimi okoniami, prosto z patelni. Po południu będzie świeża dostawa. Gdy Ślubny będzie machał wędką, zajme sie znowu oknami, bo już patrzeć na te musze upstrzenia nie mogę!

A wieczorem do miasta pojadę. Na Hrabinę Maricę!

To już chyba pójdę spać! Dobranoc!

wtorek, 05 sierpnia 2014
Poetycznie? Czasami!

Kolejna Noc Poetów się odbyła! Dwudziesta! Czyli Jubileusz!

A jak Jubileusz, to z przytupem, czyli wrocławski "Projekt Wołodia", z tekstami Włodzimierza Wysockiego, a także z z gościnnym udziałem Mirosława Baki, nie tylko śpiewającym, ale także opowiadającym o zyciu Wielkiego Rosyjskiego Barda!

Przy okazji podłączył się do tych pieśni Wladen Kowtunow z Ukrainy, i brawurowo zaśpiewał z Baką jedną z najsłynniejszych pieśni Wysockiego o pijaku!

Z dumkami ukraińskimi wystapił także Siergiej Kaliniczenko.

 

Następny,  niezwykle magiczny akcent tej nocy - fragmenty "Mszy wędrującego" Edwarda Stachury w brawurowym wykonaniu Anny Chodakowskiej. Akompaniował  jej wirtuoz gitary klasycznej Roman Ziemlański. Aż szkoda, że tym razem zakosztowaliśmy tylko fragmentów "Missa pagana".

Krakowska wokalista Agnieszka Chrzanowska ,  to  witalność, znakomity głos i interpretację. Ale nie tylko. Między piosenkami snuła dywagacje o relacjach damsko-męskich, trzymając oczywiście stronę swej płci. Ale gdy na scenie potrzebny był mężczyzna, potrafiła z wdziękiem wyłuskać z widowni śmiałka, który... zagrał szum morza!  :-)

Ewa Szykulska zaskarbiła  serca widzów powrotem do klasyki  - zaczynając od Tuwima, potem sięgała m.in. po strofy Wisławy Szymborskiej i Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej, a także do  współczesnych autorów.

Inny pomysł  miał Jacek Kawalec. Najpierw wziął się za Sonety Szekspira i to w oryginale, przy wtórze nowoczesnej rockowej aranżacji, i w tłumaczniu Barańczaka, a potem prezentował Gołasa Michnikowskiego z Kabaretu Starszych Panów.W obu konwencjach sprawdził się cudnie, na dodatek akcentując to strojem. Zwłaszcza kurtka ramoneska z bufiastymi rękawami, jakby z XVII w. robiła wrażenie.

A teraz czekamy na Szanty i noce Operetkowe!

Aby nie było tak cudnie, zawsze musi się coś skwasić! Czyli.... mamy kolejne podejście do podpisów u notariusza. Jak zwykle, wyłazi nasze słynne polskie niedoróbstwo, które zwłaszcza jeden z Banków uprawia! Przy okazji okazało się, że mam Ślubnego altruistę w wersji dubelt do sześcianu, co zupełnie nie przekłada się na to, co powinno. I nic to, że nawrzeszczałam wedle lat i zasług, skoro zrobił woltę taką, jak stąd do.... nie wiem gdzie! Małą pociechą w tym wszystkim była mina pani Notariusz, która wychwyciła w bankowych dokumentach błąd, mogący nas drogo kosztować! Ślubny wie lepiej! 

Dobra! Koniec narzekania, chociaż kolejne powody znajdą się na pewno,  bo te ogromniste deszcze zniszczyły mi wszystkie peonie i surfinie. Może coś się uda uratować, ale pewności nie mam żadnej!

Poza tym, to cichutko się u nas zrobiło. I nie dlatego, że w sierpniu turystów u nas mniej, nie! Progenitura w świecie hula! Synek w Sudety z rodzinką wyskoczył, a Córcia sprawdza kilka miejsc względem pysznego wypoczynku, czyli musi być fool wypas: woda, las, domek, spokój, i co tam jeszcze trzeba! 

W uszach dzwoni mi ciszą!

 

sobota, 02 sierpnia 2014
Dalej dubeltowo!

W ubiegły piatek Wnuczki rozjechały się do domów, a ja mogłam w sobotę, przed nawałą popołudniowych gości zasięgnąć języka u źródła w sprawie lotów balonem, które miały być główną atrakcją corocznego Jarmarku Ekologicznego. Chciałam sobie zrobić prezent, co oczywiście Ślubny skwitował krótko: "zwariowała baba"!

Niestety, z racji tego, że cenowa zapora była nie do zaakceptowania przez Stowarzyszenie, które organizuje te atrakcje, pozostało mi tylko cieszenie się pięknem rękodzieła, które w wyjątkowym wyborze pojawiło się na jarmarcznych straganach.

Czego tam nie było?!!!

Frywolitkowe majstersztyki! Wymagana chyba nie tylko anielska cierpliwość! 

Haft złoty, zwany borowiackim! 

Cudeńka różniste wykonane szydełkiem!

Typowo kaszubskie wzory malowane na szkle! 

Ptaki naszych Borów, rzeźbione przez artystę, który mógł o każdym z nich gawędzić godzinami!

Cudeńka ze wszystkiego, co drewniane!

Ceramika, jakże piekna w swej prostocie!

Były też obrazy malowane na desce, wyroby z wikliny, kory, sitowia, trawy, suszu, oraz regionalne smakołyki: miody, wypieki, ciasta, wędliny, jedzonko proste a smaczne, nalewki, oleje, piwo pszeniczne; masa konkursów dla dzieci, młodzieży i dorosłych, różne konkurencje sprawnościowe i sportowe!

A w niedziele, na zaproszenie Synka, zapakowałam się w jego samochód, i chociaż wiedziałam, że będą tłumy, pojechaliśmy na pokazy i mistrzostwa Red Bull Air Race! 

Na całe szczęście, nie musimy jeździć autostradami, bo naszymi drogami lokalnymi dojechaliśmy do celu prawie bezproblemowo. Długo trwało kluczenie uliczkami, aby znaleźć miejsce do zaparkowania. W końcu sie udało, i idziemy w kierunku plaży, tak jak ogromne rzesze ludzi, ciekawych tego widowiska, które po raz pierwszy odbywało sie w Gdyni. Prawie w tym samym momencie, gdy zainstalowaliśmy się na "winklu" jednej z bramek przy plaży, słychać ryk maszyn potężnego Dreamlinera, który przelatuje tuż nad naszymi głowami!

Chwilę potem zaczynają się pokazy podniebnych akrobacji, w wykonaniu pilotów odrzutowców Breiting Jet Team! Się działo!!!!! 

Można takie pokazy ogladać w domowych pieleszach, przed własnym telewizorem,

ale nic nie zastąpi tego, co sie zobaczy własnymi oczyma,

kiedy słyszy sie ten ogłuszający huk przelatujących odrzutowców,

wdycha się dym spalin,

i kiedy dech zapiera, gdy się patrzy na te wszystkie figury malowane na niebie z prędkością 370 km/godz!

A jeszcze potem jest się świadkiem zaciekłej rywalizacji najlepszych na świecie asów przestworzy!

Było warto także wtedy, gdy cała plaża śpiewała nasz hymn, a w górę powiewało tysiące chorągiewek: białych i czerwonych!

Wygrał Austriak Hannes Arch, a całe wydarzenie przekazywało 80 telewizji z całego świata!

Potem poszliśmy sie sponiewierać fast foodami, przetrzymaliśmy prawie godzinny wyjazd z Gdyni, i...

...teraz zupełny spokój! Będzie można rano nieśpiesznie zlec z pościeli, podreptać w odzieniu nocnym na taras, pochylić się nad parującą kawą, popatrzeć w niebo, coraz częściej zamglone porannie, posłuchać, co ptaki w lesie dyskutują, przebiec się po rosie, zalegającej nawet do południa... ech! Pięknie. I jeszcze jagody dalej są do zbierania, jakieś leśne jeziorka do potaplania się w nich, wycieczki rowerowe dłuższe, bo kilometrów ścieżek przybyło! 

I tylko mokra balustrada balkonu o poranku przypomina, że już za chwilę lato się skończy! Niestety!

Archiwum