Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 31 maja 2010
Po dawnemu!

Zawsze po przyjeździe z Niemiec dzwonię do moich netowych Ulubionych, że wróciłam. Tak było tym razem też.

W czasie rozmowy z Hannąmarią dowiedziałam się, że organizowane jest spotkanie dawnych Stylowiczek. W mieście wielkopolskim. Bez zastanowienia zapowiedziałam, że przyjadę. Cieszyłam się na tą wizytę przede wszystkim dlatego, że byłam ogromnie ciekawa zwłaszcza jednej - Olesi. Jeszcze jak pisałam na DTS, kiedy organizowano niejedno spotkanie, nigdy się nie pojawiała. Tym razem miała być. I była. Nie tylko Ona. Ale także Manchester, Zenobiusz, Dzikie Wino i Ejka.

Hannamaria zafundowała nam wycieczkę po swoim mieście. I nie byłaby sobą, gdyby nam nie przekazała jego historii. Potem, w uroczej knajpce siedziałyśmy popijając czerwone wino musujące i racząc się specjałami kuchni wielkoposkiej. Losowanie drobnych pamiąteczek, które każda z nas przygotowała zgodnie z dawnym zwyczajem stylowych spotkań, także się odbyło. Mnie przypadł kubeczek szefowej, z którego już wczoraj sączyłam przepyszne kawy smakowe, nabyte drogą kupna w Hanczynym mieście.Dyskusje różne, a jakże, też były, nawet polityczne. W odróżnieniu jednak od "gadających głów" w naszej tv, było bardzo merytorycznie, bez zajadłości i wzajemnego przekrzykiwania się.

Kilka godzin minęło, jak z bicza trzasnął. A ja się cieszę. Bo znowu poznałam parę fajnych Kobiet, które do tej pory istniały tylko dla mnie w wirtualnej przestrzeni.

sobota, 29 maja 2010
A było to tak - cz.5

Środa, 12.05.10

 

Zaczyna mnie nosić! Dzisiaj nakrzyczałam na Bab, że się któryś raz pod rząd „ukakała”. Popłakała się bidula! Samej mi się potem głupio zrobiło.

Po południu dech z wrażenia mi odebrało. Ciotka pobiegła do sklepu i wręczyła mi pudełko pralinek! Z okazji dnia matki, który tu odbywał się w niedzielę!

No, i miała wpaść Frojndka tego synka o dużej tuszy. Ale wpadł najstarszy i mnie zabrał na zakupy. Nigdy więcej! Nie dość, że na chybcika, to jeszcze co chwilę marudził, bo mu za drogo! Z tych nerwów, połowy rzeczy nie kupiłam. Całe szczęście, że Ciotka ma zawsze otwarty portfel. Tylko jutro nic i tak nie kupię. Święto! Myślałam, że tylko u nas dostatek świąt. Ale nie. Tutaj, co rusz mają wolne! Dzisiaj było Wniebowstąpienie, a za tydzień – Zielone Świątki!

 

Niedziela, 16.05.10

 

Ło matko pojedyncza!!! Co to za ludzie?!?!?!  Zapraszają do siebie, są mili, serdeczni, chwalą, „ochy” i „achy” serwują, a na koniec wywalają z grubej rury, co ich w  żołądku gniecie. Już w różnych miejscach byłam, ale pierwszy raz spotykam się z sytuacją, że żąda się ode mnie oszczędności na środkach higieny , pampersach (najlepiej, gdybym tylko używała 2 na dobę), specjalnych plastrach na odparzenia ( mam przycinać do wielkości ewentualnej ranki). Bo przecież splajtowała piekarnia, którą wynajmowali, kasa chorych nie wypłaca wszystkiego. A na dodatek ja robie drogie zakupy ( ośmieliłam się kupić kawę za prawie 5 € ). I Bab ma wieczorami wysoki poziom cukru, bo według Ciotki tylko truskawkami ja futruję. Na nic moje zdziwienie, że co, dopiero teraz to odkryli, po prawie 2miesiącach. Nie łaska było mi na początku powiedzieć, co mi wolno, a co nie? I jakoś nadal nie dociera do nich fakt, o którym nieraz informowałam, że to Ciotka pasie Bab słodkościami, gdy tylko zniknę z ich pola widzenia! Na koniec, ze słodką minką zapraszają w lecie na dłuższe pobyty, bo jest gdzie nocować! Tfu! Fałszywe to, że aż człowieka skręca. Cały weekend mi zepsuli!

Czyżby trzeba było rozglądać się za nowym miejscem?

 

Środa, 19.05.10

 

Okazało się, że Ciotka tylko przyczajona jest. Dzisiaj pokazała rogi, ale się nie dałam i teraz siedzi obrażona na cały świat i pół Ameryki.

Popołudniem późnym przyjechała Frojndka Grubego, ze swoją mamą, bo u nas była zamówiona fryzjerka, aby wszystkim paniom zrobić trwałą. W międzyczasie Frojndka  pojechała na tygodniowe zakupy. Ja zostałam do pomocy, zwłaszcza Bab. Na koniec Ciotka kazała mi zabrać fryzjerce kosze z całym jej oprzyrządowaniem i znieść na dół ( fryzjerka akurat była młoda i słusznej tuszy ), na co ja odpowiedziałam, że mogę jej jedynie drzwi otworzyć, skoro ma ręce zajęte, bo nie moją pracą jest znoszenie pakunków zamówionych i dobrze opłaconych niemieckich pracowników. I zaczęły się histerie, jak ta „lala”. Mama Frojndki, a także jedna z czarownic, która przyszła odwiedzić Bab, wprost zaniemówiły. Z braku reakcji widowni Ciotka poszła spazmować do salonu, i udawała ciężko obrażoną! W międzyczasie wróciła Frojndka. Gdy się zapytała, czy wszystko w porządku, powiedziałam w czym problem, i  co według Ciotki jest nie „richtig”. Ta więc poszła Ciotkę uspokoić i stwierdziła, że nic się nie stało. A Ciotka ma „zgryz”! Bo pewnie chciała wszem i wobec pokazać, jaka ona jest ważna i się nie udało! No! :-)))))) Bo przecież ja się na bagażowego tutaj nie pisałam!!!

 

Sobota, 22.05.10

 

Wczoraj przyjechała Wekselka. Razem przygotowałyśmy obiad, i ja ….. fruuuuu! Po Ewkę, na drugą stronę ulicy, i pojechałyśmy do Trier. Pogoda cudowna, wielojęzyczny gwar na ulicach. Udało mi się zaliczyć Porta Nigra Katedrę, pochodziłam też po pięknym rynku. Szkoda, że było mało czasu, bo miasto piękne i zabytków w nim całe mnóstwo – TUTAJ

Porta Nigra

Katedra

Wnętrze katedry

Kamieniczki na rynku Trier

A później razem z Ewką i jej podopieczną kolędowałyśmy po Pfalzel, kolejno odwiedzając jej synów.

Torba już spakowana. Czekamy aż Bab i Ciotka pójdą spać, bo mamy zamiar jeszcze skoczyć z Wekselką do Ewki, na pożegnalne winko!

Jutro do domu!

piątek, 28 maja 2010
A było to tak - cz.4

Czwartek, 28.04.10

 

Ani się człek nie obejrzy, a tu już jeden miesiąc za mną!

Pogadałam z Synkiem. Ma stanowczo zabronić Ciotce jej wycieczek z Bab po schodach. I powinien zamówić lift treppe, czyli specjalnie montowany wózek elektryczny do jeżdżenia po schodach. Obiecał, że załatwi. Całe szczęście, że ta Rodzina współpracuje z nami, nie słuchając tego, co im stara się Ciotka tłumaczyć, że i ja, i moja Wekselka nie nadajemy się do opieki. Pewnie! Ciotka wolałaby tą pierwszą Polkę, która nie umiała w ogóle mówić po niemiecku i na wszystko się zgadzała, co tylko dwie starsze panie sobie wymyśliły!

 

Sobota, 01.05.10

 

Przyjechał średni Synek. Z przyjacielem. Nawieźli nam masę owoców i słodkości. Oczywiście była kawka, miłe i niezobowiązujące bla,bla,bla. Obaj panowie stwierdzili, że świetnie sobie radzę z niemieckim, zwłaszcza w porównaniu z poprzedniczkami. I tylko nie wiem, czy się cieszyć, bo tak jest rzeczywiście, czy martwić, bo poprzedniczki były słabe.

A wieczorem, około 23, powtórka z dawno nie przerabianej rozrywki, czyli wystawianie Ciotki za drzwi sypialni Bab. Przy okazji, solennie obiecałam Ciotce, że następnym razem złamię jej paluch, którym mi grozi za niewątpliwe zniewagi, których wobec niej się dopuszczam!!! Po czym  odwróciłam się na pięcie, zostawiając obie rozwrzeszczane staruchy, zapakowałam korki do uszu i poszłam spać. Niech przeżywają nawet całą noc! Dokładnie zwisa mi to i powiewa. Nie mam zamiaru dochodzić, o co w tym wszystkim chodzi, bo i tak, one na zmianę kochają się i nienawidzą. Po co tych przyjemności pozbawiać je na starość!

 

Niedziela, 02.05.10

 

Aby nie było, że jest tak cudownie, to dla odmiany coś się pielęgniarkom pozajaczkowało w rozkładach jazdy. Pierwsza przyszła o 6, wyciągnęła Bab z łóżka, umyła, ubrała i nakremowała, a potem posadziła ją w salonie. Wszystkie te czynności robię zawsze ja, oczywiście nie o tak nieludzkiej porze. Za niecałą godzinę przyszła druga, dała Bab tabletki i zastrzyk. No i Bab dostała stres potężny, bo pewnie ją chcą do szpitala zabrać. Musi się pakować i uciekać. Oczywiście, próbuje wstawać z fotela, musi przecież iść z tego domu. Na nic moje tłumaczenia, że to była pomyłka pielęgniarek, bo pewnie jakaś była nowa i jej się stele pomyliły. W końcu nie było wyjścia, zadzwoniłam do Rodzinki. Przyjechała Synowa. Jakoś udało się jej Bab uspokoić, a ja przy okazji poskarżyłam się na Ciotkę. Nawet powiedziałam, że tej pracy jest dosyć i ja nie muszę tu jeździć, jak ktoś uważa z mojego powodu mu się krzywda dzieje. Synowa zarządziła więc dla mnie całe popołudnie wolne. Zorganizowała czarownice, które po obiedzie zabrały Bab na rolsztulu, i pojechały gościć się gdzieś po swojemu. A ja skorzystałam i poszłam sobie do kościoła, w którym z okazji 100- lecia tutejszego chóru odbywał się jubileuszowy koncert. Półtorej godziny pięknej organowej muzyki, śpiewów chóru męskiego i żeńskiego, występy specjalnie zaproszonego znanego tenora. Dla towarzystwa Mozarta, Bethovena, Bacha, Dworzaka, Schubert i Chopina – warto było nagadać na Ciotkę.

 

Poniedziałek, 03.05.10

 

Bab od rana przeżywa! Zamknięto z powodu plajty piekarnię, która na parterze była wynajmowana. Kiedyś Bab ją prowadziła przez prawie 50 lat, przedtem jej ojciec i dziadek. Najgorsza tragedia to fakt, że teraz po pieczywo i słodkości będę musiała biegać dokładnie naprzeciw!

Cały dzień pełen łez!

I pierwsza wiosenna burza tutaj, z niezłym gradobiciem!

 

Środa,05.05.10

 

Ło matko pojedyncza!!!!

Bab z Ciotką oglądają program muzyczny, a ja ryczę jak głupia, bo na swoim laptopie obejrzałam właśnie piękną historię miłosno-rodzinną „ Nowszy model” !

Gdzie są te cholerne szneptuchy???? Chlip,chlip, chlip!

Chyba zaczynam się rozklejać!

 

Sobota, 08.05.10

 

Czy ja wyglądam na taką, co potrzebuje chłopa na gwałt? Bo zadzwonił najmłodszy synek Bab z wiadomością, że ma dla mnie ganz neue deutsche man! Też mi coś! Z „godnościom odsobistom” podziękowałam za fatygę, bo mam swego osobistego Ślubnego, ale i tak zostałyśmy wszystkie zaproszone do Schilingen.

Czy powinnam się zrobić na bóstwo?

 

Poniedziałek, 10.05.10

 

To się gościłyśmy!!!! Już dawno tak dobrego tortu czekoladowego nie jadłam! Najmłodszy synek Bab ma przepiękny dom, prawie na skraju wsi. Szkoda tylko, że pogoda nie dopisała.

Ale gabaryty tego pana, to – moiściewy! Dawno nie widziałam tak ogromnego mięśnia piwnego! Nie dopytywałam już o tego deutsche mena dla mnie, bo pewnie okazałoby się, że jest w rozmiarze XXL do sześcianu!

Nad brzegiem rzeki rozlokowało się masę kafejek, restauracyjek,

Następnym razem popłynę sobie w rejs

Tu siadywałyśmy na kawę, gdy utrudzone byłyśmy jazdą na rowerze

czwartek, 27 maja 2010
A było to tak - cz.3

Czwartek, 08.04.10

Kolejne histerie Bab. Bez żadnej przyczyny zresztą, co u osób z demencją jest stanem normalnym! Całe szczęście niedługo ją usypiałam! A najważniejsze, że Ciotka się nie wtrącała. Tylko, co z tego, skoro potem Bab co godzinę wołała swoja Mamę. Nie było szans jej uspokoić.

Piątek.09.04.10

Nowy dzień się kłania, i trzeba być „na fleku”, ale zaczynają mnie swędzić wnętrza dłoni. Już wiem z pamiętnego Morenhoven, że u mnie to taki dziwny objaw niedosypiania. A wieczorem kolejna awantura, aż „pióra fruwały”. W końcu musiałam zamknąć Ciotce drzwi przed nosem na klucz, bo jej wrzaski chyba umarłego by obudziły. Tego zdziwienia na jej twarzy, to ja nigdy nie zapomnę. Do rana był spokój!

Sobota.10.04.10

Zadzwonił Ślubny z informacją o katastrofie prezydenckiego samolotu.   ( * )

Niedziela, 11.04.10

Co godzinę, przez cały dzień, oglądamy wiadomości.

Bab płacze głośno, Ciotka cicho pochlipuje.

Gardło mam ściśnięte!

Co można napisać wobec tak strasznej tragedii???

 Czwartek, 15.04.10

 Cicho!

Spokojnie!

Leniwie!

I nawet nie wiem, jak to się stało, że wszystko obłaskawione!

Tylko muszę trochę „szwungu” załapać w żagle?

 Sobota,17.04.10

 Jak oglądam relacje niemieckiej telewizji z tego, co u nas się dzieje, miałabym ochotę zawołać wielkim głosem: „ CISZEJ NAD TYMI TRUMNAMI”!!!

 Piątek, 23.03.10

 Ani się człowiek obejrzy, a już miesiąc nowy mi się tu zaczyna.

Zostałam zaproszona na lody przez Synową. Wielkie „mecyje”! Prawdopodobnie z radości, że od dwóch tygodni nie ma większych awantur z Ciotką, ten zaszczyt „mnie kopnął”! Ale fakt, faktem! Uładziło się wszystko. Doszłam bowiem do słusznego wniosku ( szkoda, że tak długo to trwało!!! ), iż nie ma sensu walczyć z Ciotką. Siedzi tu „prawem kaduka” od x, x lat. Co ja będę swoje nerwy szarpać? Jak Ona spokojna, to ja miła jestem. Jak stara się zrobić coś swoim zwyczajem, wrzeszcząc i wygrażając palcem, spokojnie mówię, co mam do powiedzenia ( oczywiście przypominając jej, że nie jestem dzieckiem i palec może użyć w innej sprawie ), odwracam się plecami i wychodzę. Niech się sama „pluje”! Po prostu pokazałam jej dobitnie miejsce w szeregu, i nie miała wyjścia, jak w końcu przyzwyczaić, że nastąpiła zmiana warty!

 Niedziela,25.04.10

 Nareszcie Syn odszykował rower. Na „czuja”, w czasie przerwy, wybrałam się na przejażdżkę. Znalazłam fajna trasę, nad samą Mozelą. Rozwiązanie tras rowerowych i dla pieszych, to coś, co najbardziej mi się w Niemczech podoba. Można jechać lub iść dziesiątki, a pewnie nawet setki kilometrów, i nie trafi się nigdy na szosę lub autostradę, każde miasto też można objechać „mimo”. Wszystko bezpiecznie, dokładnie oznaczone, prowadzone tak, aby jak najwięcej chłonąć wspaniałości przyrody czy architektury.

Jechałam więc sobie w słoneczku, mijając takich samych zapaleńców, jak ja. Na rzece, co rusz przemyka, a to kajak, a to motorówka, a to statek wycieczkowy. Na brzegach, na trawie rozłożyli się tu i ówdzie pierwsi amatorzy grillowania, ławeczki nad wodą w przeważającej części zajęte przez amatorki słonecznych kąpieli. Sielanka. Nawet nie przeczuwałam, że będę miała niezłą niespodziankę po powrocie.

Wróciłam przed czasem. Wchodzę na podwórze, stawiam rower, przysiadam na stojącej sofie odsapnąć odrobinkę ( w końcu zrobiłam po bardzo długiej przerwie, przeszło 20 km! ). Nagle słyszę jakieś głosy dochodzące z klatki schodowej. Zaciekawiona idę, i….. Myślałam, że zawału serca dostanę!!! Ciotka taszczyła Bab po schodach w dół! No horror po prostu! Jeszcze chwila, a obie wylądują na dole! Podbiegłam, capnęłam Bab w swoje ręce i pytam Ciotkę, co ją napadło. A ta z miną niewiniątka oświadcza, że przecież obiecałam Bab spacer nad Mozelą na rolsztulu! By ją pogięło! Obiecywać, obiecałam, ale po kawie, a do niej jeszcze pół godziny z okładem! No nic, sprowadziłam bezpiecznie Bab na dół, posadziłam na wózek, zawiozłam za róg domu na osłonięte tujami miejsce. Kazałam Ciotce pilnować, a sama poszłam do góry. Zrobiłam kawę, dla Bab przygotowałam bułeczkę, dla Ciotki i siebie po croissancie. Zaniosłam na dół, wypiłyśmy co było do wypicia, zjadłyśmy, co było do zjedzenia. Przy okazji nawtykałam Ciotce wedle lat za takie nie przemyślenie tego, co mogło się zdarzyć jej ukochanej Bab. A potem zostawiłam Ciotkę, i sama poszłam nad rzekę pchając wózek z Bab. Chodziłyśmy dobrze z godzinę. Na koniec stwierdziłam, że starczy, bo Bab nie miała ani okularów przeciwsłonecznych, ani kapelusza do osłony ( czego oczywiście nie mogłam w domu znaleźć!).

Wchodzimy na klatkę, powoli prowadzę Bab po schodach, stopień za stopniem. Na przedostatnim, Bab nagle jakoś dziwnie staje, tylko połowami stóp, przekręca się dziwnie, jeszcze trochę straci równowagę i mnie pociągnie za sobą. W sekundzie uświadamiam sobie, co będzie i wybieram mniejsze zło. Po prostu popycham ją, aby usiadła! Uff! Siedzi. Ale kolejny problem. Jak ją z tego siadu dostać do pionu, skoro wyższa i cięższa ode mnie. Wołam Ciotkę. Ta, jak zobaczyła co się stało, zaczęła histeryzować. Wrzasnęłam na nią, by się uspokoiła i mi pomogła. Niech idzie po jakiegoś sąsiada. Poszła. Ja w międzyczasie próbuję Bab podciągnąć pod ścianę. Ta wrzeszczy. Ciągnę! Wrzeszczy! Usadowiłam! Wrzeszczy! Podłożyłam poduszki pod plecy! Wrzeszczy! W końcu zjawił się jakiś starszy pan, sąsiad ściągnięty przez Ciotkę do pomocy. W „tri miga” postawiliśmy Bab do pionu i przeprowadziliśmy na jej fotel pod oknem, w salonie. Podziękowałam Sąsiadowi serdecznie, dałam mu nawet paczkę kawy za fatygę.

Ale to nie był jeszcze koniec atrakcji tego dnia. Bo kiedy wieczorem położyłam Bab spać, po godzinie przybiegła do mojego pokoju Ciotka, bym szybko szła ratować Bab. Idę! Patrzę! Bab cała rozpalona! No tak! Za dużo słońca na jeden raz. Szybko biorę ręcznik pod wodę, próbuję robić zimny kompres, a Ciotka jak nie zacznie wrzeszczeć, że chce Bab zabić. Mówię jej, co robię, ale nie dociera. Wystawiam ją więc stanowczo, ale spokojnie za drzwi. Oczywiście, „plepra” coś w swoim dialekcie ze złością! Jakoś udaje mi się Bab doprowadzić do normalnego stanu. Cała „happy” idę do salonu, a tam Ciotka zaczyna mnie przepraszać! Myślałam, że padnę z wrażenia. Na koniec wyściskałyśmy się serdecznie i mam nadzieję, że to już prawdziwe zawieszenie broni między nami!

Restauracja, której taras wychodzi na Mozelę. Tu chodziłyśmy na

kawę.

 

Fragment starych murów miejskich

Widok na Mozelę

Jeszcze zimno, więc na rzece tylko barki widać.

Winnica na stokach podgórskich

Stare domiszcze, ale jakie malownicze!

środa, 26 maja 2010
A było to tak - cz.2

Wtorek, 30.03.10

 

Zaczynam drugi tydzień.

Spokój i cisza na całej linii. Dziwi mnie tylko jedno. Co robiły gatki Ciotki przy łóżku Bab?

Synowa przyniosła nowe żelazko!

Dobrze, że w domu naprzeciwko jest Ewa. Mam gdzie biegać podczas przerwy. Gdy jest ładnie, siedzimy w ogrodzie, pijemy kawę i gadamy do imentu. Kobieta jeździ już ładnych parę lat do Niemiec,  jej uwagi, rady i sugestie są mi bardzo pomocne w temperowaniu moich staruszek. W ogóle to ją podziwiam. Drobna 40-latka, po przejściach, u swojej babci jest już pół roku i nie zamierza nigdzie jeździć, zwłaszcza do kraju, który według niej nie dał jej szczęścia. Strasznie pracowita, doprowadziła cały dom i obejście do kwitnącego stanu, a jej dbałość o ogródek kwiatowy jest nieprawdopodobna. Teraz jest na etapie zakładania warzywnika. Wcale się nie dziwię, że jej niemieccy gospodarze nie chcą nikogo innego. Obie czekamy, kiedy pogoda się ustali, bo już planujemy sobie czasem wpadać na kawę do pięknej restauracji, z tarasem wybiegającym prosto na Mozelę!

 

Środa, 31.03.10

 

I mamy remis. Wczoraj wieczorem Bab dostała strachu na stukot podnoszonych barierek od łóżka. Nie dałam rady jej uspokoić. Ciotce się udało. Chyba musze pomyśleć nad zmianą strategii. Dzień mój, wieczór Ciotki? Jak taka ważna, niech się pomęczy! No, nic! Pożyjemy, zobaczymy!

Jednak nie było mi dane! Po godzinie, od momentu, kiedy poszłam spać, usłyszałam wrzaski. Próbowałam je ignorować, ale się jednak nie dało, bo Ciotka wparowała do mego pokoju z płaczem, że Bab ledwo dyszy. Faktycznie, Bab się zasapała , bo dostała najnormalniejszej histerii. Nijak nie szło jej uspokoić, Ciągle powtarzała, że nikt jej nie kocha, że wszyscy dybią na jej majątek, chcą ją z domu wyrzucić. Nawet Mamusia ją opuściła, a Ona tak za nią tęskni. Oczywiście w międzyczasie Ciotka co chwilę zjawiała się w pokoju, musiałam ją wyganiać. Potem chciała dzwonić do Syna. Nie pozwoliłam, bo już prawie północ była. W końcu zagroziłam, że jak nie przestanie łazić, to zostawię ją z tym całym kramem i niech sobie radzi. Bo po co wyzywa Bab od różnych i kładzie jej głupoty do głowy?

Wyciągnęłam Bab z wyra i zwlokłam do salonu, niech siedzi. Jak będzie miała ochotę iść do łóżka po spokojności, niech zawoła. Sama wzięłam swoją kołdrę i położyłam się na sofie, aby w razie draki służyć pomocą. Oczywiście, przysnęłam z godzinkę, i około 3,15 ponownie zawlokłam Bab do łóżka.

O 5.30 znowu pobudka. Bab dalej histeryzuje.

Oczywiście cały dzień bolała ją głowa i wszystko części ciała. Ciotka spała do południa, zjawiła się na obiad. Słodka, jak cukiereczek.

Z rodzinki nikt oczywiście się nie pojawił. Oj, będą mieli do słuchania! Niech ich tylko dorwę!

 

Czwartek, 01.04.10

 

Spokój, spokój, spokój. Pewnie dlatego, bo Ciotka wiedziała, że zjawi się Synowa Bab i pojedziemy na przedświąteczne zakupy. 

Placki z jabłkami, które serwowałam na obiad zrobiony „ na chybcika” smakowały im, jak nie wiadomo jaka małmazja.

Po południu Ciotka ponownie mi podpadła. Ani chybi znowu napasła Bab słodyczami, bo na przedwieczornym pomiarze cukru było prawie 500 jednostek. Oczywiście, nie przyznała się do niczego, czarownica jedna! Krasnoludki ? Nie! To pewnie niemieckie gnomy podrzuciły!

Nie obyło się także  bez sabatu czarownic – złażą się stare baby i trajkoczą w „placie”. A najgorsze te stare palaczki! Nigdy  z nimi nie siedzę, bo po co. Jeden z nich pożytek, że dobrze zabawiają Bab. Tylko Ciotka dostała „szwungu” i udowadniała wszem i wobec, że Bab oskarżyła ją o bicie. Nadawała o tym dwie godziny z okładem. Jakby upajała się tym, że Bab przeżywa każde jej słowo i ciągle popłakuje. W końcu, krótko przed spaniem, powiedziałam Bab do ucha, że nie ma się martwić, bo to Ona jest panią wszystkiego. Chyba zrozumiała moja nieskładną mowę, bo bez problemu poszła spać. Ciotka próbowała swoich gierek, ale ją zaszachowałam. Moim zdaniem  - rzekłam - jest mądrą kobietą i na pewno wie, iż lepiej czasami milczeć, niż powiedzieć za dużo. Podziałało, bo noc minęła spokojnie.

 

Piątek, 02.04.10

 

Dzisiaj święto. Na ulicach prawie nie ma ludzi. Zresztą, zimno tu, jak nie wiem co! Po południu tylko widać grupki dzieci i młodzieży z   drewnianymi klekotkami. Ciotka rozmodlona. Bab spokojna. Mam nadzieję, że to nie cisza przed wieczorną burzą!

Oczywiście scysja była, ale krótka. Bo jak powiedziałam Ciotce, że może sobie teraz z Bab siedzieć pół nocy, skoro ją obudziła, to Ciotka w „te pędy” przybiegła do mojego pokoju  prosić, abym się nie gniewała i wszystko zrobiła po mojemu!

 

Sobota.03.04.10

 

Rano! Wpadła Synowa i przyniosła akcesorium do robienia puree. Do tej pory ziemniaki dukałam widelcem. Muszę jej jeszcze powiedzieć o tłuczku do mięsa, bo ostatnio kotlety ubijałam kantem dłoni!

Południe! Nie będzie sernika! Buuuuu!

Ciotka przywlokła mały torcik śmietanowy, tylko dla mnie. Ale się „opcham”!!!

Po południu jedna czarownica przyszła z kwiatkami dla Bab. Potem druga przyniosła pół babki, a trzecia 2 wędzone pstrągi. Bab popłakuje jak zwykle, ale tym razem ze szczęścia.

Późne popołudnie! Upiekłam wołowe rolady, przygotowałam też jajka faszerowane na jutrzejsze śniadanie.

Wczesny wieczór! Położyłam Bab. Sama chciała. Ciekawe na jak długo?

Późny wieczór! Ło matko pojedyńcza! Prawie 22 godz., a Bab śpi i o nic nie woła!

To chyba niemożliwe!

Ale za to ciotka, oglądając telewizję, cosik do siebie mruczy. Chyba zacznę ją podsłuchiwać! Hi,hi,hi!

Już noc ciemna! I gdyby mi ktoś powiedział, że w najlepszej komitywie będę z Ciotką oglądać program Thomasa Gottschalka o pięknych latach 60-tych, to nie uwierzyłabym!

 

Wielkanoc! 04.04.10

 

Wieczór! Razem z moimi staruszkami oglądam program typu „Heimat Melody”. Dokładnie pamiętam, że kiedy jeszcze pokazywano te programy w naszej telewizji, zawsze byłam nimi oczarowana. Teraz też łza się w oku kręci. Być może także dlatego, że nie czuję żadnych śladów Świąt Wielkiej Nocy. Na dodatek, popsuło się chyba nam ogrzewanie i wszystkie kaloryfery zimne, jak bałwany o północy. Wpadł jeden z Synów, na 10 minut przyjechał odwiedzić Bab. Drugi Synek - gej, wpadający jak po ogień z Frankfurtu, też nie lepszy. Wpada raz na tydzień, każe wypakować kosze,  spija kawkę, i już go nie ma. Za to ja mam robotę z pilnowaniem dat ważności tego wszystkiego, co nawozi. W życiu tyle żywności nie wyrzucałam do śmieci, jak tutaj!

Bab i Ciotka rozmarzone! Będzie druga spokojna noc!

 

II Dzień Wielkanocny 05.04.10

 

Zimno!!! Brrrrr! I przed nami perspektywa, że naprawią piec jutro rano. Paluchy mi zgrabiały. Ważne, że obie staruszki spokojne! Na zewnątrz też prawie zimowa pogoda. Nic, tylko zakopać się pod kołdrą!

 

Wtorek, 06.04.10

 

Trzeci tydzień się zaczyna. Znowu się pokłóciły wieczorem. Ciotka wyzywała Bab od głupich. Dałam sobie na wstrzymanie, bo prawdopodobnie one bez tych „szturchanek” nie potrafią egzystować, i wkroczyłam do akcji, gdy poziom wrzasków przekroczył dopuszczalne granice. Stanowczym ruchem wystawiłam Ciotkę za drzwi, słodko życząc jej dobrej nocy, i  nie zważając na wrzaski ciotczyne, przez godzinę gładziłam Bab po czółku, aż utrudzona pochlipywaniem – zasnęła!

Ciotka też odpuściła i do rana spałam jak trusia!

 

Środa, 07.04.10

 

Bab o 19.20 zażyczyła sobie łóżka. I przespała całą noc! ! !

 

wtorek, 25 maja 2010
A było to tak -cz.1

Wtorek, 23.03.10

 

Ślubny zarządził wyjazd o 8 rano. Gdybym ja wiedziała, że będzie jechał tak uczciwie ( czyli zgodnie z przepisami ), to wyjechalibyśmy o 7.30. A  tak, miał do słuchania, bo byłam święcie przekonana, że nie zdążymy na busa. Trudno! Mam tą samą przypadłość, co moja Mamusia. Muszę być 15 minut przed czasem, bo inaczej  dostaję furiacji.

Podróż szybka, jak na trasę przez całe Niemcy. Tylko 13 godz.

 

Środa, 24.03.10

 

Jestem w Pfalz, to przedmieście Trier, ale do jego centrum jest około 7 km.. Mieszkam w dużym, 2 piętrowym domu. Ja na I piętrze, parter wynajmowany jest piekarni, a II piętro młodemu małżeństwu. Mam się opiekować 74 letnią Babcią, po wylewie, z cukrzycą. Całe szczęście Bab w miarę chodząca. Oprócz tego, rezyduje jej  87 letnia Ciotka – młodsza siostra matki. Bab cichutka, spokojna, o ile ta spokojność nie jest zasłoną dymną.. Ciotka – herszt baba, czująca się w prawie decydowania o wszystkim, co Bab dotyczy. I właśnie dlatego, że nie mogły się dogadać, o miesiąc wcześniej będzie wyjeżdżać moja poprzedniczka. No cóż. Zobaczymy! Czy będzie pacyfikacja Ciotki, czy też uda się osiągnąć jakiś konsensus. Osobiście optuję za drugą wersją, ale w „praniu się okaże!”  Całe szczęście, że moja zmienniczka poznała mnie z Polka, która naprzeciwko opiekuje się także starszą panią. Będzie gdzie iść się wyżalić! Po naszemu!

 

Czwartek, 25.03.10

 

Bolą mnie podeszwy. To pewnie dlatego, że wyszłam z wprawy w bieganiu przez cały dzień. Wekselka już wyjechała, więc dzisiejszy dzień był dla mnie pełen normalnych obowiązków. Ciotka słodka, jak miód! Bab popłakująca!

Jak można prasować takim przypalonym żelazkiem, które zamiast pary, tylko wszystko moczy? Zadzwoniłam do Synowej i zażądałam nowego

 

Piątek, 26.03.10

 

Całe przedpołudnie zastanawiałam się, dlaczego Bab ciągle śpi. I skąd u niej 340 jednostek cukru. Wydało się po południu, kiedy z Synową Bab wróciłam z zakupów. Przy kawie, Ciotka przyznała się, że Bab wczoraj po południu zjadła dużo miśków haribo! By tą Ciotkę pogięło. Przy śniadaniu jeszcze słodko udowadniała, że Bab nie może jeść nic słodkiego, a potem, gdy ja idę na przerwę, pasie ja słodyczami!

Wieczorem przyszedł Syn Bab z jej Wnukiem, wynieść kanapę z dotychczasowego saloniku Ciotki. Od jutra będzie to mój pokój. Ciotka spazmuje. Czuje się pokrzywdzona, bo jednocześnie Syn Bab zabrał jej jedyne dotychczasowe zajęcie. Od dziś ja mam zamykać drzwi i bramę. Jak wyszedł, zaczęła na mnie wrzeszczeć. Spokojnie wyjaśniłam, że dla mnie Syn Bab to szef, jak ma do niego pretensje, to niech z nim to załatwia. Zamurowało ją!

Znalazłam w piwnicy rower. Całkiem, całkiem, tylko musze go porządnie wyczyścić, i poprosić Syna o napompowanie.

 

Sobota, 27.03.10

 

Mam już swój mały azyl. Pokój wychodzi na zaplecze, będzie się pewnie dobrze spało. Ciotka jakby pogodzona z losem. Dziś mi udowadniała, że ciężki kaszel Bab to wina tego, że ją kąpałam pod prysznicem. Sama się, babsko nie myje, to głupoty gada. Bab ma zwężenie odźwiernika, poza tym chroniczny bronchit, problemem jest dla niej połykanie tabletek. Prysznic raz w tygodniu nie ma nic do tego.

Ciekawe, co będzie się działo wieczorem i nocą. Wekselka mnie uprzedziła, że obie panie, to chyba lesbijki! Ciekawe. Bab miała trzech mężów, ma trójkę synów, z których jeden jest gejem – poznałam go, jak przyjechał ze swoim Frojndem odwiedzić Bab – bardzo mili i sympatyczni panowie.  Myślę, że to jakaś zależność emocjonalna innego typu. Ciotka, nadal singielka. Kto wie, co tak naprawdę między nimi jest! Nie mam zamiaru tego sprawdzać. W końcu, to dorosłe kobiety, i za rękę ich trzymać nie będę. Pod łóżko też nie wejdę, by te rewelacje sprawdzać!

 

Niedziela. 28.03.10

 

Bab nad podziw pogodna dzisiaj, na wszystko się zgadza. Chociaż noc była niespokojna. Bab ciągle wołała Ciotkę. Ale zanim ta zdążyła, ja już byłam na posterunku. Uspakajałam, poiłam,  gasiłam światło. Ciotka musiała się poddać. A potem zagroziłam Bab, że jak dalej będzie kusić po nocy, to nie pozwolę jej oglądać wieczornego programu muzycznego, i o 20 zapakuję do łóżka. Ma wybrać, albo pogaduszki z Ciotką, albo prezent ode mnie! Podziałało!

 

Poniedziałek, 29.03.10

 

Pierwsza bitwa z Ciotką! Wczoraj po programie muzycznym, Bab natychmiast zasnęła. Nie minęło 15 minut, a Ciotka poczłapała do jej pokoju, zapaliła wszystkie światła i obudziła. Miała ochotę na gadanki. Poprosiłam ją grzecznie, aby opuściła pokój i dała Bab spokojnie spać. Jak się rozdarła! Powiedziałam, że nie jestem dzieckiem i nie ma na mnie podnosić głosu. A ta dalej wrzeszczy! Bab spazmuje, bo nie wie o co chodzi, w końcu zaczęły obie wyzywać się w jakimś tutejszym dialekcie. Nie miałam wyjścia, zadzwoniłam do Synowej. Niezbyt jednak ta ostatnia się popisała, bo Ciotka rzucała się dalej, zaczęła nawet mnie policją straszyć. W końcu usiadłam przy Bab, pilnowałam z godzinę, by zasnęła. A Ciotka wpadła  w minorowy nastrój i zaczęła swoje histerie. Jakoś dotrwałam do rana.

Cały dzień Bab w stresie, wszystko ją bolało. Ciotka wstała późno, nawet swojej codziennej owsianki nie zjadła. W sumie nie ma co się dziwić jej traumie. Do tej pory była ona ważna i dyrygowała wszystkim, a teraz przyjechały Polki, i ona poszła w odstawkę!

Bardzo jestem ciekawa następnej nocy.

poniedziałek, 24 maja 2010
Już!!!

Jeszcze w oczach piasek, a tylna niewymowna płaska jak deska, ale na własnych śmieciach, o czym radośnie zawiadamiam wszem i wobec!

Zaglądać do Was Kochani zacznę od jutra, bo dziś dochodzę do siebie po długiej podróży.

Papatki!

Ps. Wpisy tylko czekają na korektę i zacznę regularnie kopiować historię moich ostatnich dwóch miesięcy nad Mozelą!

Archiwum