Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 31 maja 2013
Odnaleźć się ......

.... w zupełnie innych konfiguracjach!

Od początku było inaczej! Zbyt późno, bo po powrocie z Italii, bukowałam miejsce w dotychczasowej firmie przewozowej, nie dziw więc, że się nie załapałam. W innej nie pasowały terminy, ale podano namiary na tych, z którymi w końcu dotarłam do celu. Jechało nas czworo, z tego ja-jedyna kobieta. Ostatni, tuż przy granicy w Schwach, wsiadał spawacz. I to był najważniejszy podróżny, bo kierowca nie patrzył po drodze, że do mnie już w pewnym momencie było około 100 km, nie, po prostu bus odbił na trasę do Kilonii, bo spawacz musowo musi być o 17-stej w arbajcie! I był. Za to ja, pierwszy raz po długim czasie, jechałam prawie dwunastkę. Karina w pewnym momencie już zaczęła wątpić, że się zjawię, i zapytanie sms-em przyszło, czy jadę przez Chiny! Ale dotarłam!

Kiedy zobaczyłam Kurtiego, serce mi się ścisnęło i siłą woli powstrzymałam się od szlochu! W łóżku leżał człowiek, którym opiekuję się już czas jakiś, ale to jakby nie On! Chudziutki, cichutki, blady! Prawdziwa sierotka. Ja wiem, że i tak jest lepiej, że Karina kontynuowała wcześniejsze, powypadkowe wyciąganie go "za uszy", ale jakoś tak mi się żal Go zrobiło! Pisałam wcześniej, że teraz to jakby dziecko? Pisałam. I tak jest faktycznie! Leży w łóżku duży niemowlak. Dobrze, że jeszcze od czasu do czasu kontaktuje, rozmawia i żartuje, czasem nawet się złości, ale większość dnia przesypia, i tylko nigdy nie wiadomo, kiedy się ocknie i zażąda "jeść"! 

Problemem pierwszych dni było dla mnie to, że bardzo wcześnie muszę zacząć dzień. O 5.30!!! Dla mnie środek nocy, ale mus wstawać, bo godzinę później można zastać sytuację, której efektem będzie nie tylko zmiana pampersa i stroju nocnego Kurtiego, ale i prześcieradeł, kołder, poduszek, podkładów, przy tym wietrzenie wielogodzinne pokoju, i podobne atrakcje!  

Prawdopodobnie też dlatego, iż tutaj trzy poprzednie dni były szarobure, mgliste i deszczowe, po porannej toalecie i śniadaniu dla Kurtiego, zapadałam w pościele własne i gniłam prawie do obiadu. Na całe szczęście Karina mi zostawiła co-nieco w zamrażarce. 

Jakoś chyba się pozbierałam i to, co Karina wypracowała, udaje mi się kontynuować! Łatwo nie było znowu wejść w zupełnie inny rytm, niż dotychczas, tym bardziej, że już ostatnio jęczałam Ślubnemu, że mi się nie chce jeździć do tych Niemiec. Ale niechcenie niechceniem, gdy sie powiedziało "a", trzeba powiedzieć "b", a pewnie i do "z" dojechać! I wizualizować! Na potęgę wizualizować ten mały, biały domek, bo tylko to mi pomaga!!!

Zatem już od jutra wracam do blogowania, odwiedzin, odpowiedzi na komentarze, zaległych wpisów z Włoch, i do tego wszystkiego, czego jakoś mi nie brakowało, ale teraz...?

poniedziałek, 27 maja 2013
Przerwa!

Trzeba się mi spiąć i zabrać za pakowanie.

Tradycyjnie jeszcze kosmetyczka, fryzjer, biblioteka.

Reszta wpisów włoskich już z Niemiec będzie.

Jutro z samego rana jazda. Do Kurtiego!

niedziela, 26 maja 2013
DZIEŃ MATKI!!!

Podpisuję się całkowicie zwłaszcza pod ostatnim zdaniem!!!

sobota, 25 maja 2013
Włoskie rozczarowania!

Nie tylko moje, i nie tylko uczestników wycieczki, w której brałam udział! Niestety, wszystkie dotyczą Watykanu!!!

Od lat wielu przyjęło się, że audiencje papieskie,które odbywają się raz w tygodniu, w środę, zaczynają się o godzinie jedenastej! Pilnował tego nasz Jan Paweł II, pilnował też papież Benedykt XVI! A F1, czyli Papież Franciszek, którego tym skrótem określili ci wszyscy, którzy na wzgórzu Piotrowym prowadzą wycieczki? Otóż Papież Franciszek ma chyba lekceważący stosunek do pątników i wycieczkowiczów z całego świata, skoro nigdy nie jest się pewnym, że w ustalonych wcześniej godzinach uda się Go zobaczyć! Byliśmy przez naszą Pilotkę przygotowani na to, że trzeba przyjechać na długo wcześniej na Plac św. Piotra, ale nie przypuszczaliśmy, że Papież zacznie swoją audiencję na dwie godziny szybciej, niż było zapisane! I zobaczyliśmy tylko jego plecy! Na telebimie!!!!


A potem, po audiencji, zamiast zwiedzania Bazyliki św. Piotra zobaczyliśmy na tymże telebimie informację, iż jest ona tylko otwarta dla dwóch pielgrzymek: z najdalszej prowincji włoskiej i z Argentyny! To było pierwszy raz za tego nowego pontyfikatu! I nikt nie umiał wytłumaczyć tej zmiany, która dla przebywających na placu św. Piotra była nie do przyjęcia, zważywszy na fakt, iż wiele wycieczek miało w planie tylko jeden dzień na tą wizytę. Nasza grupa miała to szczęście, że następnego dnia mieliśmy zwiedzać Rzym, zatem czekało nas ranne wstawanie szybsze, niż zazwyczaj, aby zdążyć obejrzeć Bazylikę.

Drugie rozczarowanie, to Kaplica Sykstyńska, czyli miejsce, w którym można oglądać najpiękniejsze freski Michała Anioła!

Pisze się wszędzie, wszem i wobec, że należy w tej kaplicy zachować ciszę, prawie nie oddychać, nie fotografować. Wszystko o freskach dowiadujemy się z wizyty w Ogrodach Watykańskich, w których na ogromnych planszach pokazywane są właśnie one.

I opowiadana jest ich historia przez przewodnika. Ale potem wpuszcza się do ogromnej sali taką ilość ludzi, że widać tylko głowę przy głowie, trudno oddychać, obrócić się, słyszy się jedynie krzyki ochrony:"silentio"! Ludzie gadają, z ukrycie fotografują, tchu nie można złapać, ciężko o skupienie się w tym tłumie, w jego ścisku i wręcz smrodzie! Miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. A potem wypuszczano nas z tego tłoku wąskim przejściem. Czasy kolejek po mięso za głębokiego PeeReLu stanęły wtedy mi przed oczyma, a osoby jeszcze starsze miały wrażenie, że wychodzą z bydlęcych wagonów z czasów II wojny światowej! Nie przesadzam!!!! To nie tylko moje odczucia!!! Nie rozumiem tego! Skoro się ogłasza, iż bezcennym freskom przeszkadzają oddechy ludzi, flesze aparatów, jakiekolwiek głosy, to dlaczego nie wprowadza się limitów zwiedzania? Osobiście wolałabym o tym wcześniej wiedzieć, mając świadomość, iż mogę się do kaplicy nie dostać, aby obejrzeć te bezcenne dzieła, ale też miałabym pewność, że być może kiedyś, za następnej bytności w Rzymie, dostałabym się w to miejsce, mając wcześniej zamówiony i zakupiony bilet. A tak? Pozostał niedosyt i bałaganiarskie podejście odpowiednich służ watykańskich!

Jeden z budynków muzem Watykańskiego

Apollo

Sklepienie w komnacie map

Sklepienie w sali antycznej

Arras

Na całe szczęście, te niemiłe zgrzyty nadrobiła wizyta w Watykańskich muzeach.

piątek, 24 maja 2013
Jazda po neapolitańsku!

Włosi kochają samochody. Ale nie miłością zaborczą, tak jak my, uważający na każde zadraśnięcie lakieru. Dla nich to środek lokomocji pozwalający zaspakajać jedną z radości życia. 

Te trzy pięćsetki uczestniczyły w jakimś rajdzie, który spotkaliśmy po drodze z Padwy do Pizy!

A w Neapolu? W Neapolu nie używa się klaksonu jako ostrzeżenia tylko jako środka komunikacji międzyludzkiej. Trzeba cierpliwie czekać na czerwonym świetle? Po co? Lepiej pojechać inną drogą! Potworny korek trwający bez ustanku? Lepiej pojechać po torach tramwajowych lub ulicą z zakazem wjazdu! W innych miastach podobnie. Światło zielone świeci krótko. Ale pomarańczowe długo! To idziemy na pomarańczowym. Jak trzeba, to i na czerwonym, ale na zasadzie wymuszenia pierwszeństwa. I jakoś to działa, tylko trzeba być zdecydowanym.

Dekawka! Miłość starszych Włochów, zwłaszcza właścicieli małych firm, dostawców warzyw i owoców, dostawców mleka, majstrów budowlanych, i innego autoramentu rzemieślników!

Jazda samochodem tutaj, to całkowita beztroska, nikt nie zwraca uwagi na lekkie stłuczki czy wgniecenia lub zadrapania lakieru! Dla Ślubnego to byłoby horrendum!!!!  Zupełnie nie mógł tego zrozumieć, że samochód nie jest pępkiem świata!  Zwłaszcza wtedy, gdy jechaliśmy za dłuższym od naszego o trzy metry polskim autobusem wycieczkowym, z ogromnej góry, z hotelu Sereno so Giorno Salesjano  w Vico e Quenza. Czterokilometrową górę, z wąska serpentynową szosą pokonywaliśmy w dół przez trzy godziny, gdyż autobus przed nami nie mógł wyrobić się na zakrętach, a na dodatek, w górę jechali sobie Włosi, i nic nie było w stanie ich powstrzymać, ani to, że autobus może spaść w przepaść, bo droga bardzo wąska, i tak po prawdzie, to na jeden pojazd się nadająca, ani to, że dosłownie przyklejali się do skały, a autobus ich mijał dosłownie o centymetr. Z czterech kierowców, obsługujących nasze autobusy, dwaj siedzieli za kierownicą, a dwaj pozostali odpowiednią gestykulacją, na przodzie i z tyłu tegoż długaśnego autobusu, dawali znaki odpowiednie, aby albo się cofnąć o parę centymetrów, albo tyleż pojechać w przód, a w międzyczasie zrobić minimalne zakole! To było prawdziwe mistrzostwo świata, które zresztą na dole, Włosi nagrodzili gromkimi oklaskami. My też!

Najpopularniejsze są skutery! Jeżdżą na nich wszyscy, i w tłoku ulic te pojazdy zdają egzamin na szóstkę z plusem! I nie ma problemów z parkowaniem!!!

Ale trzeba przyznać, że ogólnie Włosi, nie tylko Neapolitańczycy prowadzą z wielką maestrią. Przyjezdni jednak nie powinni tego próbować, należy zaparkować pojazd w odpowiednim miejscu, usunąć z widoku wszystkie kuszące przedmioty i wybrać się na zwiedzanie miasta piechotą! Ale! Jeśli jakimś cudem uda się znaleźć miejsce do parkowania, trzeba sprawdzić, czy następnego dnia nie odbywa się w tym miejscu targ! Grozi to bowiem wywiezieniem samochodu przez policję. Wprawdzie, zwłaszcza w Neapolu, nie zwraca się uwagi zupełnie na zakazy postoju, ale targ to rzecz święta!

Takim pojazdem można sobie zwiedzać włoskie miasta, gdy jest się indywidualnym turystą. Bardzo podobnie wyglądają kabriolety na Capri! Też z płóciennym daszkiem osłaniającym od słońca. Niestety zdjęcia nie ma, bo baterie były i wyszły! :-)))

Generalnie, Włosi jeżdżą szybko i źle, ale mają doskonały refleks!!! 

czwartek, 23 maja 2013
Pigułeczki z Italii!

Wycieczka do Italii. Typowa objazdówka, czyli codzienne wczesne wstawanie, szybkie śniadanie, i już czeka autobus, aby nas zawieźć do jednego z kilku miast, które określono w programie: " Włochy klasyczne dla wygodnych". Ta wygoda, to dodatkowy nocleg na dojeździe, a konkretnie w Udine, niedaleko za granicą z Austrią. Przez osiem dni pełna mobilizacja sił, bo mnóstwo do zwiedzania, a zatem i do przejścia kilometrów masę. Cały czas w tłumie, bo to początek sezonu turystycznego. Dobrze, że z obsługą tour guide, bo przynajmniej nie trzeba było kurczowo trzymać się pilota lub przewodnika, i można było spokojnie robić zdjęcia, gdy tymczasem w słuchawkach słyszało się wszystko. Dopiero, gdy zalegała cisza, należało rozejrzeć się za grupą, aby jej nie zgubić. 

Pomyślałam sobie, że odejdę od schematu opisywania poszczególnych miast, które zwiedziliśmy, bo każdy sobie w internecie łatwo wszystko sam znajdzie. Ja się skupię raczej na czymś innym. Na moich odczuciach. Na obserwacjach. Na smakach i zapachach. Od tego właśnie zacznę, bo Włochy pachną nieziemsko. Oliwą. Pomidorami. Pizzą. Szynką. Kawą.

Na każdym bazarze mnóstwo świeżych ziół, warzyw i owoców, wygrzanych słońcem.

To akurat Padwa.

W sklepach prócz ogromnej ilości asortymentu makaronów, oliwy i octu balsamicznego, mnóstwo przypraw, papryki i cebuli,

o smakowitych wędlinach i szynkach nie wspominając. 

W tejże Padwie, w słynnej kawiarni bez drzwi "Pedrocchi" przy Piazza Erbe, piliśmy kawę z likierem miętowym. Wrażenia smakowe warte zapamiętania! Kawę należy pić przy barze. Ta zasada obowiązuje zwłaszcza turystów zawsze. Poza tym, nasza kawa, taka z fusów i duża, nie istnieje. Jest rozpuszczalna. Maciupeńka, czyli słynne espresso. Aby dostać dużą, należy poprosić o Americano, jak z mlekiem, to Americano con late. Cappuccino pije się tylko do południa, potem to już foux pas. Jeśli się usiądzie, można przy płaceniu rachunku nieźle się zdziwić, bo z jednego eura, ta sama kawa, po doliczeniu przez kelnera tzw. coperto i servizzi ( napiwek i serwis ), może kosztować od pięciu euro wzwyż. A wypicie takiej kawy w najstarszej europejskiej kawiarni "Florian", działającej od 1720 roku w Wenecji, kosztuje około dwudziestu!

Zresztą, każdy dzień zaczynał się od espresso. Śniadania serwowano nam typowo turystyczne, bo Włosi śniadań nie jedzą, im wystarcza właśnie ta mocna kawa i jakiś rogalik, ale nam te parę kromek chleba z masłem i dżemem wystarczało na tyle, by dotrwać do każdej przerwy. W maciupeńkich barach jadło się panini ( rodzaj kanapki na ciepło ), albo  pizzę ( oczywiście w Neapolu - Margheritę ), różne risotta lub makaronowe zapiekanki, rawioli i tortellini z przeróżnymi nadzieniami,  sałatki caprese ( koniecznie w Neapolu bo tam najlepsza mozzarella, z mleka bawolic wypasanych na stokach Wezuwiusza ), ryby i owoce morza (zwłaszcza w Wenecji)

Na ulicach także można było zaspokoić swoje pragnienie na licznych straganach, jak np. ten stojący w załułku, w Rzymie

czy ten, obwoźny,  stojący sobie na środku ulicy w Neapolu,

względnie, tak jak na Capri, wybrać się do specjalnej pijalni, gdzie podają najlepszą cytrynową granitę.

A jak jeszcze było mało, to szło się do kawiarni na pyszne ciasta, tak jak we Florencji do Gilli działającej bez przerwy od 1773 roku.

Późnym wieczorem dopiero były kolacje. Bardzo obfite zaczynały się albo zupą minestrone, albo makaronem z sosem pomidorowym. Z zupą na początku mieliśmy zagwozdkę, bo to taka nasza warzywna na wodzie, którą należało suto okrasić parmezanem. Tylko nikt z nas nie zajrzył, że ten parmezan w miseczkach, który stał na stole, to do tej zupy był właśnie, i potem kelner się dziwował, czy nam nie smakuje, bo wszystkie miseczki wróciły prawie nie ruszone! Potem wjeżdżały na stół talerze z pieczenią cielęcą lub wieprzową, w super smakowitych sosach, do tego sałata. U Salezjanów między Neapolem i Capri podano nam rybę faszerowaną - paluszki lizać. Sosy wylizywało się do czysta białym, niesolonym chlebem.  Na deser oczywiście słodkości, a to pannacota, a to tiramisu, a to jakieś ponczowe cuda. Do popicia, o herbacie można było zapomnieć. Królowało wino! Do wyboru i koloru, z karty. Białe lub czerwone. I to była cała celebracja. Bo te wina wybierało się przed kolacją. Wspólnie z barmanem oczywiście, który doradzał jakie, bo wiedział, co będzie jedzone. Potem barman je przynosił i otwierał, a potem właściciel lub właścicielka za nie kasowali ( wina były płatne ). Kolacja zatem przeciągała się do dwóch, trzech godzin, bo każde danie, to zmiana talerzy i sztućców, a poza tym, po całodziennej bieganinie ludzie się rozluźniali i czasem bywało, iż tego wina brakło, i trzeba było powtarzać całą operację z wyborem, doniesieniem, otwarciem i płaceniem. 

wtorek, 21 maja 2013
Jesteśmy!

Nóżęta mamy ze Ślubnym jako te kolumienki, tak spuchły były po 32 godzinach jazdy spod końcówki "włoskiego buta". A przecież normalnie to i łydeczki nam widać, i kostki przy piętach! Zatem lecimy w poziom, bo nie potrafimy spać w podróży, nawet wtedy, gdy autobus bardzo cichy i wyresorowany jest!

Jutro czeka mnie kilka pralek do wykonania, potem powieszenia tegoż na balkoniku, o prasowaniu nie wspomnę, bo to katorga dla mnie wiadoma! I poukładać te lumpki, i najważniejsze: uporządkować zdjęcia. Których około trzy tysia porobiłam, ale wiadomo, że coś tam odejdzie, bo nie takie, jak trzeba, potem to wszystko poopisywać, coby pamięci wspomnień pomagały. A już Ślubny melduje o konieczności zakupów budowlanych, względem których moja osoba konieczna jest, to już nie wiem, jak się rozdwoję, bo przecież Najnajmłodsza już czeka na dyżury nasze z nią!

Upraszam szanowne Towarzystwo Blogowe względem "mła" o cierpliwość! Się ogarnę - poopisuję wrażenia! Bo było cudnie, i nawet Ślubny zaczął przybąkiwać o ewentualnej podróży za rok do Turkistanu. Co mnie w zdumienie niepomierne wprawiło, ale ponoć tylko krowy nie zmieniają poglądów, zatem mój osobisty, który robił furorę wśród pań w Italii, jest już na dobrej drodze. Ciekawe tylko, czy to bolące siedzenie go tak odmieniło? 

czwartek, 09 maja 2013
Co się odwlecze....to po czterdziestu latach .....

...realizuje się z przytupem! :-)

A miało być?

Na to czterdziestolecie, które obchodziliśmy 18 dni temu! Oczywiście, to było moje marzenie! Niestety, Ślubnemu zupełnie obce! Ale od czego kobieca siła perswazji?

Zaczęło się! Schodami oczywiście! Bo moje pierwsze marzenie, to rejs po morzu Śródziemnym, dokładnie taki, jaki zrealizowali kiedyś moi Rodzice. Ale... Ślubny nie wejdzie na pokład okrętu, bo to-to buja!!! Nie wsiądzie , i już!!! :-(  A na naszym jeziorze motorówą zasuwa.... tylko kurz!!! :-(((

To kolejna moja fantazja:Turcja! Pammukale, lot balonem nad Kapadocją, tańce derwiszy, chałwa...! A czym? - pada pytanie Ślubnego. Wiadomo, samolotem!-odpowiadam. To zapomnij - nigdy w życiu nie wejdę do samolotu!!! Dlaczego? Bo nie!!! Dobra, myślę, myślę i wymyśliłam - autobus!  Jes, jes,jes!!!! Prawie to usłyszałam w wykonaniu Ślubnego, i nic nie było go w stanie przekonać, że to dziesiątki godzin spędzonych w autobusie. Ja to przez lata jazd do Niemiec w różnych kierunkach znam niezgorzej, ale On? Praktycznie ciągle siedzący, a za najlepsza rozrywkę uważający ćwiczenia kciuka?  Jednak twierdzi, że wytrzyma! Pewnie dlatego taki pewny siebie, że na budowie powolutku zasuwa! Się zobaczy! To jedziemy! Niektórzy mówią, że to zjazd baranów, ale mnie to zwisa i powiewa! Będę jako ta owca, a Ślubny jako baran zwiedzać Włochy! 

Zaczynamy od Wenecji, potem Piza, Florencja, Watykan, Rzym, Neapol, Monte Cassino, Capri, Asyż!

Ło matko pojedyncza! Podróż poślubna!!!!

Na pożegnanie, kilka fotek ptactwa, które upolowałam, kiedy to już nowy aparat był w użyciu, zwłaszcza zoom miedzy 20 a 30!

 Wygląda mi na żurawia, chociaż nie jestem pewna, bo może to jakaś czapla, ale ten ptaszor bawił się ze mną kilkanaście minut. Wśród kilkunastu zdjęć, to było najlepsze!

 Chyba w całym naszym rejonie słychać gulgotanie indorów, które mają akuratnie czas toków!

To nie jest wprawdzie nasz Kuba, ale? Kto wie? Może się zakokoszy?

 

Jutro późnym wieczorem wyruszamy.  Pakowanie też jutro, ale przed południem!

Wpierw Bydgoszcz, dwie i pół godziny przerwy na pobieganie sobie po mieście, bo dworzec autobusowy od 23-ej zamknięty, potem Bielsko-Biała! Stamtąd do Słowacji, gdzie nocleg....

...a potem?

ITALIA!!!

wtorek, 07 maja 2013
Chwila oddechu!

1. Rodzinnie

Tort udany nad podziw. Smakował chyba też dobrze, skoro pozostały z niego smętne resztki. Rodzinna uroczystość komunijna też całkiem, całkiem. Poznaliśmy inną odnogę rodzinną  naszej Synowej. Nie powiem, sympatycznie było. Nawet mieliśmy osobistego księdza na przyjęciu, w postaci Wujka Synowej. I dzięki tej wizycie, Najnajmłodsza jest właścicielką ogromnej księgi, pięknie ilustrowanej:" Pismo Święte, Starego i Nowego Testamentu". Reszta to oczywiście kasa i precjoza kobiece bardzo! Robiłam za domowego fotografa oczywiście, część zdjęć nieudana, ale większość wyszła naprawdę dobrze. Teraz co chwilę ktoś wpada i przegrywa na swoje pendrive.

2. Domkowo

W sobotę zakończyła prace ekipa od wod-kan i c.o. Wykonali całą instalację, położyli rurki do ogrzewania podłogowego w łazience, wykonali próby szczelności i wrócą w czerwcu, aby podłączyć całą instalację gazową do sieci gminnej. Cały czas też Ślubny uskutecznia syzyfową dłubaninkę, czyli fugowanie założonych wspólnie z Zięciaszkiem płyt kartonowo-gipsowych, a teraz szlifowanie fug pod położenie gładzi. Ponieważ to zajęcie dla cierpliwych i przede wszystkim dokładnych, to trwa i trwa. Pozostało jeszcze wyłożenia płytami łazienki i przedpokoju z klatką schodową. Front robót więc dla Ślubnego zabezpieczony na długo. A w międzyczasie robi się kuchnia. U stolarza, bo wszystko na wymiar. Kupione póki co do zabudowy mamy kuchenkę mikrofalową i okap. Reszta, czyli zmywarka, lodówka, piekarnik i płyta grzewcza - wybrane i podane stolarzowi dane techniczne.

3. Osobiste

Zapowiada się bieganinka związana ze zbliżającym się wyjazdem, przede wszystkim z udziałem w tym wyjeździe Ślubnego. Gdyby o mnie tylko chodziło, to sprawa prosta, mogę się pakować przed podróżą na godzinę przed. A teraz okazało się, że skoro mam Ślubnego na tysiąc procent domowego, to trzeba wyjazd rozpocząć od zakupów, bo nie ma biedak nic typu sportowego. Poważnie! Nie ma! Nie było dotąd potrzebne! To czekają mnie zakupy bardzo poważne. Zważywszy na zachowawcze poglądy Ślubnego w kwestiach ubioru wiem, że będzie to niezła przeprawa!

piątek, 03 maja 2013
Ale wpadka!!!!

Impreza Córczyna i Starszej Wnuczki!

Kroją tort, jemy , smakuje, potem dokładka, w końcu zostaje sam środeczek, a nadal są chętni do konsumpcji. Córcia z uśmiechem do mnie:"mamusia, to co, weźmiesz te różyczki do tortu dla Najnajmłodszej?". Różyczki? I dlaczego dla Najnajmłodszej?-pytam.  Ale już widzę po konsternacji Synowej i zdziwieniu Córki, że "coś jest na rzeczy"! Ło matko pojedyncza!!!! Czyżbym o czymś zapomniała???? Oczywiście! Po wybuchu śmiechu wszystkich zgromadzonych okazuje się, że miesiąc temu już rozmawialiśmy o tym, że zrobię kawowy tort na I Komunię. Ale zapomniałam!!! Niestety, nikomu nie przyszło na myśl, aby mi przypomnieć, bo każdy wychodził z założenia, że skoro się mówiło, to przyklepane! A tu? D..a blada!!! SKS kompletny mnie opanował. Jedno szczęście, że Córka o tych różowych różyczkach zażartowała ( bo jak by się one miały na kawowym torcie? ), i na dodatek mam jeszcze dzień jutrzejszy, bo kompromitacja byłaby okrutna. Pomógł też fakt, że mimo święta, spotyka się otwarte sklepy, które są obsługiwane przez właścicieli. Mogłam więc kupić to, co dziś najważniejsze, czyli śmietanę 30% i czekolady. Teraz już podstawy do kremów schładzają się w lodówce. Jutro rano, tylko na stoisku cukierniczym obsługiwanym przez Córkę odbiorę biszkopt, dokupię resztę potrzebnych ingrediencji, i tort się zrobi, jak należy. Nawet nie będę musiała rezygnować z codziennej ostatnio dwu-trzygodzinnej godzinnej roweriady z Basiulką!

A na przyszłość? Na przyszłość mnie czeka albo wiązanie supełków na chusteczkach, albo zapiski nie tylko w kajecie, ale i kalendarzu, a najlepiej w przypominaczu komórki!

 
1 , 2
Archiwum