Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
niedziela, 26 czerwca 2011
Prymitywna sztuka ???

Trudno scharakteryzować tego człowieka. Jest filozofem , myslicielem i artystą. Posiada liczne talenty i osobowość. Określenie twórca ludowy nie oddaje ani całokształtu jego osobowości, ani specyfiki różnych dokonań lub stosunku do świata. Dla niego nie ma to większego znaczenia, bo jest On artystą osobnym. Kroczy swoja własną ścieżką. Ale w każdym, niezależnie od zainteresowań i preferencji tyczących sztuki, światopoglądu i wiedzy, wzbudza podziw i ogromne zainteresowanie. Przy tym jest człowiekiem szalenie otwartym na ludzi, wesołym oraz pogodnym. Tworzy juz przeszło 30 lat, a jego wystawy sa podziwiane w kraju i za granicą.

Jego dom otacza piękny ogród, w którym artysta stworzył świat wypełniony rzeźbami i ulami figuralnymi i twarzowymi.

Są też zdobione malowidłami ule domkowe i wykonane ze słomy koszki. Albo rzeźby z materiału, który akurat jest pod ręką!

 

Przed domem stoi maszyna do łapania żywiołów. To jakby koło młyńskie wykorzystujące energię wiatru i wody z rynien. Urządzenie to napędza postać tracza piłującego drewno. Na podwórzu stoi pełno rzeźb i konstrukcji technicznych, np. zegar słoneczny, rakieta kosmiczna, naturalne postaci ludzi i zwierząt. Obok domu stoi pracownia rzeźbiarska z kolekcja różności.

Jest tu warsztat tkacki, wypchany bocian, różne tablice informacyjne z okresu przed i powojennego, żelazka, lampy, przedmioty codziennego użytku, obrazy na szkle i płótnie, instrumenty muzyczne, stare gramofony i patefony, koncepcje artystyczne typu perpetuum mobile. A w domu mieści się pracownia malarska i dwa pokoje będące królestwem rzeźb, mebli, obrazów i szopek.

 

Jest artystą bardzo płodnym. Jego rzeźby, zabawki, rekwizyty obrzędowe są malowane jaskrawymi barwami. Na każdym dziele jest sentencja będąca uzupełnieniem twórczej wypowiedzi.

 

Największym osiągnieciem jest obraz Panorama Apokalipsy ( 55 m x 80 cm ), dzieło wieloznaczne i pełne symboli. Twórca niezmiennie pracuje nad skonstruowaniem perpetuum mobile, pracował nad samolotem napędzanym siłą ludzkich mięśni, wykonał kilkumetrowej wysokości rower, opracował projekt optycznego systemu do alarmowania o pożarach lasów. jest jedynym pomorskim artystą wykonującym obrazy trójwymiarowe. Tworzy także własne instrumenty muzyczne, nadając im dziwne nazwy, np. muzykonos, brzozoliść, werbotrep, instrument sztamowy, itp. Część obrazów tworzy na rolkach, posiada własne, dobrze strzeżone receptury podkładów malarskich, mieszania farb i składników. Źródłem wszelkiej prawdy i wiedzy jest dla niego przyroda utożsamiana z Bogiem, która dostarcza informacji i jest nieomylna. Obszary niewiedzy, które nosi w sobie każdy człowiek artysta wypełnia interpretacjami wynikającymi z mentalnego dziedzictwa kultury ludowej.

 

Przy czym nie poucza  i nie usiłuje niczego narzucać. Nawet nie obawia się zadać pytania, dlaczego właściwie Bogu, jako najdoskonalszej istocie, potrzebny jest tak niedoskonały człowiek! 

To cały JÓZEF CHEŁMOWSKI!

czwartek, 23 czerwca 2011
Piękne miejsca na mojej ziemi!

Nie udało mi się pojechać na wycieczkę zorganizowaną w to miejsce przez mój UTW, bo nie pasował mi termin - byłam akurat w Niemczech. Ale co przeszkadza, by się tam wybrać samemu, lub w miłym towarzystwie? Nic! To pojechałyśmy parę dni temu, moja koleżanka i ja! Dokąd? Do arboretum w Wirtach, które jest położone na Pojezierzu Starogardzkim, na terenie Nadleśnictwa Kaliska, Leśnictwo Borzechowo. Zajmuje ono powierzchnię ok. 33 ha, na której zgromadzono 450 gatunków drzew i krzewów. Powstało ono w latach 1875-1880 z inicjatywy nadleśniczego Adama Putricha na fali panującej ówcześnie w Europie modzie na zadrzewianie gatunkami z innych stref klimatycznych. Miejsce to jest bardzo zróżnicowane topograficznie i klimat tu panujący ma swoisty charakter. Z jednej strony zaznacza się wpływ morza - zmniejszone wahania termiczne i wilgotność powietrza z wyrównanymi opadami w okresach lata i zimy, a z drugiej strony mamy wpływ klimatu kontynentalnego ze zmniejszeniem opadów i niskiej wilgotności powietrza. Rejon orboretum obejmuje też makrorelief jeziora Borzechowskiego. 

Techniczne zaplecze arboretum to wyłuszczarnia szyszek, klimatyzowane komory chłodnicze do przechowywania nasion, magazyn szyszek, punkt sprzedaży sadzonek, szklarnia zamrażarka.

Do najciekawszych taksonów należą: cyprysik groszkowy, żywotnik japoński, buk białobrzegi, dąb purpurowy, olsza strzępolistna, orzech średni, tulipanowiec żółtobrzegi.

Ju przy wejściu na teren arboretum mamy podpowiedzi, czego szukać.

A to metasekwoja chińska.

i lipa amerykńska

Widok ze ścieżki spacerowej, jednej z bardzo wielu.

i kielichowiec wonny - krzew z Ameryki.

Klon pensylwański.

A to nie jest stwór leśny wspinający się na brzozę, tylko jakiś rodzaj drzewnego raka!

Jakiś grzybek przysiadł sobie na pieńku.

Z tarasu widokowego pod ogromnym, rozłożystym dębem rozpościera się widok na Borzechowskie jezioro.

Idąc ścieżką spacerową wzdłuż linii jeziora, w pewnej chwili poczułysmy przepiękny zapach. To była cudowna mieszanka zapachów liści, kory, wody jeziornej i wszystkiego tego, co czaiło się w chaszczach wśród drzew! Siadłyśmy na ławeczce i głęboko wdychałyśmy zapach przyrody.

Na pożegnanie machały nam ogromne dęby!

Po tak pieknym spacerze uznałam, że jeszcze za wcześnie jechać do domu i zaproponowałam Koleżance odwiedzenie jednego z naszych największych artystów sztuki prymitywnej. Ale o tym będzie kiedy indziej.

Macham do Wszystkich Czytaczy i Odwiedzaczy! :-))))

czwartek, 16 czerwca 2011
Pełna gotowość?

Wioska jeszcze cicha. Ale już widać, że sezon za pasem. Na trawnikach i  skarpach uwijają się ludzie z kosiarkami i podkaszaczami, niwelowane są tereny, które przez zimę ucierpiały, place do siatkówki plażowej wysypane nowym piaskiem, nawet szalet przy plaży otrzymał wjazd dla inwalidów. Na latarniach przy promenadzie żółte nalepki upraszające ludzi, aby psy wyprowadzano na smyczy. Pomalowano też łódź na cokole w środku głownego ronda, na wjeździe do wioski. Jeden ze sklepików w centrum zmienił właściciela, i z obskurnego pomieszczenia połaczonego z pijalnią piwa, zamienił się w nieźle zaopatrzony mini sam. Właściciele pensjonatów, małych firm i wypożyczalni zapamiętale czyszczą i malują sprzęt pływający.

Na placu zabaw dla dzieci dostawiono kilka nowych urządzeń. Sa też ławeczki dla rodziców, którzy mogą doglądać swoje pociechy w trakcie zabawy.

Brak jeszcze tylko tłumu turystów spragnionych ryb, frytek, lodów, gofrów, coli i piwa,

a także żeglarzy, chociaż marina juz prawie pełna,  a w pobliskich warsztatach szkutniczych praca wre, aż miło!

Zupełnie nie wiem natomiast, czy właściciel tego galeonu zdąży. Do zabudowy szkieletu deskami została jeszcze jedna burta i rufa, nie mówiąc o ożaglowaniu. Poczekamy, zobaczymy, a być może uda się w trakcie mego pobytu nad jeziorem, skorzystać z rejsu tym czymś.

wtorek, 14 czerwca 2011
Nie ma!!!

Łabędzia Kuby nie ma!!!!

I nikt nie wie, co się z nim stało!

Był prawie, jak rezydent. Pamiętam, że jeszcze mojej najmłodszej Wnusi nie było na świecie, a On już się szarogęsił w naszej części nadjeziornej wioski!

Od tylu lat liczyliśmy każdego roku, ile pani łabędziowa Kubowa wodzi łabędziątek. A teraz? Trochę smutno!

niedziela, 12 czerwca 2011
Jak!

Neta mam, ale tego z rodzaju ślimakowatych.

Zatem!

Muszę nasiąknąć!

Wtedy skrobnę!

Macham!

piątek, 10 czerwca 2011
Już za parę chwil!

Za chwil parę? Nie! Za 24 godziny! Wyjeżdżam! Nad jezioro! Jupiiii!

Ślubny obiecał, że będzie mnie woził po jeziorze wedle woli i uważania. Czyli dobrze, że ten silnik do łodzi kupił. A taka byłam zła, że moja jedna emerytura na to poszła! Teraz widzę, że byłam w błędzie. Zabawimy się w odkrywców! :-)))) Może nawet zejdziemy na ląd wysepek: zapoznania, miłości i rób co chcesz? A co? Trochę pieprzu w długim związku dodaje pono smaku! :-))))

Wprawdzie chciałam okna pomyć, ale pogoda nie dawała mi do dzisiaj szans, więc się nie sprężałam. Teraz pewnie mogłabym umyć te okna, ale pytam się, dla kogo? Bo chyba nie dla sąsiadów, którzy mogliby obmawiać mnie za takie nicnierobienie! A przecież tu tylko muchy zostaną! Za to zdążyłam prania dwa zrobić. Jakoś wyschły w kuchni, i w łazience. I kosmetyczkę zaliczyłam z depilacją i pedikirem, oraz fryzjerkę z podcięciem kudełków. Farbę położę już w domeczku nad jeziorem!

Już walizki spakowane czekają. Ślubny jeszcze sobie dobrze chrapnie po dzisiejszej nocce, ale potem szybka kawka, bez lanczu, który przygotuję już w chacie. Po drodze niezbędne zakupy w markecie, i... żegnaj miasto na prawie dwa miesiące! Już się doczekać nie mogę. Tym bardziej, że to ostatni nasz sezon przed generalną przebudową domku i jego powiększaniem. I będziemy na to remontowo-rozbudowywanie wydawać pieniążki zarobione przeze mnie w Dojczlandii! Ale póki co! Sprawdzić trzeba, ile w tym roku potomstwa wodzi pani łabędziowa Kubowa!

Jutro od rana pełnię bardzo odpowiedzialną funkcję! Goszczę najmłodszą Wnusię. Zatem? Zero internetu!

A jeśli chodzi o internet, to jeszcze nie wiem, czy się zdecyduję na bezprzewodowy w chatce, bo mam tylko do wykorzystania opcję, że moja komórka będzie serwerem, a za kilkanaście zeta miesięcznie niby byłoby 500 mgb. Póki nie sprawdzę, nie zainstaluję. Zatem o wiele mniej się będę udzielać w blogosferze. Wzorem lat ubiegłych, raz na tydzień wyjazd do domu celem podlania kwiatków i odebrania poczty, więc internet też się załapie. Rozważam nawet opcję, że będę dochodzić pieszo. Te 7 km w jedną stronę z kijkami, to przecież pryszcz. Tym bardziej, że jak się wczoraj okazało w banku, zgubiłam dowód osobisty i prawo jazdy. Według wszystkich możliwych znaków, prawdopodobnie w Niemczech. Skazana więc jestem na autonogi! I dobrze mi to wychodzi, bo sprintem od fryzjerki i kosmetyczki biegłam do fotografa, a potem do ratusza i wydziału komunikacji. Ślubny ma radochę i satysfakcję stwierdzając, że ma rostrzepaną babę, bo jemu nigdy sie to nie zdarzyło, a mnie już drugi raz w życiu! Ojtam! Wiedziały gały co brały! On z tą swoją idealnością przecież nudny jest! A tak, ma kobietę, co do której nigdy nic nie wiadomo! Mam rację?

 

To macham! :-))))))

czwartek, 09 czerwca 2011
Łóżko!

Własne - najlepsze!

środa, 08 czerwca 2011
Przed - adrenalina do sześcianu! W trakcie - trzęsiawka! Teraz - spokój!

Z Psorem to człowiek nie ma prawa się nudzić. Zafundował taki spektakl przedwczoraj przed moją podróżą, że do dzisiaj się dziwuję, jak On to robi. Taki cichutki, zgadzający się na wszystko, tylko muzyka mu w głowie! A jednocześnie przebiegły i tajemniczy! Coś czuję, że muszę zweryfikować moje zdanie o nim! Ale do rzeczy! 

Popołudnie. Przed moim wyjazdem. Zmienniczka poszła do apteki odebrać lekarstwa dla Psora, a ja z nim w salonie przy podwieczorku. On z lubością wielką konsumuje budyń waniliowy z truskawkami, ja pije tylko kawę, bo po lodach ze zmienniczką nie zmieściłabym już nic więcej. On je, ja piję, gadamy. Potem on gada, ja słucham i potakuję. W końcu informuję, że idę się pakować. Chyba w złą godzinę to powiedziałam! Ale o tym - potem. Wraca zmienniczka. Gadamy. Po chwili Ona schodzi na dół. To jest czas podać Psorowi lekarstwa. Po kilkunastu minutach słyszę jej pełen emocji głos, że mam zejść na dól i poszukać z nią Psora, bo ten gdzieś zniknął, jak sen jaki złoty! 

Ło matko pojedyncza! Był Psor! Nie ma Psora! Obszukałyśmy cały dom, garaż, ogród! Nic! Włosy stają nam na głowie ze strachu, palpitacje serca już gotowe się ujawnić, wszelkie możliwe nieszczęścia związane z jego zniknięciem też! Słowem, nic tylko usiąść i płakać! Ale to nie my, proszę szanownych czytaczy. Następuje pełna mobilizacja. Zmienniczka ma krążyć po uliczce, wstępować do sąsiadów z zapytaniem, czy nie widzieli Psora, a ja, jak ten chart gończy pobiegnę jego tropem do miasta! Ale wprzódy buty! I gdy je zakładam, pod dom nadjeżdża merc sąsiadki, a z niej "karuje" się Psor! Bez laski, którą w tym momencie przynosi mu do drzwi merca zmienniczka, aby staruszek mógł się oprzeć przy wysiadaniu! Oczywiście, jak dopadłam, to nie przebierałam w słowach. Spytałam go, nie, wykrzyczałam, jak mógł coś takiego nam zrobić? Chce, abyśmy dalej z nim były, czy woli dom starców? Nam, to "egal"! Czy nie widzi, że doprowadził nas do rozstroju nerwowego? I po co w ogóle szedł do miasta? A ten ze stoickim spokojem odpowiada, że szedł do banku. A sąsiadeczka tylko się uśmiecha! To jej się pytam, gdzie spotkała Psora, a ona, że sam przyszedł do nich i poprosił o podwiezienie do banku. Znowu się zbulgotałam ze złości na tą sąsiedzką bezdurność, ale widzę, że nie ma co drążyć, bo sie ta niemka nie przyzna do niczego. Poinformowałam ją tylko, że następnym razem, gdy Psor do niej przyjdzie z prośbą o "podwodę", ma jego wyjazd zweryfikować z którąś z nas. Chyba dotarło, bo coś zaszwargotała szybko do Psora, przeprosiła, i przejechała na swoją stronę ulicy!

Gdybyście myśleli, że to koniec reisefieber Psora, nie mojego, to się mylicie. Na dzienniku tvp, czyli wiadomościach, które oglądam, i On wie, że to moje pół godziny, osobiście się pojawił, zasiadł na kanapie, i ogladał z nami, a przecież nie rozumiał ani słowa. To pierwszy raz w ogóle, gdy Psor przekroczył próg naszego pokoju!  A wieczorem ofukał zmienniczkę, że zamiast chodzić do niego i co pół godziny pytać się, czy On idzie spać, nie położyła się, i nie śpi. Przecież rano ktoś musi otworzyć drzwi kierowcy, który po mnie przyjedzie!

Rano wstał, jak nigdy dotąd, szybko i w pół godziny był gotowy, a gdy nadjechał bus i żegnałam się z nim, wsunął mi w rękę "małą niespodziankę"! Wyjaśniło się zatem, po co był ten bank. Osobiście, wolę mniej niespodzianek, ale więcej poszanowania moich nerwów! Nie powiem! To miłe! Jak również to, że w przeddzień mego wyjazdu zadzwoniła i Córka Psora, i Helga, życząc dobrej jazdy, wspaniałego urlopu i pewnego powrotu do Psora w sierpniu! Przynajmniej człowiek wie, że go doceniają, i cała ta praca ma jakiś sens! 

Powrót do domu, to przynajmniej od połowy drogi do kraju, pasmo burz. Ale jakich? Takie coś, to ja widziałam pierwszy raz w życiu. Błyskawice na całe niebo, grzmoty raz za razem, i deszcz! A tam, deszcz! To był potop, grad, sztorm i nawałnica razem wziete! Przy tym chmury ciemne tak, że miało się wrażenie, iż jest głęboka noc, a nie popołudnie! Ciekawe, kiedy ten front burzowy dotrze do naszego kraju?

A w domciu? Proszę ja Was! Niespodziewajka najbardziej niespodziewana w życiu! Osobiście złowione przez Ślubnego okonie! Pierwsze, od nie wiem już ilu lat!  Ach! Bo zapomniałam! Kupił sobie silnik do naszej łodzi i szpanuje! Wypływa na jezioro aż pod jego kraniec ( coś około 9 km ) i łowi. O ten pierwszy tegoroczny, niezły połów, osobiście wypatroszył i usmażył na powitalną kolację! Małmazja na talerzu, to mało powiedziane!

Szkoda tylko, że ma nocki! ;-))))

Teraz nad moim miastem krąży burza! Ciekawe, czy to zza zachodniej granicy te pomruki?

Dobranoc!

niedziela, 05 czerwca 2011
Prawie meta!

W piątek wieczorem przyjechała nowa zmienniczka. Póki co jest mocno przestraszona, chociaż nie jest nowicjuszką. Staram się, jak mogę, aby jej wszystko przybliżyć, pokazać, wyjaśnić, ale nie wiem, czy to  wszystko nie pójdzie na marne, bo Ona raczej nie jest zainteresowana praca na zmiany. Ze względów osobistych wolałaby pracować przez kilka miesięcy, nawet do roku. Póki co, robię dobrą minę do złej gry, bo już w środę jadę do domu, i martwić się losami nowej opiekunki nie zamierzam. Przyjdzie czas, będzie rada!

Z tych wspólnych spacerów i wycieczek po mieście jest parę zdjęć, które Wam pokażę, bo nie za bardzo mam teraz czas na internet!

Zdjęcie robione z daleka, aby nas nikt ze służb specjalnych nie "shaltował", bo to nie żaden kościół, czy inna budowla sakralna, tylko więzienie, otoczone bardzo wysokim, przynajmniej 5-metrowym murem. Jak się dobrze przyjrzeć, to widać gęste zasieki na murze.

 

Do tego więzienia przylega z trzech stron kościół pod wezwaniem św.Jakuba. Zamknięty niestety, pewnie dostępny tylko dla więźniów.

Najbardziej mi się podoba ilość rowerów w mieście. Poniżej ich ogromna ilość przy budynkach uniwersyteckich

i jedno z wielu miejsc parkingowych wyłącznie dla rowerów, które tu spotyka się co parę metrów. 

Jakoś też tu nikogo nie dziwi widok prawie siedemdziesięcioletnich babć, raźno pedałujących na rowerze!

Do miłego!

czwartek, 02 czerwca 2011
Goście dopiero co wyjechali!

Byłam przekonana, że z Margą gadałyśmy przez telefon od niecałych trzech lat. Jej wyszło, że od czterech. Ja się nie będę spierać, bo mam zaczątki sklerozy, a i osoba młodsza chyba jest bardziej ode mnie zaprzyjaźniona z czasoprzestrzenią. Jakoś nie mogły się nam dróżki skrzyżować, tak więc zupełnie nie ma się co dziwić, że taka energiczna Kobitka, jak Marga zarządziła swojemu Miśkowi na powrocie z kraju, odwiedzenie mnie u Psora.

Akurat bylismy przy obiedzie, jak zadryndał dzwonek. Od razu wiedziałam, że to Oni. No, i faktycznie. Na progu od razu ją poznałam, a ten wielkolud  co za nią stał, to napewno Misiek był. Ścisku!  Ścisku! Cmoku! Cmoku! Och jak fajnie Cię widzieć! A Ciebie! I cieszę się, że Ciebie poznałam! - to do Miśka!

Wpierw kawka, potem przeszliśmy na taras. Obiad. Dołączył Psor. I tak, jak zazwyczaj jest wygadany, tak teraz był chyba pod wrażeniem Margowego Chłopa, który go kompletnie zagadał, opowiadając o swojej pracy i zwiedzanym w Hamburgu Minilandzie. Z początku Marga się obawiała, że jej Pan stłamsi Psora, ale zupełnie nie było czego. Taki człowiek, jak Psor, wprawdzie buja w obłokach, mając tylko dźwięki muzyki w głowie, ale od czasu do czasu schodzi na ziemię, a znajdując wdzięcznego interlokutora, cały mu się oddaje. Mardze i mnie przynajmniej nie robiło się "łyso", że rozmawiamy po polsku, skoro Panowie tak ładnie zajęli się sami sobą!

Później już w moim pokoju, przy lampce koniaczku gadaliśmy sobie dalej, czasem po polsku, czasem po niemiecku. Raz Marga była tłumaczem, raz ja starałam się gadać w niemieckiej mowie, aby Miś nie czuł się lekko wyobcowany. Podejrzewam, że nawet, gdyby był, nie dałby tego odczuć.

Wiadomo, że co dobre, szybko się kończy, tych parę godzin naszego kontaktu minęło, "jak z bicza trzasnąć". Pojechali już do siebie, a ja się cieszę, że ponownie intuicja mnie nie zawiodła, i poznać mogłam przemiłych ludzi. Bloxową, do tej pory tylko wirtualną Koleżankę, i jej wspaniałego Przyjaciela!

Archiwum