Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
ADORATORZY!

To się porobiło!

Na stare lata mam adoratorów! Aż trzech! Szkoda tylko, że co najmniej o 20 lat ode mnie starsi!

GERHARD. Co poniedziałek przychodzi punktualnie o 11,oo do Wernera, na pogaduchy przy "pinolku" wódeczki i butelce piwa. Strasznie hałaśliwy. Zupełnie niepotrzebnie, bo Werner, co chce usłyszeć, to przecież słyszy. Ale Gerhard uwielbia dyskutować z Josefą. No, i zaglądać mi w biust oraz gładzić i całować moje rączki, gdy przynoszę im do stoliczka szklanki, kieliszki i napitek, o którym była wyżej mowa. Na pożegnanie przyniósł mi, na podróż, kobiałkę brzoskwiń oraz wiaderko śliwek z własnego ogrodu. Oczekiwał całusa, ale nie dostał, bo... nie! :-))) A ja, jako praktyczna Polka,z brzoskwiń zrobiłam marmoladę, a śliwki zjadłam z Josefą!

MAX! Tragiczny! Po 70-tce! Specjalnie przyszedł mnie oglądać i zapoznać, jak się dowiedział o moim istnieniu. I zaraz został na kolacji. Josefa robiła wielkie oczy, a ja nic sobie nie robiłam z jego długaśnych wywodów na temat stanu jego prostaty. Wpadał regularnie co 10 dni, bo ma daleko, "nawijał makaron na uszy" z szybkością karabinu maszynowego, i tyle go widzieliśmy. Oczekuje, że znajdzie we mnie doskonałą gosposię do jego starokawalerskiego życia! Zupełnie nie przyjmuje do wiadomości, że jestem mążatką. Impregnowany taki jest! Niedoczekanie!

ERNST! Dystyngowany, 80-letni wdowiec. Towarzysz dawnych rajdów rowerowych Wernera i jego kompan w spacerach. Teraz przychodzi raz w tygodniu, na kieliszeczek brendy, i na pogaduszki. Kiedy usłyszał od Josefy, że zmarnują się wiśnie w ogrodzie jej Wnuczki, bo nie mam słoików, aby dżem usmażyć, zaoferował się z pomocą. Poszliśmy do niego z Wernerem. A Ernst na przywitanie wręczył mi wiaderko i prowadzi w porzeczki! "Matko Boska - myślę sobie - pół dnia mi zajmie ich zbieranie!" I jeszcze katem oka widzę, jak On z drugim wiaderkiem buszuje w fasoli. To od razu zaczęłam na siebie wyzywać. "I po coś babo się taka wyrywna robiła? Teraz bedziesz ino zaprawiać, zaprawiać, a zaprawiać!" Na całe szczęście, po 15 minutach, Ernst stwierdził, że już starczy tego dobrego. I gut! Zamroziłam wszystko do bieżącego użycia. Ale Josefa już zdążyła Ernsta oświecić, co do polskich zup, a ten, co i rusz przychodził, i z niewinnym usmieszkiem wręczał mi płody swojego ogrodu. A to kapustę białą lub czerwoną, a to fasolę szparagową, a to buraczki, a to mus jabłkowy ze spadów - do placków ziemniaczanych,czy na moja prośbę - koperek. Josefa od początku twierdziła, że Ernst tak często nigdy do nich nie przychodził. I śmiała się: "oj Anja, Anja! On tak Ciebie lubi, i dlatego teraz jest naszym częstym gościem". Ale kiedy w ostatnim dniu mojego pobytu Ernst przyszedł z różami, i w progu mi je wręczył, dukając coś o pożegnaniu, a potem przyciągnął mnie do siebie i pocałował w .... policzek, i zwiał - Josefa nie chciała uwierzyć. Bo akurat w tym czasie byli z Wernerem na spacerze, a ja robiłam ostatnie sprzątanie. W końcu Josefa stwierdziła, że to do Ernsta niepodobne, Werner potwierdził, a w końcu oboje uznali, że Ernst się we mnie zakochał! Sic!

I czy nie można się pośmiać?

niedziela, 30 sierpnia 2009
NIEMCY! Nowe miejsca, nowe wrażenia!

Już w pierwszej chwili, kiedy zajechałam busem pod dom, mający na 6 tygodni zostać również moim domem, i otworzył okno na górze starszy Pan, który na moje przywitanie i informacje, że jestem do opieki, usmiechnął się szeroko, stwierdzając, iż muszę sobie troche pod drzwiami poczekać, aż nadjedzie jego żona, wiedziałam, że to moje miejsce!

Pani nadjechała, co stwierdziłam dopiero potem, wagonikiem kursującym między parterem a pieterkiem. I uścisnęła mnie na przywitanie, zapraszając jednocześnie na śniadanie. W tym momencie przyjechała pielęgniarka, która jak się okazało, odwiedza moich staruszków 3 razy dziennie, pilnując, aby zjedli przypisane im lekarstwa. Przy czym jeszcze do jej obowiązków należało zakładanie i ściąganie kolanówek ściskających ( straszliwie ciężka praca - spróbowałam i miałam małe kłopoty ) na nózki starszej Pani. Reszta, czyli gotowanie, sprzątanie i pomoc w ubieraniu bądź rozbieraniu miała należeć do mnie.

Na początek moje pytanie: jak mam się do nich zwracać? I zaskakująca odpowiedź: po imieniu! Josefa i Werner!

Josefa jest po złamaniu przedramienia, ma więc trudności ze wszystkim, co wymaga użycia obu rąk. Poza tym, na jedno oko prawie wcale nie widzi, a na drugie, w 50-ciu procentach. Do czytania czegokolwiek, a uwielbia czytać, służy jej taka śmieszna maszyneria, której główną częścią jest monitor oraz lupa powiększająca. Josefa uwielbia muzykę klasyczną i Andre Rieu. Do południa, zawsze, cały dom rozbrzmiewał ariami, skrzypcami i orkiestrą symfoniczną. A Josefa stała sobie w oknie, zasłuchana, albo siedząc na fotelu, kontemplowała muzykę z zamkniętymi oczyma - może nawet drzemała. Poza tym, mówiła bardzo wolno i wyraźnie, a później, na moją prośbę, tłumaczyła mi znaczenia nowych wyrazów. I wierzcie mi, robiła to, jak rasowa nauczycielka.

Werner, na swój słuszny wiek, całkiem w niezłej kondycji. Ale to przez jego dbałość o higienę, musiałam wstawać o 6.30 ( dla mnie - środek nocy ), bo inaczej nie było mowy, aby dostać się do łazienki i toalety. Murowane pól godziny jego ablucji, a potem, tak samo prawie, zajmowała to pomieszczenie Josefa. Staruszek ma kłopoty ze słuchem, ale dziwnego rodzaju. Normalnie, nie słyszy, ale przy bardzo ciekawych tematach, domaga się tłumaczenia, o co chodzi. Czyli: słyszy wtedy, kiedy chce! Poza tym: ma trudności z zatokami, ciągle świszczy, dyszy i mlaska przy jedzeniu. Przy tym, ma świadomość tych swoich drobnych ułomności, za które ciągle mnie przeprasza. I opowiada. Zwłaszcza o wojnie. I tu, nie bardzo umiem się znaleźć, bo zbyt mało znam język, aby z nim dyskutować. Słucham zatem tylko, i nie komentuję. Werner lubi ze mną spacery sam na sam. Z jednej strony podpiera się laseczką, a z drugiej, na moim ramieniu. I śmiesznie chichocze, że stare dewotki będą gadać, iż oprowadza się z Polką, a jego żona siedzi sama w domu.

Ustaliliśmy harmonogram dnia. 6.30 - ja wstaję, myję się i schodzę na dół. Nastawiam ekspres kawowy, przygotowuję śniadanie: po kawałku chlebka czarnego z marmoladą, na którą kładzie się serek twarogowy, dla każdego z nich. Do tego po kawałku chlebka , pół na pół, z miodem i dżemem. Na 12 musi być obiad. I tu pozostawiono wszystko mojej inwencji.Wiadomo więc, że gotowałam najprostsze, polskie jedzonko. Zajmowało mi to góra godzinę czasu, rzadko, ciut więcej! Pozostały czas spędzałam na rozmowach telefonicznych, czasem coś tam porobiłam przy przydomowej rabatce. A jedzonko smakowało tak, że prawie całe Stetternich , zostało powiadomione o niby moich talentach kulinarnych. Po obiedzie - 2 godziny sjesty. Starsi szli drzemać, a ja wsiadałam na rower, i myk - do Julich - gdzie codziennie spotykałam się z Polkami, które tam pracowały, a które spotkałam przypadkowo, zaczepiając na ulicy, gdy odwiedzałam to miasteczko po raz pierwszy i usłyszałam mowę polską. Po powrocie, około 16-ej, serwowałam podwieczorek, a potem, około 17-tej, szliśmy na spacer. O 18-ej - kolacja. Po czym, ja wsiadałam na rower ( jak nie wiało ), albo brałam kijki, i maszerowałam przez 1,5 godziny. Wracałam, pomagałam staruszkom w przebraniu się w nocne stroje, i miałam do rana labę.

Josefa, prawie co dzień, w rozmowach telefonicznych ze swoimi krewnymi i koleżankami, ciągle wychwałała mnie pod niebiosa. Czasami miałam wrażenie, że jestem na cenzurowanym. Często też, zwłaszcza w czasie spacerów, gdy spotykaliśmy ich znajomych, czułam się jak eksponat. Ale w sumie, wszystko to było miłe, i po 3 tygodniach niepewności, co ze mną dalej będzie, usłyszałam upragnione słowa: Anja, powiedz, kiedy następnym razem przyjedziesz? Wiedziałam więc, że zostałam zaakceptowana. I wiecie co? Poryczałam się ze szczęścia. Mógłby ktoś powiedzieć, a co to za szczęście usługiwać starym ludziom, w dodatku Niemcom? Ale dla mnie akurat, jest to coś, zwłaszcza po niezbyt fortunnym pobycie nad Neckarem.

Do mnie należą także zakupy, które robię jeżdżąc rowerem. Jedna z Polek, które poznałam, pokazala mi dobre, tanie miejsca zakupowe, więc nie mam problemów. Poza tym poznałam całe Julich. Bardzo miłe miasteczko, dobrze zorganizowane, i czyste.

Z poznanymi Polkami, w tygodniu spotykałam się codziennie. Miałyśmy umówioną godzinę - 13.30 - i miejsce - pod zegaren, na głownym deptaku. Chodziłyśmy sobie do najmodnierjszej, i najbardziej obleganej, włoskiej lodziarni, albo na doskonałe cappuccino do pobliskiej kawiarni, a potem zwiedzałyśmy sklepy. Bo akurat sierpień, to czas największych obniżek cen, i mozna było niekiedy, dobrze polując, dostać wiele rzeczy za przysłowiowy bezcen..

Zawarłam również parę znajomości z Niemcami, ale to jest temat na osobny wpis.

sobota, 29 sierpnia 2009
Zmiany, zmiany!

Niby funkcjonuja telefony! Niby można nawet list napisać! Gołąbka z wieściami posłać!

Wszystko można! Tylko widocznie moja Rodzinka uznała, że lepiej " nie drażnić rekina" i dopiero wczoraj się dowiedziałam, że moja Córka, po raz pierwszy ( a pracuje od 18-go roku życia ) straciła pracę. To znaczy, splajtowała jej firma, której właścicielką byli - o ironio losu - Niemcy! No!

Jedno szczęście, że przy tym dowiedziałam się, iż moja Synowa od 1 września, po prawie 6 latach przerwy - idzie do pracy. Wprawdzie na razie na połówkę etatu, ale z obietnicą, że to się w przyszłości zmieni - na cały.

Z jednej strony, smutek. Z drugiej, radość.  Takie to życie jest!

Całe szczęście, że grillowanie nam się dzisiejsze udało! Pogoda na początku dnia wprawdzie nie dawała szans, ale w miarę upływu godzin, robiło się coraz cieplej. W końcu, z przybyciem Ślubnego z pracy, wyjrzało słoneczko. Jedzonka było całe mnóstwo, piwko smakowało jak należy. Wnuczki, jak zwykle, potrafiły zająć się sobą. Wnuk, dla którego przybycie na rodzinną "imprę", to ciężki dopust - odsiedział swoje i dopiero potem rowerkiem pojechał do swoich dziewczyn! A my siedzieliśmy, i przy powolnej konsumpcji wspominaliśmy stare, dobre lata 80-te. Dlaczego akurat te? A to też zasługa Wnuka, który po powrocie z wycieczki, z Londynu, uważa, że jest w swoim środowisku kreatorem najnowszych trendów. No cóż! Może to prawda. Ale póki co, nie spotkałam jeszcze 15-latka w kapelutku typu " wczesny Sellers", czy w kolanówkach, z których jedna jest w pasy szaro-czarne, a druga w czarno-białe! Może dlatego, że to jeszcze lato?

piątek, 28 sierpnia 2009
PRAWIE URLOP!!!

Wiem, wiem! Prawie, to nie to samo, co rzeczywiście! Ale jak mam inaczej napisać, skoro trafiłam na staruszków z Nieba wziętych? Po 3 tygodniach bycia tam i niepewności, co dalej, zostałam zaakceptowana na milion procent, z żalem, że nie mam swojego klona, który zastępowałby mnie w czasie mojego pobytu w kraju!

No! I czy to nie jest prawda, że:" co drugi głupi ma szczęście"?

Modelowa Rodzinka do opieki. On 92 lata, Ona - 87. Sprawni fizycznie, oczywiście jak na swój wiek. I sprawni umysłowo! Z serduchami na dłoni! Bardzo czyści. Przemili i weseli. Dbający o moje dobre samopoczucie. Jeszcze nigdzie nie miałam tyle wolnego czasu dla siebie. Dobrze, że zabrałam moje kijki do chodzenia. Dobrze, że był tam rower. Inaczej wróciłabym jako przysłowiowa " 3-drzwiowa z lustrem".

No i na koniec, oboje uznali, że polskie zupy, to mistrzostwo świata!

To tyle wstępu po powrocie, bo przecież wiadomo, że moje włości najpierw muszę do mojego "widzimisie" przystosować. Poza tym, jutro grillujemy rodzinnie nad jeziorem, to mam jeszcze trochę do nadrobienia w kuchni.

Zatem, odwiedziny u Was, moi Kochani, dopiero w niedzielny wieczór!

Póki co, macham na ponowne przywitanie i całą gębulą usmiecham się do Was!

Archiwum