Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 27 lipca 2010
Szeptem!
Spokojnie dzisiaj! Odwiedziłam wszystkich Blogoulubionych. Pranie zrobione, wysuszone, poskładane, jak będzie mój chciał prasować, to mu nie będę zakazywać! :-) Zamrażalnik pełniutki, to sobie chłopina trochę pożyje na zrobionym, potem będzie się własną inwencją karmił! Odebrałam od Synka płytki z nagraniami 2 i 3  części Tudorów, Pacyfikiem i Spartakusem. Jakoś tak mam, że nie cierpię niemieckiej telewizji, chociaż powinnam oglądać, by szybciej język przyswoić! Ale nie cierpię i już! Tak mam, i nie będę tego zmieniać na siłę!Jutro tylko fryzjer, potem wymienić książki w bibliotece, pakowanie, a wieczorkiem wczesnym wyjazd. Będę się telepać prawie 19 godzin. Ale dam radę. :-))))
Za niecałą godzinkę przyjdzie Ślubny z pracy. To się będziemy żegnać!
Winko czerwone wytrawne już czeka!
Zatem Dobranoc wszystkim, i do miłego!
Uprasza się o zamiatanie pajęczyn! :-)))))))
poniedziałek, 26 lipca 2010
Zabiorę ze sobą!
Dzień dzisiejszy pełen czynności rozmaitych i niezbędnych. Na pierwszy ogień poszły okna. Oczywiście w trakcie ich mycia, Ślubny co chwilę posykiwał, no bo jak tak można, że co chwilę telefon, albo znak dojścia sms-a. On szorował ramy, ja czyściłam tafle szklane. Po dwóch godzinach mieszkanie pojaśniało.
Ślubny zabrał się za odkurzanie. A ja pomaszerowałam do lekarza rodzinnego. Coś mi się buduje na małym palcu od nogi. I okazało się,że to tylko do chirurga się nadaje. O!!!!!Do wycięcia!!!! O!!!! To wytnę jak wrócę! I tak kolejka dlugaśna, co się będę martwić! Najważniejsze, że z ciśnieniem spokój.
Zabrałam się więc za napełnianie zamrażalnika.
Czyli całe popołudnie w kuchni.
Pierogi z serem, klopsiki w sosie serowym, kotlety z kostką panierowane, rumsztyki z cebulką, a na koniec zupa pomidorowa. Z dużą ilością warzyw i kawałkiem szpytki kurzęcej. Bo okazuje się, że Ślubny nie potrafi zrobić pomidorówki. Krupnik, czy grochówę, proszę bardzo, nawet ja tak nie potrafię, jak On. Ale okazuje się, że pomidorówka, to zupa taka, która tylko w moim wykonaniu jest mistrzostwem świata!
I dobrze! Niech się Ślubny uczy dalej. Na wielką starość - jak znalazł! On będzie szpecem od zup, a ja od całej reszty, czyli degustować będę. Co skubnę, to moje! :-)))
Tak poza nawiasem, to chyba powinnam Was odwiedzić!
Ale dopiero jutro!
Zatem, do miłego!
Zabieram ze sobą to, co dla mnie najważniejsze, czyli obrazy z jeziora!



I to niewiarygodne słońce też!




niedziela, 25 lipca 2010
I już!

Na własnych śmieciach, oczywiście!
Troszkę szybciej, niż planowałam, ale co robić? W środę wyjazd do arbaitu, więc spraw nagle do załatwienia nabrało się co niemiara!
Ale najpierw o tym, co się działo u mnie przez ostatnie 10 dni. Oczywiście, nigdy nie może być tak, jak sobie człowiek, czyli ja, zaplanuje. Byłaby ogromna niespodziewajka. Ale nie. Nie było. Tylko jeden weekend mieliśmy sami dla siebie.Okazało się bowiem, że u Synowej w pracy zwolniła się pracownica, a drugą, nowo zatrudnioną musi przeszkolić, i nici z urlopu. Co zatem zrobić z latoroślą? Oczywiście podrzucić. Druga Babcia zgodziła się Małą brać tylko na 6 godz., więc Ślubny, wracając z pracy, przywoził ją nad jezioro, po czym Syn z Synową odbierali ją późnym popołudniem. Wkrótce okazało się, że Małą w ogóle nie ma się kto zająć, bo wszyscy nagle nadgodziny mają. I Ślubny problem scedował na mnie, zupełnie nie rozumiejąc dlaczego się nie cieszę. No! A z jakiego powodu niby mam gębę szczerzyć? Nikt ze mną nic nie uzgadnia, tylko Tatuś z Synkiem ustalają wszystko, a potem komunikuje mi się fakt dokonany, a ja czuję się jak wyrodna matka, która chyba gryzie, kopie i ma za złe.
Wyboru nie było, to pomyślałam sobie, że jak mam mieć jedną Wnuczkę, to czemu nie dwie? I zaprosiłam starszą. A co! Zawsze to raźniej będzie tej młodszej! Nie przewidziałam tylko jednego. Bo po dwóch dniach taplania się prawie bez przerwy w wodzie, przyszło nagłe załamanie pogody, i kwitnęłyśmy we trzy w niedużej chatce. Lało niemiłosiernie, wiało okrutnie, nasz strumyczek na granicy działki zamienił się w rwącą rzeczkę.
Ale dziewczynki całe dwa dni urządzały mi pokazy mody na zmianę z zabawą w kelnerkę i klienta. Dawno się tak nie naśmiałam. Panienki miały przecudne pomysły na różne stroje, noszone w przeróżnych sytuacjach. Nazw potraw serwowanych mi "na niby" też nie byłam w stanie zapamiętać, jak i tego, w jaki sposób można posługiwać się zastawą stołową, garnkami i utensyliami kuchennymi.
Dziś po południu, zapakowałam manele i przenieśliśmy się do miasta. Akurat na wizytę Dzieci, które całą gromadą przyszły z ogromnym tortem "sahara", zrobionym z mocno przypalonej bezy, przełożonym masą krówkową pełną orzechów i daktyli, polanym syropem klonowym. Słodki ten tort, jak nieszczęście, ale jaki pyszny!!!! Przepiliśmy to winem musującym, i w taki to sposób zakończyłam tegoroczny sezon letni.
piątek, 16 lipca 2010
Letnie trzy po trzy!
Ło matko pojedyncza, jak w tym mieście jest okropnie! Musiałam jednak przyjechać do tego piekarnika, bo to i dostałam zaproszenie na mammografię, i muszę przelewy porobić, bo niestety, rachunki płacić trzeba, zakupy tygodniowe jest mus zrealizować, a na wczasowisku wszystko drogie, więc niech przybyła "stonka turystyczna" płaci, jak za zboże.
A lato tego roku , jakie jest, każdy widzi. Nad jeziorem jeszcze piękniejsze, i człowiek dziękuje opatrzności wyższej, że jest mu dane w taki czas "byczyć" się na łonie natury. Mamy przecież "żabi skok" do wody, więc w takie upały nie ma nic lepszego, jak co godzinę - dwie, pobiec do wody rozkosznie ciepłej i pływać do utraty tchu.
Dni po wyjeździe Wnuczek ciągną się leniwie, ale zawsze jest jakoś tak, że nasza chatka jest pełna ludzi. Na szczęście wszyscy wiedzą, że nie jestem z tych wzorcowych pań domu, co to wszystkim nadskakuje, aby samej na koniec dnia paść ze zmęczenia na zbity pysk. Wszyscy nasi goście z rodziny dalszej i bliższej zajmują się więc sami sobą.
Dla nas najważniejsze i tak jest śniadanie na tarasie, w cieniu, ze świergotem ptaków z bukowego lasu, z lekkim łopotem skrzydeł cytrynków i paziów królowej, z ćwirćwileniem wróbli na pobliskiej topoli. Cudownie łechce kubki smakowe "rozpieszczalna" kawusia z mleczkiem, z koszyczka uśmiechają się świeże, maślane bułeczki, a z miseczek kuszą miody od sąsiada. Zjedliśmy już głogowy, teraz zajadamy się akacjowym, a już na swoją kolej czeka lipowy. Sąsiad, emerytowany pułkownik WP, zajmuje się pszczelarstwem i uczula mego Ślubnego na lecznicze działania miodów oraz im pochodnych, co Ślubny przyjmuje z należytą powagą, i ostatnio zaczął zajadać się pyłkiem kwiatowym, aby nie mieć kłopotów z prostatą. Pan pułkownik poza tym jest admiratorem sztuki ludowej




oraz pieśni partyzanckich i marszów wojskowych, których często jesteśmy zmuszeni słuchać. Całe szczęście, że czasem słucha też starych szlagierów na "fletni pana", bo inaczej nasza pobłażliwość byłaby wystawiona na ciężką próbę.
Popołudnia są zazwyczaj mocno leniwe, schowane z książką pod jasnymi gałązkami klonu ozdobnego. Dopiero wieczorem ma się ochotę uprawiać nordic walking lub jazdę na rowerze,w czym bardzo mi sekunduje Ślubny, którego umiejętność jazdy na wrotkach, notabene pożyczonych od Wnuka, wzrasta z dnia na dzień.A potem zasiada się na promenadowych ławeczkach i kontempluje zachody słońca,



lub idzie się do letniego kina, na coś łatwego, lekkiego i przyjemnego.



A Kubonki rosną, jak na drożdżach!



Internet i telewizja nie są potrzebne!
Biegnę zatem Was szybciutko poodwiedzać, i zmykam do mego raju!
Archiwum