Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
niedziela, 28 lipca 2013
Jeszcze raz letnie klimaty

Tym razem wycieczka samochodowa, chociaż trasa ta sama, co poprzednio.

Na początek krótki postój w Bachorzu i spenetrowanie brzegów przy  dzikiej plaży, chociaż obok też jest strzeżona, przy Ośrodku wypoczynkowym. Ale tuż przy brzegu dzikiego kąpieliska, na w miarę płytkiej wodzie rozlokowało się masę wędkarzy. Ślubnemu aż oczy zabłysły, gdy zaczął ich podglądać,

gdy ja pochodziłam sobie po chaszczach, wokół pochylonych

lub przygniecionych wiatrami do ziemi, drzew.

Minęliśmy Małe i Duże Swory, aby zatrzymać się na dłużej w Drzewiczu, nad którego brzegami, w czasach PRLu wypoczywali działacze KC. Ośrodek po nich jest teraz w rękach prywatnych i raczej trudno się tam nadal dostać, chociaż brakuje i drutów kolczastych oraz wartowników z karabinami!

Sjesta nad wodą, tuż przy rozległym polu namiotowo-kamperowym, zaowocowała niezłym wynikiem. Po raz pierwszy udało mi się sfotografować perkoza. Razem z młodym,

oraz na wodzie!

Łabędzie to tam biegają między wczasowiczami, co znam już z naszej jeziornej wsi. Tylko pan łabędź trochę syczy, gdy za bardzo zbliżamy się do młodych! 

Rzutem na taśmę zdążyliśmy na przedostatnie zamykanie jedynego w naszym rejonie mostu zwodzonego, dzięki któremu cztery razy dziennie żeglarze mogą przepływać między jeziorami: Długim i Karsińskim, bez konieczności zwijania ożaglowania i składania masztów, co czyniono każdorazowo do ubiegłego lata.

Okazuje się, że to nie lada atrakcja turystyczna. Z całego długaśnego rządka samochodów wysiadali prawie wszyscy, aby zobaczyć przepływanie żaglówek. Oczywiście w akompaniamencie wzajemnych powitań, okrzyków i życzeń stopy wody pod kilem!

Droga powoli opada, barierki się otwierają, można spokojnie wracać do domu! :-)

Jeśli kto ciekawy, to przeprawa ta jest w Małych Swornechaciach.

A nazwa skąd? Pochodzi od dwóch kaszubskich słów: swora, czyli warkocz pleciony z korzeni sosnowych, wykorzystywany do umacniania, czyli gacenia brzegów (gacy) jezior i rzek przez mieszkańców. Dokładnie to widać na ostatnim zdjęciu!

czwartek, 25 lipca 2013
Najlepsze lekarstwo na stres!

Nie ma nic lepszego na wyciszenie nastrojów, jak las i woda. Na całe szczęście mieszkam w takim miejscu, gdzie mam tego pod dostatkiem. Pojechałyśmy więc z Baśką sprawdzić, jak daleko sięga nowa ścieżka rowerowa.

Za Małymi Sworami odbiłyśmy w prawo, w las. Naszym celem były Duże Swornegacie. I jezioro Karsińskie,

 które pośrodku wsi, pod mostkiem przechodzi w Brdę. 

 Zatrzymałyśmy się na chwilę w Domu Rzemiosła Ludowego,

 i obejrzałyśmy wystawę dawnych sprzętów używanych niegdyś na wsi kaszubskiej.

 

Obiad do wyboru był aż w czterech restauracjach.  Smażony filet z sandacza był wart swojej ceny!

Prawdopodobnie, gdybyśmy zostały do wieczora, miałybyśmy okazję biesiadować w takich oto miejscach, położonych tuż nad brzegiem jeziora. Do dyspozycji ogromne stoły i ławy, piece chlebowe, ogniska i grille.  

Wracając, natknęłyśmy się na taką budowlę, specjalnie zrobioną dl bocianiej rodziny,

i wjechałyśmy na ścieżkę ornitologiczno-przyrodniczą. Z rozmieszczonych po drodze tablic wiemy już, że w tych lasach, w zależności od pory roku, można spotkać szczygły, dzwońce,grubodzioby, kruki, wrony siwe, kukułki, zięby, sikory sosnówki i czubatki, sójki, pełzacze leśne, dzięcioły duże i jastrzębie gołębiarze. 

Las, w pełnym słońcu pachniał igliwiem, sosną i spokojem!

Stwierdziłyśmy, że chociaż Duże Swory bardzo zmieniły się na plus w ciągu ostatnich lat, to jednak wolę moją wioskę nadjeziorną. Może nie tak bogatą, ale o wiele spokojniejszą!

wtorek, 23 lipca 2013
Ufff!

Chyba będzie dobrze!

Przynajmniej wszystkie badania na to wskazują!

Zatem, dwa strachy w cugle wzięte!

Strach rodzinny nie, bo to odrębna sprawa, bardzo doskwierająca, zwłaszcza Ślubnemu. Niestety, nie da się tego szybko zamieść pod dywan, i udawać, że nic się nie stało! Prawdopodobnie będzie się to-to ciągnęło, jak przysłowiowy "smrodek po gatkach"! A głową za to muru nie przebiję!

Miałam przecież trochę czasu, aby nad tym pomyśleć! I pomyślałam!

Od paru dni zatem objeżdżam nasze lasy i jeziora. A co zobaczyłam, pokażę wkrótce!

czwartek, 18 lipca 2013
Amplitudy!

Jak jest zbyt długo za dobrze, za miło, za cicho, to zawsze "coś" ustawi człowieka do pionu!

I walnie!

Tym razem potrójnie! 

Jeden strach już oddalony, ale został kolejny, oraz cios, który w dłuższej perspektywie położyć się może cieniem na mojej Rodzinie. 

Trzeba mi się z tym uporać, zatem nie mam głowy do biegania po sieci!

Macham! I do..... napisania!


wtorek, 09 lipca 2013
Na ostatniej prostej!

Dzisiaj ostatni dzień tutaj. Zdążyłam jeszcze wczoraj  zawieźć Dziewczyny do Kuenstatte Bossard. Były zachwycone! Od czasu mojej ostatniej bytności, otworzono jedną z sal "dumania", niesamowitą w ilości pochowanych miedzy malowidłami i rzeźbieniami symboli Chrystusa!

 

Porobiłyśmy masę zdjęć, a cały wczorajszy wieczór był pod znakiem wysyłania ich na poszczególne maile, które mi dały.

Jutro raniutko, świtem bladym, zjawi się Karina. Mój wyjazd , jakoś tak około południa. Przyśpieszenia więc nabieram, bo nie da się ukryć, że trochę w tym ostatnim tygodniu tutaj obijałam się. Nawet pierwszy raz, jak długo pracuję, zdarzyło mi się nie wystawić pojemników ze śmieciami mieszanymi! No zgroza, jak sobie to uświadomiłam, bo oczywiście "pozajączkowały" mi się tygodnie, no i do dzisiaj nie wiem, jak ja mogłam tych pojemników u sąsiadów wystawianych w przeddzień, nie zauważyć! Ani chyba, reisefieber w nowej odsłonie. Trzeba będzie na przyszłość więcej zabezpieczeń przed utratą pamięci i ostrości widzenia zastosować! Całe szczęście, że mamy tu dodatkowe, pomarańczowe worki, które też służą do tych celów, to jakoś te dwa tygodnie opędzimy, tzn. Karina opędzi!

Kurti świeżutko wykąpany - myjemy go co dzień, ale taką łóżkową, całościową, łącznie z włosami kąpiel - robimy co pięć dni. I świeżutko ogolony też został. Ach, bo to golenie, to nowa moja umiejętność, którą tu nabyłam drogą praktyki oczywiście. A nie jest to taka prosta sprawa, golenie mężczyzny. Leżącego, tym bardziej! Nawet nie miałam zielonego pojęcia, jakie to ważne odpowiednie trzymanie golarki, prowadzenie jej pod odpowiednim kątem, naciąganie skóry, aby golenie było skuteczne! Z początku było marnie, ale teraz? Michi nawet mnie pochwalił ostatnio, że Kurti taki gładziutki! :-)))

Pościel przebrana, już dwie pralki wyprane, schną na sznurach, góra przygotowana, pozostało tylko odkurzenie dołu i zmycie podłogi w kuchni, ale to już po południu. Wcześniej jednak ostatnie spotkanie z Dziewczynami. Na lody idziemy do Włocha! Wieczorem pakowanie! I kolejna zmiana dobiegnie końca. Nadzieję na przyjazd ponowny mam nadal, tym bardziej, że parę dni temu Kurti znienacka stwierdził, iż mu pieniądze zginęły!!!! Rozumiecie??? To tak, jakby nic się nie zdarzyło! No!!!! Po dwóch miesiącach, znane słowa usłyszałam,co świadczy niezbicie, że chyba.....będzie lepiej! :-)))  I przy niedzielnym obiedzie o dokładkę gulaszu poprosił, czego dotychczas nigdy nie słyszałam! Będzie dobrze? Musi!

To do usłyszenia za parę dni z kraju!

A na ten czas zostawiam zdjęcie konika z podróżnikami! :-)))

sobota, 06 lipca 2013
Zamiast relacji z Asyżu... która będzie ... kiedyś!

Towarzystwo polskie nam się rozrasta, a i zmiany miedzy nim też się mają, które trzeba ogarnąć jak najbardziej. Wiola na dwa tygodnie pojechała do kraju, jej zmienniczki nie uznajemy, bo nie "nasza" , nie nadaje po naszemu i tyle! Za to mamy Ewę, zamiast Irenki, która nie chciała towarzystwa naszego, bośmy z tej samej firmy, a więc według niej, trefne jesteśmy. Nikola miała w międzyczasie problemy ze swoją babcią, która wczoraj wróciła ze szpitala, więc się dziewczynie dzień posypał. Prosiła o wsparcie, tośmy się skrzyknęły, zapakowałam Agatę i Ewkę w audi świeżo dotankowane, i skoczyłyśmy do niej, a co, trza się wspierać!

A dopiero co przywlokłam się z klubu muzycznego "Mojos", w którym to był wczorajszego wieczoru i dzisiejszej nocy dzień bluesowy, na który poszłyśmy z Ewką. Drineczka ginowego wypiłyśmy, poklaskałyśmy w rytmy, pośpiewałyśmy dośpiewy soliście, nawet potańcowałyśmy sobie wespół ku uciesze męskiej części bywalców, aby na koniec stwierdzić, iż przy bluesie w wykonaniu prawie sześćdziesięciolatka, który lata po gościach z kapeluszem, by straf zebrać, to nie nasze klimaty są. Odprowadziłam ją i sama się potem przez większość tej wioski-miasta dotyrpałam na moją dębową uliczkę. Nikt mnie nie napadł, nie wystraszył, cicho było i na ulicach żywej duszy!

Przed tym wszystkim, parę dni temu, zrobiłam sobie wycieczkę rowerową do Luelau. Po drodze minęłam inny odcinek Seeve, napatoczyłam się na zagrodę, jak się później dowiedziałam na popasie, artysty malarza, Benita, z pochodzenia Włocha. Szkoda, że go w domostwie nie było, ale ponoć on fruwający bardzo ptak! Koniki też pewnie hodował, bo zagroda końska odpowiednio była oznaczona: Santos - 10.5.88, Spafos - 29.9.65 i Tiramisu - 19.3.88.

I do karczmy zajechałam. Na piwo! Gorąc był niemożebny. A tam drobiu i inszej gadziny małej mnóstwo, karczmarz na prośbę: "eine sehr gute deutsche bier bitte"( zawsze każą sobie wybierać po nazwach, w których zupełnie się nie wyznaję ), po polskiemu się próbował, pośmieliśmy się. Ale! Kaczory odpoczywały, kozy skubały trawkę, kurom obojętnie wszystko było, za to kogut uważający bardzo podbiegł sprawdzając, kto zacz, gąsior statecznie maszerował, jego towarzyszka na wodzie udawała łabędzia, a kaczki na przemian się ustawiły i co rusz dłubały po dnie. I to wszystko uwiecznione! Proszę!

\

Tym co zasypiają - Dobranoc!

A tym, co rano wstaną - Dzień dobry!

czwartek, 04 lipca 2013
W stodole!

Chyba w listopadzie ubiegłego roku po raz pierwszy zwiedzałam Jesteburg. Pamiętam, że po drodze napatoczyłam się na starą stodołę, w której było muzeum wiejskie. Niestety, czynne tylko od maja do września. Dopiero niedawno się okazało, że Museumscheune jest tylko otwarte dwa razy w miesiącu, wyłącznie w niedzielę,bo to prywatna siedziba jest i prywatne zbiory. Przez przypadek zauważyłam potykacza, gdy wracałam z naszego koleżeńskiego spotkania, że jest otwarte. Upewniłam się, do której godziny czynne, szybko nadusiłam na pedały rowerka, bo czasu mało zostało, chociaż do końca mojej mittagpause daleko było. Szybciej zbudziłam Kurtiego, szybciej go nakarmiłam plackiem i napoiłam kawą, potem, o wstydzie, skłamałam, że muszę jechać do apteki i ma na mnie czekać, bo za godzinę wrócę. To nie było ładne, wiem, ale gdybym tego nie powiedziała, byłoby gorzej. Kurti tak ma, że wprawdzie nie orientuje się, jaki kolejny dzień tygodnia mija, ale gdy mu się powie, iż jedzie się tam i tam, oraz wróci za jakiś czas, spokojniutki jest jak trusia.

Pojechałam. Zobaczyłam. Wiele przedmiotów codziennego użytku na wsi niemieckiej dawnymi czasy, przypominało mi te widziane w dzieciństwie, gdy właśnie na wsi mieszkaliśmy. I u dziadków w maleńkiej Tucholi też się trafiały. Nie wszystkie umiałam rozszyfrować, ale jakby co, licze na pomoc tych, którzy będą ten wpis czytali.

 Maszynki do mielenia i skopki. I chyba jakieś ichniejsze roboty ręczne!

Sagany, wiadra, kociołki, bańki, piecyki łazienne, tary i balie, ale te dwa naczynia między piecykami - nie wiem!

No, tu wątpliwości nie mam. Centryfugi do masła i śmietany! I kierzanka oczywiście też! Pamiętam, jak siadałam na kamiennych schodkach i patrzyłam, jak Babcia Stasia energicznie ubija w niej mleko, aby potem ze słodkawej, lekko kwaskowatej serwatki, wyciągnąć piękną, żółtą gomółkę przepysznego masła! A chleb, swojski, przez babcię upieczony, z tym świeżuteńkim masłem - małmazja!!!

Piece oraz piekarniki.

Narzędzia do prac w polu

Coś do żęcia słomy, a także zielonego dla kaczek, gęsi i innej podwórkowej żywiny! I brony bardzo dawne chyba.

Widły, taczki i siewniki.

Wialnie?

Młyn do robienia śruty!

Starodawne komputery! :-))))

Kolekcja starej porcelany, dawnych środków płatniczych, i.... narty. Prawie takie same miałam pół wieku temu co najmniej!

Stanowisko do szycia,

Kołowrotki,

Wózek chyba przedwojenny, ale pewności nie mam. Lale oczywiście szmaciane, najlepsze w dawnych czasach. I sakwojaże stareńkie, i saboty, dawny barek sowicie zaopatrzony, kolekcja piwnych podkładek, o podsuwaczu i nocniku już nie wspomnę, bo ile to razy u Dziadków "odę do nocniczka" się mówiło?

Sama się dziwię, że tyle pamiętam. Przecież to lata całe były temu, a teraz proszę, w niemieckim, wiejskim muzeum oglądam przedmioty, które w pamięci dzieciństwa swego zachowałam. Czy to nie dziwne, takie zakręty? 

A poza tym, chyba na trochę lepsze idzie, bo Kurti popołudniami jakby bardziej towarzyski się robi. Apetyt też mu dopisuje. Śliwki suszone w charakterze dżemu robiące i migdałki drobno siekane na masełko, jakoś mu zaczęły małe rewolucje uskuteczniać. I z piciem się poprawiło. Żeby tylko ruszać się chciał! :-)))

wtorek, 02 lipca 2013
Przechwalone!

"Pamiętasz Capri, te noce kochanko......" Może i ona tam coś niecoś pamięta, ale to było bardzo, bardzo dawno temu, i nijak się ma do tego, co miało być takim cymesem, a...... nie było! Może oczekiwania za duże miałam? Ale skoro wszem i wobec się "trąbi", że tam należy bywać, by się lansować, by poczuć ten okropny snobizm, by otrzeć się o wielki świat, do którego wszyscy ciągną, jak muchy do miodu, a potem tylko się widzi niewiarygodnie bogate wystawy, z jeszcze bardziej niewiarygodnymi cenami, to zadaje się sobie pytanie:" po co", po co tu się przyjechało"? Dla tych skał wapiennych, białych w słońcu? Dla niezliczonej ilości odcieni morza w zatoczkach? Dla spaceru ogrodami Augusty, które miały być Edenem prawie, a nie oferowały nic prócz rachitycznych krzewów pomarańczy, kilku datur i spalonych słońcem kaktusów? Prawie to samo widziałam z łódki okrążając Dubrownik. Lazur morza też był ten sam. I plaża kamienista, i kręte uliczki. Tylko Kartuzja na Capri prawdziwa, czynna od 1681r., przy której pięknie kwitły najzwyczajniejsze bratki, lobelie i marcinki. I granita cytrynowa była najlepsza, i lody w portowej gelaterii, i morze ciepłe, które mi pupę zmoczyło, gdym chciała sobie po kamienistym brzegu pochodzić, a jakoś nie zdecydowałam się na kąpiel, chociaż w kostium byłam zaopatrzona! I Lazurowa Grota jakaś taka mała.... cień figury Madonny w wyżłobieniu skalnym nikły....całe szczęście, że nasz wspólny ze Ślubnym pocałunek pod Łukiem Miłości z Faraglionów był taki, jak powinien!!!  W końcu to zwieńczenie naszej podróży na 40-stkę ślubu było! :-)))

Ale zapraszam na spacer! W końcu, czemu nie?

Wypływamy promem z Sorento.

Aby po dopłynięciu do portu na Capri, przenieść się na łódkę, którą opływamy wyspę.

Skała "maczuga"

Skała "żółw"

Grota Tyberiusza

Po prawej stronie, w mroku, wyżłobiona przez morze figura. Mówi się, że to Matka Święta!

Lazurowa Grota

Jeden z Faraglionów: Łuk Miłości

Wejście do najstarszej na wyspie perfumerii

Najdroższe wille w Anacapri

Do Ogrodów Augusty już niedaleko

Spoglądając z wysokości rozpoczynającej się via Krupp, można dostrzec wszystkie odcienie lazurowego morza!

Ponoć w powietrzu czuć atmosferę magii i niezwykłości, i uderzający urok wyspy! Ja tego nie poczułam, niestety!!! Ekscytować się w knajpach nie wyrafinowanym menu, tylko spisem gwiazd, które akurat kiedyś tam gościły w tym miejscu? Ta ekskluzywność, jakoś nudna tutaj! Gwiazdy przyjeżdżające , pewnie przebrzmiałe. Zabarykadowane w swoich pałacach, co ich tam będzie gawiedź oglądać! Ale to moje odczucie, nie każdy musi się z tym zgodzić, bo w końcu, jak będę sobie chciała na żywo jakąś gwiazdę obejrzeć, to pewnie pod czerwony dywan na rozdanie Oscarów się wybiorę, a co! ;-)

Gdyby nie ta szmaragdowa woda w zatoczkach, co byłoby tu magnesem dla normalnych śmiertelników? Świat się skurczył, niestety, i takich wysp do zwiedzania jest bez liku.

Ale fakt jest niezbity! Capri było pierwsze!!!!

Archiwum