Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 30 maja 2014
Moje ścieżki!

2. Wiejsko-miejska

Ciągnie się przez całą wieś, a potem do skrzyżowania z drogą do miasta, z którego niedawno wybyłam. Z jednej strony las i bajorko, z drugiej łąki oraz działki ogródkowe. Nie bardzo ją lubię, bo ma strasznie długie podjazdy, na których trzeba sie nieźle napracować nogami. No i te samochody przejeżdżające obok. Ścieżka leśna jest jednak schowana w głębi lasu i tylko momentami ociera się o szosy. Ale ta trasa w-m doskonale sie nadaje na krótkie wypady, kiedy pogoda niezbyt przychylna, a człowieka nosi, aby coś ze sobą zrobić. No i muszę się przyznać bez bicia, to jakby usprawiedliwienie mojego lenistwa, które czasami mnie ogarnia. Ale jak się nie lenić, gdy tak pieknie wokół?

Przy okazji, zrobiła się też ze mnie taka prawdziwa mamcia, co to nagotuje, napiecze, a potem z dumy puchnie, jak Dzieci i Wnuki chwalą. Się narobiło, co? Przecież trzeba smakować, dosmaczać, palce lizać, degustować! A te uprzykrzone stworki, czyli kalorie, mnożą się i mnożą, to je należy zwalczać rowerkiem oraz przebieżką. W sam raz taką krótszą, bo inna, po odwiedzinach Progenitury wywołuje bezdech! ;-) A pan pulmonolog mnie "zjechał" dzisiaj za to, że nie byłam od trzech lat u niego, to teraz wziewy silniejsze konieczne będą. Trudno! Ale przecież chodzić można, jeździć rowerem też! 

To sobie jadę tempem spacerowym. Tu kwitnie żarnowiec miotlasty,

ówdzie pod lasem niebieszczą się łubiny,

w trawach fioletowy żywokost lekarski,

a na działkach, za płotem czerwienią się pierwsze czereśnie. Mniam! Już się ich nie mogę doczekać!

Ach, zapomniałabym. W środku wsi rodzina bociania karmi przychówek. Cudnie kołują nad łąkami i jeziorem!

Kuchennie jutro u mnie znowu. Dziecka sobie zażyczyły jako prezent na ich święto - po chlebku! No i coś słodkiego trzeba przyszykować! Zapas ciasteczek różnych się skończył!

Może ten wpis powinnam zrobić jutro. Może?

Ale patrząc na to, co się wyprawia, wolę zasłonić się tym, co wokół mnie! Aby nie zwariować!

środa, 28 maja 2014
Moje ścieżki rowerowe!

1. Nad jeziorem

Chodzę sobie po tej ścieżce z kijkami, najczęściej rano, kiedy jeszcze nikogo na niej nie ma i można bez przeszkód wsłuchiwać się w nawoływania ptaków po szuwarach. Słońce wtedy też nie pali tak mocno.

Gdy trochę chłodniej, w ruch idzie rower. Jeszcze niedawno jeździłam sama, ale od tygodnia zaczął mi towarzyszyć Ślubny. Pozazdrościł chyba, albo się trochę już nudzi, bo dopiero od czerwca może wsiąść na łódź i wiosłować na jezioro, bawiąc się w wędkarza.

Ślubny nigdy, poza czasami narzeczeństwa, nie przejawiał zainteresowania sportem, za wyjątkiem ćwiczenia kciuka przed odbiornikiem telewizyjnym, fascynując się meczami piłki kopanej, dlatego decyzja podjęta przez niego bez mojej namowy o kupieniu roweru, jest do tej pory największym zaskoczeniem, chociaż nie powiem - miłym! 

Oczywiście początkowo nasze trasy były krótkie, ot poza wieś. Dopiero od niedawna zaczęliśmy zapuszczać się w las, za każdym dniem coraz dalej, aby mi chłopina nie spuchł, gdybym mu zadała od razu 20km przejechać, co dla mnie nie pierwszyzna. 

 

A kiedy się pojedzie przez siebie, to różne okoliczności przyrody się spotka! :-)

 

 

Niedawno w nasze wycieczki rowerowe wciągnęlismy też sąsiada z naprzeciwka. Mam teraz podwójna obstawę męską w czasie jazdy! :-)

Blox makabrycznie hamulcowaty dzisiaj. Chyba rekord ślimakowatego czasu w usiłowaniu wstawienia tych paru zdjęć pobiłam!

 

 

 

poniedziałek, 26 maja 2014
DZIEŃ MATKI!

sobota, 24 maja 2014
Spotkania!

Poranne spacery z kijkami obfitują w przeróżne niespodzianki, jak na przykład spotkanie z nową łabędzią rodzinką, która opiekuje się siedmioma pisklakami! Ciekawe, czy to będzie tak samo, jak wtedy, gdy co roku łabędź Kuba przypływał i królował na naszym Zaciszu.

Ale najbardziej zdumiałam się, gdy pewnego ranka zobaczyłam na środku jeziora jakiś łepek zwięrzęcia, którego z uwagi na dużą odległość nie mogłam początkowo zidentyfikować. Dopiero niedaleko brzegu okazało się, że to sarna przepływała jezioro. Próbowałam podejść bliżej, aby zrobić z komórki zdjęcie, ale ona zaraz zmieniała kierunek, dlatego zdjęcie z bardzo daleka.

czwartek, 22 maja 2014
Tak? Hm... Voila!!!

Tak wyglądał domek letniskowy, jeszcze dwa lata temu. Zostały po nim dobre wspomnienia...

i na desce kreślarskiej projektanta powstał taki projekt,

który zmaterializował się w to!

Mały, biały - domek nasz!!!

sobota, 17 maja 2014
A nad jeziorem?

Nad jeziorem nadal coś się dzieje! Dzięku Ślubnemu głównie, bo On majster-złota rączka przecież!

Ja sobie po Łodzi hulałam, a On.... dokończył "piwny ogródek"

Jeszcze tylko trzeba w stole wyciąć pośrodku otwór na parasol, dospawać na dole uchwyt do niego i bedzie finito!

Na tarasie stoją sobie wysokie pojemniki z donicami obsadzonymi surfiniami i peoniami. Ślubny dokupił lampki słoneczne, i teraz wieczorami mamy ładny widoczek, kiedy sobie siedzimy w salonie, a na dworze mrok i deszczyk popaduje.

Na balkon powędrował już fotel bujany, który być może, kiedyś, będzie zajety przez moją skromną osobę w czasie zim śnieżnych, które ponoć nad tym jeziorem bywają, a wiadomo, że wtedy najlepiej ręce czymś zająć. Na fotelu, przy kominku oczywiście, i nie ważne, iż to kominek elektryczny jest, ale jest, i nawet grzać potrafi! ;-)

A z drugiej strony balkonu wylądował w koncu stoliczek okrągły, który aktualnie zaprasza na spóźnioną kawkę i francuskie ciastka z rabarbarem i  polewą kajmakową, obficie posypane pudrem cukrem. Lampka czerwonego, wytrawnego wina też jest!

Ślubny pojechał na mecz, a ja sobie poszalałam w kuchni. Taka myśl mnie naszła w czasie tych szaleństw: czy trzeba mieć własny dom, aby nareszcie się spełniać miedzy garami, patelniami, blachami do ciast i wszystkimi innymi kuchennymi utensyliami? Nie z obowiązku, tylko z ogromną przyjemnością i chęciami? :-)))

Jutro też będę mocno kuchennie zapracowana, bo od poniedziałku gościć będę przez parę dni moją Koleżankę z Wejherowa. Mamy bogaty plan jej wizyty, nie będzie czasu na kuchnię, internet i w ogóle na nic innego!

Życzę Wam miłej reszty weekendu i co najmniej połowy następnego tygodnia! 

I zapraszam na balkon. Stoliczek nakryty czeka! A w tle jezioro!

 

EDIT!!!

Ło matko pojedyncza! Na oczy mi padło, że nie zauważyłam niedoczyszczonej z pyłków pobliskich topoli balustrady balkonu! ;-(  I nie da się wytłumaczyć, że te pyłki na okrągło od paru dni obsiadają i taras, i balkon, i okna dachowe, i wszystko!

piątek, 16 maja 2014
Nadal spacerowo - z Łodzi

Łódź się zmienia, to pewne. I pewne, że na lepsze, ale jest jeszcze wiele do zrobienia. Można powiedzieć, że czeka Łodzian prawie syzyfowa praca, bo z jednej strony coraz więcej pieknie odrestaurowanych kamienic, a z drugiej strony tyle samo, a może i więcej domów, które straszą pustymi oczodołami okien. Niektóre rudery dawnych zakładów włókienniczych popadają w zapomnienie, w innych ktoś dostrzega potencjał, odnawia i przeznacza je na jakiś klub, kawiarenkę, niewielki sklep czy restaurację. O Manufakturze nie wspominam, bo to rzecz oczywista, że to najbardziej udany przykład rewitalizacja starej Łodzi. To samo w przejściach między domami, niektóre bramy pieknie odmalowane, z kutymi wierzejami, ale wchodzi się z nich np. na obskurną klatkę schodową. I tak co parę metrów - brzydota i piekno!

Bardzo ciekawa jestem tego miasta za kolejne dziesięć lat!

 

środa, 14 maja 2014
Wojażowe spacery!

Nie mogę się doliczyć, ile lat nie byłam w Łodzi. Ale z dziesięć na pewno! I chociaż ubiegłotygodniowy pobyt był krótki, nie mogłam nie pójść w miasto chociaż na parę godzin. Udało mi sie przejść przez prawie cała ulicę Piotrkowską, czyli najdłuższą handlową ulicę Europy, jak sie powszechnie mówi. To bedą tylko małe impresje, jak pigułeczki.

Dzisiaj: słynne łódzkie ławeczki

 

Najwięksi przemysłowcy dawnej Łodzi: Karol Scheibler, Izrael Poznański i Henryk Grohman

Lampiarz

Nie dojrzałam ławeczki Juliana Tuwima, ale pomnik tak!

Artur Rubinstein ze swoim fortepianem

Władysław Reymont na skrzyni, z rękopisem "Chłopów".

Stefan Jaracz

Mój ulubiony temat: podwórka

 

Murale!

Jest ich w Łodzi całe mnóstwo, nawet w okresie letnim jest otwarta specjalna linia autobusowa, dzięki której można wszystkie zobaczyć i sfotografować. Mnie udało sie tylko kilka uchwycić.

Zapraszam zatem na krótki spacer po Łodzi. Sama zaś udaję się na rowerową przejażdżkę, tym razem ze Ślubnym, który nabył niedawno, droga kupna oczywiście, nowiuteńki rower, i teraz zaczynamy jeździć we dwoje.

niedziela, 11 maja 2014
Nożyczki i bal!

Pojechałam do Łodzi. Na całe trzy dni. 

Jeszcze w ubiegłym roku, kiedy Muminka ( dawne Stylowiczki ją pewnie pamiętają ) gościła u mnie latem, umówiłyśmy sie, że pójdziemy na zapowiadany w maju koncert Andre Rieu. Nadszedł termin koncertu, wsiadłam zatem w czwartek rano do pociągu, i krótko po południu witałyśmy się w Łodzi. A tu niespodziewajka mnie czeka. Muminka zamówiła dodatkowo bilety do Teatru Powszechnego, na sztukę Paula Poertnera "Szalone nożyczki"!

"W Ameryce sztuka nie schodzi z teatralnych afiszy od ponad dwudziestu lat, co uhonorowano wpisem do Światowej Księgi Rekordów Guinnesa dla najdłużej utrzymującego się w repertuarze spektaklu, który nie jest musicalem.   Czterech podejrzanych, dwóch policjantów, narzędzie zbrodni i cała widownia świadków! Niezwykła komedia kryminalna z niespodzianką rozgrywająca się w wyjątkowym krakowskim salonie fryzjerskim, nad którym mieszka upiorna pianistka. a właściwie mieszkała…Pierwsze w Polsce interaktywne przedstawienie, w którym przebieg akcji zależy w dużej mierze od publiczności. Doskonała zabawa, a można brać w niej udział wielokrotnie!"


Rzeczone w tytule nożyczki, to oczywiście narzędzie zbrodni, a wszyscy świadkowie na widowni muszą się zastanowić, kogo poszlaki obciążają najbardziej i kogo wskazać, jako mordercę. Wspaniałe dialogi skrzące się humorem, wartka akcja z niespodziewanymi zwrotami, do tego niby ciężko myślący przedstawiciele prawa, słowem zabawa po pachy i ból brzucha od śmiechu! 

Po tak doskonale spędzonym wieczorze należało się jedzonko. Przeszłyśmy zatem na teren Manufaktury, i tam.... ( zdjęcie ze strony lokalu w sieci );

w restauracji Galicja spałaszowałyśmy późną kolację, po której dalszy spacer był oczywiście nieodzowny. Ciepły wieczór, pieknie oświetlone budynki Manufaktury....

doskonały początek przed piatkowymi emocjami.

Nie ukrywam, że jestem fanką Andre Rieu. Jego pierwszy koncert w Polsce nie mógł sie więc obejść beze mnie. Było warto. Doskonały skrzypek i dyrygent swojej orkiestry im. Johanna Straussa, majacy doskonały kontakt z publicznością, jak rzadko kto potrafi porwać do swojego świata walca, opery, operetki i najpiękniejszych melodii, znanych na całym świecie, jak "Walc sekundowy" Szostakowicza, "Śnieżny Walc" Koschata, "Srebro i złoto" Lehara, "Nessun Dorma" Pucciniego.

zdjęcie pochodzi z zakupionego przed koncertem programu

Podczas trwającego prawie trzy godziny koncertu usłyszelismy też walc nad walce - "Nad pięknym modrym Dunajem", w trakcie którego na parkiecie pojawiła się ponad setka par, tańczących w rytm muzyki. Oprócz kompozycji Johanna Straussa nie zabrakło również imponującego rozmachem utworu "Oh Fortuna" otwierającego kantatę sceniczną "Carmina Burana" Carla Orffa, z musicalu "Carousel" - "You'll Never Walk Alone", "Besame mucho" oraz tang "Adios Nonino" i "Libertango"

Na pożegnanie wszyscy bawili się przy prawdziwym miksie kompozycji takich jak "Marsz Radetzkiego", "Libiamo ne Lieti Calici", w którym nie obyło się bez symbolicznego toastu, przemachanego na do widzenia "Adieu, Mein Kleiner Gardeoffizier" i wybuchowego utworu "Marina, Marina".

A bal?

"Niech żyje bal" napisany przez Seweryna Krajewsjiego, tym razem zaśpiewany został nie przez Marylę Rodowicz, ale przez całą, ogromną widownię Atlas Areny , i to kilkakrotnie

środa, 07 maja 2014
Karmiciel kotów!

Jakoś tak po kilku dniach mieszkania w MBD zauważyłam, że Ślubny bardzo szybko zjada śniadanie, a potem znika. I to tak znika, że ani go w domu nie widać, ani na posesji. W szauerku go ani śladu. Samochód stoi. Rower stoi. Ślubnego nie ma!

Okazało się, że robi za karmiciela. Kotów!!!

Sąsiedzi z drugiej strony naszej uliczki naprzyjmowali sobie w ubiegym roku w gościnę trzy koty, z których na wiosnę zrobiło się pięć. Prócz tego, dobiło jeszcze parę sztuk od sąsiadów znad jeziora, którzy koty i owszem, ale karmienie niekoniecznie. A żywina idzie tam, gdzie miska pełna, licząc, że i dla nich cos tam skapnie. Sąsiedzi mieszkają zimą w blokach, koty zostały na sasiedniej działce przyzwyczajone do tego, że mają michę. No i za tą michę został odpowiedzialny mój Ślubny, gdyż ponieważ albowiem, cały czas dojeżdżał na naszą budowę. Sąsiedzi tylko od czasu do czasu podrzucali worki z karmą. 

 Kociska tak się do niego przyzwyczaiły, że od rana wszystkie prawie w rządku czekają, aż otworzą się drzwi naszego domku, i Ślubny podrepta do sąsiedniej skrytki z karmą, dorzucając również trochę smakołyków z naszej kuchni.

Tak więc , lubiąc tylko wybiórczo koty - bo dla mnie tylko Bandyta i Wicia są tymi, które toleruję- mam sytuację taką, że przez moją działkę ta cała kocia nawała przewija się co poranek, wyskakując z róznych norek i skrytek, depcząc sobie po łapkach, jeden przez drugiego, aby szybciej dorwać się do tego, co im Ślubny zaserwuje.

Czekam już z utęsknieniem, aż sąsiedzi na czas letni wrócą i zajmą się tą kocią gromadą!

 
1 , 2
Archiwum