Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
niedziela, 28 czerwca 2015
Skrawki Barcelony

Kolejny wyjazd, tym razem Barcelona, stolica Katalonii. Od początku wiem, że będzie to tylko namiastka zwiedzania, bo dla nas, a zwłaszcza dla Ślubnego, najważniejszym punktem jest kilkugodzinne zwiedzanie Camp Nou. Wszystko, co ponadto, to tylko liźnięcie tego wielkiego miasta, czyli objazd najważniejszych miejsc i oglądanie ich z okien autobusu.

Na szczęście jednak, bazylikę Sagrada Familia mogliśmy całą obejść z przewodnikiem. O kościele tym, wie chyba każdy i nie ma co się rozpisywać ponad to, że Świątynia Pokutna Świętej Rodziny (katal. Temple Expiatori de la Sagrada Família) to budowany z niezwykłym rozmachem kościół secesyjny, zaprojektowany przez swiatowej sławy katalońskiego architekta - Antoniego Gaudí(1852–1926). Budowę rozpoczęto w roku 1882, a koniec prac zaplanowano na rok 2026. Mimo, że budowa nie jest jeszcze ukończona, z zewnątrz ten wyjątkowy kościoł prezentuje się nadzwyczaj okazale. Trzy niezwykle bogato zdobione fasady (Narodzin, Chwały i Pasji - Męki Pańskiej) przedstawiające życie Jezusa oraz osiem (docelowo osiemnaście!) wykonanych z dbałością o najmniejsze szczegóły, strzelistych wież czyni Sagradę Famílię jedynym w swoim rodzaju kościołem katolickim.

 

Dom Milí to kamienica projektu Antoniego Gaudí wybudowana dla barcelońskiego przedsiębiorcy Pere Milí i jego żony (lata 1906-1912). Charakteryzuje się wieloma niekonwencjonalnymi rozwiązaniami - np. brakiem użycia linii prostych czy falistymi fasadami przypominającymi falujące morze.

Ta oryginalna, mieniąca się w słońcu tysiącem barw kamienica jest kolejnym przykładem wkładu Gaudíego w niezwykłą zabudowę Barcelony. Postawiony pierwotnie w 1877r. budynek został w latach 1904-1906 na zlecenie jego właściciela, Josepa Batllo, całkowicie przeprojektowany pod czujnym okiem słynnego architekta. Wynikiem prac jest falująca, pokryta kolorowymi fragmentami tłuczonego szkła i ceramiki fasada, bogata w nieregularne kształty balkonów i pokrytych witrażami okien.

Jedziemy do średniowiecznej dzielnicy Barri Gotic, gdzie z plątaniny wąskich, nastrojowych uliczek wchodzimy na plac z  kamienną, gotycką katedrą św. Eulalii, która zginęła śmiercią męczeńską w czasie ostatnich prześladowań chrześcijan. 

Nasz główny cel jest jednak inny, dążymy więc ku niemu szerokimi ulicami miasta,

podziwiając przede wszystkim cudownej urody secesyjne kamienice, z których co rusz to inna zadziwia mnogością detali i pięknem .

W końcu nasz cel główny. Obiekt pożądania wszystkich kibiców piłki nożnej na świecie. Stadion klubu FC Barcelona - Camp Nou.

Program zwiedzania  jest bardzo bogaty i urozmaicony, bynajmniej nie ogranicza się do wejścia na trybuny Camp Nou. Zwiedzimy klubowe muzeum, szatnię, stanowiska komentatorskie, pokój konferencyjny i klubowy sklep z pamiątkami.

Najpierw poznajemy historię klubu od momentu jego powstania. Wszystko opisane bardzo dokładnie i drobiazgowo na interaktywnych ekranach. Pierwsze stroje, pierwsze spotkania, pierwsza legitymacja klubowa, pierwsze sukcesy. Ponad 100 letnia historia. Przy każdym pucharze w gablotach informacje, kiedy został zdobyty, w jakim składzie. Buty Ronalda Koemana, koszulka Stoiczkowa czy Messiego, czy nawet pierwszy w historii kontrakt opiewający na kwotę miliona dolarów, podpisany z Johanem Cruyffem. Fani piłki nożnej nie mają prawa narzekać na brak wrażeń. Ślubnemu oczy aż błyszczą z wrażenia. Cieszę się, że mógł zrealizować swoje marzenie. I nawet poleciał samolotem! Po raz pierwszy w życiu!

Niestety, zaczyna padać! A w planach jeszcze tyle do zobaczenia! W strugach ulewnego deszczu jedziemy na Wzgórze Montjuic, gdzie oglądamy budowle wzniesione na potrzeby Olimpiady 1992r., zwłaszcza słynny znicz olimpijski, który zapalany był strzałą z łuku.

A na punkcie widokowym ponownie spoglądamy na bazylikę Sagrada Familia, tym razem w zamglonej i deszczowej scenerii.

Podążamy dalej, do Poble Espanyol,które zostało wybudowane z okazji mających miejsce w 1929r. w Barcelonie Targów Międzynarodowych. Ma on formę muzeum, gdzie na otwartej przestrzeni zgromadzono w formie małego miasteczka ponad 100 budynków reprezentujących różne style architektoniczne z niemalże wszystkich wspólnot autonomicznych Hiszpanii. Tak więc można tu znaleźć rynek, budynek siedziby władz miejskich, kościół i klasztor, a także stojące przy uroczych uliczkach i placach domy, w których mieszczą się warsztaty, sklepiki, lub restauracje.

Końcowy akord tego dnia, to spacer pod Pałac Narodowy z Muzeum Sztuki Katalońskiej, aby tam z reprezentacyjnych schodów oglądać spektakl z cyklu "woda, światło i dźwięk" przy magicznej fontannie

Kilka współśrodkowych pierścieni tryskających strumieniami wody w różnych kierunkach oraz zmieniające się w rytm granej muzyki oświetlenie to niezapomniany spektakl.

Na koniec jeszcze spojrzenie na mieniącą się kolorami tęczy wieżę centrum biznesu, i żegnamy Barcelonę!

środa, 24 czerwca 2015
Przeniesieni w czasie!

Udajemy się na naszą pierwszą wycieczkę fakultatywną. Celem jest rejon la Garocha, czyli kraina wymarłych wulkanów, których naliczono tam prawie 40, a niektóre z nich to prawdziwe kolosy, mające około 30 km obwodu. Już z daleka widać je na horyzoncie.

Po drodze wijącej się serpentynami, wśród malowniczych gór i lasów, użyźnionych popiołami, natykamy się na ślady erupcji wulkanów sprzed tysięcy lat. To zastygłe jęzory czarnej lawy. Robią niesamowite wrażenie!

Pniemy się dalej, do wysokości powyżej 1000 metrów nad poziomem morza, aby dotrzeć do na wpół wymarłego miasteczka Rupit, które powstało właśnie na bazaltowej skale, prawdopodobnie około X wieku, i które obecnie liczy 400 mieszkańców. Najstarsze zachowane budowle w tym miejscu, jakby na końcu świata, pochodzą z XVII wieku.

 

Dawniej do miasteczka wchodziło się po wiszącym moście, nad rwącą rzeczką, co jak żywo przypomina kadry z filmu o Indiana Jonsie. Teraz niestety, od wielu miesięcy trwa jego remont.

Starą część miasta przecinają tylko dwie uliczki, łączące się na niewielkim placu, pośrodku.

Tylko w niewielu miejscach uliczki są brukowane. Raczej chodzi się po litej skale.

Domy też osadzone na litej skale, drzwi ozdobione metalowymi kołatkami, malutkie przedsionki z wąskimi kamiennymi schodkami, drewniane okiennice i balkony, ceramiczne kafelki z kolorowymi napisami i rysunkami, podłużne kamienne donice zdobione płaskorzeźbami, ukwiecone tarasowe ogródki, to wszystko stanowi o uroku tego zapomnianego jakby miejsca.

Na jednym z balkonów jakby skansen; wiszą tam chomąta, narzędzia rolnicze, koła do wozów, źdźbła kłosów.

W nielicznych sklepikach przede wszystkim wyroby mieszkańców miasteczka i i okolicznych wiosek, a więc sery, miody, wina, aromatyczne wędliny, ponad metrowej długości, a także jakby znak szczególny, figurki czarownic, z których każda jest inna, bo też i przeznaczenie każdej jest inne.

 

 Kilka kilometrów dalej, kolejny cel naszej podróży. Wysokość 1120 metrów nad poziomem morza i niewielkie Santuario del Far, czyli Sanktuarium Matki Boskiej od Latarni Morskiej. Legenda bowiem głosi, że zagubieni wśród sztormu przed wiekami żeglarze, zobaczyli w oddali światełko, które ocaliło im życie. W poszukiwaniu tego miejsca, natrafili na cypel, na którym w podzięce postawiono niewielką kapliczkę, a w XV wieku kamienny kościół.

Pośrodku kamiennej groty stoi Matka Boża z dzieciątkiem przy piersi, a miejsce to jest celem wielu pielgrzymek.

Tuż obok, na krawędzi cypla, rozciąga się zapierający dech widok na okoliczne zalesione góry, dolinę Vall d` Hostoles i turkusowe lustro zbiornika wodnego na rzece Ter.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej, kolejne urokliwe miejsce, jakby nie z tego świata. To Besalu. Miasto kamienne, które być może niektórym będzie coś przypominało. Wcale nie ma się co dziwić, bo właśnie w nim kręcono część scen filmu "Pachnidło"! 

Krzywizna mostu, którym dochodzimy do Bramy Mostowej, powstała w wyniku oparcia części przęseł tej budowli na skałach, wyłaniających się z rzeki Fluvia.

 

I ponownie zagłębiamy się w wąskie uliczki. To dzielnica żydowska. Kolorowa, odrapana, pełna sklepików i kafejek

Większość kamiennych budynków pochodzi z X wieku, a każdy stanowi dzieło samo w sobie.

Błądzenie po labiryncie ciasnych i krętych uliczek, to przyjemność sama w sobie. 

Atmosfera zatopiona w murach, kamieniach i całego otoczenia, to niewątpliwy atut tego miasta i jego mieszkańców, którzy bardzo życzliwie odnoszą się do turystów, i nawet kupując pamiątki, zwłaszcza piękną kolorową ceramikę, nie ma się poczucia nachalnego targowiska. Było warto tam pojechać. Bo Katalonia, to nie tylko Barcelona!

 

piątek, 19 czerwca 2015
Dobrze sobie powspominać!

Nasza hiszpańska wycieczka na Costa Brava zaczęła się na lotnisku w Gdańsku, na które przywiózł nas Synek. I dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z doniosłości tego, że tak dużo lotnisk powstało w ostatnich latach. Kiedyś wszystko odbywało się przez Stołeczne Lotnisko, było się więc czasami zdanym albo na siedzenie długotrwałe na lotnisku przed odlotem, albo wpraszał się człek do Koleżanki ( blogowej zresztą ), która zawsze przyjmowała z radością, ale przecież każdy swoje własne kąty woli mieć dla siebie tylko! A teraz? Proszę, wsiadasz w autko i już za parędziesiąt minut jesteś na regionalnym lotnisku, a potem tylko skok przez Niemcy, Austrię, Alpy, Francję, Pireneje, i..... lądujesz w Barcelonie. Odbiór bagaży, poznanie rezydenta, i już jedziemy autobusem przez 60 km. Na Costa Brawa. Do Santa Susana. 

Mieliśmy szczęście! Nasz hotel stał dosłownie na plaży. Do morza było chyba 30 m. Pokój też od strony morza i plaży ogólnej. Obok hotelu przebiegała linia kolejki podmiejskiej, ale nam na wysokości piątego piętra zupełnie nie przeszkadzała. Pokój bardzo przytulny, i choćby człek chciał się przyczepić, to nie było do czego, zwłaszcza do widoku. A przecież pamiętam Egipt i harmonię euro bakczyszu, który  spowodował zamianę czegoś co mogłoby być tylko "szaruźnią" na prawie apartament! Ale ja nie o tym!

Nie mieliśmy pakietu all exclusiv, i dobrze! Dwa posiłki dziennie, bardzo urozmaicone i obfite, w zupełności wystarczały. Najeść można było się do wypęku! I mnogość owoców oraz warzyw. Na surowo! Ewentualnie z sosami różnorakimi. Za napoje trzeba było płacić, także za wodę! Sic! Słodkości nie ruszaliśmy, bo chyba wrócilibyśmy do kraju, jak opasy jakieś!

Tuż za hotelem, przez kilka kilometrów rozciągała się promenada. Od strony torów kolejki, w stronę morza - plaże i campingi, natomiast po lewej stronie - hotele, hotele, hotele, bary, puby, restauracje, klubu disco, kawiarnie, sklepy, a wieczorami od godziny 20-stej, do późnych godzin nocnych rozkładali swoje namioty sprzedawcy wszystkiego, co turysta potrzebuje, czyli towary różniste, zwłaszcza "madeinchina"! 

Pierwsze dwa dni pobytu spędziliśmy prawie na miejscu, zdając się tylko na nosa i to, co można zobaczyć na miejscu. Pogoda była parna, duszna, słońce zamglone. Ciężko! Na całe szczęście, w każdym najmniejszym miejscu, gdzie znajdują się hotele, jest możliwość zwiedzania okolic posiłkując się kolejkami, zwanymi "trikitraki". I to naprawdę wspaniały wynalazek, zwłaszcza dla turystów, którzy chcą zobaczyć jak najwięcej, i jak najmniej się nachodzić!

Prócz tego, przepiękną panoramę można oglądać z tarasu widokowego ( wjeżdża się windą z poziomu ulicy ) w centrum Malgrat de mar , czyli naturalnego przedłużenia Santa Susany. Ja miałam to szczęście być zupełnie sama na tym wzgórzu, nie licząc oczywiście dwóch strażników! Ślubny się nie zdecydował, był zbyt zmęczony upałem.

Tak jakoś się zdarzyło, że drugiego dnia zwiedzaliśmy ciąg miasteczek w czasie sjesty! Fakt, żar lał się z nieba, my zabezpieczeni kremami z faktorem 50! Spacerowaliśmy zupełnie wyludnionymi uliczkami. Sklepy i bary zamknięte. Ale tylko te na starej części, tam gdzie mieszkają rdzenni mieszkańcy. W części turystycznej wszystko i tak wrze, osiągając apogeum wieczorami i nocą!

 

 

Trzeciego dnia pojechaliśmy kolejką do pobliskiego Blanes. Naszym celem ogród botaniczny, najpiękniejszy na Costa Brava. 

To akurat spojrzenie na miasteczko i port, na serpentynach sunących w górę do Jardi Botanic MARiMurtra. Ogór jest skomponowany w szereg stref klimatycznych. Poniżej akurat strefa pustynna Arizony. 

Strefa pustynna

Zjawiska krasowe wśród wapiennych skał wybrzeża 

Bogactwo kwiatów klimatu śródziemnomorskiego

 

Bardzo pieczołowicie utrzymywane miejsca mini ogródków

\

Niejedno miejsce , skąd widok na morze, skały i pobliskie klify, powodował bicie serca z zachwytu!

 

Pod wieczór natomiast, pojechaliśmy wycieczką fakultatywną na wieczór z flamenco. Do Grancasino w Loret de Mar. Wejście prawie jak w Las Vegas. Stoły w różnych kierunkach ustawione, przygotowane na bogato, według wcześniejszych zamówień uczestników. My akurat wybraliśmy wersję z tapas i sangrią. Potem jednak było coś, co nas wprawiło w niemałe zdumienie. Otóż pojawiła się pani fotograf z parą tancerzy, zrobiła foty, zaraz po niej następna fotografka, bez słowa fotografowała pary, a po niecałej pół godzinie, w czasie której czas umilał świetny pianista z wokalistką, zjawiły się owe fotografki z gotowymi zdjęciami. I nie mogły zrozumieć, dlaczego nie chcemy za każde zdjęcie ,a także dodatkowe podstawki z facjatami, płacić po 8 eurasów! Chyba komuś wyobraźni zabrakło, bo jednak turysta nie wszystko kupi. Ja w każdym bądź razie jako pamiątkę, kupiłam jedną fotkę. 

Niemiłe wrażenie naciągania nas, zostało na szczęście zatarte przez doskonałe pokazy nie tylko tańca flamenco. W spektaklu brał udział także tenor Sam, gitarzysta Diego Cortes oraz Ballet Espannol z Jose Leonem. Ło matko pojedyncza, co ten facet wyprawiał na scenie! Tego się nie da opisać! Mogę Wam jedynie pokazać małą próbkę jego talentu, którą znalazłam po długich poszukiwaniach, bo niestety, nie wolno było na miejscu ani nagrywać , ani fotografować!

środa, 17 czerwca 2015
Przed laptopem usiadł leń!

Prawdę mówiąc, dokładnie od kilku dni trzyma mnie niechęć do tego urządzenia. To prawdopodobnie dalszy ciąg odwyku z Hiszpanii w której znalezienie darmowego WiFi w hotelu, w którym mieszkaliśmy ograniczyło z cudem. Niewielki  zaś kawałek przestrzeni między recepcją a windą, od rana do nocy był zatłoczony przez chętnych, nie lubiących opłat wszelakich. I szczerze mówiąc, całkiem było nam dobrze bez internetu, takoż bez telewizji ( za którą w pokoju też trzeba było płacić ) oraz gazet ( kłania się znajomość języka ). Słowem prawie większość zdobyczy cywilizacji dostępnych od niedawna, była niepotrzebna. Jechaliśmy w końcu po słońce i słodkie lenistwo!

Tydzień urlopu od emryckiego życia minął błyskawicznie. A w domu jak to w domu roboty huk. Najpierw obiecany Progeniturze grill powitalny, potem uładzenie według własnych zasad MBD, którym częściowo podczas naszej nieobecności zawładnęła jedna z Latorośli ( ile ja się naszukałam miseczek do lodów i deserów!!! ). Nie wspominam już nawet o ilości prania, a później prasowania tego wszystkiego co wypakowałam z walizek bo to się rozumie samo przed się! Okna niestety muszą poczekać! :-))) Zresztą akurat pyli topola nie ma co się wyrywać przed szereg! 

No i zaprawy, zaprawy, zaprawy! Truskawki, różane konfitury, warzywa ( szparagi, bób, zielony groszek, fasolka szparagowa). Rośnie górka książek i gazet do przeszytania, robótki ręczne zostawię chyba na jesień. Do tego lato nad jeziorem już prawie na wyciągnięcie ręki. Kijki, rower, zumba! A doba ma tylko 24 godziny, niestety, z czego parę godzin zabiera mi coś, co przywlekło się za mną z Hiszpanii, a co bardzo mi się tam spodobało! Sjesta! Czyli to czego dotąd nie znałam ale tam pod prażącym słońcem i dusznym powietrzem jak najbardziej słuszne było. Nawet się nie pytało tylko zwalało z nóg w odpowiednim momencie i człek polegiwał połowę popołudnia jak dziecko małe jakieś! Się przywlekło i trzyma! Niesłychane to bo przecież ani słońce tu praży, ani duszno. Wręcz przeciwnie! A może to nie jest niemoc śródziemnomorska tylko oznaka szybko postępującego starzenia? ! :-)))

Najważniejsze że wyjazd był udany. W połowie spędzony leniwie w połowie na zwiedzaniu. Pojutrze ma przyjść informatyk aby wgrać odpowiedni sterownik który spowoduje że obraz na ekranie laptopa nie będzie panoramiczny. Póki co tylko uporządkowałam zdjęcia przypisując je do odpowiednich folderów. Reszta czyli sprawdzenie pod kątem ewentualnych wad i usterek po jego wizycie.

Na dobry początek hiszpańskich migawek zostawiam zrobione komórką zdjęcie morza, które przez cały tydzień szumiało nam pod oknami!


piątek, 05 czerwca 2015
Tylko na chwilę!

Co by tu, aby było po kolei?

Mam pod górkę, bo w domu pachnie obłędnie różą, z której płatków właśnie dosmaża się konfitura. No nie da się tak na sto procent skupić, mając na głowie jeszcze spraw całe tysiąc pięćset sto dziewięćset. Bo jutro skoro świt lecimy do Hiszpanii. Zrobiliśmy sobie wakacje od wakacji wiecznych.  A laptop dopiero co odpalony i jeszcze wiele różnych sterowników nie działa,  i będzie poprawiane po naszym powrocie. Chociaż może być cieżko, zwłaszcza po wczorajszym filmie w telewizji naszej kochanej obejrzanym przez łzy, czyli „Chce się żyć”! Jeszcze siedzi we mnie! Ale  się postaram po kolei zapodać, co przez ten czas odwyku netowego się działo!

To tak:


Najważniejsze, to zakończenie roku akademickiego na UTW. I to z przytupem, bo warsztatami w DPS Cisewie. W pracowni garncarskiej. Niezłe doświadczenie miętosić glinę, potem próbować coś z niej zrobić, a to metodą wałeczkową, a to na kole garncarskim, które po raz pierwszy w życiu obsługiwać się uczyłam. Wyszło, co wyszło, i proszę bardzo, to moje wypociny garncarskie.


O wyborach nie wspomnę, bo każdy wie, co komu potrzebne do nie zwariowania.

Rzutem na taśmę sprawiliśmy sobie prezent nie lada jaki. O,  tak pięknie opakowany!


Dużo się działo na niwie kuchennej, bo to i rabarbar latoś nieźle obrodził, tom nasmażyła czego się dało w słoiczki. Pyszota taka kwaskowato słodka wyszła. Oczywiście truskawki szybcikiem zaprawić trzeba było, ile się da, bo po powrocie z zagramunicznych wojaży może już nie być. Zamrożone już na zimę czekają w całości,  i w kubeczkach pełnych ichniego musu.

Towarzysko też niezgorzej, zwłaszcza gościna nadmorskich udana. Nawet na łajbę mnie wzięli. Po raz pierwszy w moim długim życiu robiłam za „majtka” na pokładzie wynajętej żaglówki, wybierając szoty czasami, raz nawet przy sterze byłam, a na koniec bardzo poważne zadanie mi się trafiło, czyli przygotowanie odbijaczy w godzinie powrotu do mariny.


Udało się też „rzutem na taśmę” spotkać z zakochaną w Kaszubach dawną Stylowiczką. Godzinka z okładem musiała nam tym razem wystarczyć, ale już umówiłyśmy się na dłuższe spotkanie za rok!

Działkowo też było. Ku naszemu zdumieniu, bo jeszcze pamiętamy te miny cierpietnicze na hasło „działka”, Córcia z Zięciaszkiem kupili sobie ogródkową działkę i szaleją tak, że aż furczy. Już stoi maleńka altanka, już pierwszy grill był odpalony, a ja nie mogę wyjść z podziwu, jak to moją Córkę ta robota w ziemi wciągnęła. Dziw!


Ślubnego dopieszczam nieustannie, bo nareszcie się zdecydował polecieć ze mną samolotem. Może pomogło mu w decyzji to, że jako zapalony kibic piłki kopanej, będzie miał okazję zwiedzić stadion Barcy.

No i sumiennie zbieraliśmy po leśnych ostępach płatki róż. Jak znalazł będą do pączków. Przedwczoraj tarliśmy płatki w makutrze z cukrem na puch, a wczorajsze dosmażają się w cukrowym syropie, obłędnie pachnąc i smakując!

                       

Zatem wonnym akcentem żegnam się z Wami na prawie dziesięć dni, bo czas najwyższy zacząć pakowanie!  Aby uprzedzić ewentualne pytania, urlop dotyczy też internetu.

Do miłego zatem i O`le!!!!

Archiwum