Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 30 lipca 2012
Sprawy ostateczne!

Nie było dotąd szczególnie czasu, aby opisać dwa ostatnie dni życia Babinki. Poza tym zastanawiałam się, czy powinnam. Doszłam jednak do wniosku, że skoro opisuję moją pracę przy opiece nad starszymi ludźmi, i to dość szczegółowo, ten ostatni wyjazd byłby niepełny, gdybym tego nie zrobiła.

A Babinka, po wypisaniu ze szpitala, z dnia na dzień była coraz słabsza, coraz bardziej wysiąkała z niej woda, coraz mniej jadła i piła. Poniedziałek ubiegłego tygodnia zaczął się tym, że woda już wyciekała z rąk, co chyba powodowało ogromny ból, bo Babinka cały czas pojękiwała. I to pojękiwanie trwało całą noc, aż do późnego popołudnia we wtorek. W międzyczasie przyszła Sylwia i Piekarzowa, aby mnie trochę ulżyć, bo byłam skołowana z niedospania i ciągłego zmieniania nie tylko ręczników pod nogami i rękoma Babinki, ale także jej pozycji. Córka była już w trasie do nas. Gdy przyjechała, Babinka jakby przysypiać zaczęła, cichutko czasem pojękiwała, ale jakby się uspokoiła, a my stwierdziłyśmy, że chyba zmęczona bardzo tym prawie dwudniowym bólem. Córka weszła do kuchni, aby zadzwonić po lekarza, za chwilę mnie zawołała, bo lekarz chciał wiedzieć, ile płynów Babinka wypiła. Powiedziałam, co powinnam i wróciłam do pokoju chorej. Jedno spojrzenie na Babinkę i już wiedziałam, że to koniec. Nie wiem skąd to wiedziałam, bo jeszcze nigdy tak blisko nie otarłam się o śmierć, ale to była prawda. Córka tylko sobie potem wyrzucała, że gdy umierała jej Matka, to ona przy niej nie była. Ale my nawet nie miałyśmy świadomości, że to właśnie tego dnia się stanie. Dla nas Babinka odpoczywała!

Nie wiem, nie jestem lekarzem, nawet pielęgniarką nie jestem, ale według mnie to Babinkę woda zalała. Zalała płuca i serce! I w sumie dobrze, że to tak szybko nastąpiło, bo jak sobie przypomnę powolne umieranie Hannelore,  Babinka ma wielkie szczęście, iż nie cierpiała zbyt długo. Może to kogoś oburzyć, co napisałam, ale tak czuję. I nikomu nie życzę, aby patrzył, jak droga osoba jest tygodniami oplątana rurkami i męczona w imię niby humanitaryzmu.

A potem zdarzyło się coś dziwnego. Córka poprosiła mnie, abym Babinkę wyprostowała ( umarła leżąc na prawym boku ), złożyła jej ręce i podwiązała brodę. Nie powiem, aby to nie był pewnego rodzaju szok, gdy usłyszałam tą prośbę, ale zrobiłam wszystko, czego zażyczyła sobie Córka. Miałam tylko trudności z przepleceniem palców. Dopiero później dotarło do mnie, że przecież to nie ja powinnam zrobić, przecież to bardzo intymne czynności były, według mnie zarezerwowane dla członków rodziny. I pomyślałam też, że nie mogę być złym człowiekiem, skoro o coś tak intymnego własnie mnie poproszono, zwykłą opiekunkę.

Babinka leżała do środy wieczora. Na dworze upał był straszny. To zupełnie inaczej, jak u nas. Nawet do trumny tylko przyszykowałam czystą bieliznę, skarpetki i białą bluzkę.

W zawiadomieniach o pogrzebie, proszono aby pieniądze, które żałobnicy chcą przekazać na zakup kwiatów i zniczy, ofiarowano na biedne dzieci i młodzież pozostające pod opieką ewangelickiej gminy; podano konto. Myślę sobie, że to większy pożytek, niż tonami usuwane z naszych cmentarzy zwiędnięte kwiaty. Ja, wyjeżdżając, zostawiłam kondolencje dla całej Rodziny i wsunęłam pewną kwotę pieniędzy, zostawiając do dyspozycji Córki, w jaki sposób Ona przekaże to dalej.

Tak, część staruszek, którymi się opiekowałam, już nie żyje! Ale to nie znaczy, jak ktoś chyba bez zastanowienia napisał w komentarzach, że to moje jakby dzieło. Nie kolekcjonuję umarłych. Na prawie pięć lat wyjazdów do Niemiec, dopiero teraz byłam tak blisko Śmierci. Dopiero teraz świadomie obierałam oznaki zbliżania się ostatecznego końca. Nie jest to łatwe doświadczenie, o nie! Ale jak najbardziej ludzkie! Bo i Śmierć, i Życie, należą do Ludzi!

Jutro pogrzeb Ilse. Pojutrze miałaby 88 lat. Żałuję, że nie pojadę tam więcej, chociaż cała Rodzina, Sylwia z Sąsiadem i Piekarzowa z Mężem pragną podtrzymywania kontaktów. Wczesnym, jutrzejszym rankiem, z Córką i Wnukami jedziemy na cały dzień do Łeby.

Dlatego już dziś zapalam Ilse świeczkę!

[*]

sobota, 28 lipca 2012
Już domowo!
Koszmarna podróż powrotna! Błądzenie po północnych Niemczech, bo zepsuł się gps. Kierowca z jedną płyta CD, która przez 12 godzina na okrągło chodziła i do tego z najgorszym wydaniem disco polo, w którym wszystkie możliwe jaśniste latały pod sufitem. Towarzystwo młode, po pięciotygodniowym pobycie na plantacji truskawek. Piwo w nadmiarze, bo stęsknieni, pracowali dzień w dzień po 12-16 godzin, po czym padali na wyrko, aby spać i być gotowym na następny dzień od trzeciej rano! Do tego rynsztokowa łacina. Nie na moją głowę i pojmowanie! Z tego wszystkiego nie chce mi się wcale spać, chociaż w nocy oka nie zmrużyłam. Ślubny nagle stwierdził, że jakoś ja pachnę inaczej, a i moje ciuchy, które wypakowałam, też! Zaliczyłam więc prysznic, zaraz idę wywiesić pierwsze pranie. Następne czekają w kolejce. I pojedziemy na nadjeziorną działkę. W końcu jestem głównym inwestorem, to gospodarska wizyta się należy! Najważniejsze, że już jestem w kraju, i do połowy października pożyję sobie po polsku! Macham do wszystkim moich Blogoulubionych i nie tylko! Od jutra zacznę znowu intensywne życie blogowe!
wtorek, 24 lipca 2012
Ilse!
Ilse odeszla cichutko po 2 dniach walki z bolem!
poniedziałek, 23 lipca 2012
No i szlus!!
Jak juz na niemieckim nowym laptopie i szybkim necie nie moge pisac to nie wiem o co chodzi. Za 11 dni jestem w domu no to do napisania. Buzka!!!
czwartek, 12 lipca 2012
Nic takiego
Lekarze orzekli, ze Babinka w piatek moze jechac do domu. Tak wiec pare ostatnich dni, popoludniami, gdy wracalysmy z Corka z Buchholz, kilka godzin poswiecalam rowerowym wycieczkom. Jak wroci moja podopieczna, nie da sie tak czesto jezdzic, jedynie wtedy, gdy Corka mnie zmienia. A jest gdzie jezdzic! Miedzy polami, laskami i zagajnikami. Tutejsze tereny sa typowo rolnicze, uprawia sie tu zboza, ziemniaki, kukurydze, czasami buraki pastewne, gdzieniegdzie widzi sie uprawy kwiatow cietych (zwlaszcza slonecznika i gladioli)albo dyni. Ogromne sa plantacje truskawek, i nie mniejsze drzew iglastych, a takze lisciastych, gdzie prym wioda deby. Bowiem w tym kraju dab jest niemal tak czesty, jak u nas topole. O wielkich przestrzeniach pastwisk nawet nie wspominam, bo to naturalne tutaj, gdy sie hoduje tyle koni. W tutejszych lasach mase malych jeziorek, przepustow i stawow z dzikim ptactwem wodnym, chociaz widzialam tez pare ogromnych ptakow drapieznych. Co jeszcze robilam? Czesto jestem u Sylwii na pogawedkach przy kawce. Skonczylam czytac "Dzienniki pasjonatki. Rok w podrozy" Mayes Frances. Cale szczescie, bo utylabym przy tej ksiazce, jak nic, gdyby byla obszerniejsza. Autorka nie tylko szczegolowo opisuje widziane w muzeach i kosciolach obrazy czy rzezby, zwiedzane ogrody. Duzo miejsca zajmuja w tej ksiazce opisy i smaki potraw, ktore smakowala w kazdym z odwiedzanych krajow. Jeszcze nigdy nie bylam taka glodna przy czytaniu! I zaczelam ogladac drugi sezon "Rodziny Soprano". Nie bardzo wiem, dlaczego ten serial okrzyknieto hitem, ale jak dotrwam do ostatniego sezonu, moze sie dowiem!
poniedziałek, 09 lipca 2012
Z dyzuru!
Corka odstawia mnie do Buchholz, zawinela auto ogonem i wystartowala w kierunku Oldenburga. Wroci wieczorem poznym, a ja mam dyzur. Babinka nakarmiona, obylo sie bez nudnosci, zostala wiec opatulona, bedzie spac do kolacji, na ktora wroce okolo siedemnastej. Zatem spokojnie sobie poszlam do kafejki, i .... pocalowalam drzwi. Trzeba poszukac dalej, poszlam wiec na glowny plac z planem miasta, znalazlam informacje turystyczna i zaopatrzona tam w stosowna miniaturke planu odnalazlam nowe miejsce surfowania. Czas plynie nieublaganie, jeszcze tylko trzy tygodnie. Jakos tym razem nie dostaje szwungu, ze tak dlugo jestem. Prawdopodobnie dlatego, ze czuje sie tutaj jak w rodzinie. Zreszta Oni wszyscy tutaj traktuja mnie wlasnie jak kogos z rodziny, i to waznego kogos, bo opiekuje sie kims bardzo przez nich kochanym i lubianym. Cokolwiek robie przy Babince, jest mi dziekowane specjalnie. Tak samo, gdy staram sie pamietac o wszystkich drobiazgach potrzebnych w szpitalu. Zawsze jest podziekowanie. Dla nich wszystkich jest tez wazne moje samopoczucie, czy sie wyspalam, czy mam wszystko to, co lubie. Czasami wole milczec, gdy pytaja o moje upodobania, bo wiem, ze beda przedabrzac, a ja lasuch jestem i potem trudno mi sie wyrzec lakoci zostawianych czy kupowanych specjalnie dla mnie. Babinka powinna jutro wyjsc. Ale nie bardzo w to wierze. Staruszka jest kilka miesiecy po operacji zolodka i kregoslupa. Procz swojej silnej osteoporozy i zwiazanych z tym boli , wiecznych problemow z nudnosciami, doszly problemy z gospodarka elektrolitami. Ja pierwszy raz w zyciu widzialam w jakim tempie wysiakala z niej woda. Kiedy spuchly jej nogi a potem zaczelo sie to saczenie, nie nadazalam jej wycierac. Mimo lekow podawanych od przeszlo tygodnia, nie widac wyraznej poprawy. Corka ma nadzieje, ze Babinka jutro pojawi sie w domu, ale ja nie mam takiej pewnosci. Jesli pare dni nie bede pisac, to znaczyc bedzie, ze Babinka jest w domu, a tam to moj net jest tak silny, ze ledwie gadulec chodzi, a i to nie zawsze. Ale zalatwilam z Sylwia, ze raz na jakis czas da mi dluzszy dostep do swojego laptopa, to pewnie jakis wpis popelnie. W schowku czeka od dawna wpis z wycieczki do Buxtehude i Jorku, ale opublikuje go dopiero po powrocie do kraju. Wole, aby ukazal sie ze zdjeciami, bedzie pelniejszy. No, to teraz ide Was poodwiedzac!
sobota, 07 lipca 2012
Internet cafe!
Chyba sie obrazilam na dobre na moj tutejszy net. Oczywiscie wczorajszy wpis znowu amba zzarła. Na cale szczescie, mam dzis caly dzionek dyzuru w Bucholz, i drepczac sobie powoli po jego zaulkach, znalazlam kawiarenke internetowa. Przede mna trzy godziny, wystarczy tylko pamietac,ze zet i ygrek leza w innych miejscach klawiatury niz w kraju i zapomniec o uzywaniu niektorych, polskich znakow. Bo okazalo sie, ze Renate tez mieszka w Moisburgu. Alez miala niespodzianke! Posiedzelismy sobie przy kawie i truskawkowej roladzie Trudzia bedzie oddawana do Heimu. Zanim jednak odwiedzilam Renate, pojechalam do Rosengarten. Przypadkowo zupelnie, zobaczylam pewnego dnia drogowskaz. Z Grauen do Rosengarten tylko 9 km, a z Moisburga do Grauen tylko 4km. Córką babinki wolne popoludnie, wsiadlam na rower i pojechalam drogi bylo pod gorke, ale po drodze dlugie szpalery lip pachnialy upajajaco miodowo, a jadac w terenie lesnym mijalo sie pieknie utrzymane posesje, wiec juz to kompensowalo wysilek. Swoja droga, zawsze mnie zastanawia tutaj ilosc domow na terenach lesnych. U nas to tylko lesniczowki sie spotyka, wzglednie jakas zagubiona osade, a tutaj cala masa obszarow lesnych pieknie zagospodarowana. Ma to pewnie swoje uroki; budzisz sie rano, a tu spiew ptakow i szum drzew, ale z drugiej strony, ta ciagla walka z igliwiem, szyszkami i lesnymi goscmi. No, ale kazdy lubi to, co ma! Heino juz machal do mnie z okna, gdy tylko wjechalam na podjazd. Przywital mnie serdecznie, zakrzatnal sie w kuchni i zaraz byla kawa oraz ciasto. Rozmawialismy dobra godzine, oczywiscie nie wpominajac nic o tym, dlaczego nie bylo od niego telefonu, abym ponownie wrocila do Trudzi. Stwierdzil tylko, ze teraz, gdy on jedzie grac, z Trudzia zostaje Zaneta. Oczywiscie poszlismy na gorke przywitac sie z Trudzia, ktora w pierwszej chwili mnie nie poznala, ale gdy Heino jej przypomnial, usciskala mnie z radoscia. I kolejna kawa byla! Potem odwiedziny u Klausa. Akurat trafilam na moment, ze wymienialy sie Halina z Ela. Klaus niepocieszony, bo Ela zapowiedział nieodwołalnie,iz wiecej nie przyjedzie. Ma tak scharatany kregoslup, ze pewnie niedlugo pozostanie jej chodzic w gorsecie- Halina chciała mi sprzedac ta "sztele", ale odmowilam uprzejmie. Moje zdrowie, nie mowiac o kregoslupie tez sa drozsze pieniedzy, ze pojade Kargulem! I znowu kawa oraz tort, bo nazajutrz Halina miala Imieniny. Tu godzina, tam godzina, i juz byla pora sie zegnac. Heino dal mi jescze namiary na dom swojej siostry w Moisburg, bo dopiero teraz sie dowiedzialam, ze tez tam mieszka. A kiedy wrocilam i zdalam relacje babinkowej Corce, ta stwierdzila, ze musze koniecznie pojechac na stopierwsze urodziny Trudzi, ktore sa 18-go lipca. Zobaczymy! Jak sie uda, to kupie kwiaty i ulubione piwo Trudzi i pojade. A co?
czwartek, 05 lipca 2012
Wisi!
Wiecha oczywiscie! Na ostatniej krokwi, zgodnie ze starym pomorskim zwyczajem! Znaczy to, ze podstawowa budowa zakonczona! Murarze maja swieto i wolno im co nieco wypic wyskokowego. Ale nasza ekipa porzadna bardzo, bo zazyczyli sobie tylko grilla i po butelce piwa! Niech im sie dobrze swietuje!!!
Archiwum