Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
sobota, 30 czerwca 2012
Nadal szpitalnie
Oczywiście Babinka nadal w szpitalu. Jeszcze najmniej tydzień poleży, bo próbują ją jakby rehabilitować. Straciła czucie w nogach, albo ma uraz po tym ostatnim upadku w nocy. To jeździmy z Córką. Rano nie trzeba stawać na bacznosc, należy być gotowym na 10.30, bo wtedy jedziemy, aby pomóc Babince przy obiedzie. Czasami jest wtedy nerwowo, zwłaszcza, gdy Córka zapomina o podstawowej sprawie, ze nie należy Babinki namawiać na dodatkowy kęs czy jeszcze jedną lyzeczke czegoś. Jak Babinka mówi „dobrze”, to ma być koniec. A Córka nie! Namawia dalej, a potem tragizuje, gdy Babinka wymiotuje. Moje prośby, aby odpuscic wmuszanie jedzenia, to jak „rzucanie grochem o ścianę”. Po obiedzie pakuję staruszkę do lozka, wracamy z Córką w domowe pielesze. Jak nam chce się jeść, to Córka zaprasza do restauracji przy drodze, a jak nie, to coś tam skubniemy w domu, i tez jest dobrze. Potem prawie trzy godziny przerwy, na której to Córka usilnie ciąga mnie do Sylwii, a ja usilnie odmawiam, bo, o czym mam z nimi rozmawiać, gdy cały czas wspominają: jedna swego brata, druga swego życiowego partnera! Po co im ja na dokladke? I ponowny wyjazd ok. 16.30, trochę gimnastykuje Babinkę, a potem kolacja, przy której znowu boje Babinki z Córką o każdy kąsek się odbywają. Opatulanie Babinki do snu i wracamy. Wprawdzie pielęgniarki się dziwują, dlaczego dwukrotnie w ciągu dnia przyjeżdżamy, skoro Babinka sama je i nie ma z nią większych kłopotów, ale Córka wie swoje. I koniec dyskusji. Ale zdarza się, ze sama zostaję, Córka musi do Oldenburga. Załatwia mi podwodę. Piekarzową, Przyjaciólke lub Sylwie z Sąsiadem. Wtedy tkwię tam prawie osiem godzin. Najdluzszych osiem godzin, które mozna sobie wyobrazić, zwłaszcza, gdy nie można isc do miasta, poszwendać się powoli po ulicach, odwiedzić ogromne centrum handlowe, gdzie kilka godzin potrzebne, przysiasc gdzieś. Pogoda tu tak nieznośna ostatnio, ze aż dziw, iż wszystko jeszcze nie popłynęło.Troche się ostatnio zaczęło przejaśniać, wiec nastało parę ładnych dni, zatem mój kilkugodzinny, samotny dyżur wczorajszy przy Babince udało sie, jakość urozmaicić. Następny mam w poniedziałek, a Córka juz zapowiedziała, ze być może będę miała niedługo cały dzionek wolny. Jork i rower czekaj przecież! Cieszę sie, ze Włosi wygrali. Z początku chciałam kibicować Niemcom. Ale gdy podczas jazdy do szpitala zobaczyłam, jak jest prawie spychany z szosy na pobocze, jeden czy drugi samochód z niemieckimi tablicami, ale flagami włoskimi przez samochody niemieckie z niemieckimi flagami, to kibicowałam Włochom! Swoją drogą, bylysmy z Córką nieźle wystraszone, bo o mało, co doszło do wypadku. Cóż! Głupich nigdzie nie sieją, nawet w Niemczech
wtorek, 26 czerwca 2012
To i owo!
Nie jestem w stanie, z uwagi na ślamazarny net sprawdzić, co pisałam wcześniej, ale jednego jestem pewna, że nie pisałam. Babinka nie ma demencji. Jest sprawna umysłowo, gazety czyta od deski do deski bez okularów, oczywiście wtedy, gdy jej stan na to pozwala. I ma wszystkie swoje ząbki! Ja do niej w tym względzie to dinozaur jestem, bo i bryle na nosie, bez których jestem jak ta ślepa kura, a o uzębieniu to tylko dyplomatycznie napiszę, że dzieci mi zjadły! Hi,hi,hi! W szpitalnej sali łatwo nawiązuje się kontakty. Córka wyjaśniła mój status dwóm pozostałym paniom leżącym, jak i młodej kobiecie, która też przychodzi karmić swoją mamę, bo z początku wzięły mnie za prywatnie zatrudnioną pielęgniarkę. Potem zadziwiły się, że mogą ze mną normalnie rozmawiać. Nawet stwierdziły, że to super, iż ja mówię według nich tak dobrze po niemiecku, bo przecież one po polsku ani w ząb. Na co ja im powiedziałam, że przecież nie muszą jeździć na saksy w celu dorobienia do emerytury, więc nie ma takiej potrzeby, na co wybuchły serdecznym śmiechem. A potem musiałam odpowiadać na wiele pytań, nie tylko mnie tyczących, ale i Polski. Myślę, że nie dałam plamy. W każdym razie jest fajnie, bo możemy nawzajem na siebie liczyć, gdy trzeba którejś z leżących pomóc. Młoda, gdy nas nie ma, pomaga Babince, ja pozostałym paniom, gdy taka konieczność jest i akurat nie ma nikogo pod ręką. Miłe to i bardzo ludzkie. Założono Internet w domu Babinki. Na moją prośbę zresztą! I co? Zero!!! Mój stary laptop jest niekompatybilny z niemiecką siecią, bo ma schrzanioną kartę sieciową i posypany system. Tak przynajmniej zawyrokował pan, który tu wszystko instalował, a potem walczył z moim starym lapkiem. Zatem wyjście jedno! Po powrocie do kraju, muszę kupić sobie nowy laptop, co już uzgodniłam ze Ślubnym, który się cieszy, że mu zostawię następnym razem „staruszka”, bo przynajmniej przelewy będzie mógł robić z domu, a nie ganiać do dzieci. Po dwóch latach, znowu przypałętało się do mnie coś pod lewą łopatkę i za „chińskiego boga” nie chce odpuścić. Zatem lewym skrzydełkiem ledwo ruszam, a najgorzej jest, gdy trzeba sobie ziewnąć, odkaszlnąć czasem, czy po prostu wziąć głębszy oddech. Boli, jak nie wiem co! No i dzisiejszy wpis robię na pożyczonych okularach. Piekarzowa się zlitowała. Mam nadzieję, że znajdę moje bryle tam, skąd zapomniałam je zabrać, czyli przy szpitalnej umywalce w pokoju Babinki! Ech, ta moja skleroza!!!!
niedziela, 24 czerwca 2012
Szpitalnie
Miałam pojechać na wycieczkę. Nie pojechałam i muszę tą przyjemność odłożyć na bliżej nieokreślony termin. Zadzwonił Zięć, że Córka potrzebna w Oldenburgu i trzeba było zmienić plany. Czyli zamienić miejsce pracy. Z domu na szpital. Średnia przyjemność, ale co zrobić! Mus!!! Najważniejsze, to asystować przy posiłkach Babinki, bo ona ma coś takiego ( chyba to się reflux nazywa? ), że co parę kęsów musi wstać, aby się jej odbiło, a wtedy może jeść znowu dalej przez chwilę. I tak „abarotno”! Jak się tego nie dopatrzy, to wymioty murowane. Zgodnie z zasadą, że nie ma jak praktyka, mam to opanowanie na tysiąc procent, i od paru tygodni Babinka nie wymiotowała i nie miewała nudności, oczywiście poza przypadkiem przedawkowania morfiny. To siedzę w tym szpitalu i nadal pobieram nauki z cierpliwości. A Babinka więcej śpi, niż czuwa. W pokoju jeszcze dwa ciężkie przypadki pań z ogromnymi problemami neurologicznymi. Też przez większość dnia śpią. Cisza jest tylko przerywana pochrapywaniem, czy szelestem kartek mojego zestawu krzyżówek, bo coś jednak robić trzeba, aby zabić wlokący się czas. Owszem, wypadłam dwa razy do miasta, ale akurat był targ warzywno-owocowy w centrum, ludzi „ jak mrówków”, odechciało mi się tego mrowia. Podreptałam sobie w te, i we wte. Wpadłam do „Chińczyka” na dobre jedzonko, z czego 2/3 kazałam potem sobie zapakować na dojedzenie po powrocie do domu. Dobiłam w kawiarni, zamawiając puchar lodów, a potem jeszcze poprawiłam truskawkowcem z galaretką i kawą. Objedzona jak bąk, wróciłam do szpitala. Kolacja Babinki bez niespodzianek. Pod wieczór odebrała mnie psiapsiółka Córki i przywiozła do domu, gdzie po godzinie zadzwoniła Córka, której musiałam zdać dokładną relację, co się z Babinką działo! Dzisiaj przyjechała rano i już byłyśmy w szpitali, a niedługo pojedziemy drugi raz. Potem poniedziałek tylko mój, bo Córka ma terminy u siebie i wróci dopiero we wtorek. W środę niby Babinka ma być wypisana! Zobaczymy!
sobota, 23 czerwca 2012
Wątpliwa przyjemność!
Wczoraj , a w zasadzie od przedwczorszej nocy Babinka pojechała po całości. I co z tego, że i Córka, i ja ciągle powtarzałyśmy wieczorem, że nie ma prawa sama wstawać z łóżka, zwłaszcza za potrzebą. Od tego jestem ja, prawie pod ręką, bo w sąsiednim pokoiku, gdzie nigdy drzwi nie są zamknięte. Potrzebuje Babinka wstać w nocy na siusiu ( nadal nie może się przełamać i zaaprobować pampersa ), proszę bardzo, wystarczy tylko nadusić guziczek znajdujący się na skraju nocnej szafki, a już zapala się lampka u mnie i natychmiast służę pomocą. Ale Babinka nie, cała Ona, nie lubi nikomu przeszkadzać, to co będzie po nocy mi głowę zawracać, sama się obsłuży! To spróbowała! I z tego próbowania, przedwczoraj o wpół do pierwszej ( a więc za mojego chyba głębokiego snu, bo zasypiam tuż przed północą) w nocy, usłyszałam wołanie o pomoc. I co zobaczyłam? Ano Babinka leży jak długa koło łóżka, z boku czoła sączy się krew, bo uderzyła się w kant toaletensztula, w bezwładności swojej waży najmniej tonę, i jak ją podnieść samej i położyć do łóżka? Zawołałam Córkę, a ta prawie zawału dostała, gdy zobaczyła, co się dzieje. Potem noc spokojna, ale w ciągu dnia słyszałyśmy ciągle narzekania Babinki na ból. Podsunęłam Córce myśl, że może dobrze sprawdzić, co jest i wezwać lekarza, ale okazało się, iż domowy ma urlop, i można tylko dzwonić po karetkę. Babinka jak to usłyszała zaczęła panikować, Córka w płacz, i zrób cos z tym człowieku. Przetrwałyśmy następną noc, ale bóle coraz większe. Babinka się zapiera, że nie chce do szpitala, Córka ją słucha, istny dom wariatów. A przecież zupełnie nie wiadomo, czy sobie coś staruszka nie naruszyła, skoro ma zaawansowaną osteoporozę? Może coś pękło, bo chyba nie złamało, jeśli jakoś powłóczy nogami! Może jest jakiś problem neurologiczny? Skąd mam wiedzieć? Nie było wyjścia, napadłam na Córkę, że chyba chce się matki pozbyć, skoro nie wzywa pomocy. Spojrzała na mnie, jak na żmiję jakąś, ale mi to „wisi i powiewa”! Zadzwoniła na 112. Po dziesięciu minutach była karetka, a w ciągu następnej pół godziny już jechaliśmy do Buchholz. I tym sposobem dostąpiłam rzadkiej przyjemności podróżowania karetką po raz trzeci. Jak by nie patrzeć, co dwa tygodnie mam wątpliwa przejażdżkę! W szpitalu tkwiłam od jedenastej przed południem, do dziewiętnastej wieczorem. Babinka wylądowała na oddziale najpierw ogólnym, a potem, po badaniach i rentgenie przewieziono ją na neurologię! Po drodze czekałam najpierw dwie godziny za Córką, która jakoś nie kwapiła się dojechać, potem czekałyśmy obie aż Babinka się wyśpi po obiedzie, następnie dostałam godzinę wolnego, z którego skorzystałam skwapliwie. Żałowałam tylko, że nie mam aparatu fotograficznego, bo przespacerowałam się do centrum, gdzie oniemiałam, bo faktycznie było co podziwiać. Nie miałam tez portfela, więc tylko z zazdrością spoglądałam na ludzi, którzy porozsiadali się na skwerkach, przy fontannach, jedząc lody, pijąc soki i wody przeróżne, a wokół stolików kawiarni, małych bistro i knajpek biegała dzieciarnia, której tu wszystko wolno. A potem, powolny powrót do szpitala, karmienie Babinki przy kolacji, i nareszcie wracamy do domu! Załatwiłam sobie dzień wolnego. Chcę zwiedzić Buxtehude, a stamtąd tylko rzut beretem do Jorku i już będę w centrum Alteslandu. Rower już czeka!
czwartek, 21 czerwca 2012
Wieści nadjeziorne!

Akurat mija pierwszy miesiąc naszej budowy. Pewnie się powtarzam, ale gdyby mi ktoś jeszcze parę lat temu powiedział, że będę miała swój własny dom, a raczej domek, uśmiałabym się okrutnie. A jeszcze bardziej bym się uśmiała, gdyby mi powiedziano, że w tym celu będę jeździła do Niemiec opiekować się staruszkami. Ja??? Nigdy w życiu!!!! Na całe szczęście tylko krowa nie zmienia poglądów, i chociaż od początku Ślubny był przeciwny mojemu pomysłowi, to zgodnie z zasadą, że kropla drąży skałę, słowo stało się budową, w którą z całym sercem się zaangażował, a ja ostatnio z daleka mu sekunduję. I druty telefoniczne wieczorami się grzeją, kiedy omawiamy poszczególne etapy, spierając się nieraz do krzyku o koncepcje, które jakoś udaje nam się uzgodnić. Przecież musi, bo my, jak te wołki w kieracie, już prawie czterdzieści lat tak sobie pospołu dreptamy! Prace posuwają się w szybkim tempie, i gdyby nie parę deszczowych dni ostatnio u nas nad jeziorem, od najbliższej soboty byłby kończony wieniec pod montowanie belek dachowych. Ślubny ma już zamówione okna i drzwi, a także blachodachówkę, i tylko patrzeć, jak chłopaki będą „kropić” tak zwane wieńcowe. Ciekawa jestem tylko, kto one ustrojstwo wykona i powiesi. I czy Ślubny fotoreportaż zrobi. Niestety, będę kibicować z daleka. I wódeczki wieńcowej nie posmakuję, co najwyżej zrobimy „dubelt”, jak wrócę na początku sierpnia. Najważniejsze jednak, że mój wymarzony mały, biały domek, jest coraz bliżej.

wtorek, 19 czerwca 2012
Powoli!



Zawsze od piątku wieczora, do późnego, wtorkowego popołudnia następnego tygodnia, jestem sama z Babinką. Mamy swój własny rytm, którego nie zakłóca nikt i nic. I nie to, że ja mam za złe Córce jej ( moim zdaniem ) nadmierną opiekuńczość. Nic z tych rzeczy. Można nawet powiedzieć, że trochę im zazdroszczę tej córczyno-matczynej więzi, której ja w swoim życiu nie doświadczyłam. Ale jednak widzę już, że Babinka spokojniejsza jest jakby, gdy tylko ze mną zostaje. W innym przypadku zaczynają się zachowania trochę histeryczne, trochę wymuszające zwiększoną uwagę, ale tylko Córki. Śmiem twierdzić nawet, że Babinka posuwa się nawet do lekkiego emocjonalnego szantażu, a Córka biernie się temu poddaje. Jakoś jednak, po jej wyjeździe, wszystkie opisywane przez Babinkę symptomy złego samopoczucia, w cudowny sposób ustępują. Co nie znaczy, że jest wszystko ok.

Od kilku dni Babinka ciągle śpi, co jest dziwne, bo jakoś pogoda ustalona, a i ciśnienie krwi mierzone dwa razy dziennie, nie odbiega specjalnie od normy dla jej przedziału wiekowego. W domu cisza, odmierzana jedynie wskazówkami zegara. Niekiedy mam wrażenie, że czas jakby zwolnił. A trzeba zapełnić jakoś tyle godzin, które powolutku przeciekają przez palce od wczesnego rana, gdy słychać ładowane pod piekarnią samochody, do późnego wieczora, kiedy oczy już zaczynają łzawić i piec od nadmiernego wpatrywania się w ekran laptopa, na którym albo jakiś film oglądam, albo czytam ebooki. Próbowałam słuchać audiobooki. Zaczęłam od wspomnień Danuty Wałęsowej, które czyta wspaniała, gdańska aktorka Dorota Kołak. Jakoś nie mogłam jednak usiedzieć w bezruchu i słuchać. Brakowało mi czegoś. Proste! Jak w tym czasie zająć ręce? Po namyśle doszłam do wniosku, że te audiobooki póki co odpuszczę, bo następnym razem muszę mieć jakąś robótkę. Pewnie, po bardzo długim czasie wrócę do drutowania!

niedziela, 17 czerwca 2012
Na sen!

Od dwóch dni Babinka tylko je i śpi, je i śpi, je i śpi!

Co będzie jutro? Wielka niewiadoma!

W sumie, to każdy dzień z nią jest inny, ale ta powtarzalność jakoś mi się nie podoba!

sobota, 16 czerwca 2012
Dobre chęci!

W ubiegłą niedzielę Córka wyjechała, aby pojawić się ponownie we wtorek, natychmiast po powrocie Babinki do domu. Jest także Zięć! Mało go jednak w ciągu czterech dni widuję, bo On całymi dniami buszuje po ogrodzie Babinkowym. Z uporem lepszej sprawy wydłubuje mlecze z trawnika, toczy nierówną walkę z mchem zarastającym przestrzenie między betonowymi płytami, w miejscu, gdzie zazwyczaj stoją stolik i fotele, no i tnie krzewy według własnej wizji i uznania. Pojawia się zazwyczaj przy posiłkach. Nie jest specjalnie wybredny, pewnie w ciągu wielu lat przyzwyczaił się jadać półprodukty, którymi karmi go Córka. Mnie nie rajcują sztuczne zupki w proszku, do których tylko dolewa się wody i po pięciu minutach zjada się coś, co nawet w przybliżeniu nie smakuje, jak oryginał, a puree ziemniaczane w proszku, to dla mnie barbarzyństwo. Jestem zdecydowaną zwolenniczką potraw przygotowanych z naturalnych składników. Dobrze, że Córka nie oponuje przy mojej liście zakupów, którą raz w tygodniu realizuje, tylko z zaciekawieniem pyta, po co to, do czego, i co będzie gotowane. Jak zwykle tutaj, gotuję po polsku. W większości dania warzywne i zupy, bo Babinka z mięskiem na bakier, chociaż nim nie pogardzi raz na jakiś czas. Córka razem z Zięciem zjadają wszystko z apetytem, nie broniąc się przed dokładką. Wszystko jest „klasse” i „lecker”! Nawet kapuśniak z kwaśnej kapusty! Babinka też wtóruje, ale Ona zjada tak mikroskopijne ilości wszystkiego, że nie mam pewności, czy w ogóle czuje smak tego, co ma na języku. Ja zazwyczaj, między jednym a drugim kawałkiem podawanym Babince, bawię się w obserwatora obojga. Córka śniadań nie je, zadowala się hektolitrami cienkiej kawy i sporą ilością wypalonych papierosów, a Zięć zazwyczaj pojawia się długo po nas, bo lubi sobie pospać. Przy obiedzie, już nie robi na mnie wrażenia wyskrobywanie przez wszystkich do czysta tego, co na talerzu. Znam to z innych, niemieckich domów, a najlepszy to był profesor z Vechty, który jak dziecko uwielbiał wylizywanie. Przy kolacji Zięć z pobłażliwym uśmieszkiem przygląda się swojej małżonce, która skrupulatnie nabiera masło z pojemnika tak, aby pozostawić jego równą powierzchnię, potem prowadzi nóż po powierzchni bułki, pilnie uważając, aby nie tylko cieniusieńko posmarować wszystkie dziureczki, ale by także nie wyjść przypadkiem poza skraj skórki. Kilka minut trwają przymiarki, który kąsek wędzonego łososia wziąć, i z której strony, bo to też ważne przecież, aby dobrze pasował do kształtu pieczywa. Zięć w międzyczasie już ma zjedzone najmarniej dwa kawałki, kiedy Córka z namaszczeniem zabiera się za swoje jedzonko. Kiedyś się zastanawiałam, po kim Córka ma ten pedantyzm i przesadną drobiazgowość. Pewnie po Babince, której z uwagi na podeszły wiek i choroby, to siłą rzeczy przeszło, a która kiedyś musiała też mieć wszystko pod sznurek, w określonym, stałym miejscu. I chociaż mówi się, że życie składa się z drobiazgów, to niech mnie ręka opatrzności broni przed czymś takim. Wolę już swoje, znane od lat roztrzepanie, jak i przekonanie, że dom jest dla mnie, a nie ja dla domu, zatem małe bałaganiarstwo, jak i zdarzająca się niechęć do sprzątania nie spowodują, iż świat mi się zawali! Tu już się nauczyłam z uśmiechem na ustach, przyjmować uwagi, że znowu, pomimo wielu napomnień, nie zrobiłam tego, czy tamtego, jak się w tym domu wymaga, i zawsze obiecuję, że następnym razem się poprawie. No cóż, dobre chęci też powinny coś znaczyć!

środa, 13 czerwca 2012
Pod chmurką!

Na naszym dziedzińcu przepięknie pachnie jaśminem, to ogromne krzewy przy domu Piekarzowej zakwitły. No, i połknęłam jednym tchem przepiękną opowieść z czasów panowania rozlicznych chińskich dynastii na przełomie V i VI wieku, autorstwa Shan Sa, pt: „Naga cytra”.

Od wiosny do późnej jesieni w każdej gminie, w każdej wsi, miasteczku czy mieście niemieckim odbywają się jarmarki. Przeróżne. Okazja zawsze się znajdzie. Można spotkać się z sąsiadami, albo po prostu wmieszać się w tłum jako postronny gość, czy turysta, który akurat jest na trasie miejscowości, w której taki jarmark się odbywa. Można pogadać, posiedzieć przy dobrej muzyce, jedząc kiełbaski, popijając piwko, przy okazji coś kupić, pooglądać, pooddychać świeżym powietrzem. Tego akurat Niemcom bardzo zazdroszczę. Tej ochoty do wyjścia z domu, tego luzu i gotowości do zabawy i spotkania się z innymi ludźmi, zamiast „kiszenia się” w domowych pieleszach.

Tego roku zaliczyłam tutaj już festyn z okazji zawodów w ujeżdżaniu w Rosengarten, niedawno byłam tutaj na Töpfenmarkt, a w niedzielę, zanim pojechaliśmy do Babinki, całe przedpołudnie spędziliśmy na  Moisburger Land Party - Rock & Roses. Zatem róże były głównym motywem. Róże do wysadzania w ogrodach, róże w ozdobnych bukietach, róże na porcelanie, na szkle ozdobnym, na ciuszkach, na patchworkach. Prócz tego, jak zawsze dużo pięknej ogrodowej ceramiki, wyroby z wikliny, metalu, kamienia, sprzedaż miodów smakowych ,  przypraw, ziół i herbat z całego świata, biżuterii i  przeróżnego rękodzieła. Do tego nieodłączne budy z grillem, kiełbaską i frytkami, stoiska degustacji win i oczywiście wyszynk piwno-alkoholowy. Nie zabrakło świetnych ciast, które przygotowały tzw. Landfrauen. W tle wspaniała muzyka country, przy której świetnie się bawiono pewnie do późnego wieczora.

Najbliższy weekend zaś to Schützenfest, czyli coś w rodzaju naszych bractw kurkowych. Nie wiem tylko, czy uda mi się coś tam pooglądać, bo w piątek Córka z Zięciem wyjeżdżają. No, i odpukać, mam nadzieję, że sobota minie bez sensacji ze strony Babinki.

niedziela, 10 czerwca 2012
Nie chwal dnia przed zachodem słońca!

Babinka ma zmieniane plastry morfinowe co 3 dni. Po ostatniej wizycie, lekarz zapisał nowe, których podawanie powinnam zacząć od wczoraj. Zazwyczaj tak robię, że po drugim podaniu, zanim nakleję trzeci, Babinka jest kąpana pod prysznicem. Wczorajsze popołudnie nie zapowiadało nic złego. Robiłam wszystko po kolei, czyli prysznic, porządne kremowanie, ubieranie, nawijanie włosów na wałki, potem suszenie pod plastikowym hełmem o kształcie dużej fryzjerskiej suszarki. Ale godzinę później, Babinka nie chciała kawy, ani podwieczorku. Zaczęła jeździć „wte i wewte” rolatorem po kuchni. Bez ustanku, bez żadnej pauzy na odpoczynek, jak nakręcona. Kiedy prawie się przewróciła w tym rolowaniu, zaprowadziłam ją do łóżka. Za nic nie chciała się położyć. Siadała, wstawała, siadała, wstawała i tak następne pół godziny. Potem zaczęły się wymioty i machanie rękami w przestrzeni przed sobą, pojawiły się problemy z oddychaniem. Na dodatek nie było z nią żadnego kontaktu, tak jakby nie widziała i nie słyszała. Faktycznie, oczy miała, jak błędne. Nie muszę być lekarzem, aby wiedzieć, że to sprawka morfiny. Kurczowo trzymała się mnie, a ja zaczęłam prosić opatrzność, aby tylko wytrzymała, zanim jakaś pomoc się zjawi. Zadzwoniłam do Córki, opisałam, co się dzieje. Ona już wyjeżdża z Oldenburga, a ja mam dzwonić po pomoc. Cztery razy naciskałam guzik pomocy ( nie napiszę jakiej firmy, bo niektórzy niemieccy czytelnicy znów będą mnie podejrzewać o wrogą robotę ), zanim po 20 minutach zameldowali się, przyjęli zgłoszenie i kazali czekać. Po następnych 10 minutach zadzwonili, że nie mają wolnej karetki i mam dzwonić pod 112, co też uczyniłam, I Sanitarka, i mała karetka lekarska zjawiły się prawie jednocześnie po dziesięciu minutach. Całe szczęście, bo już się bałam, że Babinka mi umrze, tak bardzo brakowało jej powietrza. Podano jej natychmiast tlen, podłączono do kroplówki, i wypytano mnie dokładnie, co się działo. Potem spojrzano na plaster. Co się okazało? Na opakowaniu plastrów z dawką 50 mikrogramów były plastry o dawce 100!!! Później się okazało, że te plastry przyniosła Córka od lekarza domowego, u którego zgłosiła się po nowe porcje leków. Nie muszę chyba tego komentować. To błąd, który mógł kosztować życie!!!

W każdym bądź razie znowu pojechałam z Babinką do Buxtehude. Przedtem udało mi się wszystko przygotować co niezbędne, a więc listę podawanych leków, kartę ubezpieczeniową i spakowaną, dyżurną torbę. Prowadził ten sam pielęgniarz, co ostatnio, nawet na koniec zawołał, „ do następnego razu!”, na co ja z uśmiechem odpowiedziałam, „oby nie!”. Babinka w czasie jazdy nadal wymiotowała, a w szpitalu, po wstępnych badaniach położono ją na obserwacji na oddziale intensywnej terapii. Przed północą zjawili się Córka i Zięć. Wracając do domu, musiałam im w samochodzie znowu wszystko opowiadać. Dziękowali cały czas, a ja troszkę znowu spuchłam z dumy, że  poradziłam sobie zupełnie sama ( ostatnim razem to Sylwia pomogła ściągnąć pomoc) w tak trudnej sytuacji i jakoś wszędzie, w firmie pierwszej pomocy, na pogotowiu,  przy badaniu w domu,  na izbie przyjęć, a także na intensywnej terapii wszyscy mnie zrozumieli za pierwszym razem. I nikt mi nie dał odczuć, że jestem tylko gastarbeiterem. A nawet, jeśli jestem, to nie uważam tego za obelgę, bo jakby nie było, Niemcy bez tysięcy takich gastarbeiterów jakoś nie mogą żyć! Mnie niedawno pewien Niemiec określiła perłą, dziś usłyszałam, że jestem złota. Zatem brednie wypisywane na specjalnie założonym w tym celu blogu zupełnie mnie nie ruszają. Współczuję jedynie założycielom, bo przy takiej ilości jadu, którym zioną, apopleksja murowana! A ja mam inne, ważniejsze sprawy do załatwiania, chociażby tą, aby dobrze się przygotować do przyjęcia Babinki jutro w domu. Mam też nową, ważną lekcję. I chyba Córka też. Należy  niedowierzać nikomu, gdy chodzi o dawkowanie leków, i sprawdzać wszystko tyle razy, ile trzeba, aby uniknąć tragedii!

 
1 , 2
Archiwum