Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 30 lipca 2015
Półmetek lata?

Prawie cały kraj już dawno zapadany i to po wielokroć, a u nas do przedwczoraj to ani porządnego deszczu nie było, a burze to tylko podchodzily pod jezioro, i po paru mruknięciach cofały się bez śladu. Ponieważ jednak równowaga w przyrodzie być musi, to i nas dopadło, bo niedawna burza, to już przelewki nie były, i teraz mamy deszczowe dni. Przedwczoraj i wczoraj padało tylko krótko popołudniami, a dzisiaj, jak zaczęło się w południe, to trwa do tej pory. 

Zdążyłam jednak nazbierać zwyczajowe wiaderko jagód. Tak jak wczoraj i poniedziałek. Zajagodowani jesteśmy zatem dokumentnie, bo trzy litry na tydzień, jak dla mnie, nie będącej zawodową zbieraczką runa leśnego- nie w kij dmuchał. 

Dość pokaźny już zapas zamrożonych jagódek mam. Do tego codzienne picie jagodowych maślańców, w cieście się zdarzają także,  a nawet jako dodatek do bezowca z maskarponowym kremem, bo trzeba było jakoś zagospodarować furę białek, które zostały po robieniu kremów do "ambasadora". Jak kto chętny, częstować się proszę, póki jeszcze Progenitura się nie dowiedziała! :-))))

Piękną przygodę na jagodobraniu dziś miałam. Wyprostowałam się akurat znad runa, by plecy rozprostować, i..... oczom nie wierzyłam. Stała przede mną, o jakieś 3 metry dalej, młoda sarna. I patrzyła na mnie swoimi ogromnymi ślepiami, aby po chwili czmychnąć w gąszcz, i tylko biała kulka ogonka machnęła na pożegnanie!

A jak przy tematach przyrodniczych jestem, to powyżej jest zdjęcie dość ciekawe. Przez prawie trzy tygodnie na tym pomoście, w towarzystwie kaczek, mew i łysek przesiadywał kormoran. Potem znikł, a wczoraj znowu się pojawił. Dlaczego akurat takie towarzystwo preferuje, nie mam zielonego pojęcia.

Kolejny Eko-Jarmark w naszej wsi odbył się pod znakiem ochrony raka szlachetnego. W imprezie uczestniczyło 8 parków krajobrazowych z Pomorza, które zorganizowały szereg dodatkowych konkursów i pokazów związanych z tematyką raka szlachetnego. Oczywiście, największą radochę miały dzieci, które mogły dotknąć te skorupiaki i wziąć do ręki.

 

Pośród wielu straganów przeróżnych, najdłużej zatrzymałam się przy stoisku z różnymi cudeńkami z gałkanków,

jak zwykle zauroczyła mnie  frywolitkowa biżuteria,

 posmakowałam smakowitych serów kozich ,

i pozachwycałam się sowami. Tutaj jako lampiony, 

a tutaj, jako bardzo ciekawe obrazy, malowane na ptasich piórkach

 

Teraz tylko jutro zakończenie zumbowego sezonu, a potem sierpniowe imprezy kulturalne, i.... koniec lata będzie! Niestety!

piątek, 24 lipca 2015
Ło Matko pojedyncza!!!!

Dokładnie tak!

Ło matko pojedyncza!!!

Bo zupełnie nie wiem, jak Wam opisać to, co się dzieje! Ze mną oczywiście, i z przyległościami też! 

A przyległości, to na ten przykłąd mój najmłodszy Braciszek, któremu w ramach bezstresowego urlopu zafundowaliśmy przejażdżkę rowerową aż do Dużych Sworów! 42 km! W obie strony! A On biedaczek, tylko z piesem po parkach grajdołkowych "popyla"!!!

 Ale... popatrzał na szykujące się żaglówki do wymiany między jeziorem Karsińskim i Charzykowskim, a potem stwierdził...., że to nic takiego, a najlepiej to jedziemy, aby na jakąś rybę w Dużych Sworach zdążyć!

A jedzonko było całkiem całkiem, humory też, nie mówiąc o powrocie w domowe pielesze. Ale to nie wszystko, bo po Brackiego przyjechała jego Córka z Kochanym. I się witaliśmy, i dziwiliśmy, że podobieństwo do tego i owego, a potem Młode zapakowały Brata i do Grajdołka frunęły!

Nie może być jednak tak, abyśmy całkiem sami oba - dwa zostali, to nam podrzucono małolatę. A ponieważ małolata wnerwiła mnie od niedzieli, wołając już zaraz po obudzeniu o telewizornię tudzież laptop, postanowione zostało, iż jedziemy! W długą!

A ta długa, to doroczny jarmark wdzydzki !

 Moiściewy! Czego tam nie było?

Bo tak! Prezentacje tradycyjnych rzemiosł wiejskich, zajęć domowych i gospodarskich oraz rękodzieła:ucieranie tabaki, pranie filcu, haftowanie, malowanie na szkle, wyroby z papieru, mielenia zboża w żarnach, wyplatania korzeni z sosnowych witek, warsztaty plastyczne,kręcenie powrozów, wyploty z rattanu, szycie pasów ze skóry, tkanie płótna, obróbka bursztynu, i wiele, wiele więcej, 

Impreza dwudniowa, a my byliśmy tam tylko parę godzin! Ale zadowoleni bardzo, bo prócz tego, co na straganach, to udało się Małolacie przekazać pewne, bardzo istotne informacje, zwłaszcza tyczące tradycji rodzinnych!

A teraz, no cóż! Co dzień Młode po południu przyjeżdżają, co dzień nowe ciastka piekę, co dzień Młode się delektują, a ja ? Ja mam radochę! Że smakuje i w ogóle, i jest super!

Mam także wyrzuty sumienia! Bo nie chce mi się po tym internecie biegać, nie chce mi się komentarze w zaprzyjaźnionych blogach dodawać, nie chce mi się nic! Dokładnie! Do tego wpisu zabierałam się przez trzy dni! Niestety! Wolę sobie w wolnych chwilach posiedzieć na tarasie, poleniuchować, posłuchać odgłosów lasu. Pośmiać się z Najnajmłodszą, gdy piłka jej ucieka, wypić kieliszek wina z Synową, pogadać o starych"karabinach" z sąsiadką, która przynosi mi kwiaty, bo ma ich tysiące! Pomyśleć o Córce, która ma problemów parę a nie chce się z nimi dzielić wiedząc, jakie jest moje zdanie na temat! Na koniec wychodzi, że jestem straszna zołza, i w ogóle nie nadaję się do niczego! 

No! Ale przychodzi nowy dzień, a po nim następny, ja nie czuję się w niczym winna, wręcz przeciwnie, jestem w skowronkach! Tylko nie chce mi się do laptopa zasiadać! No nie chce mi się , i tyle!

I tak sobie myślę, że chyba dopiero po lecie wszystko wejdzie na normalne tory!

Mam rację?

Jak myślicie moi Kochani!?!

sobota, 18 lipca 2015
Z doskoku!

Jeszcze trochę, a będę miała poczucie cofnięcia się w czasie, kiedy mieliśmy działkę ogródkową, i lipiec był najbardziej pracowitym miesiącem, spędzonym głównie na zaprawach.

Na całe szczęście, teraz nie trzeba wszystkiego zaprawiać w słoiki, zresztą technologia też się zmieniła, chociaż ja za żadne skarby nie dam się namówić na te cukry żelujące, bo to i tak erzac jest. Moja duża zamrażarka już prawie pełna, zwłaszcza owoców, bo warzyw w niej jeszcze nie za dużo, ale jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie wyjeść to, co z szufladach mrożących lodówki, i uszykować "nowy plac"! To kupuje, dryluję, obieram, łuskam, wycinam, obcinam, kroję, blanszuję albo i nie, przekładam w woreczki i pojemniki. Do tego na działce Córki obrodziło, wiec trzeba było pomóc zrywać z drzew i krzewów te wszystkie dobrocie, którymi zostałam potem obdarowana. O jagodobraniu już nie pisze, bo to rzecz sama w sobie naturalna.

To proszę się nie dziwić, że nie mam czasu na net, na czytanie, komentowanie, i to wszystko, co zajmuje czas "pomiędzy"! 

A! A! A! Akurat goście przyjechali, to czas kawkę robić, ciasto kroić!

Pozdrawiam Was moi Mili i upraszam o cierpliwość!

:-)))))

To ja spadam!

niedziela, 12 lipca 2015
W uzupełnieniu!

Nasze takie zupełnie pierwsze lato, na nowym miejscu to nie jest. Raczej drugie! Ale jakże inne! Piękne! Ludne! Wesołe! Pełne atrakcji! Ale i spokojności! We dwoje zwłaszcza doświadczanej. Na ten przykład ten, kiedy po wizytach siadamy sobie przy stole na tarasie, w tle szumią drzewa, pośród nich wydzierają dzioby ptaki, niektóre pięknie, niektóre mniej pięknie, ale zawsze cudnie. Koniaczek sie ogrzewa, znad jeziora przelatują kaczki, w drodze na pobliskie bajorka, czasem strzelą guanem, czasem piórko upuszczą! Bocian się tutaj zapuści na te chaszcze, żurawie przelecą w drodze do pobliskich gniazd w szerokim trzcinowisku! Ech!

Gorącość była! Oczywiście! Tak, jak wszędzie! Ale krótko, niestety! To pryskawka była w robocie. Na trawę, z którą Ślubny nadal walczy, i końca nie widać, i zanosi się na powtórkę z rozrywki, czyli ponownego zakładania trawnika. Na kwiaty w donicach tarasowych też. Testujemy rózne gatunki. I wiemy, że surfinie nie za bardzo nam podchodzą. Petunie chyba tak, ale nie te bluszczolistne, bo piją wodę, jak smoki i ciągle mają sucho, zatem przewracają się za każdym podmuchem ostrzejszego wiatru! 

Najważniejsze, że poza okresami duchoty, Ślubny bierze łódkę i wypływa! Na okonie zwłaszcza! Mmmniammm! Małmazja te rybki, zwłaszcza wtedy, gdy są złowione, obsprawione, usmażone i podane przez Ślubnego. Moja rola mała w tym jest, ot.... wkładam naczynia do zmywarki! :-)))) 

A na koniec gryps. Zabrałam Najnajmłodszą na zumbę! Początkowo wstydziła się uczestniczyć! Ale! Gdy jedna z koleżanek zumbowych ją wzięła do galopu, poleciało! I się spodobało wielce. Ona też chce chodzić na to coś, co jej jeszcze niezbyt wychodzi, ale jest fajne! Zobaczymy! Mam nadzieję, że to nie będzie tylko słomiany zapał!

O! Szwagry dwa wrócili z finału rozgrywek Footvollej Polish open! Trza kolację szykować! 

Jakby co, to za trzy dni będę miała wolne! 

Trzymajcie się Moi Mili Czytacze!

piątek, 10 lipca 2015
Pierwszy turnus!

Uff! Pierwsza tura atrakcji letnich za nami! Na "samwprzójd", jak mawiał Dziadek Walery, powtórka z rozrywki dla naszego Chińczyka. Pierwsza witała Go babcia Irena, zapychając spragnionego chłopaka naszego jedzonka, devolajami i inszymi cudawiankami. A my w kolejności uszykowaliśmy wpierw słodkości tioramisowo-truskawkowe, a potem poprawiliśmy grillem. I zawsze niezmiennie mnie zadziwia skrupulatne fotografowanie przez Wnuka, wszystkiego co jemy, a co potem jest pokazywane internacjonalnemu towarzystwu po powrocie do Chin. 

Starsza Wnuczka latoś nas nie odwiedziła, bośmy już nie atrakcja. Na szczęście Najnajmłodsza jeszcze się cieszy, bo "oni mi na wszystko pozwalają", czyli my w jej relacji do rodziców i koleżanek. Poza tym, akurat tak się złożyło, że pogoda w większości jej czasu z nami zdała egzamin. A nikt tak dobrze nie bawi się w wodzie, jak Ślubny, więc taplania się Dziadka z Najnajmłodszą było do imentu.

Gdy pogoda się skiepściła, zapakowaliśmy małolatę w samochód, i.... fru do Kościerzyny!

Do muzeum akordeonu! Jedyne w kraju, a drugie w Europie. Na wyciągnięcie ręki wprost. 

Tośmy sie naogladali, nadziwili i dowiedzieli się mnóstwo o tych instrumentach na panelu intermedialnym, czy jak to tam się nazywa!  

A potem jeszcze wizyta w muzeum kolejnictwa. No, to był strzał w dziesiątkę, bo Najnajmłodszej nie szło stamtąd wydostać, taka była podekscytowana eksponatami dawnymi, które człek z sentymentem wielkim wspominał, a małolata zdziwiona wielce nimi była.

Do komplet, już dzisiaj, dołożyliśmy zwiedzanie zamku w Człuchowie. Też nie lada atrakcja, zwłaszcza wchodzenie po średniowiecznych, wąskich, ceglanych schodach na 50-metrową wieżę, a której tarasu widokowego rozciągał się wspaniały widok na miasto i okolicę. 

Jak dodać do tego ciekawe ekspozycje archeologiczne, historyczne i dodatkowe wystawy, np. oręża polskiego, a także historię zbroi japońskich, to nie dziwne, że Najnajmłodsza stwierdziła, iż to była najlepsza wycieczka.

A teraz cicho i pusto, bo Małolata jutro na urodzinki idzie, to ją Rodzice do miasta zabrali. Tyle tylko, że zastąpi ją inny miły gość, najmłodszy mój Brat! To znowu czas jakiś z doskoku będę!

sobota, 04 lipca 2015
Lato, lato!

Ale się zrobiło gorąco! Jakbym ponownie w Hiszpanii była, tyle tylko, że wilgotność nie taka wysoka u nas, jak tam! Przynajmniej jakoś oddychać się da. 

 

 

Zumba u nas nadal trwa, przerwa wakacyjna zapowiedziana dopiero na sierpień. Trochę nam się towarzystwo przerzedziło, ale nadal ambitnie fikamy. Do tego dodałam sobie dojazd i powrót rowerem, tak około 16 km w obie strony, i sama jestem zdziwiona kondycją, bo bez problemu wyrabiam i jedno, i drugie. 

Powoli kończy się sezon truskawkowy, oczywiście ogórkowy trwa nadal. Do tego pokazał się agrest. Wpadłam rano na targowisko i kupiłam parę kilo. Dziubanina była , ale już pierwszy raz zalałam lukrem, jeszcze dwa razy tak go potraktuję, jest wtedy dość zwarty i bardzo dobry do placków.

W lesie też już sprawdzone, co trzeba. I dowiezione w domowe pielesze. Prawie kilo najpiękniejszego wspomnienia dzieciństwa - poziomki !

No i zaczęły się jagody. Jeszcze niezbyt duże, jeszcze nie w pełni dojrzałe, ale są. Oby tylko je nie spaliło słońce, bo pewnie dopiero za dobry tydzień zacznę regularne zbieranie. Teraz inne ważne zajęcie się zapowiada. Wiadomo - lato, to  babciowanie. Obie Nastolatki przyjadą. Nie będzie czasu na nic! A ja tu tylko z doskoku się pokażę! Oczywiście, najbardziej czekam na naszego "Chińczyka", który akurat wrócił po roku, bardzo intensywnym i w nauki, i w pracę! Dziś go zobaczę. Ponoć schudł bardzo! 

To do miłego! :-))) 

czwartek, 02 lipca 2015
I wisienka!

Pod koniec tygodniowego pobytu, Ślubny lekko się "zbiesił", i na ostatnią wycieczkę fakultatywną pojechałam sama. W planie Girona i Figueres. 

Okazało się, że chyba Ślubny wyczuł pismo nosem, bo po godzinnej jeździe zepsuł się mikrofon w autobusie i pani tłumaczka oraz pilotka w jednym, zarządziła powrót do bazy najbliższej, aby wymienić rzeczony przedmiot jej pracy, bez którego ona nie potrafi prowadzić grupy. Spowodowało to już na starcie duże opóźnienie, i Gironę musieliśmuy zwiedzać kurcgalopem, a szkoda, bo miasto naprawdę ciekawe.

Mnie bardzo ujęła zabudowa nad rzeką Onyar, w swym klimacie przypominające Florencję, tylko nie było mostu złotników, a most Pont de les Peixateries Velles, zwany mostem Eiffla.

Najważniejszym zabytkiem Girony jest Katedra (Catedral de Santa Maria De Girona) słynąca z najszerszej nawy na świecie (22,8 metra)

To właśnie tu znajduje się jedna z najlepiej zachowanych średniowiecznych starówek w Hiszpanii i dzielnic żydowskich w Europie.  

Tę część miasta otaczają mury obronne, na których wytyczono pieszy szlak Passeig de la Muralla, a wieże strażnicze zmieniono w punkty widokowe.

Jeden z wielu widoków na miasto właśnie z takich tarasów. Po prawej widać część klasztoru benedyktyńskiego, w którym znajduje się muzeum archeologiczne 

O klimacie miasta stanowią wąskie uliczki, zabudowane wysokimi kamienicami, czasami w ogóle nie przepuszczającymi światła. 

Kolegiata Sant Feliu - barokowa fasada, gotycka dzwonnica, niegdyś bastion chroniący miasto od strony rzeki.  

Girona okazała się miastem, pełnym setek schodów. Ledwie wspięliśmy się do góry, a już okazywało się, że zaraz obok są schody, które zapraszają do zejścia w dół i aż szkoda, że nie dane nam było zapuścić się w najstarsza część miasta. 

Wiele jest w Gironie miejsc, których nie widziałam. Nie byliśmy w zabytkowych łaźniach arabskich, w Muzeum Sztuki ani Muzeum Historii Miasta. Nie zwiedziliśmy Katedry ani nie pocałowaliśmy pewnej lwicy w to miejsce, z którego wyrasta jej ogon, i pewnie dlatego tam nie wrócę!

A wszystko dlatego, że czekało na nas Figueres, miasto surrealizmu, a w nim Teatr Muzeum Salwadora Dali. To muzeum jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc przez turystów, zatem grupy muszą bardzo pilnować czasu wejścia. Dłuższe spóźnienie niż kwadrans powoduje, że można odejść z przysłowiowym kwitkiem.

Budynek, jak z pocztówki zwraca uwagę ceglanym kolorem długiego muru, na którym w geometrycznym porządku przyklejono sztukaterie imitujące charakterystyczne katalońskie chlebki. Szczyty zdobią atrapy ogromnych jaj.

Nie mam zbyt dużo zdjęć, bo w zasadzie wszystko filmowałam, ale trzeba przyznać, że muzeum robi wrażenie. Już w obszernym patio wita nas "deszczowy cadillac" z ogromną figurą biblijnej królowej Estery.

Zwiedzający, przechodząc do kolejnych pomieszczeń, widzą mnóstwo prac: rzeźby, malowidła, grafiki, instalacje 

Ukochana żona i jego największa muza - tutaj, jako Gala sferyczna 

Poetry of America 

Najsłynniejszego obrazu surrealisty Trwałość pamięci (zwanego też Miękkie zegary lub Cieknące zegary)

Świt, południe, zachód, zmierzch 

W Teatrze-Muzeum nie sposób się znudzić. Nigdy nie wiadomo kto, lub co, czai się za rogiem. Oto jedna z sal zwana pokojem Mae West. Dziwne meble nie stoją przypadkowo. Kanapa, kominek, obrazy i zasłony oglądane z odpowiedniej perspektywy ( po odstaniu w niezłej kolejce, należy wejść po wąskich schódkach na podest z wielbłądem, i spojrzeć przez szkło powiększające) tworzą twarz amerykańskiej aktorki.

Ogromne wrażenie zrobił na mnie Pałac Wiatru, jedno z najciekawszy pomieszczeń Muzeum, z niesamowitym freskiem zdobiącym sufit w roli głównej. 

Muzeum jest galerią wystawienniczą prac przede wszystkim samego Salvadora Dali, ale również   jego przyjaciół. Tu współgra ze sobą wszystko – przedmiot, sposób ekspozycji, instalacja czy zaskakujące zestawienie. Jak to w surrealizmie – trzeba zobaczyć, żeby doświadczyć. Ogląda się najbardziej znane dzieła mistrza. Sama architektura budynku jest już dziełem sztuki i wynikiem nieokiełznanej fantazji twórcy. Nawet najwięksi sceptycy z muzeum wychodzą pod wrażeniem zetknięcia z geniuszem wielkiego formatu. A trzeba jeszcze dodać, iż Salvadore Dali to także libretto i scenografia do baletów ( Labirynt, Romeo i Julia ), to twórca biżuterii i reklam, ilustrator książek, badacz problemów wykorzystania cybernetyki i geometrii czterowymiarowej w fizyce.

Każdy odbiera sztukę indywidualnie. Na mnie największe wrażenie zrobiła zaskakująca aranżacja muzeum i zestawienie eksponatów – budowanie nastroju różnych pomieszczeń. Myślę, że gdyby ta sama wystawa była pokazywana w tradycyjny sposób odbiór byłby o wiele słabszy.

Powrót do Santa Susana obył się bez niespodzianek. Niespodzianką niejako było jednak to, że zamiast się pakować na wyjazd, dałam się namówić  Ślubnemu  na zakończenie hiszpańskiej przygody w pobliskiej knajpce. Dzbanek sangrii - niejeden zresztą, śmiechy i wesołe rozmowy z zaprzyjaźnionymi na pobycie Polakami, ..... następnego dnia powrót, do nie mniej niż Hiszpania ciepłej Polski.

Archiwum