Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
środa, 29 czerwca 2016
Koniec przerwy!

 

Fiu, fiu! Ale się porobiło! Z tygodnia przed wyjazdem, tygodnia "laby" i prawie tygodnia po powrocie zrobił sie niezły "szmat" czasu! 

Ale tak to bywa, gdy człowiek za dużo chce! Przed wyjazdem wpadłam w wir zapraw. Akurat kwitły dzikie róże i czarny bez, nie dziw zatem, że naprodukowałam konfitury różanej i syropu bzowego. Na dodatek cenowo zjechały truskawki i rabarber, co zakonczyło się kilkudniowym smażeniem dżemów. Trzeba też było ustalić trasę do naszego celu, bo Ślubny domagał się cały czas, nie wiadomo po co - chyba na pamięć chciał się nauczyc, czy co? W sumie to przestałam się w pewnym momencie dziwić, bo najprawdopodobniej zżerały go nerwy. Po raz pierwszy jechalismy w tak długą trasę ( prawie 700km ) i po raz pierwszy nie z mapą papierową, ale dżipiesem mapowym w moim smartfonie. Także po raz pierwszy, tym razem ja, pakowałam się trzy dni - zawsze wystarczało mi popołudnie przed samym wyjazdem, a tym razem nie! ;-) A w sam dzień wyjazdu, potworny deszcz tak zestresował Ślubnego, że orzekł był, iż nie jedzie, i szlus!!! Tylko resztką siły woli powstrzymałam sie od karczemnej awantury, słusznie podejrzewając, że cisza lepiej mu zrobi, niż nie wiadomo jaki wygawor! I racja!!! Poza tym, dumna z niego jestem, jak nie wiem co, bo jadąc pierwszy raz w życiu autostradą, w okropnej ulewie, dowiózł nas na miejsce w całości i z lekkim tylko poślizgiem! Brawo On! :-)

Najważniejszego jednak nie napisałam - gdzie byliśmy! Ano w Szklarskiej Porębie! To znaczy Szklarska była tylko naszym punktem wypadowym, bo zamierzenie było takie, że zwiedzamy Karkonosze. Dzięki Polci, która kiedyś tu pisała, a część na pewno zną ją z DTS, mieliśmy fajną miejscówkę, z której co dzień wyruszaliśmy na nasze wycieczki. Plan oczywiście został zrealizowany w stu procentach, chociaż wypada dodać, iż to i tak niewielki ułamek tego, co tam można zobaczyć. Pewnie i pół roku by nie wystarczyło! 

W ubiegły piatek, w drodze powrotnej zachaczyliśmy o Wrześnię, w której czekali na nas zaprzyjaźnieni Wielkopolanie, zakochani w Kaszubach. Przy dobrym winku i pysznej kolacji przegadaliśmy spory szmat wieczoru; rano jeszcze była obowiązkowa wycieczka samochodowa po mieście i wizyta na budowie rozwijającej się firmy, którą prowadzą nasi przesympatyczni Gospodarze i juz nas czas gonił, bo przecież Nasi grali mecz!

Miniony weekend, to obowiązki "dziadowsko-babciowskie",  potem pranie i prasowanie wszystkiego z podróży. Od wczoraj znowu siedze w truskawkach - tym razem robią się konfitury. Bylismy też w lesie sprawdzić, co z jagodami. Oczywiście są. Juz jutro zaczynam tegoroczne jagodobranie. Oczywiście, jeśli będzie pogoda, bo zapowiadaja jakieś deszcze. Mamy też zamiar sprawdzić, czy w pobliskich bukach rosną letnie prawdziwki, bo że są kurki, to wiadomo! 

A zdjęcia do przejrzenia i posegregowania nadal czekają!  Powinnam także w końcu Was odwiedzić, ale dzisiaj znowu nie dam radu. Za moment biegnę na ostatnie przed latem zajęcia naszej wiejskiej sekcji zumbowej, po czym robimy sobie "babski wieczór"! Może jutro?

To teraz na dobry początek kilka migawek ze Szklarskiej Poręby i najbliższych atrakcji, czyli slynne wodospady: Szklarka i Kamieńczyk!

czwartek, 09 czerwca 2016
Zdrowotność i suchość!

Nasza Trenerka dba o nas, że hej! Niedawno zorganizowała nam spotkanie z fizjoterapeutką uro-ginekologiczną. Chętnych do udziału w warsztatach terapeutycznych z tego zakresu było tyle, że trzeba było podzielić nas na trzy grupy. Tematy oczywiście typowo "babskie", zwłaszcza przydarzające się większości kobiet w wieku 50+ i więcej! Prawie każda z nas czegoś tam nie wiedziała, albo znała tylko stereoptypowe porady, zupełnie nie przystające do współczesnej wiedzy i nowoczesnych terapii w powyższym zakresie. Również ja zadziwiłam się wielce, dochodząc do wniosku, że zupełnie mylnie interpretowałam niektóre swoje, niby niezbyt dokuczliwe dolegliwości, zwłaszcza ich etiologię. Dowiedziałyśmy się naprawdę dużo, przećwiczyłyśmy kilkanaście ćwiczeń, które należy wpleść w życie codzienne, chociażby dla swego własnego komfortu. Te kilkadziesiąt minut było rzeczywiście bardzo potrzebne.

W ubiegłą sobotę, odbywał się w pobliskim mieście III Marsz Życia i Nadziei, zorganizowany w ramach solidarności z osobami chorymi onkologicznie. Przybyli nań członkowie Klubów Amazonek prawie z całego Pomorza, którzy po marszu zebrali się w Domu Kultury, gdzie zorganizowano program artystyczny. W jego ramach, nasza niewielka grupka ( w tym moja skromna osoba ), wytypowana przez trenerkę, dała kilkunastominutowy występ, mający charakter warsztatów tanecznych. Bardzo ciekawe to było doświadczenie, bo trzeba było go tak skomponować, aby mogły w nim uczestniczyć osoby, które z racji miejsca, miały ograniczone pole poruszania się. Zatańczyłyśmy wpierw do jednej z pierwszych piosenek Margaret - "Pa pa pa rap pa" Potem był przebój Vaya Con dios - Burleska, a na koniec taniec niewolników zwany Marenga. Cały układ opierał się jedynie na ruchach bioder, tułowia i rąk, przy niewielkich kroczkach w bok, z powrotem i obrotach.  Myśle, że dobrze nam poszło, bo dostałyśmy brawa na stojąco, i chyba w szczelnie wypełnionej sali teatru,nie było nikogo, kto nie tańczył razem z nami.

Przyroda, jak zwykle, niezbyt sprawiedliwa jest. Od trzech przeszło tygodni nie spadła u nas ani kropla deszczu. Pada wszędzie i grzmi, a u nas? Zachmurzy się czasem i owszem, nawet nieźle, a potem albo wszystko pójdzie bokiem, nawet nie zahaczając naszych włości, albo słońce sobie puszcza do nas oko, zadowolone bardzo! Ma to o tyle dobre strony, że bez problemu odbyło się zbieranie kwiatów róży i czarnego bzu. No i wysyp truskawek taki, że ceny spadają w tempie błyskawicznym. Tylko jeziora mniej się robi coraz bardziej. Ostatnie pomiary jego stanu wykazały, że jego poziom obniżył się o 20 cm.

A tu jeszcze lada moment, po niedzieli, jedziemy się wczasować w góry. Trzeba się przygotować, nie tylko mentalnie, ale i trasę dojazdu ustalić, i to, co chcemy zobaczyć. Pewnie już wiecie, co to znaczy? Blog schodzi na plan dalszy!

środa, 01 czerwca 2016
Przydomowo i nie tylko!

Jak człowiek ma to szczęście, że mu instancja wyższa doda do życia Mężczyznę talentów wielu, zwłaszcza technicznych, to wie, że to szczęście podwójne jest! Tak, jak moje! Myślę sobie nawet, że pod względem ruchliwości jesteśmy na jednym poziomie, czyli wysokim, natomiast charakter tego, co prezentujemy, jest zupełnie odmienny. Ja stawiam na ruchliwość fizyczną, Ślubny na techniczną! Super, prawda? :-)))

Nie zawsze się wszystko Ślubnemu udaje, ale to, co zmajstrował dla ochrony jego najważniejszego przedmiotu troski, to proszę ja Was - czapki z głów! I prosze mi tu nie imputowac, że to ja najwazniejsza powinnam być! Nie ma to-tamto! Najważniejsze, że opelek ma dach nad głową, a ja już się ciesze na dalsze ekscesy mojego Ślubnego, bo przecież bez ruchliwości technicznej to On ani rusz! :-)))) Przy okazji poprawił się wygląd naszego MBD. Do tej pory, była to bryła niezbyt symetryczna, uwarunkowana niewielką powierzchnią prostokątnej działki, a teraz? Całkiem foremnie nasz domeczek się prezentuje!

Nie wszystkie jednak działania dają tak piękne owoce. Drugi rok walczy już Ślubny z trawnikiem. I póki co, marnie to wygląda, bo zawsze coś się nie uda. A to podłoże nie to, a to trawa nie taka, a to ptaki wyjadają siew, i prawie Ślubny za strach na wróble by robił, a to przy opryskach na chwasty okazało się, że od ubiegłego roku w aparacie spryskującym ostały się pokaźne resztki czegoś, co miało usunąć wszystkie "badziewia" , i na mur-beton to, iż trawnik wygląda jak szachownica, to wina obsługi, która zapomniała przemyć urządzenie przed ponownym użyciem! No, siła złego na jednego! Wczoraj popadało, dzisiaj było koszenie, i znowu Ślubny dosiewa conieco! ;-)))))

Zaproponowałam, aby zamówić firmę, która robi trawniki z metra, ale nie! Nie będzie kto inny nam udawadniał, że się nie znamy lub coś nam nie wyszło! Całe szczęście, że wzorem lat ubiegłych wyprowadziły się krety, bo wtedy byłby ambaras! ;-))))

Najważniejsze jednak to, że praktycznie nasze życie zostało wyprowadzone na taras. Śniadania na tarasie, kawka takoż, obiady jak najbardziej, popołudniowa sjesta też, a na koniec wsłuchiwanie się w wieczorne odgłosy natury. I gdy tak sobie człowiek w ciągu całego dnia napatrzy się na różne różności, to czuje się wybrańcem Losu! Bo może popatrzec sobie na mozolne prześlizgiwanie się ślimaka w kierunku trawki. A tu parzy w podeszwę płytka tarasowa, i trzeba całego slimaczego mozołu, aby nadążyć w to zielone przed czułkami, bo inaczej słonce zetnie nas na pył!

Tu dygresja mała: cudownie jest miec czas na pójście do góry po aparat, powrót i zrobienie zdjęć w kilku odsłonach! :-)))) A to baaardzo rzadko się zdarza! A ja fotoreportem żadnym nie jestem, raczej marną podróbką profesjonalistów. 

Zatem oglądamy sobie powoli różne ptasie harce, na naszym trawniku, i u sąsiada. O, takie coś, jak szpak wokół szpakowej tańce godowe uskutecznia, nie tylko wabiąc swoją urodą, ale i napadając z nienacka! Albo gdy drozdy zbudowałały gniazdo, a tu sroka je odkryła i stara się różne podchody zrobić w celu jego unicestwienia, a pan Drozd ją odgania! Lub, gdy na pobliską wierzbę, na której rzeczone sroki uwiły gniazdo, wdrapie sie kot, i te sroki jazgot niemiłosierny podnoszą, w celu odgonienia wroga! To są takie momenty, o których trudno opowiadać bez zadęcia, bo człowiek wtedy na sto procent czuje się cześcią przepięknej natury, w której przyszło mu żyć!

A jaki człek jest szczęśliwy, gdy po raz pierwszy w życiu zobaczy łyskę wodzącą swoje kaczęta? Tego się nie da opisać! I nawet nie wnerwia go to, że nad brzegiem stoi grupa innostrańców, szwargocących z zachwytu nad tym zjawiskiem, co oczywiście przeszkadza w dobrym fotografowaniu i  ma się zero możliwości podejścia bliżej, aby zobaczyć te czerwonawe dzióbki pisklaków!

O zachodach słońca to już nie wspominam, bo naumiałam się zabierać swojego smartfona na naszą wiejską zumbę. Zawsze na powrocie coś tam pod maciupci obiektyw się nawinie. 

 

A! Zapomniałabym! Gdyby ktoś nie był podłechtany słodkościami z okazji mijającego Dnia Dziecka, to uprzejmie proszę! Ciasto mocno czekoladowe, przekładane kremem z mascarpone i nutelli, ,a na to bitą śmietaną i  truskawki! Małmazja w najlepszym wydaniu! Moi goście z Wielkopolski, którzy co roku odwiedzają Kaszuby, a których gościliśmy w trakcie minionego weekendu, mogą to potwierdzić! :-)))

Archiwum