Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 30 sierpnia 2013
Marchewkowo!

Który ja już raz jestem u Kurtiego? Straciłam rachubę. Dotąd zawsze jeździłam po razie, góra dwa razy do każdego podopiecznego, to i w walizie były luki, bom raczej hasała po włościach różnych, różnistych, poznawała różne dziwy, zabytki, koloryty, i stary aparat fotograficzny cały czas był w użytku. A teraz już wszystko dokoła obfotografowane, zwiedzone, objeżdżone rowerem i samochodem w ramach każdodziennej, dwugodzinnej przerwy. To i w walizie wiozłam nie tylko książki, ale i furę tygodników oraz miesięczników, na nowy aparat miejsca nie było, więc dzisiaj sesja zdjęciowa z karmienia koników marchewką z użyciem "staruszka". Oj trzeba było się nagimnastykować, bo to w jednej ręce marchewka podawana w pysk koński, przy uważaniu, aby moich paluszków nie zżarła bestyja, a druga ręka próbowała coś tam uchwycić aparatem. No, i oczywiście to wszystko przez płot, a raczej zza płota! :-)))

Spadła? Nie szkodzi! Poradzimy sobie!

Smakuje za więcej!

A źrebaczek chyba do tej pory marchewki nie widział, tylko trawkę skubał. Jakoś mu opornie chrupanie wychodzi!

No i mamusia wykorzystała okazję, podebrała dziecku smakołyk!

Może mi się uda małego nauczyć chwytania tego przysmaku? Mam na to jeszcze miesiąc! 

niedziela, 25 sierpnia 2013
KAZICZEK!

Musze o nim napisać, bo jego kariera przy budowie naszego małego, białego domku, przeszła już do historii! A kariera była, oj była! Zaczęła się od pożyczania. Piątek - na piwo! Potem dziesiątek -na setkę, albo dwusetkę, jeśli wziąć pod uwagę "małpki"! I mój Ślubny, człowiek zasadniczy do bólu, dawał się Kaziczkowi manipulować! Oddam za tydzień - było! Nie oddał, ale wracał po jeszcze, i dostawał. To przypomniałam Ślubnemu historię żony Kaziczka, która wpadłwszy w alkoholizm, co rusz biegała do mnie po "piątaka"! A czemu ja szybko położyłam tamę! Ślubny jednak, jakoś wierzył w słowa Kaziczka , i nie miał żadnych wątpliwości co do spłacenia długów. 

Na całe szczęście, miarka się przebrała. Nie było tego dużo, bo dwieście złotych, ale proszę mi pokazać kogoś normalnie zarabiającego, dla kogo taka kwota nie jest już poważna! Zresztą, dla mnie, nie ważne kwota, ma być oddawane na czas, i zbyte, a jak nie możesz, bo coś tam, to przynajmniej przyjdź i poproś o prolongatę długu! A Kaziczek nie! Przychodził, i żebrał! I historie różne opowiadał, zwłaszcza z córka i zięciem w tle. Bo to musieli im  ( Dzieciom ) zabezpieczyć mieszkanie, niańczyć wnuki, dokładać do samochodu. No, matko pojedyncza, czy ja komuś chodziłam się skarżyć, że mi do pierwszego brakuje, a tak czasami bywało! A Ślubny dawał te piątki i dziesiątki, i nic mu z ich przekazywania do portfela nie wracało! Tom się wkurzyła pewnego razu, i osobiście przyjęłam Kaziczka w drzwiach. Na prośbę o pieniężną pożyczkę powiedziałam, że bardzo mi przykro, ale ja tylko kartą wszystko płacę, i gotówki u mnie niet! A Kaziczek na to, że chętnie się ze mną przespaceruje do bankomatu! To już było za wiele. Pokazałam drzwi i poleciłam nie zjawiać się więcej, dopóki długu nie ureguluje!

Zjawił się po dwóch tygodniach! Jak zbity pies zaoferował się, że odpracuje wszystko, tylko niech mu Ślubny tego piątaka na piwo da!

Nie dostał, ale został "handlagierem". Z litości wprawdzie, bo jak toto było rozwiązać, skoro do konkretnych robót się nie nadawał, tyle tylko, co do zwykłych prac, do których ani mózgownica, alni nic nie było potrzebne, tylko trochę wysiłku fizycznego. A z tym wysiłkiem różnie bywało, bo Kaziczek, jak się później okazało, na zaawansowaną anemię zapadł był, i czasami prawie omdlewał, gdy go Ślubny do cięższych prac chciał wykorzystać! Trzeba jednak przyznać, że się starał, i w rzadkich chwilach fizycznej mocy, zapracowywał na swoje wynagrodzenie, którym wprzódy musiał odrobić swoje długi, ale potem całkiem niezłe kwoty inkasował, a stawka godzinowa nie była powalająca. Cóż, życie jest twarde, a pracownik o małej sile fizycznej, nie może zarabiać kroci! I tak, jak się potem dowiedziałam, Ślubny stawiał Kaziczkowi piwko, a i czasami jakaś setka się trafiła! Chyba dawne sentymenty grały???

Nie muszę chyba dodawać, że fakt finiszowania budowy, jest dla Kaziczka najbardziej żałosną wieścią?

czwartek, 22 sierpnia 2013
Jazda

Jeżdżę sobie cyklicznie. Sześć tygodni i fruu... do kraju! Potem sześć tygodni, i fruu... Niemcy! Ostatnio jakoś mi się tak zrobiło, że te jazdy zaczęłam traktować, jak najlepsze chwile, pozwalające w spokoju pozastanawiać się na tym wszystkim, co mi akurat się tli "pod kopułką"! Bo jest tak: siedzi sobie człowiek w małym busie, jest kierowca, który tylko wtedy się odzywa, gdy trzeba uzgodnić konieczność następnej "pinkelpauzy" i dać palaczom okazję do puszczenia dymka, są poza tym pasażerowie, panie w większości, chociaż zdarzają się i panowie, a w porywach to można trafić na jedynie męskie towarzystwo, i wtedy jest Wersal taki, że mucha nie siada, ale ogólnie, są panie, zwłaszcza na powrocie, i gadają, i plotkują, i wymieniają się doświadczeniami, co jest w dosłownej opozycji do tego, gdy jedziemy tam.Nie wiem na czym to polega, ale chyba na wyjeździe tam, bardziej się wszyscy zastanawiają nad tym, co w domowych pieleszach zostawili. Nie odstaję od normy!

Zazwyczaj zaopatrzona jestem w prasę, albo książki. Tym razem byłam "myslicielem". Z racji tego, że dużo się u mnie dzieje. Bo to i budowa, a zwłaszcza jej ostatnie "podrygi", potem sekundowanie Wnukowi w bojach z biurokracją chińską, a także zastanawianie się nad młodzieńczym tumiwisizmem, który ma sobie za nic, że wszystko kosztuje ogromne pieniądze, i powinien się młody człek skupić na bojach o wizę, a On ( Wnuk ) jedzie sobie spokojnie na jakąś azjatycką imprezę do Wrocławia! (sic). Samo kompletowanie dokumentów to miesiąc podchodów, a medycznych spraw zwłaszcza, potem badania, których część musiała być wysyłana do bardziej wyspecjalizowanych laboratoriów, nie mówiąc o tym, że wszystko w wersji angielskiej, więc problem ze znalezieniem dobrego tłumacza, znającego się na specyficznej terminologii medycznej. Zabukowanie samolotu. I boje o ta nieszczęsną wizę, bo Młodzi ( Wnuk i jego Dziewczyna będą studiować w Cheng Du razem ) uparli się na konsulat gdański. A tam od początku schody. Czas mijał, Córka nic nie donosiła o trudnościach, też nie rozumiem dlaczego, bo wie, że ja w razie "draki" zawsze pomogę i poruszę niebo z ziemią, nie mówiąc o blogu. Gościłam Koleżanki, pławiłam się w ciepełku i wodach naszych jezior, wdychałam żywiczny zapach lasów, nie mając zupełnie pojęcia, że tuż pod ręką Córka odchodzi od zmysłów, bo sprawa chińska się nie posuwa! I sporo kasiory też poszło, bo opłata za pół roku studiów, i lot, nie w kij dmuchał!

Ale jak już się dowiedziałam, to zadałam tylko jedno pytanie: "dlaczego nie jechali do stolicy?" Ja nie wiem, czy to właśnie "to" pomogło, ale zaczęło się dziać. Właśnie w trakcie tego "dziania się" jechałam do Kurtiego. Pełna sprzecznych myśli, z obawą, czy się wszystko uda. I czy Moja serdeczna Warszawianka jedna, utuli ich na noc tak, jak własne pisklęta, wszak wszystko odbywało się z marszu, telefony się grzały i nerwy takie, że ho,ho! Młodzi pojechali, prawie rzutem na taśmę dostali się do ambasady, i na dniach odbiorą wizę, której nie chcieli im w Gdańsku wydać, zupełnie nie wiadomo dlaczego. Ale to wszystko wiem już stąd! Z radosnego telefonu Córki! Zaraz też do Warszawianki dzwoniłam, nie wiem, jak Ona odebrała ten chaotyczny telefon, ale ja się śmiałam, płakałam, i jestem Jej dozgonnie wdzięczna, że zaopiekowała się Młodymi.

I wiecie co? To prawda, że nie zawsze w sieci spotka się tylko, i wyłącznie dobrych ludzi. Ponoć w większości spotyka się tych mniej serdecznych. Ja spotykam raczej Dobrych, Pomocnych, Serdecznych i Normalnych! Chyba jestem w czepku urodzona ???    :-))))

niedziela, 18 sierpnia 2013
Kraksowo, domkowo i ostatnie letnie podrygi!

Wpadł na mnie mercedes benz. Na parkingu w mojej wsi nadjeziornej, gdym z koleżankami jechała na szanty. Wyjeżdżał sobie ze swojego miejsca, a ja grzecznie czekałam na zakręcie. Kiedy się zorientowałam, że coś nie gra, zaraz obróciłam sie do tyłu celem sprawdzenia, czy się mogę wycofać, bo cały czas dojeżdżały auta. A w tym czasie dostałam z lewej flanki w nadkole. Wyskoczyła młoda kobieta z krzykiem:"moja wina, przepraszam, dziecko chore płacze, rozkojarzona jestem, zaraz dam dane do załatwienia w PZU"! Kto zgadnie, co ja sobie wpierw pomyślałam?.... No jasne, że:" ło matko pojedyncza, jak na to zareaguje Śluby, dla którego samochód, to rzecz ważniejsza od czegokolwiek na świecie". Widok samochodów w Neapolu, do dzisiaj mu spędza sen z powiek! Pani podała mi numer polisy, swoje dane z dowodu osobistego i zapewnienie, że ktoś się zjawi w celu spisania oświadczenia. Nie wzywaliśmy policji przecież! Czekaliśmy na odzew. W poniedziałek telefon i za godzinę już partner sprawczyni się melduje. Sympatyczny chłopak. Załatwiliśmy wszystko. Ślubny pojechał do serwisu fiata, tam na obsłużyli, jak należy, i teraz czekamy na rzeczoznawcę, który wyceni szkodę!


Panowie od kafelkowania zakończyli roboty podłogowe i łaziębne, Ślubny już czeka na panele do sypialni, które lada moment, po niedzieli, powinny już do nas dotrzeć. Zakupiliśmy wszystkie niezbędne sprzęty kuchenne, i akurat w ten weekend pan stolarz wszystko pięknie poukładał w kuchni. Brakuje tylko jednej szafki, do której podesłano złe osprzętowienie wewnętrzne, czyli kosze się nie obracały jak należy i musiało toto iść do reklamacji. Jak zwykle, w ciągu całego okresu budowlanego, zawsze coś się znalazło, co po namyśle nie pasowało, zatem nie dziwota, że trzeba wymienić zlew z jednokomorowego z ociekaczem ( zmywarka owszem, będzie, a ten ociekacz miał być na wszelki wypadek ) na zwyczajnie jednokomorowy, bo inaczej nie miałabym żadnego większego miejsca przygotowawczego. No, ale to już pikuś! Doszliśmy do wniosku, że jak przypadkiem będziemy jeszcze jeden dom budować ( co raczej nam nie grozi, ale może pociechom ), to już dokumentnie będziemy znali wszystkie "kruczki", zasady ergonomii i całą masę rzeczy potrzebnych, lub nie, ale przydatnych przy urządzaniu mieszkalnego gniazda! ;-)


Weekend spędziłam w towarzystwie Koleżanki z metropolii! Byłam przygotowana na wersję ze zwiedzaniem naszych terenów, ale Koleżanka wolała ciszę naszych lasów i jezior. Tośmy się pławiły w jeziorku i korzystały z kąpieli słonecznych do późnego popołudnia, potem szybka obiadokolacja z płodów leśnych i wodnych, a na koniec spacery po mieście i długie rozmowy na parkowej wysepce, pośrodku stawku oświetlonego kolorowymi fontannami. Do tego rowerowanie, czasem piwkowanie, dzisiaj jazda w głąb lasu do Strugi siedmiu jezior, nad dystroficzne jeziorko Kacze oczko, aby potem, ścieżką dydaktyczną dojść nad brzegiem jeziora Płęsno do sześćsetletniego dębu. Wczesny poranek, leśna cisza, niezmącona niczym toń jezior, w których przeglądały się sosny, co więcej potrzeba do szczęścia???


Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy! Zwłaszcza dla mnie lato!!! Pojutrze wyjazd do Jesteburga. Jutro czeka mnie masa spraw do załatwienia, które odkładane na "potem", już nie mogą czekać, zatem dzisiaj szybko jeszcze Was poodwiedzam, a za parę dni, pomacham już z niemieckiej strony!

wtorek, 13 sierpnia 2013
Parkowo, wodnie, szantowo i operetkowo!

Dawno nie widzianą Koleżankę z Łodzi, po krótkim odpoczynku po trudach podróży, wyciągnęłam w miasto, do nowo zrewitalizowanego parku, który w ogólnopolskim konkursie na najlepszą modernizację otrzymał I miejsce. Pogoda była cudna, spacerowałyśmy alejkami, wdychając drobinki wodnego pyłu z fontann na środku jeziorka,

 

podziwiając stada ptactwa wodnego, pływającego tu i ówdzie,

zrobiłyśmy sobie sesję przy zegarze słonecznym, i oczywiście poćwiczyłyśmy na przyrządach, których całe mnóstwo zainstalowano na bocznym placyku. Trzeba przyznać, że na prawie szesnastu hektarach, mamy piękne miejsce do spacerów i nie tylko, bo jest miejsce na wysepce do posiedzenia i skorzystania z mini baru, są ścieżki rowerowe, młodzież ma miejsca do grania w ping-ponga i w szachy, jest plac zabaw dla dzieci, miejsce dla wędkarzy, a w planach skatepark, alpinarium, labirynt i plac zabaw dla psów.

Oczywiście, nad jeziorko Głuche w głębi lasu, jeździłyśmy dopóty, dopóki było bardzo gorąco. A wieczorem? Wpierw szanty w mojej nadjeziornej wiosce. Nam najbardziej się podobał chór "Zawisza Czarny",

żywiołowe dziewczyny z zespołu "Trzecia miłość", który notabene otrzymał I-szą nagrodę w konkursie o Wielki Pagaj, nagrodę pieniężną i łódź wiosłową,

a najbardziej zespół Klang, którego szanty dla dorosłych, dzieci, i całkiem małych wodniaczków, zawojował całą widownię. Szkoda tylko, że deszcz nas wygnał wcześniej, niż zakładałyśmy. A może nie tyle deszcz, tylko mój stres, bo kiedy wjeżdżałam przed imprezą na parking i oczekiwałam na wolne miejsce, wycofująca się młoda mamusia rąbnęła moją pandarettę bokiem. I mamy teraz bieganinę!

Stres najlepiej koić nad wodą. Wybrałyśmy się w głąb lasu, nad Brdę. Miejsce dla mnie magiczne, w młodości często odwiedzane, kiedy mój Tato organizował tam obozy dla młodzieży szkolnej, a ja byłam zatrudniana jako higienistka. Tam nauczyłam się zbierać grzyby, chodziłam na jagody. To tam po raz pierwszy całowałam się z chłopakiem z sąsiedniego obozu. Tam na zjeżdżalni, która była w miejscu widocznym na poniższym zdjęciu, rozbiłam sobie głowę, i wtedy po raz pierwszy zawitałam do miasta, gdzie do tej pory mieszkam. Potrzebna była interwencja chirurgiczna, a ja się w tym mieście wtedy zakochałam, i nie miałam żadnych wątpliwości, gdzie chcę wić gniazdo, kiedy skończyłam nauki.

45 lat temu, spad ten dzielił się na dwie części. Jedna, to kaskada rzeki Brdy, a druga, to płaska powierzchnia, porośnięta glonami, z lekkim tylko nurtem, który wykorzystywaliśmy do ślizgania się z góry na dół, na piętach, aby potem z głośnym chlupotem i krzykiem radości wpadać w leniwie toczący się nurt! Na przeciwległym brzegu była trawiasta plaża, rzeka tam rozlewała się mocno i rozdzielała się także w kanał, nad którego brzegami, w cieniu ogromnych świerków i sosen urządzało się spacery. Teraz to wszystko ogrodzone, zabudowane urządzeniami hydrotechniki, w dole ogromne rozlewisko, a trochę dalej wielka hodowla pstrąga tęczowego. Nie muszę chyba dodawać, że skorzystałyśmy z okazji, i kupiłyśmy świeże oraz wędzone ryby. Był przepyszny obiad, o kolacji nie wspomnę, bo wiadomo, że pycha!

Urocza, mała plaża na sąsiednim brzegu, a w tle nurt Brdy, która na tym odcinku wygląda na jezioro.

A wieczorem, dwa dni na Nocach z Operetką. Cud-miód-ultramaryna! A ile ludzi!!! Miejska fosa wprost pękała w szwach! Pierwszy wieczór, to słowno-muzyczna intryga miłosna trójki panów, starających się o względy gwiazdy estrady. Wszystko w rytmie muzycznych żartów, znanych arii operetkowych, hitów musicalowych i przebojów z dwudziestolecia międzywojennego!

Piękne suknie, wytworni panowie we frakach, lejący się szampan! 

A w niedzielny wieczór, najpopularniejsza operetka wszechczasów, czyli "Zemsta Nietoperza",

historia pełna zabawnych sytuacji i rozpoznawalnych od pierwszych taktów, melodii!

Jeśli sukces zmierzyć ilością widzów, można stwierdzić,iż ta impreza powinna wejść na stałe do kalendarza kulturalnego naszego miasta!

Zdjęcia operetkowe nie moje, ale z miejskiego portalu. Jakoś nie potrafię rozgryźć nocnego fotografowania. Pozostałe zdjęcia robione aparatem Koleżanki. 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Zazdrosne Dzieci?

Miał być wpis o tym, jak z moim Gościem spędzałam weekend. Będzie "zaś"!

Okazało się bowiem, że skoro ja w czasie, kiedy kogoś goszczę, nie mam czasu dla Dzieci, dorosłych zresztą, to te Dzieci moje czują się jakby odsunięte od "rodzinnego korytka"! No i trzeba się poddać pielęgnacji rodzinnych więzów, nie ma to-tamto!

Córcia lada moment, z najstarszą Wnusią przybiegnie, a późnym popołudniem już jesteśmy od wczoraj zaproszeni do Synka, coby podziwiać nowe nabytki mieszkaniowe i pooglądać zdjęcia z ich wczasów w Bukowinie Tatrzańskiej. Zbiegnie pewnie na tym nam trochę!

Być może dopiero wieczorem późnym znajdę czas na przeglądanie fotek z minionego weekendu, a jak nie, cóż, jutro też jest dzień! 

Macham!

sobota, 10 sierpnia 2013
Z doskoku!

Akurat przyszłam z pierwszej części Nocy Operetkowych! Łapki bolą od klaskania! Gardełko zdarte od dośpiewów! Jutro Zemsta Nietoperza! W plenerze, tak jak dzisiejsze widowisko słowno-muzyczne, pt. "Nie kochać w taką noc to grzech!!!"

Wczoraj szanty, z których po trzech godzinach wygoniła nas okropna ulewa, ale przecież deszczu nigdy dość na lasy!

A przedtem było opalanie się nad Brdą, i pstrągarnia!

Tyle w skrócie!

Do poniedziałku!

środa, 07 sierpnia 2013
Obserwacje znad kocyka!

Tkwiłam sobie do tej pory w dawnym, nadjeziornym domku, sporadycznie tylko chodząc na gminną plażę. Od ubiegłego roku jednak, pozbawiona jakby przyjemności taplania się w wodzie, znalazłszy niedawno fajne miejsce, jestem jego stałym gościem. Co dzień, przez kilka godzin korzystam nie tylko z kąpieli wodnych, ale i słonecznych, ciekawie popatrując także na to, co się wokół mnie dzieje.

Polanka przy zejściu do jeziora niewielka, najczęściej zajęta wczesnym przedpołudniem przez starsze pokolenia. Potem zjawiają się młodsi amatorzy popływania, i zazwyczaj ma się wrażenie, że to niemowy jakieś, bo ani "dzień dobry", ani " pocałuj mnie w tylną niewymowną"! A jak już otworzą buzię, ich słownictwo to osobny temat. Wiadomo o co chodzi, o "łacinę", bez której chyba nie potrafią żyć. Dzisiaj zwracałam uwagę pewnemu młodzieńcowi, aby pohamował swój obrazowy język, bo naokoło masa małych dzieci, ale poskutkowało na krótko. Na brzegu jeszcze jako tako było, ale w wodzie, słuchając jego pokrzykiwań, dosłownie uszy więdły. Dziwiła mnie tylko zupełnie obojętna postawa tatusiów kilku pociech, którzy zupełnie nie zwracali na to uwagi, jakby ich dzieci miały uszki watą zapchane!

Trzeba jednak przyznać, że samotnych tatusiów przychodzących z dziećmi nad wodę, całkiem sporo. I jacy cierpliwi, w tłumaczeniach, zabawach, naukach pływania! A jacy dumni ze swoich maluszków! Aż chciało się patrzeć! 

Szkoda tylko, że tak dużo brzuchaczy. Młody człowiek, a mięsień piwny jak piłka, sadło dosłownie wylewa się ze skąpych slipek. Fuj!

Pomarudziłam sobie, ale w sumie to nie ma nic lepszego, jak taka polanka, czysta, krystaliczna woda, tafla jeziora, jak lustro, czasem poszum wiaterku w przybrzeżnych trzcinach.

A z ogłoszeń parafialnych, bije się w piersi, że mało Was odwiedzam, ale gość dawno nie widziany u mnie do niedzieli, to bieganie po necie znikome.

Macham wesoło!

poniedziałek, 05 sierpnia 2013
Jak się włodarze miejsko-gminni nie mogą dogadać, to cała reszta musi skakać z kwiatka na kwiatek!

Nad naszym jeziorem, są latem imprezy, które obrosły już w wieloletnią tradycję. Tak samo jest w mieście. Jeszcze parę lat temu, żadna z imprez gminnych nie kolidowała z imprezą miejską, i odwrotnie. Ale od pewnego czasu, jakby się nasz Wójt i Burmistrz zmówili. Ku naszemu,odbiorców, utrapieniu! A może personalnie nie Oni, tylko odpowiedni urzędnicy, odpowiadający za kulturę. I mamy galimatias tego typu, że w jednym czasie, w dwóch osobnych punktach odbywają się piękne imprezy, a biedni turyści, nie mówiąc o mieszkańcach, ganiają w te i we wte, aby wszystko zobaczyć, bo jak nie w lecie, to kiedy! Tym bardziej, że i Gmina, i Miasto, prześcigają się w ściąganiu do nas najlepszych artystów. Wiadomo przecież, że lud to kupi, bo lud już ciut-ciut dojrzalszy i "bele co" go nie rusza! 

Więc odbywa się na ten przykład coś takiego, jak w ostatni weekend: nad jeziorem od 19-tej koncert Artura Andrusa, i w tym samym czasie, w fosie miejskiej zaczyna się Noc Poezji! Noce te odbywają się już od dekady lat, więc Gmina mogłaby przemyśleć datę dla swojego Gościa! Rozumiem, był Woodstock i ta Gwiazda tam występowała, a do nas tylko "żabi skok", ale.... No właśnie! Chciałby sobie człek wszystko obejrzeć, prawda? To jedzie nad jezioro, szuka miejsca parkingowego ( ja akurat stawiam autko na mojej posesji, wprawdzie daleko od miejsca koncertu, ale nie wszyscy mają taką możliwość ), potem zajmuje odpowiednio wcześniej miejsce, bo amfiteatr letni nie na obecne czasy skrojony, a potem spogląda się na zegarek i czeka, aby np. Pan Andrus skończył przed czasem, albo rezygnuje się z bisów i możliwości dostania autografu! A wystarczyłoby jakoś to wszystko w czasie rozłożyć. Turystów całe mnóstwo, mieszkańcy też zawsze rozrywki spragnieni, ale nie, musi być wszystko w odrębnych miejscach i o jednej porze! To w następnym tygodniu mamy powtórkę z rozrywki dla koneserów muzyki różnistej! Szanty nad jeziorem od dekady, przez piątek i sobotę, a w tym samym czasie w Fosie miejskiej Noce z Operetką!!!! I co ma zrobić człowiek, który chce być tu i tu? Nie rozdwoi się przecież! Wyrażając się nieparlamentarnie o naszych włodarzach, jeden dzień jest nad jeziorem, drugi dzień w mieście! Ma się tylko wszystko połowicznie, ale może o to chodzi?

Dobra! Nie marudzę więcej! Oto fotoreportaż z obu imprez.

Impreza prawie kabaretowa!

Przedstawiać chyba nikomu nie muszę! 

Zaczyna się ogólnokrajowym przebojem : "Piłem w Spale, spałem w Pile"! A może odwrotnie???

Potem wyrywki z miejskiej Gazety!

I utwór, z cyklu "ballada dziadowska", na podstawie tekstów z onej gazety! Brzuchy bolały!!!Od śmiechu, oczywista!

I już miasto! Nie zdążyłam z przyczyn oczywistych na rozpoczęcie, ogłoszenie wyników i prezentację laureatów konkursu Jednego Wiersza, co zawsze przynosi wiele pieknych doznań! Uciekł mi występ Andrzeja Masztalerza, którego aktorskie dokonania drugiego planu proszą się o niemałe brawa! Za to zdążyłam na występ Magdaleny Żuk, o niezrównanych talentach gry na fortepianie,  jej przepięknych interpretacjach tekstów Wojciecha Polkiewicza ( pamiętacie piosenkę Joanny Rawik "Romantyczność") w rytm muzyki Chopina, i przepięknymi aranżacjami tej muzyki!

A potem Katarzyna Żak, z jakże nowoczesnymi interpretacjami tekstów Wojciecha Młynarskiego i Agnieszki Osieckiej,

Cezary Morawski, w podwójnej roli. Spontanicznie zastąpił nieobecnego Marcina Świetlickiego, interpretując najpierw w zastępstwie jego wiersze - bez marynarki i z papierosem. A potem już w marynarce i bez papierosa,  z humorem, werwą i zapałem przedstawił nieznane szerzej teksty K.I. Gałczyńskiego!

I wreszcie Stanisław Sojka ze swoim zespołem. Cud! Mniód! Ultramaryna! Razem, zusammen do kupy!!!!

 

Nie daliśmy mu łatwo zejść ze sceny! Bo też śpiewanie było, jak w natchnieniu. Do wierszy Szymborskiej i Miłosza. Potem największe przeboje z lat ubiegłych. A na koniec nowa interpretacja piosenek Czesława Niemena! Cymesik!!!

Grubo po północy wracałam do domu. I tylko za te piękne chwile,jestem tymczasowo skłonna wybaczyć takie numery naszym władzom gminnym!

A autografu Artura Andrusa i tak nie mam! Buuu! ;-))))

niedziela, 04 sierpnia 2013
Coś dla oczu, coś dla ciała!

Zaaferowana swoimi walkami na polu zdrowotności, zupełnie nie zwracałam uwagi, na to, co się wokół dzieje. A przecież każdego lata dzieje się u nas wiele, i czasami człowiek ma dylemat, gdzie jechać i co zobaczyć.

W tym roku, po raz pierwszy zmieniono formułę Festiwalu folkloru, być może na lepszą, niż dotychczas, ale to się okaże w przyszłości. Najważniejsze, że mogliśmy podziwiać u nas wiele międzynarodowych zespołów folklorystycznych, no i oczywiście, prócz naszych kaszubskich, także z innych regionów kraju. To było w mieście!

Zespół z Węgier. Kapitalny występ zwłaszcza starszej grupy naszych bratanków!

Paragwajczycy! Najbardziej uśmiechnięte dziewczyny i niesamowity taniec z dzbanem i butelkami!

Zespół z Wielkopolski

i z Podlasia! Prócz nich wiele zespołów Kaszubskich doskonale nam znanych!

A nad jeziorem jarmark ekologiczny "Czym chata bogata", z coroczną, bardziej bogatą ofertą!

Rzeźby z drewna,

figurki z wełny i filcu,

na szkle malowane.

Wędrując rowerem, ponownie zahaczyłam o mos zwodzony. Tu widziany od strony wody, tuż pod nim.

I odkryłam piękne, przeczyste jezioro wśród lasów. Prawie cały wczorajszy dzień spędziliśmy tam na pikniku! Było bosko!!!!

 
1 , 2
Archiwum