Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 31 maja 2011
Niekiedy pomaga !

poniedziałek, 30 maja 2011
Róże!

niedziela, 29 maja 2011
Zielono z odrobiną koloru!

Pochodziłam sobie dziś po mieście, a w zasadzie po tej dzielnicy, w której znajduje się domek Psora.

Szalenie mi się podoba to maksymalne wykorzystywanie każdej przestrzeni, aby tylko czuć się, jak we własnym ogrodzie!

Za to zawsze się zastanawiam, gdy widzę tak obrośnięty bluszczem dom, jak się żyje w nim lokatorom, czy nie mają kłopotów z różnymi robaczkami.

Bardzo mnie ujął ten machający, zielony ludek! :-)))

U sąsiada zaczyna kwitnąć piwonia,

i piękny wiciokrzew.

sobota, 28 maja 2011
Prawie się wyjaśniło!

Akurat siedziałam sobie tutaj.

I jadłam sobie takie pyszności!

Nagle zadzwoniła moja komórka. Patrzę, kto to? Gosia! Wysłałam jej szybko sms-a, że jestem w mieście, i jak wrócę do domu, to zadzwonię.

Zadzwoniłam. I jak myślicie? Co usłyszałam? Tak, tak, tak! Ona już tu nie przyjedzie. Nie chce mnie narażać na długie siedzenie tutaj zanim się coś wyjaśni, zadzwoniła do Birgit aby zamawiali nową opiekunkę. A w ogóle to, to usg , to jakieś niepewne jest ( tylko, jak dzwoniła przedwczoraj, to usg miało być dopiero w poniedziałek ), a na biopsję trzeba będzie długo czekać ( a wcześniej już miała załatwioną przez znajomą w klinice z Wrocławia ), więc ble, ble, ble! Nawijała mi makaron na uszy, jakby myślała, że u mnie coś pod "sufitem" nie teges! Bo głos radosny, że hej! Taka zestresowana możliwością choroby!

No, to tylko, jak skończyłam z nią rozmawiać, wykonałam parę telefonów. Do Birgit, aby zamawiali nową opiekunkę. Do firmy niemieckiej, aby przyśpieszyć procedurę, ale nie zastałam tam nikogo, mam dzwonic w poniedziałek. Do mojej firmy, niech już wiedzą, co w trawie piszczy i sami zaczną czynić kroki, by to od nich była zmienniczka, a nie z konkurencji z południa.

Jak wszystko się uda, to faktycznie zostanę tylko o tydzień dłużej! Już się cieszę!!!! :-)))

piątek, 27 maja 2011
Zmiana i "d..a w krzu"!

 

Wczoraj- godz. 12.15

Dzwonię do Gośki z pytaniem, jaką wodę mam jej kupić, gdy w drodze z urlopu nad Bałtykiem przyjedzie Birgit i będziemy robić zapas na cały miesiąc. Potem gadamy o tym i owym, a najwięcej o tym, że udało mi się załatwić z synem Psora jego zgodę na to, abyśmy zmieniały się nie co dwa miesiące, jak dotychczas, tylko co sześć tygodni. Córka Psora też już powiadomiona.

Ale jak zwykle, Gośka ma jakieś wątpliwości. W ogóle jest  zdumiona, że udało mi się to załatwić. No, bo jak? Z takim marnym językiem? Nie wzięła pod uwagę tego, że jak mam coś do wywalczenia, to się dobrze do boju przygotowuję. I zawsze mi się udaje. Dla niej to mimo wszystko dopust boży, bo dopiero od mojego następnego przyjazdu będą te 6 tygodni obowiązywać. Znalazła następny powód do utyskiwań. Ja będę sobie teraz 2 miesiące w domciu siedzieć, a potem przyjeżdżam na 6 tygodni, a ona taka biedna będzie teraz musiała z Psorem wojować dwa miesiące, a potem w domu tylko 6 tygodni. I jej biedny mąż, co on zrobi tak długo, jak jej nie będzie? Jakby mój sam w domu nie siedział w czasie mojej nieobecności. W końcu to nie moja wina, że jej mąż jest inwalidą i, że ich dzieci mieszkają za granicą. Czy dlatego powinnam ich żałować? Potem jeszcze stwierdziła, że przecież jej firma się na to nie zgodzi. I tu ją załamałam, jak powiedziałam, że moja firma nie wnosi żadnych sprzeciwów. Jeśli rodzina nas zatrudniająca wyraża zgodę, firmie nic do tego i musi się podporządkować. Ciekawe, co ona jeszcze wymyśli, aby mi uprzykrzyć życie. Swoją drogą, wolałabym aby znalazła sobie swą wymarzoną stałą pracę na Bawarii, bo jak tak dalej pójdzie, to... Ech!

A u Psora juz zaczyna kwitnąć wiciokrzew!

Miłego weekendu dla wszystkich!

I jak to zwykle ja tutaj, robiąc wpis w ratach i na biegu, zostawiam to, co powyżej do ewentualnej poprawki.

EDIT!

Godz. 15.oo

Dostaję sms od zmienniczki: dzwoń, to pilne!

No to dzwonię i z marszu pytam, co się stało. A ona na to, że była u lekarza i stwierdzono u niej guza tarczycy. Dopiero w poniedziałek ma usg, teraz jest po badaniu krwi, a jeśli okaże się, że wyniki są złe, to musi mieć biopsję. Zatem nie może we wtorek przyjechać, a ja muszę tu zostać jeszcze tydzień. A jeśli będzie biopsja, to jeszcze ze dwa. Szlag, szlag, szlag by to trafiłI Pytam się, dlaczego mi o tym nie powiedziała, gdy dzwoniłam. Usłyszałam, że była tak zdenerwowana i miała tak ogromnego stresa, że zupełnie o tym zapomniała! No! Tylko jakoś wcześniej nie było słychać w głosie nic, a przecież człowiek, który podejrzewa u siebie od razu najgorszą chorobę, nie umie powstrzymać emocji. Chyba, że jest cyborgiem. I guzik z mojego odliczania i cieszenia się na jezioro i lasy, na ciszę i spokój! Nie to, że jest mi tutaj u Psora źle. Jak wielokrotnie podkreślałam, jest to od wielu lat moja pierwsza, tak nie stresująca praca. Tylko, że jak się jest wyrwanym ze swego świata, to chciałoby się do niego wrócić w terminie wcześniej oznaczonym. Jak widać, znowu okazuje się, że planować, to nie my! Najciekawsze jednak było, jak Birgit przyjechała i rozmawiała telefonicznie z Gośką. Już prawie chemia była na tapecie. Nie życzę nikomu ciężkiej, a nawet lekkiej choroby, ale powoli zaczyna mi się tu coś nie zgadzać. Zresztą, Ślubny od razu, jak zadzwoniłam z "radosną wiadomością", iż nadal będzie słomianym wdowcem stwierdził, że ona załatwia sobie nową pracę. Pewnie ma rację, bo gdy Birgit oddała mi słuchawkę usłyszałam kilka stwierdzeń takich, które jakoś mnie utwierdzają w przekonaniu, iż coś jest nie halo.

Tylko co mi z tego, że to wiem? Bo jak ona coś "wymodziła", to jasne jak słońce, że po jakimś czasie się okaże, iż trzeba nową zmienniczkę szukać. A potem ta nową, we wszystko będę musiała wprowadzić. I pewnie będę tu jeszcze tkwiła, i tkwiła!

Ło matko pojedyncza! Chyba to sobie sama wykrakałam!

WRRRRR!

środa, 25 maja 2011
Lekarz meloman

Byliśmy z Psorem z comiesięczną wizytą u lekarza rodzinnego. Przemiły, wysoki i siwy jak gołąbek starszy pan. Zawsze wita nas serdecznie, a po osłuchaniu, zmierzeniu ciśnienia i przepisaniu leków jest czas na pogawędkę. Tym razem chwalił się, że jedzie razem z żoną do Lipska na festiwal Bacha. A potem zaczął mi opowiadać, że bardzo ceni Psora za to, iż swego czasu zajął się odkrywaniem twórczości Andreasa Romberga. To skrzypek i kompozytor, urodzony w Vechcie, jeden z ważniejszych przedstawicieli muzyki klasycznej w północnych Niemczech, którego twórczość była pod ogromnym wpływem Lista i Haydna. W Vechcie jest tylko mały ślad po Rombergu. To niewielka tablica na domu, w którym się urodził, a teraz jest tam biuro gminy katolickiej.

Właśnie Psor całe swoje zawodowe życie związał z jego osobą i twórczością.

Zagadali się potem panowie tak, że aż pielęgniarka przyszła przypomnieć, iż następni pacjenci czekają. Mnie tylko ciekawi jedna rzecz. Jak przychodzimy, to pan doktor najpierw wita się z Psorem podając mu rękę, potem dopiero ze mną. Czy tak powinno być, czy coś ze mną nie halo. Bo może Psorowi należy się większy szacunek, jako starszemu, a nie mnie, zwykłej kobiecie, będącej jego opiekunką? Nie żebym się domagała nienależnych hołdów, ale po prostu chcę wiedzieć, co na to savoir vivre.

poniedziałek, 23 maja 2011
Uwięziona!

Wczesny wieczór w sobotę!

Psor z Helgą i Hermanem pojechali na codwutygodniowe spotkanie z przyjaciółmi przy wspólnej kolacji.

Hulaj dusza, piekła nie ma! Tak powinno być normalnie. Ale nie było. Bo zachciało mi się opróżnić kosz z mojego pokoju. A pojemniki stoją na zewnątrz, zaraz przy wyjściu z przedsionka kuchni. Tylko trzeba pamiętać, aby pod drzwi, po ich otwarciu, coś podłożyć, bo inaczej się zatrzasną, i koniec, do domu nie wejdziesz. 

Oczywiście, tylko trzask usłyszałam. Idę od strony ogrodu do tarasu, z nadzieją, że Psor zostawił je otwarte, ale próżna moja nadzieja. Wyjść na zewnątrz nie ma jak, bo z jednej strony garaż Psora, łączący się z garażem i domem sąsiada, z drugiej malutka furteczka, zamykana na klucz, który na parapecie w środku kuchni leży. Możnaby się pokusić przejść górą tej furteczki, ale naprzeciw dom z dużymi oknami, i już możecie sobie wyobrazić, jakie byłoby zdumienie, gdyby zobaczyli pańcię, w kilogramach, wdrapującą się na "wyżki"! Obciach byłby na całą Vechtę. Nie było więc wyjścia. Kwitłam w tym ogrodzie, prawia jak ta róża. Ani komórki, aby gdzieś zadryndać. Ani zegarka, aby wiedzieć, która godzina i czy już czas warować, jak Psor z resztą towarzystwa wróci. Wiadomo tem, że jak się na coś czeka, czas w dwójnasób zwalnia. Zdążyłam w międzyczasie policzyć krzaki świętojanek, czarnych porzeczek, malin, jeżyn i wszystkie drzewa owocowe. U sąsiada policzyłam krzaczki róż i doliczyłam prawie 2000 obrotów fontanny. Na więcej nie miałam siły. 

A gdybyście widzieli minę Psora i Helgi, jak mnie wyswabadzali z tej zielonej niewoli! Bezcenne! Dwie godziny przetuptane! Całe szczęście, że wieczór był pogodny i ciepły, bo miałabym za swoje w kiepską pogodę!

sobota, 21 maja 2011
Jaki koniec świata? Jest super!

Dzień się zaczął piękną, słoneczną pogodą. Psor też dzisiaj, jak ten szczygiełek, wstał wcześniej niż zazwyczaj. A potem podziwialiśmy pierwszą w tym roku różę, która zakwita przed oknem salonu.

Przed południem kupiłam sobie nowe buciki do kijków, bo te polskie mi się rozsypały na tutejszych szutrowych dróżkach.

A jak juz sobie pochodziłam i wróciłam do domu, to zrobiłam tiramisu. Miałam wprawdzie problem, bo po raz pierwszy w życiu nie chciały mi się białka ubić, ale sobie poradziłam. Nie pytajcie proszę jak, bo to śmieszne jest. Jak jutro po wielogodzinnym chłodzeniu, będzie to zjadliwe, to Wam powiem!

A teraz lecę szykować Psora na spotkanie z Przyjaciółmi. Zaraz przyjedzie Helga i na dwie godziny wybywają! 

Miłej soboty wszystkim! Koniec świata o nas zapomniał! I dobrze!

 

piątek, 20 maja 2011
Nocne sprawy!

Nie! Nie będzie o seksie! :-))))

Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Psora, Gośka uprzedziła mnie, że będą kłopoty ze spaniem, bo Psor w nocy kilka razy wstaje do toalety i zachowuje się tak, jakby był zupełnie sam w domu. A tak się składa, że do toalety są dwa wejścia. Bezpośrednio z korytarza i tuż obok, drzwi z naszego pokoju! Ja może nie mam takiej melodii do spania, jak mój Ślubny, ale te 4 do 5-6 godzin w porywach to już jest dla mnie konieczne, aby w ciągu dnia normalnie egzystować. Do tego przynajmniej raz w nocy wstaję na pipi. Ale zdarza się i tak ( zwłaszcza gdy się podziębię ), że czasami biegam z przysłowiową kropelką co godzinę i zajęta toaleta, to dla mnie koszmar, który objawia się  przykrym bólem. Cóż, w dzieciństwie chorowałam na zapalenie pecherza i skutki tej choroby odczuwam do dziś. Gdybym więc nie pospała tych paru godzin, przewracałabym się o własne nogi.

Na całe szczęście, pomna wrażeń z Pfalzel ( pamiętacie Wariatki? ) jestem dobrze zaopatrzona w zatyczki do uszu. Używam ich już od lat. Tak mam od dzieciństwa. Po prostu byłam przyzwyczajona do ciszy w miejscu, gdzie śpię. Nie było zegarka, nic nie świeciło w oczy. Do szkoły budził mnie i braci nasz Tata. Do tej pory tak mam, że do snu potrzebuję absolutnej ciszy, żadnego światła, żadnego radia, nie mówiąc już o telewizorze. Byle odgłos potrafi mnie postawić na baczność. Mogę jechać pociągiem, czy autobusem kilka dni, ale nie zasnę, co najwyżej kończy się na kilkuminutowych drzemkach. Na kursach zawodowych , dawnymi laty, byłam ciągle niedospana, z wiadomych względów.  A potem trafił mi się Ślubny, który chrapie! Musiałam więc sobie radzić, bo nie cierpię do dziś osobnych sypialni, i jak niektórzy wiedzą, uwielbiam zasypiać z moim  na łyżeczkę! Wcześniej robiłam sobie zatyczki z waty. Kończyło się to tym, że raz na 2-3 lata musiałam iść do zabiegowego na przepłukiwanie uszu, bo pojedyncze kłaczki waty pozostawały w środku i po pewnym czasie miałam kłopoty ze słuchem oraz ciągłe szumy w uszach. Ale teraz są takie fajne koreczki z plastycznej masy, bardzo wygodne, dostosowujące się do miejsca, w którym tkwią, że zupełnie mi to nie przeszkadza. Mimo zatyczek, słuch mam naprawdę dobry, bo potrafię mimo ich założenia wiele różnych odgłosów usłyszeć, nawet w głębokim śnie. Po prostu, mam słuch jak u zająca!

A propo`s Pfalzel. Po moim wyjeździe przyjechała jeszcze jedna Polka do tych wariatek, ale wytrzymała tylko półtora miesiąca. Potem Frojndka najmłodszego syna zarejestrowała firmę opiekuńczą na trzy staruszki - czyli Magret, Ciotkę i własną Matkę- i tak się pięknie opiekowała, zwłaszcza Magret, która juz tylko na wózku się poruszała, że ta po miesiącu pobytu zachorowała na ciężkie zapalenie płuc i w szpitalu zmarła. Wiem to wszystko od Ewki, do której biegałam w czasie przerwy, gdy pracowałam u tych wariatek.

Ale, ad rem!

Oczywiście, że za pierwszym razem, zanim Gośka nie wyjechała, nie przyznawałam się, iż mam sposób na niesłyszenie nocnego markowania pana Psora. A faktycznie, potrafi to być bardzo deprymujące. Nie dość, że toaleta za drzwiami i każdy odgłos słychać, ale Psor urządza sobie po prostu prawie godzinne posiedzenia, na których oczywiście podśpiewuje, przytupuje, poklaskuje i uderza o uda na plask. I wtedy co? Nawet jak się obudzisz, to nie ma gdzie iść! Chyba, że skorzysta sie z toalety na dole, ale tam to żadna z nas nie chodzi. Nie, i koniec. To toaleta Psora. Na okrągło czyszczona, zmywana, usuwane są brudy, ale i tak zostaje jakiś taki zapaszek, którego za nic nie idzie usunąć, nawet wtedy, gdy używa się najlepszych brisów na świecie.

Mam więc koreczki do uszu, ale mam też swoje nocne potrzeby, których spełnienie uniemożliwia mi bardzo częste "markowanie"Psora. Czasem się zastanawiam, czy sobie nocnika tu nie kupić! :-)))) Pytanie tylko, czy w dwudziestym pierwszym wieku, takie naczynie specjalnego użytku, można normalnie w sklepie dostać?

środa, 18 maja 2011
Wieczorne podchody

Psor większą część dnia spędza w fotelu. Albo ogląda coś w telewizji, albo drzemie. Z tych drzemek najczęściej jest proszony na posiłki, ale już po ostatnim zastrzyku w granicach godz.21 to przydrzemywanie zdarza się coraz częściej. Wystarczy jednak zapytać, czy nie chciałby już iść spać, a od razu głowa mu podskakuje do góry, udaje zainteresowanego programem tv i za nic nie pójdzie do łóżka. Ba, nawet prosi, aby na niego nie czekać, bo jak uzna za stosowne, to sam trafi do swego łóżka. Raz spróbowałam nie czekać, i na nic się to zdało, po prostu nie zasnę i już. Oczyma wyobraźni widziałam go, jak spada ze schodów. Cóż więc mi pozostaje? Podchody. Co pół godziny schodzę na dół i pytam, czy już chciałby iść spać. Nie ,  jeszcze nie. Do tego nieodmiennie słyszę jego najulubieńsze powiedzenie la ri di rue. Powtarza się to 3-4 razy, aby nareszcie około 23-ej usłyszeć upragnione tak. Ale samo podniesienie się z fotela, po kilkugodzinnym siedzeniu, proste nie jest i trwa dłuższą chwilę, aby w końcu, na wspólne zawołanie, eine beine drei, udało się podnieść szanowne 4 litery. Potem sprawdzanie wszystkich drzwi, czy zamknięte. Idziemy do góry. Ja za nim w charakterze asekuracji. Rozbiera się sam, czasami tylko pomagam mu przy butach i obowiązkowo zakładam nocne pieluchomajtki, których on nie cierpi. I jak już wrzucę mu do szklanki tabletkę czyszczącą dla jego protez, poczekam aż się umyje, załatwi co trzeba, ubierze się w koszulę nocną, pożyczę dobrej nocy i kolorowych snów, mogę iść do siebie. Po drodze zapalam maciupką lampkę na korytarzu, aby nic się nie stało, gdy będzie w nocy szedł do toalety. A wtedy już tylko długi, porządny prysznic i do łóżka. Udało się! Do północy został jeszcze dobry kwadrans, gdy momentalnie zasypiam. 

Ale wpierw jeszcze ten wpis popełniłam!

Dobranoc!

 
1 , 2
Archiwum