Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 30 sierpnia 2011
Ordnung!

Dziadki, to Rodzeństwo.

Herr, mimo tego, że o 4 lata starszy od siostry, postawny i pełen werwy, ale także bardzo wobec niej opiekuńczy. Póki co, za wcześnie o zagadywanie o ich stan rodzinny, ale coś mi się wydaje, że oboje są ludźmi samotnymi chyba od zawsze. Przynajmniej na to wygląda, gdy widzi się na fotografiach tylko ich Rodziców. Prócz tego Herr jest wobec mnie miły, życzliwy, uważający, a czasami wręcz szarmancki. Nie zmienia to jednak faktu, że ma u mnie przechlapane za te telefony. Całe szczęście, wróciła wczoraj szefowa pielęgniarek i będzie załatwiać. Ciekawe, jak długo, bo już uprzedziła, że dostała wiadomość od Tiny o tych rozmowach, ale zrezygnowała z połączenia z Telekomem po 30 minutach bezowocnego oczekiwania. Poradziłam jej, aby załatwiła przez internet. Pozostaje mi więc czekać na wiadomość, kiedy mogę dzwonić do kraju.

Frau praktycznie cały dzień siedzi w fotelu. Jedynie trzymając się moich rąk, powolutku, kroczek za kroczkiem przesuwa się w kierunku kuchni lub toalety. W łazience posługujemy się małym rolsztulkiem. Już w pierwszym dniu od Tiny dostałam dokładny wykaz czynności dziennych oraz plan obowiązków tygodniowych, który trzeba przyswoić na blachę. Wypisane jest tam po kolei każda czynność przy budzeniu, wstawaniu, ubieraniu specjalnych pończoch ( na te pończochy trzeba co najmniej 10 minut, tak ciężko ubrać, bo są strasznie obcisłe ). Mycie jest tez dokładnie opisane, co najpierw, co potem, jakie kremy tu, jakie tam. I nie wolno się pomylić. Zaraz Frau się denerwuje i prosi, aby następnym razem zrobić to, czy tamto tak, jak napisane. To samo z planem tygodniowym. Wiem, w który dzień mam sprzątać salon, w który sypialnie obojga, kiedy parter i schody. W które dni zmieniać ręczniki, a w które lapki, ścierki i szmatki. Kiedy i co prać, a kiedy prasować. Jakie i jak często kwiaty podlewać. Oczywiście też muszę to mieć w małym paluszku, każde odstępstwo jest traktowane, jakby co najmniej dom miał się z tego powodu zawalić. Jak mi się w pierwszych dniach pomyliły kolejności, już Herr stał nade mną i domagał się zmiany.

 

Całe szczęście, że do zakupów i kuchni nie mają zastrzeżeń. Prócz mnie, raz w tygodniu przychodzi Tina , która kąpie Frau. Do tego dwa razy w tygodniu, specjalistka od masażu limfatycznego, to do Frau brzucha i nóg. Tyle samo przychodzi Weronika ( szefowa opiekunek ), która robi zakupy hurtowe, segreguje leki dla Frau, zajmuje się finansami i sprawdzaniem, jak wszystko "hula". Co dwa tygodnie wizytuje Frau jej osobisty lekarz. Prócz tego od czasu do czasu wpadają różni sąsiedzi lub znajomi, słowem są dni, że jest tłok jak na małym dworcu. Całe szczęście, że za odźwiernego robi Herr, bo gdybym ja musiała drzwi co rusz otwierać, dostałabym szału.

Ale najlepsze, co się dowiedziałam, to fakt, że w każdy wtorek  ( prócz najbliższego, bo Tina ma urlop) od godziny 9-tej mam wolne. Do końca dnia! Jak to usłyszałam, to myślałam, że przewrócę się z wrażenia. Jednak to prawda najprawdziwsza. Dzisiaj właśnie miałam taki dzień. Opiszę to w następnym wpisie, bo mi się bateria wyładowała w aparacie, a trzeba masę zdjęć poprzeglądać. A nie, nie powiem jeszcze, gdzie byłam! :-)))) Trzeba trochę poczekać! 

piątek, 26 sierpnia 2011
Aklimatyzacja trwa!

Jakby mi ktoś wcześniej powiedział, że będę wykorzystywać  swoje dwie godziny popołudniowej przerwy na spanie, to w życiu bym nie uwierzyła! Ale to prawda najprawdziwsza! I w nocy też śpię, jak zabita!  Niesłychane!

Ale spokojnie! Żyje, nabieram rozpędu, jeszcze ciut - ciut, i będzie normalnie!

Jakby co! To letę babkę obmywać i toalety przeróżne wyczyniać, a potem sama w kimono!

Dobranoc!

czwartek, 25 sierpnia 2011
Lekkie zgrzyty!

Pierwszy!

Doktor S. tylko mnie wprowadził do domu i ulotnił się, jak obłok pary! Za trzy minuty wiedziałam, dlaczego? Otóż! Przedstawiciele niemieccy mojej firmy twierdzili, że jadę do babci, a zobaczyłam i babcię, i dziadka. Rodzeństwo. Ona 86 lat, On 88. I to Ona wymaga opieki. Znam to ja, znam dokładnie. Nic się nie mówi, że jest dwójka do obsługi, tylko udowadnia, że jedno wymaga opieki. Tak jakby staruszek sam sobie wszystko robił, czyli osobno gotował, robił zakupy tylko dla siebie, prał, prasował swoje koszule i sprzątał po sobie!

Dzwonię wczoraj do firmy z zapytaniem, co w związku z tym? Czy dostanę wyższe uposażenie? Szlag mnie trafił wręcz, gdy usłyszałam, że nie mam być drobiazgowa, bo przecież używając do gotowania zupy jedną, czy dwie łyżki czegoś tam więcej, to chyba nie stanowi różnicy! Ja tam nigdy orzeł z matematyki nie byłam, ale do dziś wiem, że jeden nie równa się dwa! No, chyba że wynaleziono jakąś nową matematykę! I to nie ma nic do rzeczy, że dziadki oba są miłe. Jakieś zasady chyba obowiązują!

Drugi!

Nie ma możliwości dzwonienia do kraju. Nie, i koniec, bo według dziadka to za drogo kosztuje, mam używać komórki! Nio! I połowę zarobku stracę. Jestem zwierz towarzyski, uwielbiam gadać do imentu, długo i namiętnie, nigdzie nie miałam z tym problemu. Tu jest! Na terenie Niemiec też mi nie wolno! Również za drogie. I nawet nie da sobie wytłumaczyć, że jak ktoś dzwoni do mnie, to On nie płaci. A jest o tym święcie przekonany, bo te kilka telefonów, które przyjęłam z Niemiec, to prawie go o palpitację serca doprowadziły. A mnie to zwisa i powiewa! Znowu zadzwoniłam do firmy, kazali używać taniego prefixu, ale co z tego, skoro dziadek się nie zgadza. Trzyma telefon przy sobie i koniec. Przecież nie będę się z nim o to bić. I nie będę robiła podchodów, że jak ktoś do mnie z Niemiec zadzwoni, zaraz potem będę dzwoniła do Polski, niby, że tamta rozmowa nie jest jeszcze zakończona. Podpowiedziała mi moja wprowadzająca, niemiecka pielęgniarka, że załatwić to powinnam z jej szefową, która akurat jest na urlopie, ale dopiero w poniedziałek się pojawi. Bo ta szefowa prowadzi buchalterię rodziny, jest dość przystępna, więc tylko Ona może to załatwić. Cóż. Pozostaje tylko czekać!

Wrrrr!

środa, 24 sierpnia 2011
Podróż do Bonn!

Musze opisać tą podróż, bo z wielu względów była ciekawa. 

Wiadomo, że mam swoje lata, zatem dostaje człowiek czasami, a zwłaszcza przed podróżą kołatania przeróżnego, a efektem tego są przedziwne zachowania tegoż człowieka. Z firmy, jak wiecie, dostałam wypis w niemieckiego rozkładu jazdy, z którego wynikało między innymi, że na przesiadkę w Monachium będę miała całe 10 minut czasu. Jakoś mi te 10 minut nie za bardzo pasowały, zatem poprosiłam jedną bystrą Bloxiarę, coby mi wynalazła wcześniejsze dojazdy. Znalazła, a jakże, ale trochę się podroczyła ze mną, że przecież nie muszę się martwić, na dworcu w Monachium są schody ruchome, windy, i żaden problem szybko się przemieścić. Jak mówią mądrzy Indianie " Bóg strzegł" i wyruszyłam ku nowemu o dwie godziny szybciej, niż mi podano. I dobrze. Bo skoro do tej pory, człowiekowi wożono walizy, a teraz sam musi targać i walizę, i laptop starej daty, a więc ciężki, do tego torbę podręczną z krzyżówkami na drogę oraz piciem i jeściem, a temperatura na dworzu przypomina raczej Afrykę, i człek się grzeje, i ledwo dyszy, a na dodatek ręce mi odmawiają posłuszeństwa, to nie dziwota, że odcinek normalnie przechodzony w 15 minut, trwał prawie godzinę! Na miejscu okazało się, że w takiej dziurze mogę tylko sobie bilet do Monachium kupić, a o całą resztę zadbać trzeba na miejscu. Ok! Wysiadłam w Monachium, idę w jedną stronę, windy i schody nie działają. Idę w drugą, to samo. O żesz! Jak wtaszczyć bambetle na górę? Bierz się kobieto i walcz, podkopuj nogą walizę co stopień, trzymaj coby nie spadła i leź za nią, i pnij się do góry! Na szóstym stopniu, który mi został do pokonania, pojawiło się młoda dziewuszka i zaproponowała pomoc. Może w innym wypadku bym powiedziała z uśmiechem: nie dziękuję, poradzę sobie. Ale w tym wypadku nawet mi to do głowy nie wpadło. Jak to dobrze czasami wyglądać staro! :-)))) Znalazłam centrum info, kupiłam bilet, doczłapałam się do schodów i zwichnęły mi się tragi walizki. Szlag by to! Jak to diabelstwo wcisnąć, aby nie nosić, tylko ciągnąć? Jakoś przebrnęłam przez to, doturlałam się ku stanowisku - ostatnim na ogromnej hali pełnej platform i huczących pociągów, i zastygłam w błogości siędzenia na ławce. Mogłam oddychać pełną piersią przez prawie godzinę. Ale za niedługo zaczęły się komunikaty, że pociąg będzie miał 15 minut opóźnienia. Aż mi się wierzyć nie chciało, że tutaj też się to zdarza. Fakt, powtarzano to co jakiś czas, gorąco przepraszając. A ja sobie powiedziała, że jednak dobrze, iż przyjechałam wcześniej, bo w przypadku innym, gdyby opóźnienia nie było, za żadne skarby nie zdążyłabym w czasie przesiadki

W końcu podjechał stalowy rumak, znalazłam się w wagonie, jadę! Po godzinie okazuje się, że nie działa klima. Nie minęło długo, gdy zjawili się dwaj panowie konduktorzy, taszcząc dla podróżnych skrzynki z wodą. Proponowali, aby w miarę możności przesiadać się do innych wagonów, a sami przede wszystkim szukali i przeprowadzali w nowe miejsca matki z dziećmi! Potem przynieśli kawę! Pełna kultura, a co! Ja już nie wspomnę, że jechało się super cicho. Szybkość na pewnych odcinkach była duża, ale poza tym, nie ma porównania do naszych pociągów, hałasujących tak w czasie jazdy, że własnych myśli się nie słyszy! A na dwie godziny przed końcem jazdy wjechaliśmy na trasę prowadzącą nad Renem. Bosz! To były widoki! Cudo! Zresztą popatrzcie sami!

Na dworcu w Bonn odebrał mnie bardzo sympatyczny doktor S. Jazda na moje nowe miejsce jego samochodem, i rozmowa z nim, to była przyjemność! Trochę mniej przyjemnie zrobiło się później, ale o tym ciąg dalszy nastąpi!

wtorek, 23 sierpnia 2011
Ciekawostki!

Miało być więcej wpisów, ale nie będzie. Wiadomo, dlaczego.

Po prawej stronie, od góry, idąc w dół, trzecia loggia, to my!

Przy tych cichutko szumiących fontannach, lubiłam sobie przysiadać w tym czasie, kiedy Babcia nie miała rolstuhla. 

Ten zegar codziennie przyprawiał mnie o palpitacje serca. Przez trzy tygodnie nie mogłam się przyzwyczaić do śpiewu amerykańskich ptaków. Niektóre hałasowały okropnie i nie raz podskakiwałam w kuchni przy przygotowywaniu posiłków! Jak kto ciekawy, to podaję nazwy ptasich śpiewaków, a co, poszperałam w necie, a jakże. Zatem, idąc od godz 12 za ruchem wskazówki zegara, mamy: zięba domowa, drozd wędrowny, kardynał szkarłatny, sójka błękitna, strzyżyk śpiewny, sikora dwubarwna, wilga, synogarlica okularowa, sikora jasnoskrzydła,, ponownie kardynał, ale w szacie godowej, posówka białogardla, kowalik karoliński.

Babcia uwielbiała mnie zaskakiwać. Zwłaszcza widokami, które tutaj tworzyły się szybko i w odpowiednim rozmiarze. Bo akurat szła burza z gór, błyskało, grzmiało, i sie rozchodziło po kościach. Zostawała piękna tęcza!

To dla mnie rewelacja. Nigdzie dotąd czegoś takiego tu nie spotkałam. Na wszystkich ścieżkach spacerowych, gdzie wiadomo, że prócz normalnych spacerowiczów i rowerzystów są właściciele psów, widziało się z jednej strony taki znak.

A z drugiej strony takie oto urządzenie. Wystarczy wziąć woreczek, zabrać to, co zostawił czworonożny, szczekający pupil, i wrzucić do tegoż samego pojemnika! Proste, prawda? 

Na koniec, zakole rzeczki, która z jednej strony wije się wokół Puchheim. Jest trasa spacerowa, są ławeczki, są urządzenia dla właścicieli piesków, i jest coś, co pozwala utrudzonym codziennym dniem spacerowiczom poddać się ozdrawiającej sile wody. Rzeczka jest kamienista, woda bardzo czysta, nurt dość szybki. Każdy może sobie w tym właśnie miejscu zejść po schodach, zdjąć buty, przytrzymać się barierek, i  poczłapać po kamieniach, które służą za doskonałego masażystę. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Jak w kalejdoskopie!

Ranek. Obudziłam się o zwykłej porze, i dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że przecież jestem sama w mieszkaniu. Dziwne uczucie ogarnia człowieka, gdy jest sam, było - nie było, w obcym mieszkaniu. Nawet śniadanie mi nie smakowało. 

Zadzwoniła Babcia. Ma złamane biodro!!! Konieczna jest operacja, którą będzie miała jeszcze w tym tygodniu. Potem czeka ją rekonwalescencja i rehabilitacja. Zatem nie wróci do domu prędzej, jak pod koniec września. Jejciu! Aż przysiadłam z wrażenia. Teraz rozumiem, jak bardzo musiała cierpieć z bólu. I dobrze, iz zmusiłam ją do dzwonienia po pomoc, bo kto wie, jak to wszystko by się skończyło! 

Za chwilę zadzwoniła Dżudi ( wnuczka ), podyktowała mi, co mam przygotować. Bo Ona wpadnie po pracy, oczywiście prędzej, jak normalnie by to było, ale się zwolni parę godzin, i razem pojedziemy do Babci z wizytą. W międzyczasie wykonałam telefon do mojej firmy niemieckiej, informując o wszystkim, z zapytaniem, co mam robić?  Jechać do domu, czy czekać na nową propozycję? O dziwo, odpowiedź była natychmiastowa. Akurat potrzebna jest opiekunka w Bonn. Wszystko prześlą mi w mailu! Ufff!

Dżudi przyjechała ze swoją Frojndką Irene. Zrobiłam kawę, podałam ciasto ( druga połowa biszkoptu z ubiegłego tygodnia, z jabłkami i galaretką cytrynową, naszą polską, którą dosłał mi Ślubny). Ochom i achom nie było końca! Prawie połowę blaszki dałam Dziewczynom, bo co ma się marnować, skoro Babci nie będzie. Pojechałyśmy starym bmw. Ale miał kopa! Z tej Dżudi to niezła aparatka jest! :-)))) 

Babcia leży w klinice uniwersyteckiej w Monachium, na oddziale ortopedii. Jest w dwuosobowym pokoju, co niezbyt jej pasuje, bo przecież, jak opowiadała, co roku lądowała w szpitalu i zawsze brała pojedyncze pokoje. Kazała sobie załatwić kartę telefoniczną i kartę do oglądania tv. Potem mnie wydała kilka poleceń do wykonania w mieszkaniu, pewnie z obawy, abym się nie rozpuściła w bezczynności. Powiedziałam, że wracam do domu. Nie chcę palić mostów. Jeśli mam wrócić w styczniu, to po co opowiadać, że jedzie się w inne miejsce. Poprosiła, abym zadzwoniła do niej, czy szczęśliwie dojechałam. Oczywiście, że obiecałam, powiedziałam nawet, iż mam nadzieję na nasze spotkanie się w styczniu. Babci łezka zakręciła się w oku, i zaczęła mówić, jak bardzo boi się tej operacji, bo jej młodsza o 5 lat koleżanka miała taką samą, a w dwa tygodnie potem umarła. Jasne, że próbowałam ją uspokajać, ale czy to coś dało, nie wiem. W międzyczasie wróciła Dżudi, która była na poszukiwaniach lekarza. Po niecałej godzinie przyszedł lekarz, przywitał się z nami wszystkimi, pokazał zdjęcie rentgenowskie babcinego biodra, i nie było żadnej wątpliwości, iż operacja jest konieczna, bo inaczej grozi Babci unieruchomienie w łóżku. 

Pożegnałam się z Babcią serdecznie. I Ona, i Dżudi są przekonane, że się spotkamy. Oczekiwać mnie będą z radością! No! Siem wzruszyłam! W końcu stara baba jestem, a w tym wieku to oczy się bardzo szybko pocą!

Po powrocie odczytałam maila z firmy! Jadę jutro, po obiedzie do Bonn, do staruszki w wieku 86 lat, sprawnej umysłowo, chyba także z osteoporozą, bo chodzi przy balkoniku. Dostałam wypis z rozkładu jazdy, o co zresztą wcześniej poprosiłam. Podróż będzie trwała prawie 7 godzin, a na miejscu odbierze mnie jakiś Herr Doktor! Łoj!

Zabrałam się więc za porządki, mycie okien, pranie, układanie w szafach, wyrzucenie plastików, bio-śmieci i szkła, każde w inne miejsce, porządkowanie lodówki i zamrażarki, opisywanie zamrożonych potraw, polskich oczywiście. Niech sobie babcia poje, jak wróci! Potem zdałam relację z postępów sprzątania, i oczywiście pożegnałam się telefonicznie, serdecznie z Babcią. 

A potem całe stado telefonów!

Od pewnej super Babki. Pogadały my sobie od ucha! Potem z  Ameryki! Już ze skromności wielkiej, swojej, osobistej, nie napiszę nic z tego, co usłyszałam od babcinej Córki! :-)))) Następnie telefon od Dżudi, życzy mi dobrej podróży, i oczywiście przyjdzie do mieszkania Babci i weźmie z lodówki to, co tam jest, bo po co ma się zmarnować tyle jedzenia!

I jeszcze jeden, i jeszcze! 

A potem się zbuntowałam, i stwierdziłam, że mi się coś od życia też należy. Poszłam na deptak, do włoskiej lodziarni. Zamówiłam cudo lody z macchiato i furą rodzynek. Pożarłam wręcz! I ledwo dycham! Jeszcze muszę się spakować! Ratunku!

Jak mi się uda, wrzucę przed wyjazdem wpis z ciekawostkami z Puchheim. 

niedziela, 21 sierpnia 2011
No i zabrali mi babcię!!!

Już od rana coś niedobrego się działo z lewą nogą Babci. Każdy krok, to ogromny ból i rozpaczliwy jęk! Dotrwałyśmy do obiadu, który zjadła z wielkim apetytem, potem godzina przerwy i jedziemy na spacer. To był koszmar. Każde zachybotanie rolstuhla na nierówności terenu sprawiało, że babcia głośno jęczała z bólu. Czasem tak głośno, że aż nieliczni o tej porze dnia przechodnie, oglądali się za nami, a ja czułam się tak, jakbym to ja była winna. Bardzo długo szukałyśmy nie tylko wolnej, ale i ocienionej ławeczki. W końcu się udało. Zero ruchów u Babci, więc rozmowa toczyła się, a toczyła. To znaczy, Babcia wspominki robiła i opowiadała o różnych swoich przyjaciółkach i ich przywarach, Potem przyszła kolej na siostrzeńców i siostrzenice, wreszcie na jej samotne przez wiele lat życie. Nigdy się nie pytałam, dlaczego na wystawce rodzinnych fotografii są tylko dwa zdjęcia z jej mężem: jedno ze ślubu ( Babcia wyglądała przepięknie ), a drugie tylko jej mąż w mundurze Wermachtu. Teraz wiem, dlaczego. Zakochali się przed wojną, w 1940 wzięli ślub, za 9 miesięcy urodziła się im córka, a w 1944 jej mąż zginął w Chorwacji. Do dzisiaj tam nie była. Mówiła mi, że namawiano ją, aby pojechała w to miejsce, gdzie zginął, ale Ona nie chciała. Bo po co, skoro to miejsce, to teraz ulica. Gdzie ma szukać śladów swego ukochanego męża! I nie wchodzi w grę żadna wycieczka w tamte rejony, których w biurach podróży pełno. Ona Tam nie pojedzie, bo nie chce rozdrapywać starych ran. Potem było jej ciężko, jak zresztą każdemu po wojnie, ale jakoś siła woli udało jej się wychować córkę i znaleźć dobrą pracę. Miała Freundów, a jakże, ale żaden z nich nie spowodował drżenia jej serca. Byli dobrzy tylko do łóżka. Żaden z nich nie mógł u niej zostać na noc. Nie, i już. I nieważne, że chcieli się żenić! Przecież była piękną kobietą, na co dowodem są zdjęcia w jej albumach. Umiała o siebie zadbać, a także o dobry start swojej córki. Co drugi rok wyjeżdżała na zwiedzanie świata, co rok jeździła do różnych kurortów. Była kobietą światową! Ale! Swoje serce oddała jednemu mężczyźnie tylko, i chociaż go miała tak krótko, nikt nie był w stanie go zastąpić. Czy możecie dać wiarę, że słysząc jej opowiadanie, miałam łzy w oczach. I już zupełnie nie chodzi o to, że to była wojna, i jej mąż zginął w niesłusznej sprawie. Dla mnie to przepiękna historia historia miłosna!

Wróciłyśmy do domu, znowu dramat. Za nic nie można ją zdjąć z wózka na fotel, po prostu wyje z bólu. Bosz! Dawno nie byłam tak spocona i bezradna! W końcu, przy jej jękach i krzykach jakoś wylądowała na swoim domowym fotelu, ale ja już z przerażeniem myślałam, co dalej? Co z toaletą, spaniem? Przecież nie dam rady jej dźwignąć, gdy będzie mi krzyczeć!

Nie było rady, powiedziałam jej, że nie ma wyjścia i musi ją zobaczyć lekarz. Niech nadusi przycisk pomocy ( to takie urządzenie, które każdy staruszek nosi, i w razie czegoś złego, co się dzieje, daje sygnał, aby zareagowała pierwsza pomoc medyczna ). Nadusiła. Po pięciu minutach zgłosił się dyżurny Joanitów ( akurat do nich babcia przynależy ), wypytał o wszystko, na koniec oznajmił, że za godzinę będzie lekarz. Po dwóch godzinach, Babcia znowu nadusiła guzik pytając, jak długo ma czekać. Odpowiedź brzmiała: nie wiedzą, jest jeden lekarz na dyżurze, nie wiadomo, kiedy się wyrobi. Hm! Skąd ja to znam? Po następnej godzinie telefon mamy, że jeszcze 10 minut. Z tego zrobiło się 50 minut, gdy lekarz w końcu zawitał w nasze progi. 

Zbadał babcię, nie przejmując się zupełnie, że krzyczy z bólu i od razu zaordynował szpital! Ja dostałam prikaz przygotowania jej wszystkiego, co będzie potrzebne, ale nie za dużo, bo Babcia przecież za 2-3 dni wróci do domu!

Na karetkę czekaliśmy następną godzinę, Babcia już fiksowała z racji niemożności opróżnienia pęcherza, na całe szczęście dziewczyny z pierwszej pomocy przetransportowały ją do łazienki, i nie zważając na jej krzyki, posadziły na toalecie. 

Chciałam jechać "mit":, Babcia nie pozwoliła! Mam pilnować mieszkania!

Co będzie dalej, nie mam zielonego pojęcia! Muszę czekać na wiadomości! Ale czarno widzę!

Chyba już pójdę spać. Zmęczyło mnie to wszystko dzisiaj, tym bardziej, że słońce grzało niemiłosiernie. Boje się, czego dowiem się jutro! Cholera jasna! Czyżbym miała znowu pecha?

 

sobota, 20 sierpnia 2011
Cieszyć się?

Na dwa dni przed moim przyjazdem, Babcia zaniemogła na nogi. Odmówiły jej posłuszeństwa i kobiecinka skazana była tylko na mieszkanie. Zero spacerów. Pod koniec ubiegłego tygodnia zamówiła rolstuhl ( wózek inwalidzki ), na który miała czekać około dwóch tygodni. Jaka była jej radość, kiedy w poniedziałek dostała upragniony pojazd. Ale tak to już jest, że jak jeden się cieszy, to drugi trochę mniej. Mnie nie przeszkadza w ogóle to, że Babcia każe się całymi popołudniami wozić, a to po ścieżkach spacerowych, a to ulicami, a to do parku, oczywiście do sklepów też. W ciągu czterech dni mam w nogach tyle kilometrów, że dziw, iż jeszcze im się chce ruszać. Najlepsze jednak było to, jak w końcu Babcia do zakupów się dorwała. Do tej pory robiłam zakupy ja, i chociaż nie dostałam wyraźnego polecenia, siłą przyzwyczajenia starałam się nie wydawać więcej na dzień, jak 10 euro. Gdy zdarzyło się wydać więcej, następnego dnia juz sobie nie folgowałam. A Babcia, dosłownie jak spuszczona "ze smyczy", szaleje po sklepach, że hej! Cztery dni, a ta już wydała tyle, co mnie by na dwa tygodnie wystarczyło! Ale w końcu, jej pieniądze, niech szaleje. Kiedyś chyba przestanie, bo przecież każdy jakąś buchalterię domową prowadzi.  Tylko dlaczego zabrała mi moją godzinę z dwóch, poobiedniej przerwy? Została mi więc  tylko jedna! Na moje przypomnienie, że przecież ta przerwa mi się słusznie należy, powiedziała, iż i tak spaceruję sama, to co za problem, że będę razem z nią? Postanowiłam się nie domawiać i wykombinowałam, że zamiast o 20 wieczorem zabierać "swoje zabawki" i iść do swojego pokoju, będę to robić bezpośrednio po kolacji. Odebrałam więc sobie to, co mi się należy! Chociaż to też iluzoryczne wolne, bo w każdej chwili może o coś wołać. No, ale to właśnie takie małe cienie tej pracy.

Przedwczoraj, przy kolacji, Babcia poprosiła, abym przyjechała ponownie! Takie coś to mi się po raz pierwszy zdarza, bo zazwyczaj to dzieci pacjentów prosiły, albo wynikało to samo przez się, względnie uznawałam, że miejsce mi nie odpowiada i powrotu nie będzie. A tutaj sam podopieczny prosi, no,no,no! To ci niespodziewajka. Nie powiem, że miła, i że nie urosłam we własnych oczach. Ale jak to zwykle ja, mam też wątpliwości. Babcia jest trochę zaborcza, a nie wiem, czy będzie mi się chciało w przyszłości coś z tą zaborczością zrobić. Poza tym chce, abym była co najmniej trzy miesiące, a to jakoś mi się nie uśmiecha. Owszem,jest plus taki, że jadę dwa razy w roku, ale 3 miesiące, to jednak tak długo! I najważniejsze, co podkreśliłam, nie przyjadę wcześniej, jak po Świętach. Wystarczy mi, jak co drugi rok siedzę w Niemczech, jak ten "patafian" i udaję, że Bożego Narodzenia nie ma. Wszystko to teraz zostanie przetransportowane drogą telefoniczną do San Antonio, bo ostateczna decyzję podejmie babcina córka. Ciekawam tego bardzo!

niedziela, 14 sierpnia 2011
Łup!!!

Wczoraj wieczorem, zdejmując babci skarpetki przed położeniem jej do łóżka, jakoś tak dziwnie się podniosłam... i nagle, jak mnie nie rąbnie w tylnej lędźwiowej! Ło matko pojedyncza! Wszystkie gwiazdy na niebie zobaczyłam z bólu! Noc przechlapana, bo każdy ruch, to nowy świder wkręcający się pod czaszkę! A babcia, jak mnie przy śniadaniu zobaczyła,  stwierdziło: no, to mamy dwie kaleki! Dała jakąś tabletkę, ale nie pomaga. Niech już będzie ten poniedziałek, nie, wtorek, bo cholera święto jest, to dopiero aptekę otworzą! A do tego czasu będą jęki na dwa głosy! Babciny, jak chodzi, i mój, jak siadam!

środa, 10 sierpnia 2011
Takie tam!

Zawsze w nowym miejscu, trzeba opanować nowe sprawy. Tutaj pierwszą rzeczą, do której musiałam się przyzwyczaić, to zupełnie inny, niż zazwyczaj sposób witania się. Nie wszyscy może wiedzą, ale nasze "dzień dobry" w wydaniu niemieckim zawsze różni się w zależności od pory dnia. Do godziny 10 jest "guten morgen", a potem już tylko "guten tag", oczywiście zamiennie z "halo", które raczej dozwolone jest dla osób zaprzyjaźnionych. Natomiast na Bawarii i kilku południowych landach pozdrawiamy się "gris got", czyli coś w rodzaju naszego "szczęść boże". Co ciekawe, zaobserwowałam, że to pozdrowienie jest wydrukowane w każdym sklepie, czy aptece - na wyświetlaczu kas. 

W każdym miejscu jest dokładna segregacja śmieci. Gośka mi wszystko powiedziała, co i gdzie, ale zapomniała o plastikach. A babcia nie wiedziała, albo zapomniała, nie wiem. Ten problem musiałam sama rozwiązać. Normalnie dotąd byłam przyzwyczajona, że wszystko co z plastiku oraz puszki i aluminium składa się do żółtych worków, które raz na jakiś czas wystawia się na ulice, by usunęły je odpowiednie służby, lub wyrzuca do żółtych pojemników. Tu nie zauważyłam worków w domu, więc poszłam szukać pojemników. Obleciałam wszystkie bloki dokoła, nie ma. Nie było rady, zgodnie z zasadą, że koniec języka za przewodnika, zaczepiłam pierwszą lepszą osobę z bloku, którą spotkałam. To dostałam informację, że jest specjalne miejsce na wyrzucanie także plastikowych śmieci gdzieś koło Netto. Zatem poszłam szukać Netto, a potem już zupełnie prosto trafiłam na ogromny plac zastawiony wielkimi kontenerami, gdzie zbiera się prawie wszystko, co można zutylizować, względnie przetworzyć na nowo. A tam gdzie zbierano plastiki, było dodatkowe rozróżnianie wszystkiego i pakowanie we worki, osobno: butelki, pudełka, opakowania po cukierkach czy innych słodyczach, kapsle, woreczki plastikowe, i coś jeszcze, i coś jeszcze. Śmieszne to było sortowanie, bo człowiek kręcił się jak ta przysłowiowa fryga, gdy co chwilę coś wyciągał ze swojej siatki i okręcał się wokół osi, by do odpowiedniego wora wrzucić. A takie np. szkło, do sortuje się według kolorów, osobno białe, osobno zielone i osobno brązowe. Jakie to ułatwienie w hutach szkła, prawda? Ciekawe, dlaczego u nas w kraju segregacja śmieci nie może się tak odbywać, jak tutaj? Czy to tak trudno wprowadzić coś, co oparte jest na dobrych wzorach?

 
1 , 2
Archiwum