Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 28 maja 2012
Syzyfowo!

Gdyby kto myślał, że to, co napisałam w ostatnim zdaniu wczorajszego posta, to koniec problemów, bardzo się może pomylić!

One dopiero się zaczęły!Bo nie trwało długo, a konkretnie niecałą godzinę, gdy Babinka wstała z łóżka, kategorycznie stwierdzając, że nie może leżeć. Tylko, jak się wkrótce pokazało, nie może nie tylko leżeć, ale także nie może stać, nie może siedzieć, nie może chodzić. W ogóle , nic nie może! Więc, od południa, tuż po obiedzie, zaczęliśmy kolędowanie. „W te, nazad, i z powrotem”! Przysiądzie Babinka na skraju łóżka na minutkę. Wstaje, ja pomagam. Drobi drobno za rolatorkiem na krzesełko obok łóżka. Przysiada. Po minucie wstaje, ja pomagam. Rolatorek, a za nim Babinka kieruje się w stronę holu. Drobimy. Przypominam, że ma kolana wyprostować, nogi prosto, nie przykurczać, postawa prosta! Kiwa głową, że rozumie, ale idzie jak kaczuszka. Staje. Siada na foteliku przy końcu holu. Po minucie wstaje, ja pomagam. Po drodze kuchnia. Siada na skraju ławy. Za minutę wstaje, ja pomagam. Drobi do przeciwległego końca rzeczonej ławy. Siada. Po minucie wstaje, ja pomagam. Drobimy do sypialni. Łóżko. Siad. Wstanie. Krzesło. Siad. Wstanie. Drobimy do holu. Fotel. Siad. Wstanie. Drobimy do kuchni. Ława z brzegu. Siad. Wstanie. Ława po przekątnej. Siad. Wstanie. Każde podniesienie się do pionu okupione jękiem i słowami: „ nie mogę dłużej”! Co chwilę też płacze z bólu i bezsilności, bo nie ma pojęcia, co się z nią dzieje. Moim zdaniem to plastry morfinowe, o wiele silniejsze od tych, które dotychczas dostawała, a które niezbyt jej pomagały na bóle krzyża związane z osteoporozą. Przedwczoraj plastry wymieniałam, reakcja pobudzenia zaczęła się już w sobotę po południu, ale wczoraj był dubelt. Tylko, że to moje zdanie, bo ja żaden lekarz, ani „piguła” nie jestem, a już w ogóle nie wyznaję się na działaniu środków odurzających. Czytanie o skutkach, a praktyka, to dwie różne sprawy. Córka też niewiele wie. Na całą sytuację reagowała płaczem, wypalaniem niezliczonej ilości papierosów i uciekaniem z domu z byle drobnej przyczyny. Mnie to akurat „rybka”, ale jeśli przez osiem godzin uskuteczniałam bez jednej przerwy wędrówki z Babinką, jak wyżej, to w końcu nie wytrzymałam i poprosiłam ją o interwencję lekarską, bo nie wyobrażam sobie nocy po takim maratonie, który już zrobiłyśmy. Z początku miała opory, które skruszały w momencie, kiedy oznajmiłam, że moja „szychta” się kończy, i musze być wyspana na kolejny dzień! Telefon do pomocy. Dostała numer do lekarza dyżurnego. Dzwoni. Tłumaczy. Na koniec mówi, że lekarz będzie za trzy godziny. !!!!!!!!!! Czekamy zatem, nabijając dodatkowe kilometry na rolatorek oraz nogi: Babinkowe i moje. I kiedy Babinka już prawie z nosem do podłogi, z uporem nadal przemierza kolejne metry, a ja mam kołowrót w głowie, zjawia się lekarz. Szybko aplikuje lekarstwa, które Babinka w jeszcze szybszym tempie zwraca. Oczywiście dostała ataku nudności, które pojawiają się u niej w sytuacjach stresowych. Zatem zastrzyk uspakajający, i nie mija nawet pięć minut, jak Babinka prawie nam zasypia na toaletensztulu. Jakoś jednak udało się ją przebrać w nocne ciuszki i położyć do łóżka. Uff!!!

sobota, 26 maja 2012
MAMA!

 

MAMA!

Taki prosty wyraz, a jednak bycie nią wcale nie jest takie proste, jakby się wydawało!

Mama!

Od samego początku jest z dzieckiem.

Kiedy się narodzi!

Kiedy uczy stawiać się pierwsze, niepewne jeszcze kroki!

Ociera łezki z policzków, gdy upadnie!

Przytula i chroni w swoich ramionach w chwilach zwątpień!

Jest na każde zawołanie, zawsze gotowa pomóc, wesprzeć i obdarować serdecznym słowem!

Oddaje każdą cząstkę siebie i nic w zamian nie żąda!

Ale przychodzi taki czas, gdy pisklęta wyfruwają z gniazda, i wtedy każda matka zastanawia się, czy dobrze spełniła swoje zadanie. Bo przecież dzieci wychowujemy dla ludzi! Nie dla siebie!

Ten czas zastanawiania mam już za sobą, a wniosek niezbyt ciekawy. Bo chyba nie byłam dobrą matką! Przedkładałam swoje własne ambicje i aspiracje nad czas, w którym byliśmy tylko my! Marnym pocieszeniem jest dla mnie to, że wraz z dorastaniem moich dzieci uczyłam się na błędach, gdy brnęłam po omacku. Dziś wiem, że zmieniłabym wiele. Wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Nie wypowiedziałabym pewnych słów. Niestety, czasu nie można cofnąć!

Dzisiejszy dzień jest tylko namiastką pamięci o Matkach.

Szkoda, że nie pamięta się o ich trudzie każdego dnia, bo przecież Mamą, mniej czy bardziej dobrą, jest się dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku!

Niech nie tylko w tym dniu płonie płomień miłości Matek! Niech nie tylko w tym dniu, wszystkie Dzieci, i te mniejsze, i te większe, a także te całkiem już dorosłe, mogą  się przy nim ogrzać w każdej chwili swojego życia!

czwartek, 24 maja 2012
Ech!

Powinnam zapomnieć o wczorajszej nocy! Bo nawrzeszczałam na Babinkę!

Bo nie dość, że nie wiedziałam, jak mam spać z racji megakataru, to Ona co dwie godziny mi pobudkę robiła. Do wysadzenia z kropelką pipi! Nie strzymałam! Nawrzeszczałam! Popłakała się! Przepraszała! A mnie się łyso zrobiła, jak nie wiem co! I czuję się podle!

poniedziałek, 21 maja 2012
Wężykiem, wężykiem!!!

 

 

Tak podkreślam właśnie dzisiejszą datę. Bardzo, bardzo ważną datę!

Zaczęło się!

Dzisiaj, na plac budowy nad jeziorem, weszli murarze!!!

niedziela, 20 maja 2012
Pech!

Wczoraj wieczorem pogotowie zabrało Babinkę do szpitala w Buxtehude. Pech, czy co???

sobota, 19 maja 2012
Sama!

 

Od ubiegłego, do następnego czwartku jestem sama z Babinką. Uff! Jakby nie patrzeć, to mało komfortowa sytuacja, gdy się jest ciągle „na świeczniku”. A Babinka miodzie! Gdyby nie te wiatry okrutne tutaj! Ogromne kasztany kwitną na różowo, a tuż za nimi wszystkimi kolorami bzy, wisterie i rododendrony!

Skończyłam oglądać serial „ Gra o tron”, zaczęłam „Na Zachód”. I czytam „Sagę Rodu Forsythów”, bo tak mnie naszło, gdy sobie przypomniałam, że dawno temu taki serial był.

Macham!

wtorek, 15 maja 2012
Znaki zapytania

Nadal nie mam za grosz pojęcia, dlaczego tu jestem. Chyba tylko dlatego, aby w nocy być do dyspozycji babci, która w porywach potrafi co dwie godziny wołać o posadzenie ją na toalettenstuhl. Bo mimo zakładanego pampersa, nijak nie daje się przekonać, że można w niego się załatwić. W sumie nie dziwota, jeśli ktoś przez 87 lat w majty nie robił! Starzy ludzie już tak mają, że rękoma i nogami bronią się przed tym, co dla nich w tym momencie jest ostatecznym dowodem, iż starość wzięła górę, a ciało mdłe poddało się jej ze szczętem. Gorzej mam ja, bo nie należę do osób, które tylko poczują poduchę, i śpią. Najczęściej więc jest tak, że tylko zdążę zasnąć, a już jestem wzywana. A potem do połowy dnia ziewam i jestem nie do życia. A nie umiem spać po południu, co współczująco sugerowała Córka. Ostatnio próbuję zmienić godziny podawania tabletek nasennych, na godziny późniejsze. Może to pomoże, i Babcia będzie późną nocą zasypiać lepiej, niż do tej pory, kiedy te tabletki dostawała o osiemnastej.  A poza tym? Mija kolejny tydzień mojej pracy tutaj, a Córka i Zięć  co parę dni kursują między Moisburg a Oldenburgiem, gdzie mieszkają. Do tej pory udało mi się zebrać „zusammen do kupy” jedynie 8 dni, kiedy byłam sama. A gdyby policzyć te połówki dni, przed lub po południu, w których przyjeżdżają lub wyjeżdżają moi chlebodawcy, wyszłoby jeszcze mniej. Nie powiem, są mili, zawsze życzliwi w każdym calu,  troszczą się aż do przesady, aby tylko było mi dobrze, abym miała to co lubię, zwłaszcza do jedzenia. Nie tylko przywożą ze sobą zapasy dla siebie, gdy pomieszkują u Babci, ale także pościel, ręczniki i całą furę innych dziwnych rzeczy, zapakowanych w dziesiątki worków i woreczków foliowych. I zawsze furę papierosów, które namiętnie pali Córka. Potrafi w ciągu pół godziny wypalić dwie, trzy sztuki. Twierdzi, że się martwi stanem Babci. Pewnie tak, ale co jej pomoże, że gdy ją z okna kuchennego obserwuję, „sztacha” się raz za razem nerwowo? A Zięć? Oaza spokoju. Niewysoki, szpakowaty, starszy pan, któremu stuknęła niedawno siedemdziesiątka. Z pobłażliwością znosi humory żony, bo pewnie wie, że nie ma na to wpływu żadnego. A jak Ona zarządzi, tak jest. Mają jeden samochód, i zazwyczaj, po dwóch dniach pobytu tutaj, pan Zięć pakuje swoją walizeczkę, Córka zawozi go do sąsiedniej wsi na pociąg, którym dostanie się do Oldenburga, aby dopieszczać swoje trzy wnusie. Natomiast, kiedy jest tutaj, zajmuje się sprawami ogrodniczymi. Babcia nie ma ogrodu w dosłownym tego słowa znaczeniu, jedynie przed domem dość spory kawałek trawnika z wysadzonymi wzdłuż granic działki krzewami zimozielonymi i iglakami. Podjazdy są wybrukowane, ale wiadomo, że w szparach między poszczególnymi kostkami, lubią zasadzać się przeróżne chwasty. To Zięć je nożykiem! Prócz tego, z trawnika, specjalnym narzędziem wyrywa mlecze, a także pieli wszystko pomiędzy i pod krzewami. A wieczorami, długimi godzinami pisze coś w swoim laptopie. Byłam ciekawa, co? Może książkę? Okazuje się, że prowadzi dokładny dziennik tego wszystkiego, co w danym dniu się zdarzyło. Można powiedzieć, że Zięć, to pokrewna dusza, chociaż wyraźnie też Córka w pisaniu nie odstaje, bo każdego dnia w kalendarzu zapisywane jest wszystko, co dotyczy Babci. Jak spała, jak się czuje, ile zjadła, kto ją odwiedził, czy była na spacerze, itd. itp. A Babcinka? Babcinka ma bóle biodra, i kręgosłupa, bo operacja nic nie dała, czemu nie dziwota, skoro osteoporoza u niej taka, że ho,ho,! Prawie mi przypomina Frau Marię z Puhcheim. Do tego pooperacyjne problemy z żołądkiem, a nie tam żaden wegetarianizm jest teraz na tapecie w kuchni. Tylko dieta bardzo lekka, dużo warzyw i owoców, wszystko raczej gotowane, chociaż babcia nie pogardzi smażeniną. Ale nie mam serca jej serwować tego, co najbardziej lubi, bo potem wszystko mi się kraje, jak bidula męczy się nad wiaderkiem, aby to zwrócić! Dla mnie ta dieta Babcina też super, gorzej jedynie z tym, że Piekarzowa co i rusz kuchy pyszne donosi, którym ja niestety, oprzeć się nie mogę!

czwartek, 10 maja 2012
Na własne życzenie!

Wiedziona niezdrową ciekawością odnośnie pewnej sprawy, zapragnęłam zapoznać się z nią na czytniku rss. W złą godzinę oczywiście, bo zupełnie zapomniałam, że igoogle to strona bardzo bogata w przeróżne gadżety, które przy moim ślimaczku netowym zupełnie się nie otwierają, i ja za każdym razem czytam: ble,ble,ble, czyli jakieś dnsy, czy dsny maja winę, i nie można odczytać, i spróbować później, i za przeproszeniem, i uczciwszy uszy: d..a i tak w krzu! To mam jeszcze gorzej, jak miałam! Moja cierpliwość też ma swoje granice, aż taką netoholiczką nie jestem, więc uprzedzam, że znikam, a jeśli nawet się pokażę, to w szczątkowej formie. Zatem! Tym razem to Wy moi Mili powinniście uzbroić się w cierpliwość. Bo nie zbadane sa wyroki, kiedy się następnym razem pokarzę.

A tak w ogóle, to strasznie jestem ciekawa, czy ten wpis się ukarze! 

wtorek, 08 maja 2012
A na froncie budowlanym?

Na froncie budowlanym zaczyna się dziać. Odebrane już pozwolenie na budowę. Uzgodnienie z projektantem, że będzie także kierownikiem budowy spowodowało , iż większość potrzebnych spraw w gminie i urzędzie geodezyjnym, to on załatwił. Przez to także nie czekaliśmy na uprawomocnienie decyzji miesiąc, tylko niecałe dwa tygodnie. Również fakt, że mamy już podłączenia wod-kan i elektryczne, pomogło bardzo, bo nie musieliśmy tego ponownie załatwiać, jedynie parafowano je w gminie. A najważniejsze, że Ślubny dogadał się z ekipą murarską, nie tylko co do zakresu prac, ale także w kwestiach finansowych, i już około 20 maja rozpocznie się budowa. Ślubny jedynie do tego czasu musi mieć przygotowane nowe stanowiska podłączeń wod-kan, bo to akurat się zmieniło w stosunku do starego projektu. Oczywiście, także musi wyrzucić co nieco ziemi z miejsca, gdzie będzie ława fundamentowa oraz zamówić drobny żwirek na podsypkę pod fundamenty. No i poszukać kogoś, kto będzie chciał ziemię z wykopu, a to takie proste nie jest.  Póki co, wszystko załatwia sam, a na moje delikatne sugestie, aby się nie przepracowywał odpowiada, że jeszcze daje radę. Stara się nie forsować, ale też uważa, że ruch i praca fizyczna są wskazane, ale jeśli będzie taka konieczność, najmie  pomocników.  Chciałabym w to wierzyć, ale znając jego zamiłowanie do oszczędzania, trochę mnie martwi, że mnie przy nim nie ma. Z daleka mogę tylko liczyć na jego zdrowy rozsądek!!!

poniedziałek, 07 maja 2012
Zero, nul

I niestety! Moja wizyta wczoraj w domu Sylwii nie przyniosła żadnego rozwiązania. Mój stik u nich gorzej działał, jak u mnie. Próbowałam się podłączyć do ich sieci, bo mają net za pośrednictwem telefonu stacjonarnego. Wszystko grało do momentu, kiedy trzeba było podać hasło sieciowe. Sylwia przekopała prawie całe papiery u siebie, ale nie znalazła tego, co potrzebowałam. Śmiała się wieczorem, gdy przyszła nas odwiedzić, że przynajmniej dzięki mnie ma teraz porządek w dokumentach, bo szukając hasła, posegregowała je odpowiednio, a to co uznała za niepotrzebne, wyrzuciła. Ale było jej przykro, że nie mogli mi pomóc. Coś mi się zdaje, że główna przyczyna słabego netu tutaj, to fakt, iż jestem na terenach wiejskich. Kiedy pracowałam w miastach, wszystko działało, jak należy. Tak więc pozostanie mi to co jest. Rwące się co chwile połączenia oraz możliwość pisania i czytania. Czasem nawet udaje mi się poczytać blogi z innych platform, co wcześniej, w Rosengarten, nie było możliwe. To tyle z frontu netowego!

 
1 , 2
Archiwum