Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 28 lipca 2014
Dubeltowo!

Zażyczyła sobie Najnajmłodsza obecności Starszej Wnuczki, nie było co marudzić, tylko Nastolatka dokoptowała do nas. Na parę dni, bo potem miała swoje rówieśnicze sprawy. Ale i tak się działo!

Gorąco niemożliwe, zatem bliskość jeziora to plus najważniejszy, bo nie było dnia, abyśmy nie delektowali się parę godzin chłodną kąpielą.

Zwiedzanie też było, ale  tylko wtedy, gdy po południu się chmurzyło.

Zamek w Bytowie.

Wyżej, wejście główne, poniżej dziedziniec wewnętrzny,

 Fragment wystawy: kultura materialna Kaszubów,

Izba prokuratorska, a w niej XVII i XVIII wieczne: chrzczelnica oraz ława kolatorska, czyli nieliczne pozostałości z pobliskiego kościółka p.w. św. Jerzego,

Portrety książąt Zachodniopomorskich,

Fragment wystawy: "Twórczość Józefa Chełmowskiego", naszego największego ludowego artysty, który od ubiegłego roku dzieli się swoimi licznymi talentami z aniołami niebieskimi! 

Zaliczylismy parę występów w naszym letnim amfiteatrze:

W ramach " Letnich impresji", występy dziecięcych i młodzieżowych zespołów z Serbii i Turcji

Ciekawostka: wszystkie tańce tureckie były bez bliskiego kontaktu dziewcząt i chłopców!

Coroczny, regionalny Festiwal Folkloru, to występy Słowaków

i fantastyczne orkiestra oraz tancerki z Tajwanu!

Szkoda tylko, że organizatorzy nie popisali się w kwestii oświetlenia sceny, pozbawiając nas, widownię, wielu pięknych wrażeń!

Na koniec jeszcze ubiegłosobotni występ Trzeciego Oddechu Kaczuchy, który porwał całą publikę do wspólnych śpiewów,

oraz energetyczna muzyka folkowa z Bałkanów i Jerozolimy, czyli Bubliczki!

A reszta w następnym wpisie!

:-)))

sobota, 19 lipca 2014
Wśród sosnowego lasu

Pierwszy raz we Wielu byłam prawie 30 lat temu. To była końcówka wakacji, Córcia pierwszy raz miała iść do szkoły, fiat maluszek ciągnął ostatkiem sił - wybraliśmy się na chybił trafił w tamte strony. Ciężko było. Zero informacji, wszystko na nos. Trafiliśmy jakoś, wdrapaliśmy sie na strome schody i byle jaką ścieżką pomaszerowaliśmy od kaplicy do kaplicy, często klucząc, bo nie było traktu żadnego.

A dzisiaj? Wiadomo! Wszystko, co stanowi atrakcję turystyczną, musi byc opisane, skatalogowane. Tu, w Kalwarii Wielewskiej wiele się zmieniło na lepsze. Teren jest dokładnie wyznaczony, trudno się pogubić. Wytyczone ścieżki. Lampy i ławki. Kapliczki odnowione. Wszędzie tablice informacyjne z dokładnymi opisami. Doszły figury z Drogi Krzyżowej, których nie pokazuję, bo jakoś nie mam zaufania do tego, co widziałam, bo jeśli to były oryginały, a tablice informacyjne dawały jakby temu świadectwo, to ja już nic nie wiem. W każdym bądź razie marmury, bazalt, czy inszy granit chyba nie. Nio, ale moge się mylić!

Zapraszem zatem na spacer w las sosnowy, gdzie w upał chłodzi głowę świeży podmuch wiatru znad pobliskiego jeziora. Po Wejherowskiej, to druga Kalwaria na Pomorzu! 

 

Kaplica nad Cedronem, czyli strugą łączącą Jeziora: Ciepłe z Wielewskim. Rzeźby po obu stronach przedstawiają czterech ewangelistów ( Mateusza, Marka, Jana i Łukasza), a w czasie odpustów, woda ze strugi ma moc uzdrawiająca! (???) 

 Święte Schody, pierwotnie z drewna i cegły, od 1934 r. są z kamienia i betonu. Liczą tyle, ile "Zdrowasiek" jest w różańcu. Kilka górnych ma wyryte czas powstania, nazwiska wykonawców i fundatorów.

Dom Kajfasza, a w nim.... 

 polichromowana rzeźba Jezusa, autorstwa Franciszka Hubera z Monachium.

 Największa, i najbogatsza architektonicznie, Kaplica Piłata. 

Kaplica drugiego upadku Jezusa, 

a wewnątrz upadający pod ciężarem krzyża, Jezus .

 Kaplica płaczących niewiast,

i płaskorzeźba Chrystusa ukorowanego cierniem, w otoczeniu płaczących dzieci i niewiast. 

 Kaplica Ukrzyżowania, zwana Kościółkiem. Dzwon z niej, do dzisiaj brzmi w kościele we Wielu.

Wewnątrz, Chrystus na krzyżu wśród łotrów!

 Kaplica Grobu Pańskiego, z trzypoziomowym wnętrzem:

rzeźba "Zdjęcie z Krzyża", poniżej, niewidoczna dla aparatu, rzeźba Chrystusa zmarłego, położonego na katafalku.

Na koniec , ambona w kształcie łodzi z podniesionym żaglem. Tu odprawia się modły w czasie odpustu Matki Boskiej Pocieszenia.

Sobota upłyneła leniwie i czytająco. Dotarł do mnie autorski egzemplarz nowej powieści KOCURKOWATEJ... i wsiąkłam. 

Jutro też zapowiada się błogospokojnie. A od poniedziałku dubeltowo - obie Wnuczki będę miała. 

Na całe szczęście, zdążę jutro Was odwiedzić, bo potem ponowna posucha w korzystaniu z netu!

środa, 16 lipca 2014
Z trawnika, z wody, z lasu!

Mieszkając na wsi letniskowej, ma się różnych gości, nie tylko tych dwunożnych.

Zjawiają się różne muszki, pajączki, stawonogi i motyle. Akurat te dwa ostatnie stworki są pieczołowicie wynoszone na zewnątrz. Natomiast z muchami jest ten kłopot, że jak się nie ma założonych siatek, to ....czyści się okna przynajmniej dwa razy w tygodniu. 

Ślubny ostatnio łowi sporo płoci, które uwielbiają kukurydzę skropioną olejkiem waniliowym, chociaż migdałowym też nie gardzą. No i potem jest pieczołowite smażenie, robienie marynaty i jedzenie samemu, bo ja akurat lubię co innego na talerzu, o tak na ten przykład ... 

 okonia, złapanego na poczciwą dżdżowniczkę!

 Jagody pieknie rosną, to sobie jeżdżę niedaleczko. Litr dziennie, do placka, gofrów, budyniu czy ze śmietaną i cukrem, to dla mnie mały pikuś. Czasem, jak mam dzień dobroci dla ludzi, i sąsiadkom sie dostanie szklanka jagódek. Inne twory kupuje na ryneczku miejskim, na który ostatnio często zaglądam, bo i tak muszę do miasta co dzień w szpitalu na rehablitacje kolanek się stawiać. Jak wracam, mam co robić, bo wiśnie i porzeczki same w słoiki sie nie zapakują.

A w lesie, jak to w lesie! Żuczków masa tego roku biega po jego runie,

 brzozaki się trafiają zupełnie niespodziewanie,

i o niespodziankę w postaci ptasiego gniazda na mchu można prawie się potknąć, w głowę zachodząc, co to za ptak je pozostawia! 

Jutro na agrest jadę. Przygotowany później, jak na konfiturę trzykrotnie smażoną, będzie idealny do placków jesienią i zimą!

A teraz zbieram się na rower. Codzienne dwadzieścia kilosów czeka! :-)))

Poczytam Was wieczorkiem! :-)))

sobota, 12 lipca 2014
Chwila oddechu!

Sobota! Późny wieczór! Cały ubiegły tydzień nie siadałam prawie do laptopa, aby nie kusić licha, czyli Najnajmłodszej.

Od rana dzisiaj,  na obrotach. Odgruzować MDB. Pojechać na zakupy do miasta, bo na tej naszej wsi, chociaż niby dobrze zaopatrzona, to nie wszystko można dostać. Zwłaszcza z warzywami i owocami posucha. Słowo! Niewiarygodne? Ale prawdziwe, niestety! A potem jeszcze namówiłam Ślubnego na rower, bo tydzień postoju dał mi się kilogramem w biodra, więc najlepiej to spalić, a jeszcze lepiej pospołu. Potem ogórki małosolne nastawić. Kurę wiejską, dostana od Córci w gar wrzucic, niech się pyrka powoli na swojski rosołek, który jutro będzie wydawany ,plus potrawka kurzęca też, zamówiona przez starszą Wnusię.

I to zupełnie nie ma znaczenia, że na tych najwyższych obrotach funkcjonowalismy przez cały ubiegły tydzień. Bo jak się ma pod opieką małolatę wiercipiętną, trajkotkę i uwielbiającą wszystko, co niezdrowe, włącznie z telewizją, netem i paroma innymi sprawami, to wiadomo! Trza się było sprężyć! Tośmy się sprężyli. I chociaż na każdy koniec dnia padaliśmy na wyrka swoje jak "kawki", to mamy poczucie dobrze spełnionego obowiązku babciowo-dziadkowego.

Były gry: monopol, scrable, kółko i krzyżyk. I pieczenie ciasteczek, zwłaszcza pomarańczowych, które Najnajmłodsza pasjami lubi. I pogoda była, więc Dziadek przed południem na plażę z nią , a ja po po południu na naszym Zaciszu.

Dziadek oczywiście  na  przejazdżkę łódką po jeziorze zapraszał,

i  na ryby oczywiście też. Ło matko pojedyncza, ale był wrzask radości, jak Najnajmłodsza złowiła własnoręcznie swoją pierwszą w życiu rybę!!!!

 I wycieczkę jej zafundowaliśmy do Wiela, na Kalwarię, z którek relację zdam w następnym poście!

Czasem miałam dość, naprawdę! Ale gdy widziałam ten błysk w oku Najnajmłodszej, to wiedziałam, że było warto! Ze zapamieta to wszystko, co jej się u nas działo!

Za tydzień będzie powtórka z rozrywki! Trzeba się przygotować!!!

sobota, 05 lipca 2014
Randez-vous na wodzie!

Woził już mój Ślubny moje Koleżani w tym roku po wodzie, a ja biedna sierotka, nie mogłam się załapać. W końcu się udało! Perkotka odpaliła! Popłynęlismy w szuwary i nie tylko. 

Kłopot tylko jeden, że prócz patrzałków dodatkowych przeciwsłonecznych, nie wzięłam normalnych. I kaplica! Bo nic w moim aparacie foto nie widzialam, prócz jakiś plam przelatujacych, a o ustawieniu odległości, to już zupełnie zapomnieć było można!

W lewym rogu, poniżej trzcin, łyska ze swoja pociechą.

A to nie wiem, bo zerwały się tuż nad nami, i zanim się zorientowałam, gdzie, było "po ptokach"! W każdym bądź razie, nie były to bociany ani łabędzie, bo szare bardzo. Raczej dzikie gęsi, wzglednie czaple, lub żurawie, które ostatnio w tych stronach zaczęły się pojawiać.

Do tego kormorana przymierzałam się czas dłuższy, ale wyszło, jak wyszło, czyli cóś w połowie! Jakby kto nie widział, to po prawej stronie, na czwartym odgałęzieniu pierwszej gałęzi od strony wody, z jednym skrzydłem zrywającym się do lotu!

Ciekawiło nas, jakim sposobem Ci, którzy zaczęli w zatoczce na Wolności ogradzać swoje strefy, załatwili wycięcie takich ilości drzewostanu, który, jak pamiętaliśmy z lat dawnych, nie był tak przetrzebiony, jak teraz. Pewnie tylko krasnoludki wiedzą, jak to się stało! 

Dobrze, że jeszcze nie wszystko odgrodzone, i z tablicami zabraniającymi wejścia na teren prywatny!

Upał niemożebny zaczął dokuczać, to wzięliśmy kurs na nasze Zacisze,

zostawiając za sobą główny akwen, pełen żaglówek, rowerów wodnych i hałasujących motorówek, które dryblowały po wodzie z amatorami ślizgów na desce.

A poniżej, spojrzenie na nasz MBD od strony wody. To ten po prawej stronie dach, pierwszy na ostatnim planie!

Z nowości, to Babciuję!

Nie dziwota w końcu, bo zawsze mam tą przyjemność w lecie. Tym razem pierwsza była Starsza Wnuczka. Przywiózł ją Zięciu razem z rowerem, bo będzie przecież ze mną na jagody jeździła. Tośmy pojechali wszyscy pewnego dnia. Ślubny chciał za grzybkami pochodzić. Starsza zdobyła mistrzostwo świata, bo połowę opakowania po półkilogramowym mascarpone zapełniła , i orzekła, że więcej nie da rady. Siadła sobie na pniaczku. Ślubny z rekonesansu z paroma grzbkami się pojawił, i pojechali we dwoje na chatę, bo co z nimi za interes był, skoro do jagodobrania się nie palili? A na drugi dzień Dziewczę orzekło, że nie pojedzie z nami na przejażdżkę rowerową, gdyż ją nogi od ostatniego rowerkowania bolą!!! Młodzież!!! :-))) Ale ją kocham tą Młodzież. Jest niewiarygodnie spokojna i nie absorbująca swoją osobą. Jakby wycofana. Na całe szczęście, wie czego chce! :-)))

Wnuka waliza się nie znalazła. Robią reklamację. A Chłopak rozpacza, bo miał zestaw do robienia herbaty , tradycyjnej, po chińsku parzonej. I furę prezentów, i gadżetów do odsprzedaży hobbystycznej. Poszło się je-je-je! :-(((

Od niedzielnego popołudnia przybędzie nam na stan Najnajmłodsza. Na 5 dni, potem tydzień przerwy, i znowu na 5 dni. Uj! Będzie się działo. Bo to już nie Młodzież, tylko smarkulka w pretensjach, którą za wyjątkiem sieci i telewizorni mało co interesuje! 

Trzeba się będzie spiąć maksymalnie, zapewnić rozrywkę inną niż ślęczenie prze ekranami!

Prócz tego udało mi się napiec jagodzianek. I odkryłam tajemnicę gofrów! Mam za słabą gofrownicę. Wystarczyło tylko piec gofry dłużej, jak 3-4 minuty, a ja musiałam 7-8, i już jest w porządeczku najlepszym! I najsmakowitszym, co wspólnie orzekli Ślubny i Młodzież!

Macham do Was, moi czytelnicy teraz, bo nie wiem, kiedy mi się uda po cichu skorzystać z sieci w nastepnym tygodniu!

Archiwum