Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 29 lipca 2008

LETNIE ROZRYWKI

Za sprawą mych niemieckich wyjazdów, lato w tym roku skurczyło mi się bardzo. Dlatego każdy dzień wykorzystuję do imentu, nie odpuszczam niczego, co przynoszą każde kolejne dni, które upływają w zawrotnym tempie. Jeszcze nie tak dawno, na naszym osiedlu otwieraliśmy sezon letni razem z Krystyną Giżowską, która przypomniała nam niezapomniane przeboje z lat 70-tych: "Przeżyłam z tobą tyle lat", "Złote obrączki", " Nie było ciebie tyle lat" i wiele, wiele innych.

Szaleliśmy w rytm disco-polo na koncercie największego polskiego bojsbandu, czyli "Boys`ów"

Potem jakoś zrobiła się połowa czerwca, i już za nami wspólna, rodzinna wycieczka do Leśna, na festyn archeologiczny. Wnuk był zafascynowany walkami dawnych wojów,

Wnuczki ochoczo uczyły się średniowiecznych tanców

Razem słuchaliśmy dawnych pieśni, śpiwanych przy wtórze instrumentów z epoki

Podglądaliśmy sceny rodzinne kmieci

podziwiając, jak wykonywano ozdoby i tkaniny

a nawet uczyliśmy się wyrabiać papier

aby w koncu, po obejrzeniu wszystkich atrakcji, posilic się staropolskim jadłem: chłopskimi kluchami okraszonymi wędzonką i przaśnymi podpłomykami z dawnego pieca.

Lipiec witałam w Szwecji. Potem krótko Warszawa. A dni pędzą i pędzą! Remontowe sprawy udało się jakoś zamknąć w ubiegłym tygodniu. Po drodze jeszcze zaliczyliśmy wspaniały występ kabaretu "Koń Polski"

Udało się w końcu ze Ślubnym, wygospodarować 3 dni na wspólny wypad do naszej nadjeziornej chaty. Podglądaliśmy nową rodzinkę naszego łabędzia Kuby

Pływając łodzią, odwiedzaliśmy nasze najpiękniejsze zatoczki

a poza tym?

Poza tym było niespieszne wstawanie przy wtórze ptaków, smakowanie śniadaniowej kawy na początek dnia, długie spacery, późnowieczorne rozmowy na tarasie; a gwiazdy mrugały, mrugały, mrugały!

Wszystkie te barwy mojego lata, zabieram pod powiekami, aby mi towarzyszyły przez kolejne 6 tygodni na niemieckiej zimii!

Pa,pa,pa!

sobota, 26 lipca 2008

Tańce i życzenia!

Akuratnie na Polsacie leciało Mrągowo, jak mnie mój Ślubny w tany porwał. I tak sobie tańczyliśmy, tańczyliśmy, tańczyliśmy....! W naszym nowym salonie, na nowej podłodze. W kieliszkach winko, na talerzykach brzoskwinie. Mmm!

A tu...?

Życzenia należy składać:

Annom,Anulkom, Aneczkom

Hannom, Hanulom, Haneczkom

i Grażkom oraz Grażynom też

Wszystkiego dobrego Solenizantki!!!

Niech każda z Was będzie dla swego Mężczyzny czekoladą: z orzechami, lub pełnomleczną! :-)))

 A Tomasz Szwed jest boski! :-)))

piątek, 25 lipca 2008

BUMTARABUM!!!

Przyszły części do złożenia witryny. Położyłam na widoku. Koło obiadu zabrałam się za lepienie pierogów z wiśniami. Jakoś tak mnie naszło, aby spróbować inszym sposobem, ale niestety. Efekt żaden. To, mocno spóźniona lepię na nowo te pierogi. W międzyczasie Ślubny z pracki się zjawił. Od razu lezie w te przesyłkę i robi próby. Nie patrzy, że na witrynie stoją sobie świeżo zakupione kieliszki kryształowe, które do karafy mają pasować.

Tak chłopisko przypasowywało, że aż z kuchni usłyszałam, jak się półka obsuwa w dół i zabiera na podłogę te rzeczone kielichy. Wpadam do pokoju. Ślubnego zamurowało, 4 kielonki poszły się" jejeje", a na dodatek mam ochotę komuś dowalić. Zgadnijcie komu??? Ale jak spojrzałam na tą minę nieszczęśliwą, na te uszka położone po sobie, to zaczęłam się śmiać! Chociaż nie wytrzymałam i palnęłam mówkę w stylu:"dzięki Ci o losie, że to nie mnie się zdarzyło, tylko mojej drugiej połowie, której się nigdy, nic!"

Teraz Ślubny pierogi wszamał i pobiegł do miasta kupować nowe kielonki. Zapowiedział też, że poczeka na Zięciaszka ze składaniem witryny, bo się boja ruszać te małe trzymadełka od półek! He,he,he! A było się tak śpieszyć?

czwartek, 24 lipca 2008

Warszawskie spotkanie

Kiedy wyjeżdżam gdzieś za granicę, zawsze hołubi mnie Veanka. Cierpliwie odbiera mnie z Centralnego i wiezie przez pół stolicy na lotnisku. A potem nie mniej cierpliwie czeka ze mną na odprawę i macha na pożegnanie. Kiedy wracam z wojaży wiem, że też będzie na mnie czekać.

Tak było tym razem.  Już na drugi dzień po przylocie ze Sztokholmu następna porcja wrażeń. Zwiedzamy Zamek Królewski

potem wchodzę na taras widokowy, i ...... Ło matko pojedyncza! Co jest? Mam atak paniki, czy "cóś"? Najnormalniej w świecie boję się podejść do balustrady. A przecież w Sztokholmie byłam na wyższej platformie, i nic się nie działo. Przycupnęłam na środeczku i czekam. Uf! Uspokoiło się. Powolutku obchodzę taras i podziwiam piękną panoramę Warszawy, miedzy innymi most Świętokrzyski

Nadal jednak odczuwam lekki niepokój, więc nie oglądając się, wracam na dół. A potem spacerujemy sobie Krakowskim Przedmieściem i kawałek Nowym Światem, przechodzimy koło sławetnej palmy. Wracamy w Veankowe pielesze, gdzie oczywiście oczekują nas z utęsknieniem jej koty.

Kiedy byłam u Veanki przeszło rok temu, Bandyta na mój widok schował się za wersalkę i do konca mego pobytu nie wyściubił pyszczka stamtąd. Tym razem daje się pogłaskać, łasi się koło nogi i najzwyczajniej w świecie pilnuje mnie pod wieczór, abym nigdzie nie zbłądziła.

Wicia, której wcześniej nie znałam, zaakceptowała mnie natychmiast, i potem z wielką ciekawością, obserwowała z różnych zakątków pokoju, co ja robię. I tak sobie myślę, że Veankowe koty poczuły jeszcze nikłą woń Magrowego Felixa. Kto wie?

Następnego dnia pojechałyśmy zwiedzać Muzeum Powstania Warszawskiego.

Nie pokuszę się tutaj o opisanie moich wrażeń. Wiem jedno. Muszę przyjechać jeszcze przynajmniej dwa razy, aby wszystko ogarnąć. I musi to być czas, kiedy po galeriach muzeum nie biegaja tabuny dzieciaków, licytujące się głośno, ile już mają karteczek z poszczególnych dni powstania. Kiedy Rodzice swoich pociech będą potrafili na nich wymóc, aby w takim miejscu zachowali choć minimum skupienia i uwagi. Kiedy niektórzy przewodnicy grup szkolnych, nie będą nawoływali poszczególnych uczestników, powierzonych ich opiece.

Ale może ja się czepiam?

Wieczorem jedziemy na spotkanie bloxowe, które ma się odbyć w restauracji "Pod rabarbarem" ( w ostatnim numerze "Polityki" dostała bardzo dobrą ocenę Piotra Adamczewskiego ). Po drodze dołącza do Nas Hanula, a potem Beavitz. No cóż. To zupełnie inny rodzaj spotkań, które znam z bywania na DTS. Raczej, powiedziałabym, zajęcia w sekcjach. Ale...? Ponoć, " co kraj, to obyczaj", więc  pewnie to powiedzenie przekłada się również na różne portale i ludzi, którzy chcą spotykać się w realu.

I to już koniec mojego urlopu. Nazajutrz Małżonek Veanki zawozi mnie na Dworzec Centralny, pilnuje, abym kupiła sobie gazety do poczytania w podróży,i prowadzi na właściwy peron. Żegnamy się z kurtuazją właściwą gentelmenom "starej daty". I nie powiem, że mi się to nie podoba!

Veanko! Do następnego!!!

wtorek, 22 lipca 2008

Dywersja i rozsypka!

Miał być dzisiaj wpis o moim warszawskim pobycie, ale dziś nie będzie.

Wszystkiemu winien mój Ślubny, który wczoraj przenosząc telewizor z gabineciku do salonu, cosik przy kabelkach pokręcił. Byłam od netu do teraz odłączona. I zła, bo to jawna dywersja była. Widać chodziło mu o to, abym się za sprawy mieszkaniowe porządnie wzięła, a nie tak po łebkach, jak do tej pory.

Ale co ja za to mogę, że wszystko się "kiełbasi". Od tygodnia nie można zmontować witryny, bo w komplecie nie było małego drobiazgu: prowadnic do szklanych drzwi. Brakuje także małych kołeczków do zamontowania półek. Pewnie, można to kupić. Ale do diaska, kupiłam komplet mebli, za który nielicho zapłaciłam! Z jakiej racji mam dokładać? Nie można było od razu dostać tego w komplecie.

Lampy, po zamówieniu przychodziły przez 10 dni. Akurat je Ślubny montuje, a ja co chwilę biegam od kompa i manipuluję przy włącznikach. Firany będą się szyły niewiadomo jak długo, bo Córcia pracuje po godzinach i ma mało czasu. Brakuje mi obrusów dostosowanych do długości nowego stołu, i poduszek na nową kanapę. Schodziłam dziś całe miasto ( dywersja kompowa mi w tym pomogła) i nic mi się w oczy odpowiedniego nie rzuciło. Po raz kolejny okazuje się, że można mieć pieniądze, mogą półki w sklepach uginać się od towaru, a zakup wedle własnego pomysłu i upodobania, nie będzie dokonany!

Znowu muszę biec do kontaktów!

Do jutra!

piątek, 18 lipca 2008

Moje wojaże:cz.IV

Dzień piąty

Dla mnie typowo morski. Miałam jechać sama, ale Magru widziała, że trochę się boję, bo moja znajomość angielskiego jest znikoma, więc w końcu pojechałyśmy obie do miasta z zamiarem odwiedzenie muzeum- okręt Wasa.

Okręt zbudowany w 1626 roku Wasa był jednym z czterech ,skonstruowanych na zamówienie szwedzkiego monarchy Gustawa II Adolfa z zamysłem wzmocnienia jego bałtyckiej floty tak, by zdolna była oprzeć się spodziewanej inwazji na Skandynawię ze strony Cesarstwa Niemieckiego. W 1627 roku uroczyście zwodowano i uzbrojono nowy okręt ładując na pokład 64 działa z brązu ważące łącznie ponad 70 ton. Załogę statku stanowiło 133 marynarzy i 300 żołnierzy. Katastrofa spadła na Wase 10 sierpnia 1628 roku w sztokholmskim porcie, u progu dziewiczego rejsu. Potężny szkwał zaskoczył załogę, która nie zdążyła zabiezpieczyć dolnych otworów strzelniczych. Przez te do wnętrza błyskawicznie zaczęły wdzierać się potężne masy wody i stało się jasne że statek jest już stracony.
W późniejszych latach wielokrotnie próbowano podejmować próby uratowania Wasy jednak jedynym sukcesem było wyciągnięcie większości armat w latach 1664-65. Potem na 300 lat zaprzestano wszelkich starań, aż wreszcie w 1954 roku przy pomocy najnowocześniejszej techniki ponownie podjęto próbę wyciągnięcia okrętu. Po pięciu latach przygotowań przystąpiono do "szturmu". Kadłub opasano 24 linami, do których przymocowano specjalne pontony. Napełnione powietrzem łagodnie uniosły Wase na powierzchnię. Stopniowo przesuwany na coraz płytszą wodę okręt wreszcie bezpiecznie dotarł do suchego doku 24 kwietnia 1961 roku - 333 lata po feralnej katastrofie. Prace restauratorskie w porównaniu do wcześniejszego przedsięwzięcia wydawały się niewielkim problemem i już po kilku latach duma królewskiej floty Szwecji została udostępniona zwiedzającym.

Zdjęcie jest ciemne, bo muzeum okrywa mrok. Tylko gdzieniegdzie palą się małe punkty świetlne. Wszystko przez to, że leżąc pod wodą, drewno, z którego go zbudowano bardzo ściemniało. Za to bardzo ciekawa jest ekspozycje wydobytych rzeczy ze statku, jak również zrekonstruowany przekrój, gdzie można zobaczyć, jak toczyło się nań życie załogi. 

 

Nie mniej ciekawe były maski pośmiertne ludzi, wykonane na podstawie analizy komputerowej wyłowionych szczątków. Wrażenie było niesamowite.

Potem zwiedziłam jeszcze trzy okręty: pierwszy szwedzki lodołamacz morski Sankt Erik

latarniowiec Finngrundet

i okręt wojenny

na koniec zwiedziłam także muzeum łodzi

by wreszcie zakończyć zwiedzanie w muzeum morskim "akwarium"

Dzień szósty

Robimy z Magru "powtórkę z rozrywki" w centrum handlowym Kisty. Tym razem jednak, to Ona miała większy fart, bo dokonuje zakupu sześciu bluzek. Ja kupiłam tylko pamiątki dla Wnuków i  mego Ślubnego. Po powrocie do kraju, mój Wnusio na widok czarnej czapki w czaszki zawołał:"babciu jesteś wielka!, a  Ślubny nie krył zachwytu nad zestawem woblerów ( to takie cudeńka plastikowe imitujące robaki, na które łowią się ryby).

Oczywiście, każdy dzień kończy spacer na pobliską działkę, gdzie zajadamy się  porzeczkami i agrestem, malinami i poziomkami. Każda wolna chwila, to  gadanki, odpoczynek i czytanie książek. Dobrze, że Magru rozumie "czytaczy" takich, jak ja, bo w czasie całego tygodnia "połknęłam" 6 książek, min. "Dom na rozlewiskch" i "Powrót do domu na rozlewiskach".

Dzień siódmy

Kończy się mój wspaniały urlop. Pakuję się. Sztokholm żegna mnie deszczem, chociaż przez cały mój pobyt była piękna, letnia pogoda.

Dzięki Magru i jej sympatycznemu Mężowi spędziłam niezapomniane chwile, a do kraju przywiozłam wspaniałe wspomnienia.

czwartek, 17 lipca 2008

Moje wojaże,cz.III

Dzień trzeci

W Sztokholmie widać i czuć otwarte morze, a statki, które można obserwować z centralnych punktów miasta, są często naprawdę wielkimi frachtowcami dalekomorskimi. Kręcące się wokół nich miejskie promy, żaglówki i łódki motorowe przypominają dziecięce zabawki. I właśnie na wycieczkę po wodach stolicy Szwecji zaprosił mnie Magrowy Mąż.

Kupiliśmy prowiant i pojechaliśmy samochodem poza centrum Sztoholmu, zatrzymując się w marinie, gdzie stał jacht, którym mieliśmy płynąć. Oczywiście, najpierw trzeba wszystko przygotować.

Żagle na maszt, i... ahoj! Pierwszy raz w życiu ( tak, tak-  a mieszkam nad jeziorem) płynę jachtem. Ale wiem, że jestem w dobrych rękach. Wszak Magrutkowy pływa na szkiery ( skaliste wyspy ) i bardzo często żagluje całymi dniami, oddając się jednemu z najbardziej popularnych szwedzkich sportów - wędkarstwu.

Pogoda piękna, lekki wiaterek, musimy halsować, ale cały czas posuwamy się do przodu. Zwiedzam Sztokholm od strony wody. To akurat Ratusz, który pokazywałam w poprzedniej relacji.

Widoki dokoła są nieziemskie, trudno się zdecydować, co najpierw fotografować.

Mijamy redę

 a potem statki przy skalistych nabrzeżach. Wiele z nich już nie pływa, ale stały się np. domami byłych armatorów, lub utworzono tam bary, restauracje, a nawet galerie sztuki.

Podziwiam mosty, a jest ich....... całe mnóstwo, np. zwodzony dla wysokich jachtów i jednostek oceanicznych.

Sa też takie cuda, jak ten most:

albo taki zwykły:

Wszędzie, na każdym skrawku wolnej ziemi, na przybrzeżnych skałach, na schodach wchodzących wprost do wody z bulwarów, wylegują się ludzie, korzystają ze słońca, kąpią się lub łowią ryby.

Przesympatycznym zwyczajem jest pozdrawianie się wzajemne. My machamy, i do nas machają, np. turyści na statku wycieczkowym

Słońce chyli się ku zachodowi, wiatr się wzmaga, korzystamy więc z jego siły i szybciutko zawracamy do mariny, podziwiając srebrne błyski na wodzie.

 

Dzień czwarty

Idziemy do centrum handlowego w sąsiedniej dzielnicy. To Kista. Na głównym placu wita nas swobodna, kamienna panienka

Wchodzimy do ogromnego budynku pełnego sklepów, galerii, barów, kawiarni, i sama już nie wiem czego

Od kolorowych wystaw i reklam można dostać oczopląsu. We wszystkie strony przewalają się tłumy ludzi, bo akurat trwają bardzo duże przeceny. Jestem trochę oszołomiona, bo mieszkając w małej mieścinie nigdy w takim miejscu nie byłam; oglądałam tylko w telewizji. Prawdopodobnie ten fakt wykorzystała moja wspaniała gospodyni, bo w krótkim czasie dałam się namówić na "nabycie drogą kupna" dwóch białych sukienek: jedna z lekkiej dzianinki, druga lniana. Potem dokupiłam jeszcze kolorową sukienkę indyjską i dwie bawełniane, słodkie sukienusie dla moich Wnuczek. A nic nie chciałam kupować! Stoisko dalej, i głupieję! Naprawdę! Bo spodobały mi się sandałki szmacianki. Czerwone i granatowe, obie pary w białe groszki! Potem z Magrutkiem dochodzimy do wniosku, że jak szaleć, to szaleć. Kupuję więc czerwone serduszko na srebrnym łańcuszku, a od Magru dostaję niby obrożę z granatowych koralików. I tym sposobem, mam dwa zestawy: białe z czerwonym

i białe z granatowym

Wystarczy tylko dokupić stosownego koloru torebeczki i można zadawać szyku. Hi,hi,hi!

cdn.

wtorek, 15 lipca 2008

Moje wojaże, cz.II

Dzień pierwszy.

Kto marzy o spędzeniu urlopu w nagrzanych słońcem miejskich murach? Kto woli zgiełk i ruch od leśnej ciszy lub spokoju  jeziora? Pewnie nikt. Jednak stolica Szwecji bardzo się różni od wielkich europejskich aglomeracji.Leży na siedemnastu wyspach i brzegach dwóch cieśnin, łączących niezwykle rozgałęzione jezioro Malaren z wciskającą się głęboko w ląd morską zatoką Saltsjon. Czterdzieści kilka mostów łączących wyspy między sobą i ze stałym lądem, liczne kanały i przesmyki wodne upodabniają Sztokholm do Wenecji, a mnóstwo zieleni, czyste wody, spokojna, wyważona architektura czynią skandynawską metropolię bardzo sympatyczniejszym miastem.
Jedziemy więc zwiedzać Sztokholm. Najpierw tunelbana, czyli metro, które dla nas ma kolor niebieski ( są jeszcze linie czerwona i zielona ).

Wysiadamy szybciej, niż wynika z rozkładu, bo Magru przepędza mnie i swoją Bratową wzdłuż bulwarów. Coś pięknego. Środek miasta, a tu pełno wody i masa zieleni. Tabuny ludzi: jedni się śpieszą, inni powoli spacerują, tu i ówdzie opalają się  i "śniadają" na trawie ( w środku miasta!!!). My z Elcią namietnie fotografujemy co się da. Ja oddaję się dziecięcym wygłupom, zjeżdżając z kamiennej zjeżdżalni; potem udaję modelkę, moszcząc się na kamiennych i drewnianych siedziskach.

Podchodzimy do ratusza, tutaj rozdawane są nagrody Nobla, a także akty nadania obywatelstwa cudzoziemcom.

Dalej już stare miasto. To Friedensplam, czyli Plac Wolności tuż nad wodą.

Podziwiamy piękną architekturę domów przy bulwarach.

 Potem budynek parlamentu i Pałac królewski,

gdzie jestem świadkiem musztry kadetów

wysłuchuję wspaniałego koncertu Orkiestry Marynarki Wojennej.

Windą Katarzyny udajemy się na taras widokowy, skąd widać cały Sztokholm, jak na dłoni.

Błądzimy po urokliwych uliczkach

wąskich zaułkach

W końcu, mając już nogi w przysłowiowej d..., przechadzamy się ulicą Królowej do dworca Centralnego, aby wrócić w spokojności domostwa Magrowego i odsapnąć kapeńkę.Ale się nie da. Akurat nadlatują przepiękne balony!

A my jeszcze musimy zaliczyć obowiązkowy spacer na działkę, po drodze mijając starodawne kamienie runiczne.

Nie dziwota, że mając tyle kilometrów w nogach, szybciutko zasypiamy, aby nazajutrz byc gotowym na nowe cudowności.

Dzień drugi

Odprowadzamy Elcię na dworzec autobusowy, skąd pojedzie na lotnisko, a potem do Gdańska. A mnie małżonek Magrowy zaprasza na przechadzkę po Djurgarden. To ogromny park ze Skansenem,a także miejsce, skąd wypływają w morze wszystkie łodzie, żaglówki, statki, promy i okręty. Tędy też wpływają do portu, gdzie można je podziwiać na redzie.

Jest piękny poranek, powietrze rześkie i czyste. Przede mną bezmiar wody.

Mijają nas statki wycieczkowe

Spacerujemy nadmorskimi trasami, spoglądając ciekawie na drugi brzeg.

Trafiamy na miejsce osłonięte, pełne dzikiego ptactwa, a zwłaszcza czapli, które gniazdują niedaleko na ogromnych drzewach.

Po alejkach błąkają się kanadyjskie gęsi. A ja podziwiam starodawne letnie domki (tzw. stugi )w kolorze bordowym.

Wszedzie czyściutko, poszczególne trasy spacerowe dobrze oznakowane, sama przyjemność tak sobie chodzić i wdychać zipełnie nie wielkomiejskie powietrze. Czuję zapach morza.

A wieczorem bardzo długo trwam przy oknie, zauroczona przepięknym zachodem, i nie mogąc się nadziwić prawie"białym nocom".

To zdjęcie zostało zrobione o godzinie 22.32. U nas już jest zupełnie ciemno!

cdn.

niedziela, 13 lipca 2008

Moje wojaże! Cz.1

Lubię podróże. I zwiedzanie obcych krain też.

Tylko, że z mojego miasteczka wydostać się na tzw. powierzchnię, to niestety, ciężka sprawa. Trzeba wstać o godz. 4-ej, kiedy to normalni ludzie jeszcze sie przewracają z boku na bok. Trzeba przymusić się do zjedzenia małego śniadanka, a wierzcie mi, że to nie takie proste. Potem jedzie się własnym samochodem na dworzec. Kieruje osobisty Ślubny, szemrzący pod nosem "różniste", bo przecież normalnie powinien spać. Potem w Tczewie przesiada się w express do stolicy. Płaci się za tą przyjemność jak za zboże, i otrzymuje produkt pędzący z zawrotną szybkością 40 km za godzinę ( dobrze, że w ostatnich 2 godzinach 5-ciogodzinnej jazdy). A potem jeszcze słyszę od mojej wspaniałej Koleżanki, że dziwaczę! Sic!

Na lotnisku wiadomość cudowna, że wylatuję z Etiudy. Szyk terminalu iście europejski, niski baraczek, kolejka do czterech stanowisk wijąca się serpentyną na jakiś kilometr. Słońce praży, duchota nieziemska, posuwamy się z szybkością żółwia. W strategicznych momentach załoga stanowisk odprawczych informuje o przyśpieszonych odprawach lotów, które odbędą się lada moment. Wtedy kolejka się łamie, wypadają z niej desperaci wzywani na poszczególne pokłady. I przy tym jest bardzo miło, bo "innostranne" nacje bardzo głośno dziwują się naszym wynalazkom. A my? Spokojnie, w końcu nie takie doświadczenia są naszym udziałem.

Oczywiście, jak to w tanich liniach bywa, mamy opóźnienie 35 minut! I tyle było. Wylatujemy przy pięknej pogodzie, która nawet pozwala mi popatrzeć na Hel, gdzie parę dni przedtem odbywał się Maraton Bloxowy.

 Potem ciężkie chmury zakryły całkowicie widoczność:

Ale po godzinie lotu, powolutku zaczęły się wyłaniać brzegi Skandynawi

Po wylądowaniu, bardzo szybko wpadłam w ramiona Magru, jej Męża i  Bratowej.

Pierwsze przyglądanie się Szwedzkiej ziemi. Dużo skał, w głębi których schowano ciągi komunikacyjne, łącznie z metrem, ale także, z których wyrastają różne budowle. Mnóstwo zieleni,zwłaszcza na pograniczu poszczególnych dzielnic rozległego miasta. Ciekawe rozwiązania komunikacyjne, masa drogowych robót, które jakoś  nie przeszkadzają w ruchu pojazdom, bezpieczne szlaki dla pieszych i rowerzystów w obrębie dzielnic.

I już jesteśmy w dzielnicy Husby, gdzie mieszka Magru. Kolacja, rozpakowanie małych upominków i już idziemy na spacer.

 

Jestem pod wrażeniem doskonałej organizacji ciągów pieszych, spacerowych  i dla jazd konnych. Przy okazji oglądam górę, którą usypano ze śmieci, zagospodarowano, a teraz służy nie tylko do spacerów, ale także do lotów  na paralotniach. Takich gór to jest wkoło stolicy Szwecji całkiem niezła ilość.

W ogóle to muszę przyznać, że chodzenie to jedna z ulubionych szwedzkich rozrywek. Oczywiście, spacery, to przede wszystkim kijki, ale także gimnastyka np. rąk, która odbywa się w trakcie marszu.A ja z moją Gospodynią też nie "wypadłyśmy sroce spod ogona". Nie dość, że wydeptywałyśmy wszystkie możliwe ścieżki, ale także trenowałyśmy różne mięśnie, ogałacając z owoców krzaki porzeczek, malin i poziomek na "ichniej" działce.

 Reszta jutro, bo dzisiaj padłam jak "kawka" przy składaniu mebli!

czwartek, 10 lipca 2008

Superowo!

10 dni mojego wypoczynku minęło, jak z bicza trzasnął. Najpierw 8 dni w Sztokholmie, potem 2 dni w Warszawie. Całe mnóstwo wrażeń, fura zdjęć i.... zupełnie nie wiem, kiedy to wszystko uda się ogarnąć, i tym z Wami się podzielić.

Kiedy ja wypoczywałam, mój Ślubny i Zięciaszek skończyli remont. Dzisiaj, kiedy siedziałam sobie w pociągu powrotnym do mojego domku, dostałam telefon z wiadomością, że jutro przyjeżdżają nowe meble i komplet wypoczynkowy. A tu trzeba świeżo położoną podłoge wywoskować, okna umyć! Czyli czeka mnie mnóstwo zajęć i dopiero chyba w przyszłym tygodniu będzie dokładniejsza relacja z moich wojaży.

Miłego weekendu!

Archiwum