Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Ogrody Magii, Energii, Czasu i Przestrzeni

W ubiegły wtorek mieliśmy ostatnią w tym roku akademickim wycieczkę z UTW. Do Dobrzycy, niedaleko Koszalina.

Na wielu hektarach są tam utworzone tematyczne ogrody "Hortulus", a także jeden z największych labiryntów  w tej części Europy.

Ogrody tematyczne zwiedzaliśmy z przewodnikiem, który objaśniał historię powstania konkretnych nasadzeń w ramach tematu wiodącego. A było co oglądać. Są tam min.: ogród japoński, ogród cienia, ogród ognia i czerwieni, ogród biały, ogród bajkowy, ogród ziemiański, ogród angielski, ogród francuski, rosaria białe i czerwone, ogród bylin, ogród wiejski, ogród śródziemnomorski, i wiele innych. Oczywiście w pewnych punktach, wybudowane sa niewielkie wzniesienia, służące jako punkty widokowe, co pozwala niektóre fragmenty ogladać z innej, bogatszej perspektywy.

Natomiast do oddalonego o 2 km labiryntu, podjechała niewielka grupa tych z nas, którzy woleli nie tracić czasu w ogromnej kolejce przy ogrodowym barze.

Teren, na którym znajdują się labirynty, obejmuje: krąg kamienny, dolman, ogród czterech pór roku, ogród kalendarza celtyckiego, angielskie rabaty bylinowe, rosarium z parterami bukszpanowymi oraz ogrody węzłowe i toplary bukszpanowe.

Najważniejsze jednak było wejście na teren labiryntów, utworzonych z grabu. Ich całkowita długość, to około 6 km. Zdecydowalismy sie na przejście połowy, co częściowo nam się udało, a to dlatego, że tylko dwa razy bylismy zawracani ze złego kierunku przez pracownika ogrodów, który rezydował na metalowej wieży widokowej, mając baczenie, aby ktoś nie "zamotał" sie na amen! 

Zabawa naprawdę świetna, bo nie ma praktycznie żadnych szans na zapamiętanie układu, nawet wtedy, gdy wcześniej wejdzie się na wieżę i popatrzy na wszystko z góry. A samo wejście na nią to też niezłe przeżycie, bo chociaż jej wykonanie w formie dwóch spirali łańcucha genetycznego wydaje się stabilne, jednak to wysokość 19 metrów, i na górze nieźle chwieje się na wietrze.

A wczoraj był pierwszy od wielu tygodni dzień, w którym nikt nas nie odwiedził. Aż dziwnie nam było. Tak cicho! ;-) 

Dzisiaj już normalnie. Na chwile wpadli Syn z Wnuczką. I kiedy tylko pojechali, to ja myk, na rower, i do lasu. Na jagody. Jak wracałam po dwóch godzinach, zobaczyłam, że Ślubny w łódce na jeziorze siedzi i kija moczy. Znaczy się, ryba będzie! Chyba!

To teraz musze się zabrać za te jagody, no i truskawek trochę też jest.

Odwiedzę Was później!

czwartek, 26 czerwca 2014
Na koń, oczywiście też!!!

Ubiegłotygodniowy długi weekend rozpoczęliśmy rodzinnym wypadem w głębokie lasy, koło Czerska! Aby nie było niedomówień, to nie ten Czersk koło naszej Stolicy, tylko ten w Borach Tucholskich.

Namówił nas Synek, i pieknie było, chociaż pogoda nie całkiem dopisała. Ale dżdżu wielkiego nie było, tylko wiatr przeszkadzał, więc szło jakoś do przodu, bo też było na co patrzeć.

 To były konkursy w ramach ogólnopolskiego konkursu WKKW!

Szkoda tylko, że informacji w necie dokładnej nie było. Bo rozumiem, że dla zawodników uczestniczących z kilku krajów europejskich się należało, ale widz polski też chciałby wiedzieć, o której godzinie odbywają się najważniejsze starty.

 Pojechaliśmy na "czuja", widzieliśmy współzawodnictwo w ramach młodzieżówki, ale potem była dwugodzinna przerwa, pogoda się skiepściła..... i po balu, panno lalu!

 Zdążyliśmy więc tylko powędrować na teren krossów końskich, które miały się odbywać w nie wiadomo jakiej okoliczności.

A potem, zwykłym dla mnie niuchem, wywachałam to, co starano sie ukryć dla maluczkich. Otóż udało mi się wślizgnąć, dosłownie, do ogromnej stodoły, w której jeden z pracowników stadniny, na której gruntach odbywały sie mistrzostwa, oprowadzał i tłumaczył innostrańcom to, co widzieliśmy, czyli przepięknie odrestaurowane bryczki, kolaski i sanie, które dawnymi czasy były w ogólnym użytkowaniu!

 

Ech! Te bryki, kolaski, podjazdki - chciałoby się krzyknąc! Zaprzęgać, i w cuglach pędzić przed siebie!

A sanna takim pojazdem, to sama rozkosz, której nawet Oleńka Billewiczówna z Andrzejem Kmicicem nie mogłaby sie oprzeć!!! O mnie z wrodzonej skromności nie wspomnę! ;-)

Dzionek przedczorajszy zapracowany, bo sąsiadka uraczyła mnie wiaderkiem porzeczek. Pięknie dużych, czerwonych i śmiejących się do słoiczków. Ale je tylko w opakowanie po lodach algidowskich złożyłam do zamrażarki, resztę przytomnie zostawiając w lodówce, aby w stosownym czasie placek jakowyś upiec.

Wczoraj trochę nam miny na gdańskim lotnisku zrzedły, bo Młodemu waliza zaginęła nie wiadomo gdzie, bo po drodze były międzylądowania w Abudabi, a potem w Berlinie, ale najważniejsze, że Wnusio cały i zdrowy się pojawił!!!

Oczywiście, szalałam kuchennie dzisiaj, bo zamówił sobie chlebek, którego jest sprawgniony. Tom upiekła pszenny, wieloziarnisty. Potem ciasteczka czekoladowo-owsiane z nutellą, a na koniec dla gości zapowiedzianych w osobie Wnuczka, Wnusi, Córci i jej Teściowej, naprodukowałam w długaśnych naczyniach truskawkowe tiramisu. Ochy i achy mile łechtały me uszy! Teściowa przywiozła sznapsa, tośmy powolutku rozpijali. Wspominków trochę dawno, najdawniejszych było.I planów na najbliższą przyszość Wnuczkową też. Ciekawych i owszem. Czy do zrealizowania zupełnego, nie wiadomo! Młodzi sa wszak zawsze pełni światła i dobrych nadziei, a my, starsi, z pokorą przyjmujemy, co dzień niesie, nie zawsze dając się unieść fali tego, co płynie tu i teraz!

Pod wieczór jeszcze Syn z Synowa zawitali. I słoiczków trochę dostałam do zapraw! To kontentna jestem bardzo.

A jutro na kurki jedziemy. Teściówka Córczyna nam przewodnikiem będzie!

Jagody zatem muszą poczekać!

I moi Blogoulubieni też!

Bo najnormalniej nie mam czasu na nic!

Słowo!

Miłego wakacjowania zatem życzę wszystkim tu zaglądającym!

I Słońca!

I lazuru nieba!

I samej letniej szczęśliwości!!!

poniedziałek, 23 czerwca 2014
W las oczywiście też by....

Juz od ubiegłego tygodnia przymierzałam się sprawdzic, ile na krzaczkach jest ciemno-fioletowych kuleczek jagód, i czy juz dojrzałe. Dzisiaj nie wytrzymałam. Po powrocie z przedpołudniowej przejażdzki rowerem, szybciutko przyrzadziłam obiad, i ponownie pojechałam do lasu.

Po dwóch godzinach ( łącznie z dojazdem ) miałam duży słoik i wiaderko po maśle klarowanym. O, proszę!

No, i pierwsze słoiczki jagód w cukrze już są. Jak sobie pomyślę o pierogach z jagodami, polanych słodką śmietanką, to zaraz ślinotoku dostaję!

Tydzień zapowiada się pracowicie.

Jutro ostatnia już w tym roku wycieczka z UTW, w okolice Koszalina, do ogrodów kwiatowych. W środę, razem z Córcią jedziemy na gdańskie lotnisko po naszego "chińczyka", który wraca w domowe pielesze po całym roku spędzonym w Azji. A czwartek i piatek w las, proszę Państwa, w las. Na jagody! Póki jeszcze "stonka turystyczna" nie rzuci się hurtem!

Do napisania! :-))))

sobota, 14 czerwca 2014
Do łez uśmianam!

Nie ma to jak piękny lapsus! Zaraz człowiek się uchacha po same pachy z własnej "głupoty".

Jak wiadomo wszem i wobec, sa mistrzostwa w piłce kopanej. Akurat wisi mnie to i  powiewa, ale Ślubny dzielnie walczy do późnych nocy. Swoją drogą, ciekawe, czy tak długo wytrzyma. Bo wysypiamy się do nieprzyzwoicie późnych godzin, prawie przedpołudniowych. Ale ja nie o tym chciałam.

Miałam naprawdę wielkie chęci wszystkich dzisiaj odwiedzić. Słowo! Tym bardziej, że dzisiejszy późnopopołudniowy wyjazd rowerowy był raczej nie z tych rekreacyjnych, ale tak bardziej siłowo trzeba było potraktować aurę. Wiatrzysko niemożebne, za każdym razem, niezależnie od kierunku jazdy, mocno wiało: a to przodem, a to bokiem, i nijak nie chciało wiać w zadki.

W każdym bądź razie, kolacje zjedliśmy dość wcześnie, Ślubny zasiadł przed telewizorem, a ja oczywiście pobieżałam na górkę. Przed laptopa! Posprawdzałam poczty, wpadłam na gazetę, zniesmaczyłam się po drodze, poszukałam rad w kwestii gofrów, i spokojnie wchodze na swój blog, aby zadośćuczynić swoim obietnicom, że wszystkie Blogoulobione odwiedzę.

Podkusiło mnie niestety, by do siebie wskoczyć, sprawdzić komentarze do wczorajszego wpisu. Są! Czytam, dochodze do ostatniego. Przeczytałam pierwsze zdanie i konsternacja! Jaki pogrzeb? W necie? O co tu chodzi? Pogrzebano juz rząd ( wiadomo, afera podsłuchowa) !!!

Czytam jeszcze raz dokładnie, ale tym razem do końca.... i nagle dociera do mnie, że sama się nakręciłam!!! Zaczęłam rżeć jak wariatka jakaś, bo widzę dokładnie, o co komentującej Osobie chodziło!

I Kochani, trzyma mnie moja głupawka do tej pory! Trudno! Nie będzie dzisiaj odwiedzin!

piątek, 13 czerwca 2014
Ble......nic !

Na łopatki mnie ten tydzień rozłożył dokumentnie! A właściwie to upał panujący do przedwczoraj. Już dawno nie pamiętam, abym w środku lata ruszała się, jak leniwa mucha w smole! Przeżyłam ubiegły weekend na wdechu, ale potem to już było zupełnie pod górkę! Chyba zupełnie sie odzwyczaiłam od takiego gorąca, którego już dawno tu w kraju nie doświadczałam, bo tam, gdzie byłam latem w niemieckiej krainie przez ostatnich sześć lat, jakoś się mi nie trafiło. Pewnie dlatego też, iż rzadko miałam możliwość wychodzić na "światek boży", w końcu, co to są dwie godziny dziennie tylko na relaks.

Nie chciało mi się nic. Zupełnie nic! Tyle tylko, aby sie zmusić do codziennej jazdy rowerem, ale to bardzo późnym wieczorem. Nie dla mnie była telewizja, a o necie to w ogóle nie wspominam, bo mnie odrzucało dokumentnie. Jak kogoś odwiedziłam, to góra dwa, trzy blogi, i tyle. Nie piekłam, nie gotowałam prawie nic. Za wszystko musiały nam wystarczyć warzywa i owoce, czasem rybka złowiona przez Ślubnego. Jedynie rzutem na taśmę trochę truskawek powekowałam: dżemy, konfitury, sok i frużelina do gofrów. 

A tak a`propos gofrów. Wie ktoś może, co sprawia, że gofry są chrupiace? Wypróbowałam już chyba z dziesięć przepisów różnych, a moje jakieś takie gumowate wychodzą. Chciałabym w końcu na gofrownicy darowanej ostatnio przez moje Dziecka, zrobić im niespodziankę w postaci super smacznego gofra. Z bitą śmietaną i truskawkami, oczywiście! Sama też bym takie coś pysznego zjadła.

czwartek, 05 czerwca 2014
Na rejs by...

Po jeziorze oczywiście! O, taką brygantyną, na której wraz z progeniturą świętowaliśmy zakończenie dnia Dziecka.

Zostawiamy za sobą zatłoczone w weekend ogródki piwne, place zabaw dla dzieci, boiska piłki siatkowej i plażowej, zatłoczoną plażę z kocykami pełnymi fanów pierwszego w tym roku opalania się.

Okrążamy wyspę miłości, a w międzyczasie z głośników sączą się opowieści o historii jeziora i osady nad nim położonej, a także  mity o zatopionych skarbach, wszystko przeplatane skocznymi, marynarskimi szantami.

 Wpływamy do urokliwych zatoczek,

w których okoliczni mieszkańcy wypoczywają po brzegach, 

a wypływając w stronę miejsca zacumowania, 

 podglądamy wędkarzy ukrytych w szuwarach,

machamy ze wzajemnością do przepływających żeglarzy, 

 i turystów na rowerach wodnych.

A kiedy juz dobijemy bezpiecznie do przystani, idziemy sobie na piwko, lody, czy co tam kto woli!

Zapraszam!

niedziela, 01 czerwca 2014
DZIECIOM!

                         

                          



Pewnego dnia
 wyjdę z domu o świcie,
 tak cicho,
 że nawet się nie zbudzicie.
 I pójdę,
 i będę wędrować po świecie,
 i nigdy mnie nie znajdziecie.

 I nie wezmę ze sobą nikogo,
 tylko tego małego chłopaka,
 co wczoraj na schodach płakał
 i bał się wrócić do domu,
 a dlaczego -
 to tego
 nie chciał powiedzieć nikomu.

 I jeszcze weźmiemy ze sobą
 tego czarnego kota,
 co miauczy zmarznięty na progu
 i każdy odpycha go nogą,
 i nie chce go wpuścić do środka.
 I to nie obchodzi nikogo,
 że on tak płacze na progu.

 I jeszcze weźmiemy ze sobą
 te dwa uschnięte drzewa,
 co nigdy nie były zielone
 i chciały uciec do lasu
 od kurzu
 i od hałasu,
 i żeby ptak na nich usiadł,
 i żeby im zaśpiewał.

 I będziemy tak szli i szli
 drogami, lasami, polami,
 i każdy dzieciak,
 i każdy pies
 będzie mógł iść razem z nami.

 I będziemy tak szli i szli
 przez wsie, przez miasta, przez góry,
 przez morza, przez gwiazdy, przez chmury,
 aż kiedyś,
 po latach wielu,
 staniemy wreszcie u celu.

 I będzie tam ciepła ziemia
 i dużo, dużo nieba,
 i każdy
 będzie miał to,
 czego najbardziej mu potrzeba.

 I na zielonej trawie
 różne zwierzęta
 będą się z nami bawić
 w berka i w chowanego.
 I nikt nikogo
 nie będzie się bać.
 I nikt z nikogo
 nie będzie się śmiać.
 I każdy
 będzie rozumiał każdego.

 I będzie wspaniale!
 Tak!
 I niczego
 nie będzie nam brak!
 I tęsknić nie będę wcale!
 I tylko czasami, czasami
 pomyślę,
 że było by dobrze,
 że może byłoby dobrze,
 gdybyście wy
 byli z nami...

 ( autor:Danuta Wawiłow )

Archiwum