Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 29 lipca 2011
Pa,pa!

Cały dzionek w kuchni na pichceniu, coby Ślubnemu na pierwsze chwile przyzwyczajania się "bez mła", starczyło. Zamrażalnik pełen! Spakowana jestem już na 98%, pewnie jeszcze w ostatnich porywach coś dorzucę, albo wyrzucę, bo zgryz ciężki, skoro wyjeżdża się w lecie ( przynajmniej tam ponoć jest ), a wróci się późną jesienią. Dziecka podrzuciły płytki z filmami, z Najmłodszą i Starszą Nusią już się wyściskałam i pomiziałam. Trochę się martwię tylko tym, że zapowiadają od jutra tłok na autostradach - wszyscy jadą na urlopy i ferie, zatem korki murowane,a co za tym idzie, nie wiadomo w ogóle, jak przyjdzie długo płaszczyć tylną niewymowną! Ciekawi mnie też, czy będę miała gdzie wykupić sobie doładowanie do neta. Mam nadzieję, że w ciągu paru dni uda mi się wrócić na blogowisko!

A jakby co, to do miłego Kochani! :-))))

czwartek, 28 lipca 2011
Nie lubię miasta!

Przyjechaliśmy na miejskie "śmieci". Bambetle złożone zostały w korytarzu do późniejszego wypakowania, a my do centrum. Załatwiliśmy co trzeba w banku i wymyśliłam, że idziemy zjeść obiad do nowo powstałej restauracji. Dlaczego mnie siermiężny wystrój nie odstraszył na wejściu, nie wiem, ale zamówiliśmy po placku zbójnickim. Czekamy, rozmawiamy, obserwujemy. Obok siedzi trójka młodych Niemców. Dostali zamówione dania, podziubali w sałatkach, potem jeden z nich zaczął coś międlić w ustach, na koniec wyjął kawał kości, fuj! zostawili połowę porcji na talerzach, szybko zapłacili i poszli. My czekamy. Po pół godzinie zaczęło mną telepać. Ale czekamy. Za następne 15 minut pytam kelnerkę, jak długo jeszcze, a ta z uśmiechem odpowiada, że nie wie, bo oni catering prowadzą i wszystko zależy od kuchni. A na sali była tylko jeszcze jedna rodzina z dziećmi, która już siedziała zanim myśmy przyszli, i oni dostali swoje zamówienie po dobrych 40 minutach. To podziękowaliśmy, płacąc tylko za wypitą wodę z cytryną i poszliśmy do samochodu. A mój biedny żołądek bulgotał nie tylko z głodu, ale i ze złości, że tak się dałam nabrać na blichtr nowości!  Ciekawe, jak ta restauracja długo pociągnie, gdy klienci będą musieli godzinę czekać na realizację zamówienia? A mieli taką wspaniałą kartę deserów lodowych, takich, jakie widziałam i kosztowałam w Vechcie. Ale moja noga już tam nie postanie!

Zrobiliśmy cotygodniowe zakupy, ja dodatkowo kosmetyki na wyjazd, potem jeszcze ryneczek po świeże warzywa, wracamy do domu, zamawiam pizzę. Ma być po 30-40 minutach. W międzyczasie rozpakowuję letnie bambetle, ale cały czas pamiętam, że jestem wściekle głodna. Po godzinie oczekiwania wymiękam, gotowa do kolejnej awantury, ale zjawia się posłaniec z pizzą. Gdyby ktoś pomyślał, że zjadłam całą porcję, to by się pomylił. Chyba żołądek mi się wkurczył przez tyle godzin czekania na jedzenie!

Na dodatek rozkodował się telewizor, na którym Ślubny chciał oglądać jakiś mecz, i tragedia następna gotowa. Dobrze, że Synek przyjechał i zabawił się w naprawiacza, bo byłyby kwasy!

I duszno strasznie! Powietrza rześkiego brakuje! Jeziora brakuje! Buuuu!

środa, 27 lipca 2011
Lata koniec!

Jeszcze tylko dwa dni, i czeka mnie nowe wyzwanie. Puchheim. Gdzieś koło Monachium, można powiedzieć, że satelita. Babcia ma 94 lata i jest chodząca. Ano, zobaczymy! Póki co, wydzwania do mnie jej córka i z szybkością karabinu maszynowego informuje, czego się spodziewa, a co ja nie bardzo rozumiem, bom taka biegła w tej mowie nie jestem. 

Najważniejsze, że z Firmy uzyskałam potwierdzenie moich wcześniejszych przypuszczeń. Gośka cudownie ozdrowiała, rodzina Profesora zadowolona, wpierw ma przyjechać Ona, a potem oczekują mnie. I to będzie raczej po moim trupie, albo i jej, jeśli się zdecyduję, na pewno popełnię morderstwo w afecie bo nie mam zamiaru współpracować z fałszywcem! A w nowe miejsce jadę na prawie trzy miesiące. Rodzina osobista jak i ja, łapiemy się za głowę, ale przecież pieniążki nie śmierdzą i lada moment będą pracować; mnie też juz specjalnie się nie chce jeździć na te saksy, jeśli mam co chwilę toczyć wojny z rodakami!

Za to nowości są. Ślubny nieodwołalnie na emeryturę idzie! W październiku. Firma, w której pracuje - plajtuje. Nieważne, że jakoś tak dziwnie i nawet śmiem twierdzić, coś kombinują, ale w końcu to " nie moje majtki, ani nie mój cyrk"! Ja będę miała lepszy zgryz, czyli " jak się przyzwyczaić do obecności  Ukochanego - czytaj: Ślubnego ,furt przez 24 godziny na dobę!" Wprawdze kolejne dwa lata będzie zajęty na nadjeziornej działce, ale co potem?Nie będę się jednak martwiła na zapas? Może co znowu wymyślę? W razie draki, obfotografowałam naszą chatynę, niech potomne wiedzą, co wprzódy było i jak siermiężnie, póki nowoczesność się nie wcisnęła!  Zajęcie będzie miał i Ślubny, i Synek - z doskoku, a może i Zięciaszek się załapie, bo póki co, operacja biodra go czeka. To i rozbudowa będzie się ciągnęła, a ciągnęła. Nie mając więc gdzie zająć gniazda w letnie czasy, znając siebie, najprawdopodobniej stwierdzę, że warto jeszcze zarobić na nowszy samochód? A po drodze na "wspólny rejs życia" w rocznicę czterdziestolecia męczarni obopólnych ze Ślubnym? :-))))) Oczywiście, jak opatrzność zdrowotna pozwoli!

Tia! To będzie! A po drodze było? Festyn ekologiczny, na który zjawili się też Młode z Najmłodszą, która w roli głównej występowała, zdobywając różne sprawności, typu: segregowanie śmieci, rozróżnianie grzybów trujących i jadalnych, wiązanie najprostszych węzłów żeglarskich, przygotowanie się do rejsu "optymistem", uczestnictwo w nauce ratownictwa, rzucanie podkową do celu w ramach zabaw Bractwa Rycerskiego, podstawy nauki na desce surfingowej, znajomość flory i fauny Parku Narodowego Bory Tucholskie i takiegoż Parku Krajobrazowego. Nagrodą była wielka plansza zamku księżniczki w różowej szacie ( nie mam pojęcia, kto zacz? ), z czarną tablicą do rysowania, pośrodku! Dołożyliśmy jej pospołu loda w rożku, a także watę cukrową, którą wycukrowała się niemożebie!

A na imieniny, Córcia przywiozła przepyszny torci, a Synek? No! Synek to poszedł po raz pierwszy po całości! Takiego bukietu jeszcze od niego nigdy nie dostałam! Więc się chwalę!

W całej chacie pachnie niemożebnie liliowo! Od Ślubnego pojechałam dopieszczać się u kosmetyczki! Orgazm na słodko, to mało powiedziane! :-))) Szkoda tylko, że metropolitalnej Dziewczyny nie było, bo byłby dubelt w korzystaniu z przyjemności! O! O! O!

Dzisiaj ostatnie podrygi? Ślubny tańcujący z kosiarką i podkaszaczem. A ja? Pakowanie bambetli. Jutro tylko wyprać pościel i ręczniki, oddać książki do gminnej bibioteki, odmrozić lodówkę i zakończyć pakowanie waliz.

I ???

Kierunek -  miejskie mieszkanie.

Żal - zwłaszcza letnich, wieczornych... 

... i nocnych spacerów we dwoje! :-(

niedziela, 24 lipca 2011
Ha!!!

Udało się! Jupi, jupi, ja!!!

Podchodów było parę, ale się udało! Popłynęliśmy! Na wysepki! 

Gębusia przypieczona. Plecki swędzą, bo za dużo słońca dostały. 

Zabrakło nam kilku kilometrów pływanki jeziornej do celu, którym były małe Swory. Ale nie wyobrażam sobie wiosłowania, gdyby nam paliwa zabrakło!

A tak?

Piękne randkowanie było! :-))))

Pogoda jakby się umówiła z nami dzisiaj, bo to już ostatnia nasza niedziela na koniec długiego urlopowania. Jeszcze tylko parę dni i trzeba pakować manatki. Szkoda!

czwartek, 21 lipca 2011
Potrójny pech

Przedwczoraj!

Jadę sobie rowerem do pobliskiego sklepiku. Nagle słyszę, że dzwoni moja komórka, a ja czekam na wiadomość z firmy, gdzie teraz mam jechać na opiekę. Wyciągam telefon z kieszeni spodni, staram się zwolnić jazdę roweru przez hamowanie pod małe wzniesienie, i... tracę równowagę! Razem z rowerem padam na glebę, tylko w ostatnich sekundach podpieram się łokciem, aby nie rąbnąć głową o beton. Z rozmowy nici. Rozglądam się, czy nikt nie widzi tego śmiesznego upadku. W sklepiku dostaję skrawek papieru, aby obłożyć scharatany łokieć . W domu mam wodę utlenioną, plastry i jest ok. Ale do dzisiaj czuję stłuczony bark, a i ręką lewą ledwo ruszam, z czego radochę ma mój Ślubny! Kto zgadnie, dlaczego?

Wczoraj!

Miała przyjechać do mnie Świetna Babka! Z metropolii! Było wszystko zaplanowane: co będziemy robić, gdzie pojedziemy, co zwiedzimy. Nawet w planach był rejs galeonem, który już nabrał ostatecznego wyglądu i służy turystom wszelakim oraz nie tylko!

 

 

Już nie mówię o atrakcjach takich, jak grill, wędkowanie, sauna i pływanie łódką. Niestety, zdrowotne sprawy zatrzymują ją w stolicy i nici z odwiedzin u mnie. :-(

Dzisiaj!

Na grzybach. Teren pagórkowaty. Stoję na szczycie pagórka, widzę piękne grzybki i ruszam...ale za szybko, ślizg pupą, aż ziemia jękła. Po drodze zacinam się nożykiem do grzybków, krew sika jak nie wiem co! Dobrze, że mam chusteczki higieniczne. Potem przewracam się przez kłodę drzewa, a tak właściwie zawadzam o mokrą gałęź. Padam w mokre listowie. Efekt? Bolące miejsce niewymowne i siniaki na nogach!

Czy to już wszystko?

środa, 20 lipca 2011
Były ryby! Muszą być grzyby!

I są!

Po przedpołudniowej ulewie, odczekaliśmy trochę ze Ślubnym, a potem tylko odpowiednie "sztifelki", czapeczka, kurteczka , i już mościmy się w pandarecie. Kierunek - druga strona bukowego lasu, który przylega prawie do naszej działki nadjeziornej. 

Już na samym parkingu, na skarpie, wyłapuję małego koźlaka, a zaraz po nim prawdziweczka. Potem tylko niecałe 40 minut i uprzejmie proszę!

Nie chwalę się, ale tego największego borowika, to ja dojrzałam! :-)))) A teraz w pokoju obok pachnie nam grzybowym lasem, bo wszystkie borowiki poszły do suszenia. Za to na kolację były kurki smażone z cebulką i jajeczkiem. Co tam, że na noc - niezdrowe! Ale jakie pyszne!

Już nie możemy doczekać się jutra, aby skoczyć w inne rejony. Oby tylko nie padało! Chyba trzeba rozpocząć zaklinanie! :-))))

poniedziałek, 18 lipca 2011
Świtanie. Spokojność.

Obudziłam się dzisiaj bardzo wcześnie. Rozejrzałam się po pokoju, posłuchałam, jak na sąsiedniej poduszce spokojnie oddycha Ślubny. Zaczęło świtać. Jeszcze godzina, a zadzwoni budzik, i wstanie. Po cichu zrobi herbatę, wyciągnie z lodówki kanapkę, którą przygotował sobie wczoraj wieczorem. A potem po "wielkiemu cichu" zamknie drzwi za sobą. Ryby czekają!

Póki co jednak, to ja już mam duże oczy. Narzucam na piżamę chustę i biegnę nad wodę. Chrzęst piachu pod stopami, potem tylko ciche plaskanie. Jestem już na promenadzie. Na brzegu, trawy skrywają fioletowe cienie, jezioro przypomina mrocznie lśniące lustro. Podchodzę do brzegu, łódź pełna deszczówki po nocnych opadach. Zaraz zacznie na falach kołysać się słońce, posyłając ku plaży różowe falki. Nad powierzchnią wody, jak biale wstążeczki, unoszą się resztki mgły!

Jak cicho! Wracam do siebie. Zanim wejdę do chatki, kilka razy okrążam nasz trawnik pełen rosy! To zamiast miski z wodą, czyli poranna kąpiółka nóg. Wycieram mokre stopy, do których przylepiły się kawałeczki trawy. Wchodzę w momencie, gdy dzwoni budzik. Ciekawe, jaki będzie dzisiaj połów?

Dwie i pół godziny później. Nie wiadomo skąd, nagle chmury i deszcz! Ale, gdy za chwilę zjawia się mój Wędkarz, pycho mi się śmieje!

Po lewej stronie okonie, dla mnie. Po prawej płotki ( pójdą do zalewy octowej ), a na talerzyku leszcze. Tylko rzucać na patelnię, smażyć i jeść. Z kawałkiem suchego chlebka i surówką, lub sałatą!

I jem! Aż mi się uszy trzęsą. Nie ma to jak mieć kogoś, kto złowi rybę, wypatroszy, oskrobie, usmaży i poda! Smakuje - czysta małmazja! 

Naczynia po takiej uczcie, oraz patelnie, myję ja! A co? 

sobota, 16 lipca 2011
Mam mord w oczach!

Przedwczoraj!

Telefon z mojej firmy, co się dzieje, że muszą na dwa tygodnie zapewnić nową opiekunkę. A ja nic nie wiem. Wieczorem tego samego dnia, telefon od syna Psora, że Gosia już wyzdrowiała, i mam się z nia skontaktować, by ustalić terminy przyjazdów do Vechty. Dzwonie do Gosi, ta zdziwiona, że ja mam z nia coś ustalać. Mówi mi, że nie może czekać, aż ja wrócę od Psora w połowie wrzesnia, bo juz pół roku nie ma pracy i musi jak najszybciej coś znaleźć innego. Ok. Dzwonię do Jurgena i przekazuję, co dowiedziałam się od Gośki. Ten przyjmuje do wiadomości. Ale coś mi podpowiada, że kręci się jakaś afera, namawiam Ślubnego na wyjazd do domu, w międzyczasie naładuje sie telefon stacjonarny i rano bedzie można dzwonić do obecnej zmienniczki, aby wybadać sytuację. Rano emocje wyganiają mnie z łóżka już o szóstej, zabieram się więc za mycie okien. Może mnie to uspokoi. Gdzie tam! O dziesiątej sama dzwonię do Ali i nie mówiąc nic o tym, co już wiem, staram się wybadać sytuację. A sytuacja zdaniem Alki jest dobra, wszyscy sie cieszą, że za dwa tygodnię przyjadę, łacznie z Psorem. To prosze Psora do telefonu. Staruszek autentycznie wzruszony, dziękuje za telefon i wiadomość potwierdzającą, że niedługo będę! Czyli już wiem, że z tej strony nie ma zagrożenia.

Wczoraj!

Wracamy nad jezioro. Telefon z firmy. Ma pani ( ja ) pracę od 1 sierpnia koło Monachium! Co? Jak? Nie rozumiem! Kto zdecydował? Nie wiedzą! Szefowej nie ma. Tłumaczę wszystko od poczatku.Pracownicy skonsternowani. Mówię, iż póki nie zadzwoni szefowa, nie przymuję tego do wiadomości. Oni na to, że to wszystko na polecenie niemieckiej firmy. Ja na to: guzik mnie to obchodzi, są przecież jakieś standardy, co to, ja śmieć jakiś jestem, były wobec mnie jakieś zażalenia, cos robiłam nie tak, Psor niezadowolony? Oni, że nic za to nie mogą! Niosz, kurna! Późnym popołudniem dzwoni szefowa. Potwierdza, że Niemcy zdecydowali inaczej i poda mi jutro adres nowej pracy. Też jest jej przykro. Też nie wie, co spowodowało tak nagły zwrot. Umawiamy się na dzisiaj, że dowiem się dokąd dokładnie mam jechać.

Dzisiaj.

Zawiadamiam Alkę, że nie przyjadę. Ta mi odpowiada, że była Helga i powiedziała, iż zamiast mnie przyjedzie Gośka! I tym samym jestem w domu. Coś Gośce nie wyszło, cały czas była w kontakcie z Helgą ( co potwierdza Ala, gdyż Helga się chwaliła stałym kontaktem z Gośką ) i sobie załatwiła. Nie na darmo woziła jej wódkę Chopin i drogie wędzone wędliny z Polski, nie na darmo Helga bedzie u niej gościć, co też już jest tajemnicą poliszynela. Falszywa, do gruntu, nie przyznała się do niczego, gdy 2 dni temu do niej dzwoniłam. 

Cóż! Okazało się, że nie mam tej siły przebicia. Najzwyczajniej w świecie byłam przekonana, że o pracy decyduje mój stosunek do podopiecznego. A Dzieci profesora pokazały swoja wysoką niemiecką kulturę i inteligencję.

Żal mi tylko starszego Pana! Też został przez swoje pociechy potraktowany instrumentalnie. 

A ja? Jadę w inne miejsce. Nie mam zamiaru robić awantur i wyzywać od "głupich" Gośkę, czy domawiać się z Birgit lub Jurgenem.

Szkoda mi mojego taletu na to!

Co nie znaczy, że kogoś bym nie ukatrupiła!

piątek, 15 lipca 2011
Wycieczka do stolicy! cz.2

Wtorek. Znowu pada. Ale powiedziało się "a", należy powiedzieć "b", zatem pobudka juz o 8.3o. Cel - Centrum Kopernika. Nasza Przewodniczka dzielnie nas przeprowadza przez wszystkie środki lokomocji niezbędne, aby dostac się na miejsce, ale gdy dojeżdżamy - lekka załamka. Kolejkę z daleka widac taką, że klękajcie narody! Szybko wysyłam Młodego, aby sprintem dobiegł i zajął miejsce, my dołączamy za chwil parę. W międzyczasie Młody już zasięgnął języka, i okazuje się, że stania mamy co najmniej na 4 godziny. Wrrr! Podsłyszałam, że mniejsza kolejka do Planetarium, to zmiana decyzji. Ja jutro wstanę skoro świt, by zająć kolejkę, a dziś idziemy do Planetarium. Na miejscu okazuje się, że jak wykupi się doń bilet, to można też do Centrum i nie trzeba stać w długaśnej kolejce, tylko wchodzi się od razu. Nam w to graj, chociaż widzę, że nasza Przewodniczka spuszcza nos na kwintę. Akurat połączyła się ze swoim Mężem, który chętnie z nami by poszedł do Centrum, ale jutro. Ale co robić. Jesteśmy w Planetarium, stoimy 45 min. i juz dzierżę bilety i do centrum i na pokaz na godzinę 19.oo. Przewodniczce pięknie dziękujemy i już wchodzimy do Centrum.

Oj, dostałam do wiwatu. Wprawdzie Młody, a potem Młoda odłączyli się od naszej wycieczki ( bylismy w kontakcie na komórki ), ale mnie została Najmłodsza, której niespożytej energii musiałam sprostać! Zwłaszcza przy zawieszaniu jej na żerdce, aby mogła kolejno pobijać rekord zwisu, jak małpki. Podnoszenie ciężarów, to pestka! Skoków na Księżyc wykonała całkiem niezłą ilość i lepsza od niejednego chłopaka. Nie dała sie też wypchnąć z kolejki, by bić rekordy biegów, zmierzając się z danymi dla kangura i jaguara. :-))) Dzielnie też walczyła z pozbywaniem się kalorii po zjedzeniu 2 plasterków marchewki. Wielką frajdą było wyciąganie jelita długiego z trzewii sztucznego człowieka, jak i mocowanie się na rękę z maszyną! Razem przeżywałyśmy trzęsienie ziemii i bawiłyśmy się piłką w rozpądzonej machinie! Po trzech godzinach byłam wykończona, a musiałam wytrzymać więcej, gdyż dopiero po kolejnych dwóch wszyscy się skrzyknęliśmy, aby gdzieś coć zjeść. Na miejscu nie bardzo nam odpowiadało, bo wszystko okupowały wycieczki, zatem ruszyliśmy w miasto, o dziwo przy letniej pogodzie.  Pizzerię znaleźliśmy w centrum handlowym pod Arkadami. Ponieważ mieliśmy potem jeszcze czas do seansu w Planetarium przeszliśmy do Biblioteki Uniwersyteckiej, aby podziwiać ogrody na dachu.

W końcu idziemy do Planetarium na pokaz filmu "Niebo nad Warszawą". Na niebie Kopernika można było zobaczyć niebo idealne, którego piękno nie zakłócają światła wielkiego miasta. Film mówił też o wydarzeniach astronomicznych, które nadejdą w najbliższym czasie, odbylismy podróż do niektórych planet, przybliżylismy się do sond i stacji kosmicznych, widzieliśmy niebo z perspektywy Marsa i Saturna. A potem film "Dobór Naturalny". To dopiero był prawdziwy KOSMOS i niezapomniane wrażenia bycia w centrum wydarzeń, które odbywały się na przestrzenii miliardów lat życia Ziemi! Byliśmy zachwyceni!

Potem jeszcze prawie półtorej godziny jazdy na kwaterę, i padliśmy wszyscy do łóżek, bo też dzień był bardzo obfity w atrakcje i chodzenia też było całkiem sporo.

Środa!  Pada! W planie Zamek Królewski, a po południu miały być  Łazienki i Wilanów! Do centrum jedzie z nami  Gospodarz - Przewodnik, który na tę okoliczność wziął urlop z pracy. Młode się cieszą, bo wiedzą, że mogą się od niego dowiedzieć wiele ciekawych rzeczy. 

Nadal pada, decydujemy sie więc na zwiedzanie Arkad Kubackiego, i wystawy archeologicznej, dokumentującej prace przy ich odnawianiu.

W strugach deszczu brniemy do Archikatedry, gdzie zwiedzamy podziemia,

i przebiegamy obok zamglonego deszczem Pałacu Prezydenckiego,

aby w końcu młodzież się zbuntowała. Szukamy baru mlecznego, gdzieś tu miał być. Znaleźliśmy, ale jakoś nas odrzuciło na widok wielkiej liczby podejrzanie wyglądających ludzi. Wygladało to tak, jakby było to miejsce spotkań pijaczków i innego autoramentu "nygusów". Całe szczęście, że Młody zauważa naprzeciw pizzerię, do któej idziemy nie tylko się najeść, ale naradzić się, co dalej i wyschnąć ociupinkę. Na każdym z nas nie było ani jednej suchej nitki. Dzwonię do syna, niech sprawdzi połączenia powrotne i juz wiem, że będziemy wyjeżdżać w czwartek rano, a nie jak planowałam, po południu. Niestety, nie da się wygrać z pogodą i własną niefrasobliwością. Bo okazało się, że owszem dla Dzieci wzięłam kilka zmian spodni i kilka par butów, a dla siebie nie. 

Rezygnujemy z Łazienek i Wilanowa. Ja mogę się zaziębić, ale jak bym się tłumaczyła Dzieciom, że nie dopilnowałam ich latorośli i przywiozłam zagrypione? Jeszcze wieczorem idziemy do Galerii Mokotów na kalację. A potem tylko pakowanie, sprzątanie po sobie zostawiam na rano, i....  koniec wycieczki. Rano, na pociąg odprowadza nas Gospodyni, machając nam na pożegnanie, gdy juz upewniła się, iż mamy wygodnie w przedziale. Żałujemy też, że nie było specjalnie czasu na pogaduszki, ot tyle, co w czasie dojazdu na miejsca zwiedzania. Niestety, zbyt odpowiedzialne zadanie miałam, i nie zostawiłabym młodzieży samej, aby iść póżnym wieczorem na "gadanki". Myślę jednak, że bardzo szybko to nadrobimy w inny sposób.

Najlepsze było to, że już po 20 minutach jazdy w kierunku domu, deszcz przestał padać, chmur zaczęło się robić coraz mniej, a do domu dojechaliśmy już w pełni letniej pogody! Gdyby nie to, cała wycieczka była by ciekawsza, ale cóż, nie mozna mieć wszystkiego. Przy okazji przekonałam się, że moje wprawki  "ćwiczeń z cierpliwości", które mam w Niemczech, doskonale przydały się do przewodzenia mojej czeredce. Nie powiem, miałam czasami dość, ale ogólnie chyba zdałam egzamin!

środa, 13 lipca 2011
Wycieczka do stolicy! cz.1

Oj nie chciało się dziewczynkom wstawać o 5.45, zwlokły się jednak i nawet Młodsza nie robiła specjalnych wstrętów przy czesaniu, co raczej nie było dotychczas do niej podobne! Śniadania zjadły tyle, co kot napłakał, ale nie marudziłam, bo sama tak mam rano, że wystarcza mi tylko kawa. Ślubny zapakował nas w pandarettę i powiózł na dworzec, gdzie juz czekała na nas Córka z Najstarszym. Pierwsza trasa - do Bydgoszczy. Przesiadamy się na pociąg do stolicy. Mało ludzi, zatem mamy przedział tylko dla siebie. Starszaki zajęły się sobą, to znaczy zatopiły głowy w książkacvh. Mnie nie było ane, chociaż byłam zaopatrzona. Spektakl rozpoczęła Młodsza. Każde kolejne 10 minut do celu to koncert typu: kiedy będziemy na miejscu? jak długo będziemy jeszcze jechać?, dlaczego ten pociąg tak się wlecze? ile jeszcze przystanków? po co tak długo stoimy na stacji? Wiedziałam już, że łatwo z Maludą nie będzie! Ale nic, ćwiczę cierpliwość. Na  miejscu czekała już Gospodyńka z osobistym Kierowcą, który zapakował nasze lary i penaty do samochodu i powiózł do miejsca naszego zakwaterowania. Gospodyńka zaś zapakowała nas w autobus, którym dojechaliśmy na miejsce. Nio! Dopieszczono nas na samym wejściu, bo do dyspozycji mieliśmy kawalerkę. Starszy był zachwycony, bo miał dla siebie mały pokój, a więc był oddzielony od nas - dziewczyn - przynajmniej kuchnią. Rozpakowaliśmy bagaże i już bylismy gotowi do wycieczki, którą zapowiedział nam Kierowca Gospodyńki, robiący także za Przewodnika. I nic to, że padało! Bo największą atrakcją okazały się ruchome schody i metro. Zwłaszcza dla Młodszej, która w wagoniku siedziała cichutka, jak trusia, i tylko było widać, jak biegają jej oczy w różne strony, z zachwytu! Nawet się śmiałyśmy ze Starszą, że trzeba Młodą przytwierdzić do fotela i niech jeździ cały dzień metrem, nie będzie jej w ogóle słychać! Ale dojechaliśmy do Placu Zamkowego, zaczęło się więc zwiedzanie. Kolumna Zygmunta, Taras widokowy,

Stare Miasto i Syrenka, Bulwary nadwiślańskie, Fontanny,

Kamienne schodki, Teatr Wielki.... a tam? Nasz Przewodnik pokazał nam miejsce , dzięki króremu są pisane wszystkie polskie mapy. To punkt południka warszawskiego! 

A potem był jeszcze Plac defilad i  Grób nieznanego Żołnierza. Oczywiście, wszędzie robiłam za fotografa! Przegonił nas nasz Przewodnik równo, więc nie dziwota, że młodzież zaczęła się buntować, iż od rana już jest w ruchu i czas na doładowanie żołądków. Zatem? W drodze powrotnej na kwaterę zahaczyliśmy o Mc Donalda. Najbardziej zadowolona była Młodsza. Na kwaterze tylko walka o pierwszeństwo korzystania z wanny, potem walka między dziewczynkami, która śpi z jakiej strony, i w końcu..... śpią! Mnie "śpik" odszedł. Pewnie się przestraszył, że nie ma co robić, skoro na najwyższych obrotach działam i na dodatek miałam książkę ze sobą. Poza tym mam problem ze zbytnią jasnością za oknami wielkiego miasta.

Poniedziałek przywitał nas deszczem i telefonem od naszej Gospodyni, że Centrum Kopernika zamknięte jest, natomiast działa Muzeum Powstania Warszawskiego. Zatem mała zmiana planów i już wszyscy jedziemy do tego Muzeum. Młodszej pewnie to tak nie interesowało, jak Starszych, ale dzielnie zbierała karteczki z kolejnymi datami opisów walk powstańczych. Dla swojego taty! Na koniec seans w sali 3d - "Miasto ruin". Tego nie można opowiedzieć bez ściśniętego gardła, po prostu wciska człowieka w siedzenie.

 Decydujemy się zwolnić z obowiązków Przewodnika naszą Gospodynie i sami idziemy do Pałacu Kultury i Nauki, aby wjechać na trzydzieste pietro,z którego podziwiać bedziemy panoramę stolicy. Po drodze jeszcze zaliczamy czynną tam wystawę o powstawaniu wszechświata oraz o ewolucyjnych dokonaniach Karola Darwina.

 Jadąc na kwaterę wpadam na pomysł zaciągnięcia wycieczkowiczów do galerii Mokotów. To oczywiście był strzał w dziesiątkę, bo spędziliśmy tam prawie całe popołudnie. Takich ogromnych centrów handlowych u nas nie ma, nie mówiąc o pozostałych atrakcjach. 

A wieczorkiem wczesnym miła niespodziewajka, zaproszenie na ciasto truskawkowe do naszej Gospodyni, gdzie największą frajdę miały Dziewczynki. Wiadomo - koty! 

Moje towarzystwo bardzo się rozochociło i wieczorem późnym, ani rusz nie szło ich zaciągnąć do spania. Dopiero zagrożenie, że nie obudzę ich do Centrum Kopernika i pojadę tam sama, pomogło!

Cd. nastąpi!

Ps. Internet przez komórkę tak sie ślimaczy, że nie mam siły na odwiedzanie wszystkich co dzień ( a wiem, że niektórzy się do tego przyzwyczaili ) - ostatni wpis z odwiedzinami kosztował mnie 6 godzin. Całe szczęście, że to był wieczór i czekałam aż Ślubny obejrzy film "Jak rozpętałem II-gą wojnę światową", a po nim " Działa Nawarrony". Z tego samego względu nie odpowiadam na komentarze. Mam nadzieję, że to rozumiecie!

 
1 , 2
Archiwum