Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 31 sierpnia 2012
Leśne co nieco!

Pada dzisiaj od rana! Ale do wczoraj jeszcze, prawie co dzień chodziłam po lesie. Wędrując, nie raz napotykałam miejsca i okazy przyrody, które warto zachować w pamięci.

A ponieważ dzisiaj jest Dzień Blogera, dla wszystkich czytelników, jako miły podarek, kilka migawek z naszych pięknych Borów, z terenów Natura 2000 i programu "wielki Sandr Brdy"!

Wydma śródlądowa w okolicach Bachorza!

Okolona płotem, pełna różnych krzewów i kilkoma karmnikami, jadłodajnia dla skrzydlatych braci

Jeszcze się trzyma!

Znalezione podczas wędrówek na grzyby!

Czyż nie piękne? Chyba opieńki, ale pewności nie mam!

czwartek, 30 sierpnia 2012
Się działo tu i tam!

1. Dzik!!!

Dzik jest srogi, dzik jest zły!

Dzik ma bardzo ostre kły!

Kto spotyka w lesie dzika, 

ten na drzewo szybki zmyka!

Ja nie zmykałam, bo nie umiem piąć się na sosnę lub byle świerk, ale co dostałam do wiwatu, to moje! Bo z Basikiem nad Gacno pojechałyśmy, aby grzyba dorwać, a tam zero kompletne. Tośmy po trawach i mchach hasały, a i tak na dnie koszyczków było prześwity widać. Zdenerwowane postanowiłyśmy wracać do domu, ale coś nas podkusiło po drodze, wedle ogromniastych świerczków, aby tam poszukać grzyba. Ja znalazłam kilka dorodnych sztuk, zaczęłam się zagłębiać w las, a tu jak coś nie warknie. Krzyknęłam na Basika, w odzewie ją usłyszałam, a wkrótce potem, dosłownie 3-4 metry od mła, przebiegły w popłochu dwa dziki!!!! Ludzie! Jeszcze w życiu tak nie uciekałam z lasu! Kierunki mi się popitoliły, wołałam tylko koleżankę, i rwałam do przodu, co sił w piętach! Potem Basik mówiła, że wpadłam na nią z kompletnym obłędem w oczach. A tak w ogóle, to Ona cały czas słyszała dziwne odgłosy! Była pewna, że to ja po chaszczach biegam, a to pewnie te dziki rumor robiły. W każdym bądź razie, wypadłam na ścieżkę kompletnie spocona i zestrachana. Odechciało się nam wszystkiego!

2. Leśne spotkania!

Jadąc rowerem do lasu jest lepiej, niż jeździć samochodem. Po prostu! Samochód należy zostawić na leśnym parkingu, a rowerkiem przejazd wszędzie otwarty. Spotyka się takich samych rowerzystów, jak my, względnie piechurów. I zawsze jest pozdrawianie się, oględziny zdobyczy, a także wysłuchiwanie leśnych, całkiem nieprawdopodobnych historyjek. Dziś akurat spotkałyśmy pewnego Pana, który opowiedział nam swoją historię. Mieszka w elbląskiem, a już od dwudziestu lat bez mała jeździ w nasze lasy, które poznawał od podszewki rok po roku. Ma skromniutką rencinkę, zatem od czerwca do późnego listopada przemierza Bory w te, nazad, i z powrotem! Zna tajemne miejsca na rydze, wie dokładnie kiedy zjawią się prawdziwki, nad jakim leśnym jeziorkiem zbierać brzozaki, gdzie koźlaki, na jakich trawiastych ścieżkach spotkać maślaki, jednym słowem: chodząca encyklopedia leśna! Dziadek malutki, chudziutki, ale ile leśnej wiedzy miał???

3. Było jeść tą żabę???

Hipercholesteronemię mam! Oraz otyłość brzuszną, bardo niebezpieczną!!! I czeka mnie wielkie przemeblowanie, zwłaszcza z kuchennej strony!  Wykrakał Ślubny!

Chyba się na niego obrażę!

wtorek, 28 sierpnia 2012
Domowo!

Od dwóch dni tak! Basik, z którą nad jeziorem szaleję, ma parę spraw do załatwienia, a ja mam taką konstrukcję, że nie lubię solo, bo jak szaleć, to dubelt. Wczoraj pilnowałam najmłodszej Wnusi, co się skończyło nieprawdopodobną draką, ale to temat na osobny wpis, o ile go rozgryzę. A dzisiaj chyba jakiś propelerek się do mnie przypałętał, bo od prawie ósmej jestem na nogach, i wszędzie mnie pełno!

Po śniadaniu Ślubny nad jezioro, kończyć podłogę, ja do miasta! Do banku, wyjąć pieniądze, bo trzeba nasze ubezpieczenia opłacić. Ślubny zgodził się na wszystkie płatności internetem za wyjątkiem tego powyższego. Tłumaczy ciągle, że trochę ruchu mu trzeba! No! Zastaniec taki! Potem na pocztę, wysłać zapłatę do pewnej netowej dziewiarki, która mi piękną szydełkową rzecz wykonała. Znowu słyszałam od Ślubnego, dlaczego sama nie zrobiłam sobie. A muszę sama? Nie umiem! Dawno temu tylko na drutach dziergoliłam, a teraz paluchy drętwieją, niestety! 

Potem na ryneczek, nakupować warzyw przeróżnych, bo umyśliłam sobie bigosik warzywny w wypasionej wersji. Przytargałam do domu ile się dało, ale potem to wszystko trzeba było umyć i pokroić. Kapusta ogromna wszędzie, trzeba było coś wymyślić na te pierwsze liście. To ją na dwie raty do gara  średniego wrzucałam we wrzątek, aby sparzyć, raz jedna strona, potem przewrót, i obrałam prawie do połowy. Osączyłam te liście i powędrowały w pojemniczek warzywny w lodówce, aby pojutrze poczekać na farszyk, bo wiadomo - gołąbki zrobię. W międzyczasie pokroiłam: 6 plastrów indyka w kosteczkę,  pieczarki i marchewkę na plasterki, cukinię w półplastry, seler i pietruszkę w słupki, porę we wiórki, a cebule i czosnek w piórka. Te ostatnie podsmażyłam na odrobinie oleju, po czym wrzucałam warstwami wszystkie składniki. Do tego chili, papryka słodka, sól i pieprz! Się dusi! A zapach jaki!

I kopertki dwie duże, bąbelkowe, wracając z miasta, kupiłam. Do książek już przeczytanych, których całą ogromną pakę dostałam przed weekendem ze stolicy, z których część już przeczytałam, i zadość obietnicy czyniąc, muszę je za Bałtyk posłać. W części, bo reszta w czytaniu. Wspomnienia pewnej Polki z pracy w Niemczech, jako pani do sprzątania, infantylne bardzo, napisane na poziomie uczennicy z siódmej klasy, i zupełnie nie rozumiem, dlaczego w Niemczech to bestseller! Ale nie mnie sądzić o niemieckich gustach, chociaż tam bywam od ładnych paru lat. Nawet pomyślałam sobie, że gdybym ja opublikowała moje blogowe opowiastki o pracy, jako opiekunka staruszków, kto wie, czym by się to skończyło. Hi,hi,hi! Spokojnie! Nie mam zamiaru sprawdzać! Za to książki Katarzyny Michalak - rewelacja. Płakałam i śmiałam się na przemian,czytając, aż Ślubny czasami sprawdzał, czy aby dobrze się czuję. Przeczytałam też jedną z trzech wspomnieniowych książek o Magdalenie Samozwaniec. Tą, która jest autorstwa jej trzeciego męża - Zygmunta Niewiadowskiego. I zabrałam się na wspomnienia o Magdalenie , których autorami są jej przyjaciele, literaci, satyrycy, pisarze i osoby zupełnie prywatne.  "Zalotnicę niebieską" zostawiam sobie na deser! No, ale te przeczytane, już w drodze do Szwecji!

Ja tu sobie piszę, a przypomniało mi się, że rankiem Ślubny zameldował, iż w siwaczku glinianym ogórasów małosolnych smętne resztki. To macham do wszystkich, ale powinności domowe mają dzisiaj u mnie priorytet i ponownie na ryneczek skoczyć muszę! A ! I niepokój, drążący moje jestestwo o wyniki badań, swoje robi. Nosi mnie po prostu, bo Ślubny już przepowiedział, że skoro z Niemiec wróciłam obszerniejsza, to pewnie cholesterol będzie hulał u mnie ! A jak wykraka, to co???

poniedziałek, 27 sierpnia 2012
U lekarza!

Doszłam do wniosku, że warto byłoby zrobić sobie podstawowe badania, bo jak sięgam myślą, ani rusz nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz je miałam! A lepiej późno, niż wcale, bo w końcu w pewnym wieku warto już wiedzieć, co tam nam w środeczku "gra", co chodzi " nie teges" i co warto naprawić.

To poszłam w piątek do poradni. Do mojego lekarz rodzinnego, a raczej lekarki!

- Dzień dobry Pani Doktor? - z uśmiechem się witam.

- Dzień dobry! - chwila spojrzenia w ekran komputera. Co tym razem? - pada pytanie.

- Chciałabym prosić o skierowanie na badania podstawowe, czyli lipidogram, cukier i tarczyca! 

- A Pani  się źle czuje???? - pada pytanie i pełne troski spojrzenie Lekarki kieruje się na mnie.

W tym momencie wymiękłam, bo czarno na białym, na mur-beton było w kompie, że na przestrzeni przynajmniej ostatniego dziesięciolecia nic nie miałam badane, a tu takie kuriozalne pytanie, i to od własnego lekarza!

Widocznie moja mina mówiła za wszystko, bo skierowanie otrzymałam w tri miga.  Dzisiaj rano pobrano mi krew, zostawiłam też pojemniczek z nocnym moczem. I teraz co? Mam się zacząć bać?

Wyniki pojutrze!

niedziela, 26 sierpnia 2012
Lato w mieście!

Od przeszło ćwierćwiecza lato dla naszej rodzinki, to jezioro, z początku mała działeczka z niewielkim domeczkiem, potem większa działka w domkiem większym i udogodnieniami cywilizacyjnymi, o których początkowo się nie myślało, bo co to za problem myć się w misce, a prać ręcznie w dużej balii. A przecież doszedł tylko prysznic, większa kuchnia i parę metrów tarasu, i nie ważne, że ten taras był trochę krzywy, ale był nasz, a wieczory romantyczne i śniadanka poranne to było coś, czego nie oddalibyśmy nikomu na świecie.

Lato w mieście wtedy oznaczało tylko kurz, spalone słońcem trawniki na osiedlu, smętnie snujących się mieszkańców, ospałych od uciążliwego żaru, chmary wrzeszczących dzieciaków i zazdroszczące nam naszego raju sąsiadki! Miasto w tym czasie to tylko miejsce, do którego wpadało się jak po ogień, bo trzeba coś urzędowego załatwić, odebrać pocztę, podlać kwiatki, zabrać coś zapomnianego, czy przespać krótką noc, bo coś działo się ciekawego, na co warto było wybrać się znad jeziora. 

Potem zaczęłam jeździć do Niemiec i lato dla mnie, to od wielu lat loteria. Jest, albo i nie ma. Po ostatnich dwóch latach, jest! I to jakie? Wprawdzie w mieście, bo póki co w naszym wymarzonym domku Ślubny pracuje nad stropo-podłogą, gdyż normalny, cementowy strop   nie wchodzi w rachubę, aby nie obciążać fundamentów na pobagiennym gruncie.  A nad jeziorem i w mieście dzieje się, a dzieje! Jak wiecie wszędzie mnie pełno i parę relacji z imprez już było, ale czas biegnie z szybkością światła, zatem trudno ze wszystkim nadążyć. 

Byliśmy na szantach. Wprawdzie to już nie te, które drzewiej bywały, kiedy do połowy nocy śpiewało się, wybijało rytm obolałymi dłońmi, tańcowało pod estradą, względnie na trawie,a w porywach i na scenie, próbując podołać irlandzkim rytmom, Ale trzeba przyznać, że duch w narodzie, zwłaszcza starszym, nie ginie, a najlepsze jest to, że w tą typowo dawniej męską dziedzinę muzykowania, śmiało włączają się panie. Mnie ujęła zwłaszcza gliwicka grupa "Indygo" śpiewająca szanty tak, jak należy, czyli a capella!

Nie zabrakło oczywiście podkasanej muzy, zaliczyliśmy więc także kabaretową walkę między kabaretem Jurki

a kabaretem Nowaki.

Oczywiście był remis, a śmiechoterapia , jak zwykle zrobiła swoje! :-)))

A wczoraj? Wczoraj to się działy zupełnie niespodziewane sprawy. Późnym popołudniem dostałam telefon, czy jestem w domu, i czy można do mnie wpaść? A pewnie! Bo pytał ni mniej, ni więcej, tylko Krogulec, który przejeżdżał przez moje miasto, w drodze z Wybrzeża do siebie. To poznaliśmy przesympatycznego internetowego Kolegę i jego przemiłą Małżonkę! Szkoda tylko, że wpadli jak po ogień, zdążyliśmy tylko wypić kawkę i odrobinę pogadać. Ale wychodzi na to, że to nie będzie nasze ostatnie spotkanie, i dobrze!  

Pod wieczór poszliśmy do staromiejskiej fosy, gdzie odbywał się turniej rycerski. Były walki na miecze,

strzelanki z kuszy i łuków, które czynili nie tylko średniowieczni woje, ale i białogłowy.

Była historyczna inscenizacja z czasów wojny 13-letniej, za panowania króla Kazimierza Jagiellończyka, czyli próba zdobywania murów miejskich bronionych przez załogę Krzyżaków, którzy w końcu poddali się czeskiemu dowódcy wojsk polskich - Duninowi!

i były występy grupy Gryfa z Bytowa, czyli nielicznej w kraju grupy Esbandieratori.

Kapitalne widowisko, wywodzące się swoim rodowodem z renesansu, a konkretnie z Toskanii! Do tego jeszcze dołączyła żeńska grupa baletowa i miks damsko-męski, prezentujący elementy faiershow!

Dzisiaj wieczorem jeszcze, w Bazylice miejskiej, koncert organowy i chóry w ramach Bałtyckiego Festiwalu Muzyki Poważnej, oraz miejskie zakończenie lata, czyli późnowieczorne seanse teatrów ulicznych!

piątek, 24 sierpnia 2012
Pamięć - sierpień nastolatki!

W nieruchomym skwarze sierpniowego południa sterczą świeże ścierniska. Tężeje zapach przypalonej słońcem słomy, zboża, rozgrzanej ziemi, kurzu, jabłek, zupy jarzynowej zabielanej swojska śmietanka, ugotowanej przez Babcię Stasię.

Zaraz przybiegnie z sąsiedztwa Hanka z mysimi kucykami i powie: szykuj się na Głęboczek. Włożę kostium kąpielowy, w duże kwiaty, dwuczęściowy, za duży na moim dopiero co paczkującym biuście. Do siatki zapakuję ręcznik, szczotkę do włosów, majtki do przebrania, krem nivea i książkę, a Hanka koc też majtki i karty. I narwiemy ze starej czereśni,owocującej aż do września, czerwonych owoców, które będą zamiast podwieczorku i picia. Nad jeziorkiem w prawie centrum miasteczka rozścielimy koc w zielono-beżową kratę i będziemy kąpały się w wirach i na głębokim, suszyły włosy i opalacze, odwracając się do słońca przylepionego do wieży niedalekiego kościoła, będziemy grały w wojnę i cygana, jadły późne czereśnie i pluły pestkami do wody, która dalej. Może później przyjdą chłopaki, to zagramy w makao, a późnym popołudniem, zanim opadnie wieczorna rosa, pójdziemy z nimi zwozić do stodół zboże na młockę. Między ostrymi źdźbłami rżyska będą skakały chłodne zbożowe żaby, całe w brunatnoczerwone plamy, a kiedy wieczorem będę myła nogi w niebieskiej miednicy Dziadka Waleriana, i wycierała je ręcznikiem do nóg, to zobaczę, że kostki mam w czerwone, piekące cętki, krwawiące ślady po ścierniskach.

Po kolacji będę czytać do późna w kuchni, przy stole obleczonym świeżą ceratą, ogród będzie szumiał w ciemnościach za czarnym oknem, czasem tylko usłyszę dudnienie pociągu przejeżdżającego tuż za płotem obrosłym krzewami porzeczek i agrestów, potem zmówię pacierz, bo u Dziadka tak trzeba, razem z "Aniele Boży" i "Wieczne odpoczywanie".

Jeszcze trzeba pójść na górkę po trzeszczących schodach i położyć się na drewnianym łóżku w niewielkim pokoiku. Łóżko z olchowego drewna ma niewygodny, zimny siennik z prawdziwej słomy, do tego ciężką pierzynę, za wielką i za ciężką na letnie, sierpniowe noce. I nie zasnę pół nocy, wsłuchując się w odgłosy strychu, który cały będzie chrobotał i chrzęścił od nocnych wędrówek szczypawek, korników i innych chrząszczy. Będzie drgał od ich chrupotania i wgryzania się chitynowymi szczękami w stare, zmurszałe deski  minuta po minucie, a te minuty będą coraz wolniejsze. Dopiero przed świtem, gdy dziadek już wstanie, słoma w sienniku będzie rozgrzana, a pierzyna wystygnie, zasnę snem sprawiedliwym, i dopiero głośne wołanie Babci, że mleko gorące już w kubku i chleb z marmoladą domowej roboty czekają, obudzi mnie na późne śniadanie. A ja się będę cieszyć, że Dziadek nie nazwie mnie darmozjadem, bo taki epitet ma dla chłopaków, moich Braci i Kuzynów, i to ich zawsze gonił skoro świt do roboty przy obejściu.

Zaczął się nowy, upalnie sierpniowy dzień!

Ile to już lat minęło, i rok w rok się przypomina? A kto by zliczył?

czwartek, 23 sierpnia 2012
Czarny humor i grzyby !

Kiedy trafiła mi się ogromna kania, chciałam dla porządku sprawdzić u wujka Google, czy aby na pewno mam prawidłowy grzybek. Oczywiście zapomniałam. Skleroza! Dopiero późno po kolacji zajrzałam do netu i...... przestraszyłam się nie na żarty, bo okazało się, że istnieje bardzo podobna kania czerwieniejąca, o której zupełnie nie miałam bladego pojęcia. Ło matko pojedyncza! Nie patrzyłam przy jej dzieleniu, czy wydziela się pomarańczowy sok! Zatrułam pewnie Ślubnego! Siebie przy okazji też! Siedziałam do późnej nocy i wsłuchiwałam się w siebie, a także odgłosy z sypialni, gotowa w każdej chwili na jazdę do szpitala. Nic się jednak nie działo, na szczęście oczywiście! Zaczęła mnie z tego wszystkiego głowa boleć, i już byłam gotowa zwalić to na zatrucie, ale jakoś przywołałam się do porządku. Prawie bladym świtem położyłam się, ale i tak sen odszedł sobie za góry, za lasy ( nomen omen )! Przy śniadaniu Ślubny zagadał, że chyba nie miałam dobrej nocy, bo wory pod oczyma, i jakoś taka "wymięta" jestem. Co miałam mówić? Nie przyznałam się do niczego, ale co stracha miałam, to moje!

Za to nad Wielkim Gacnem nakosiłyśmy wczoraj z Basieńką czarnych łebków, że hej! Parę brzozaków, jedna miodówka i sporo kurek też było nie od parady. Dwa sita do suszenia nam wyszły!

Dziś jedziemy na Strugę siedmiu jezior!

środa, 22 sierpnia 2012
Mniam!

To było  wczoraj.

Rosła sobie przy samej drodze, w rowie, wśród traw. Znalazła się w zasięgu mojego wzroku,

a potem wylądowała na stole, potraktowana jajeczkiem oraz bułką tartą. Na koniec, po usmażeniu wylądowała na naszych talerzach w charakterze pysznej kolacji! A ponieważ była tylko jedna, podzieliliśmy ją sprawiedliwie po połowie.

Bardzo smaczny grzyb  Czubajka Kania, popularnie u nas zwana "Sową". A dzisiaj śniadanie z jajecznicą. Dodatek? Kurki i maślaki!

I już jedziemy nad jezioro. Ślubny na budowę, a ja do lasu. Na grzyby!

poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Lobeliowo!

Postanowiłyśmy dzisiaj z Baśką, że będziemy poznawać nasze lasy od podszewki. Czyli jeździć takimi ścieżkami,  które są niedostępne dla ruchu kołowego, z wyjątkiem rowerów . Wiadomo, to teren Parku Narodowego "Bory Tucholskie". I oczywiście, po kilku kilometrach, w przepastnych czeluściach boru znalazłyśmy cudowne jeziorko lobeliowe, które jak potem sprawdziłam na mapce, nazywa się Wielkie Gacno!

Jeziora lobeliowe to miękkowodne, oligotroficzne jeziora o dużej czystości wody, które wyznacza się za pomocą kryterium florystycznego, czyli obecności jednego z trzech gatunków wskaźnikowych, jakimi są:lobelia jeziorna, poryblin jeziorny i brzeżyca jednokwiatowa.

Jeziora takie sa położone na siedliskach borów sosnowych, borów mieszanych i kwaśnych buczyn.

Strefa brzegowa wykazuje torfowiskowy charakter, spotyka sie tu także turzyce bagienne, widłaczki torfowe oraz rosiczki: okrągło-i długolistną. Nad brzegiem, na polanie jest miejsce na odpoczynek, wokół nieprawdopodobna cisza, jagody i grzyby. Już mamy zaplanowane częstsze wizyty całodniowe nad tym jeziorkiem, chociaż nie wolno tam się kąpać i obowiązuje cisza!

niedziela, 19 sierpnia 2012
To były dwa cudownie krótkie dni!

Bydgoszcz zmieniła się bardzo od czasów, kiedy w niej ostatnio bywałam.

To pięknie odrestaurowany hotel "Pod Orłem".

Okazało się, że z moimi Kuzynkami nie widziałam się prawie 10 lat! Straszne !!! Z Włoską mogłabym zrozumieć, o ile by nie przyjeżdżała do kraju, a przecież jest co roku. Ale z Gdańską dlaczego tak wyszło, nie mam zielonego pojęcia. Skłonna chyba jestem stwierdzić, że nagle wszystkie trzy dojrzałyśmy do takiego spotkania.

Odnowione spichrze nad Brdą!

Było rewelacyjnie!  Spokojna uliczka w jednej z najstarszych dzielnic miasta, stary domek sprzed II wojny św., ogromny ogród pełen drzew owocowych, których odmian jabłoni  już nie uświadczysz, rozłożysty orzech na podwórzu, pod nim stół i krzesła. I my cztery. Ciocia, Kuzynka Włoska, Kuzynka Gdańska, jej najmłodszy Syn, i ja! Tyle śmiechu, wspomnień różnych, wpierw dziecięcych a później z wieku dojrzalszego, odkrywanie tajemnic rodzinnych nie tylko przez nas, ale przez Ciocię, anegdoty, szukanie śladów dawnych przodków, nikłych śladów ich obecności w naszym życiu, opowieści o naszych rodzeństwach i różnych perygrynacjach rodzinnych. 

Opera "Nova" od strony Wyspy Młyńskiej!

Dzisiaj wspólne konstatacje, że człowiek w pewnym wieku zaczyna się bardziej skłaniać ku tajemnicom duchowości, wspólne pójście na mszę, przeżywanie słów kazania, łzy w oczach i dławienie w gardle podczas śpiewów pieśni znanych z dzieciństwa, potem odwiedziny na grobach tych, co odeszli, bliskich bardziej czy mniej!

Kościół Farny!

Jestem pełna niedosytu po tym pobycie. Myślę sobie, że moje Dziewczyny, Kochane Młodsze Kuzynki, też! Najważniejsze, że znowu się odnalazłyśmy i nie damy się nam znowu stracić z oczu!

 
1 , 2
Archiwum