Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
sobota, 30 maja 2009

Nie pobędę, bo jezioro woła!

Ślubny dostał urlop!

Torby, walizy zapakowane!

Pandaretta się grzeje, gotowa zawieźć nas na naszą nadjeziorną działeczkę, na której będziemy aż cały miesiąc.

Dziecka dostały prikaz, aby nam głowy nie zawracać! Będziemy mieli ochotę ich zobaczyć, łącznie z progeniturą - to zaprosimy!

Jak będę raz w tygodniu jechać do miasta na zakupy, to wpadnę, laptop odkurzę, może jakiś wpis popełnie!

Narazie - do miłego!

Jezioro czeka!

Pa,pa,pa!

piątek, 29 maja 2009

I już po!

 

Jak zwykle ja, muszę coś naknocić!

Ale po kolei:

Byłam naprawdę święcie przekonana, że zabieg jest we wtorek. Moja przyjaciółka załatwiła mi na ten dzień swojego Pana, aby załatwił mi wejście na szpitalnej izbie przyjęć, bez kolejki. Skoro świt zatem, Ślubny zapakował mnie w pandarette, pojechaliśmy po Heniusia, ten na SORze załatwia co należy, ale w odpowiedzi z laryngologii słyszymy, że ja nie na wtorek zapisana jestem, tylko na środę. O w mordkę jeża! Odholowujemy Heniusia do mojej „psiapsiółki”, wypijamy u niej kawę. Do domu!

I siem rozstroiłam!

Bo Ślubny zaczął jakieś „podśmiechujki” uskuteczniać!

O żeż Ty! Zmilczę, co mu nagadałam!

W środę już normalka. Przyjęli mnie bez szemrania. Stanowisko łóżkowe sobie obrałam przy oknie. W obiad dokooptowano mi młodą dziewczynę. Było więc z kim parę słów zamienić! W międzyczasie pobrano krew, założono „motylka”.

Czwartek: bez śniadania, bo zabieg na 10,00 rano naznaczony.

O godz. 10.10 pielęgniarka robi mi zastrzyk, tzw. „głupiego Jasia”. Czekam z ciekawością wielką, co się będzie działo! A tu nic!

Na 5 minut robi mi się ciepło.

Czekam na kręciołki w głowie. Nic!

Czekam na odjazdowe omamy. Nic!

Niemoc może jakaś? Nic!

Nienormalna jaka jestem, czy „cóś”?

A tu już wózek podjeżdża. I pielęgniarka się dziwuje, że sama na niego wsiadam. I potem sama ładuję się na to coś wąskiego, co ma być moim ozdrowieniem. A to właśnie łoże operacyjne. Dlaczego takie wąskie? Przecież, nawet nie ma jak rąk wzdłuż siebie ułożyć?

Przykryli mnie płachtą zieloną.

Na twarz rzucili zieloną chustę!

 (ale to brzmi patetycznie, hi,hi,hi! )

Kazali otworzyć buzię. Zaaplikowali 3 zastrzyki. W policzek, podniebienie i dziąsła.

A potem już było dziwnie, i śmieszno, i straszno zarazem!

Bo pod wpływem środka znieczulającego tkanki napuchły i zaczęłam mieć wrażenie, że zaraz się uduszę. Gdybym ostatkiem siły i woli nie zaczęła głęboko oddychać….! Coś nacinano – suchy trzask, czy innego rodzaju odgłos; nie wiem! Młotek, a może inaczej: młoteczek,  w coś mojego wali – ciekawe w co? Potem ssawka coś wyciągała – pewnie to, co tam w tej mojej zatoce było! Acha! To torbiel. Bo głosy słyszałam wszystkie, więc ten też, że to piękna torbiel była. Ale się zmyła! J))

I już mają szyć!

Słyszę: gdzie ta igła siostro? No, jak? Tam leży. Nie ma , siostro? No, jak nie ma, jak sama ją tam położyłam! Ale nie ma!!!

 ( Pauza )

Faktycznie nie ma. To gdzie się podziała? Oj, doktor! Sam ją doktor płachtą zasłonił! Ja? No, a kto? Tylko doktor, bo dzisiaj chodzi taki jakiś rozeźlony!

( mnie już włosy na głowie na sztorc stały w czasie tej pogawędki )

No dobrze. Szyjemy! O cholera!

Co się stało?

Igła mi spadła!

To chciałby doktor drugą???

Pytanie!

No dobra, kończymy! Pacjentka leży jak trusia i nic nie gada, to trzeba kończyć!

Proszę pani, proszę pani! Może pani się podnieść?

 

Jak do siadu się podniosłam, to w ogóle się zdziwiłam, że żyję. Ale chyba opatrzność jakaś nade mną czuwa, bo znowu z łoża boleści na wózek się sama szybciuteńko przeniosłam i pozwoliłam zawieźć na moje szpitalne wyrko.

I znowu było nie tak, jak mi opowiadano. Bo już po dwóch godzinach mogłam chodzić, jeść mi się chciało, kawy mi się chciało, krzyczeć z radości mi się chciało! Bo żyłam! A tak się, głupia , bałam! Pod wieczór, na obchodzie, usłyszałam, że jak nic w ciągu nocy się nie będzie działo, to w piątek idę do domu.

Nie działo się nic? Działo się! Córcia z najstarszą Wnuczką mnie odwiedziły! I to było najlepsze lekarstwo na wszystko.

 

Dzisiaj rano od razu po wizycie – badanie. Wszystko w porządku. Może pani iść do domu! Zaraz? Zaraz! To dzwonię do Ślubnego, zrywam go z łóżka, po wczorajszej drugiej zmianie. Natychmiast po mnie! Pakuję się. Nie jem szpitalnego śniadania, które sympatyczna pielęgniarka chce mi przemycić mimo wszystko. Jest chłop! Życzę młodej zdrowia – bo jeszcze zostaje! Do domu! Po drodze kupić miękkie, maślane bułeczki i jakiś twarożek, bo mam trudności z gryzieniem. I ogólnie czuje się tak, jak bym straciła na raz kilka zębów z tej samej strony.

Zapadam w domowe pielesze!

Jak błogo!

Tylko szałwia potrzebna!

 

Po kilkukrotnych płukankach mogę mówić normalnie.

Jestem!

Za kciuki i wyrazy pamięci serdecznie dziękuję!

J

poniedziałek, 25 maja 2009

Sumowanie dnia!

 

Po 7-ej pobudka!

Trzeba jechać do przychodni zarejestrować się do lekarza. Bosz!!! Kolejka, jak dawniej za mięsem. Dostaje numerek na 14-ą.

Potem do PZU. Muszę przedłużyć ubezpieczenie NW. Ślubny trochę nosem kręci, ale trudno. Nigdy nic nie wiadomo, co się może zdarzyć w podroży, nie mówiąc już nawet o obcym domu.

Tygodniowe zakupy.

Do kantoru wymienić pieniądze.

Spacer po deptaku. Skąd się na tej ulicy tyle banków wzięło? Z każdego bierzemy oferty lokat, i przy fontannie dokładnie analizujemy, komu powierzymy naszą „fortunę”. Wybieramy. Umowa podpisana. Forsa trafia do sejfu. My lżejsi.

Czas do domu na późne  śniadanie.

Potem umyć okna, nastawić pralki, powiesić.

Obiad też się sam nie zrobi!

Pora do przychodni. Przede mną dwie panie tylko. Dobra! Nie będę długo czekać! Ale gdzie tam. Jakaś pacjentka siedzi, i siedzi, i końca nie widać. Prawie godzinę czekam, aby odebrać skierowanie do szpitala.

Wracam spokojnie do domu, po drodze przypominam sobie, co jeszcze muszę zrobić.

Dzwoni komórka. To moja przyjaciółka. Koniecznie musi się ze mną zobaczyć, wypłakać, wygadać, wyżalić! Wpadaj Kobieto, akurat za 10 minut będę w domu! Udało mi się jednak jeszcze po drodze wpaść do drogerii, gdzie kupuje szminkę, antyperspirant i farbę do włosów.

Na wysłuchaniu żalów przyjaciółki schodzą ze 2 godziny. Ale trudno. Od tego jestem. Aby wysłuchać, czasem krytycznie odnieść się do tematu, czasem przywołać do rzeczywistości, czasem pogłaskać, czasem zbesztać!

Nareszcie zabieram się za siebie.

Dawno nie robiony pedicure. Potem farba na siwiznę.

Ugotować pomidorową, taką moją, z własnoręcznie zaprawianych pomidorów. To dla Ślubnego. Biedaczyna twierdzi, że w innych zupach osiągnął już mistrzostwo świata, ale pomidorowa jest poza jego zasięgiem.

Gotuję! Smaczna wyszła! Taka, jaką lubimy!

Teraz pakowanie torby!

Nie pamiętam już, co powinnam zabrać do szpitala. Wiadomo: piżama, szlafrok, przybory toaletowe, sztućce. Co chwile coś mi się przypomina. A to kapcie, a to chociaż dwie ksiązki. Gdzie ja położyłam tą cholerną książeczkę zdrowia!

W międzyczasie parę telefonów od znajomych i koleżanek. Dodają otuchy, obiecują się modlić!

Ale ja i tak się boję!

Tkwi we mnie zupełnie irracjonalny strach, że się nie obudzę po narkozie! Siedzi, i swędzi, lata po głowie! Ślubny cały dzionek z tego mojego stracha żartuje, dopytuje się, czy testament spisałam! Przyjemniaczek! Nic za to nie mogę! Boje się i już!

To proszę trzymać kciuki!

Jutro rano melduje się w szpitalu.

Potem badania!

Na środek operacja udrażniania zatok!

Jak dobrze pójdzie, zjawię się tu w niedzielę!

 

piątek, 22 maja 2009

Odliczanie!

Jeszcze mi sie nie zdarzylo z taka radoscia pakowac walizki! A jezdze na te roboty niemieckie od prawie 1,5 roku!

Jutro do domu! Do domciu! Do domeczku!

Juppiii!!!!

Odezwe sie, jak juz sie "napase" Polska!

Do milego!!!!!!

czwartek, 21 maja 2009

Luplo mnie!!!

Juz od paru dni cos pobolewalo mnie pod lewym skrzydelkiem. Nic sobie z tego nie robilam, bo po co? W moim wieku, jak cos czasem nie trzeszczy to zla oznaka ponoc! :-)

Dzisiaj rano, w trakcie przygotowywania sniadania, chcialam wymienic worki w koszu od smieci. Dzwignelam naladowany, i..... jak mnie nie lupnelo pod lewa lopatka! Az swieczki w oczach zobaczylam. Na dodatek oblecial mnie zimny pot i nie moglam oddychac. Mloda doprowadzila mnie do kanapy, pod stopy polozyla poduszki i patrzyla przerazona, co sie ze mna dzieje. Potem zaaplikowala aspiryne. Spanikowalam! Wyobraznia zaczela dzialac. Juz sie widzialam na "oiomie" w jakims niemieckim szpitalu, a potem jak Slubny ma klopot moje truchelko odebrac znad granicy! Kompletna kretynka ze mnie, bo przeciez to nie mogl byc atak serca -objawy zupelnie nie te, chociaz, ponoc kobiety inaczej go przechodza. A bol nie puszczal, kazdy glebszy wdech powodowal wiekszy ucisk. Potem chyba aspiryna zaczela dzialac, bo lekko popuscilo. To sie zawloklam na moje wyrko, polknelam jeszcze jedna aspiryne, "z braku laku" dolozylam ibuprom-zatoki ( bo ma opcje na bole miesniowe ), a na koniec zaaplikowalam sobie 2 apapy. W zyciu tyle tabletek w krotkim odstepie czasu nie zjadlam! Odpuscilo po poludniu o tyle, ze juz moglam isc z Seli na spacer. Bo okazalo sie, ze Mloda tez chora, i prawie umiera na tapczanie od bolu glowy. 

Teraz nadal cmi. Nie bardzo moge sie schylac, i podnosic wyzej lewej reki tez nie moge. Ale da sie wytrzymac. Zostaly mi 2 apapy, ktore trzymam na czarna godzine. Chyba jednak to cholerstwo da mi przezyc do soboty,co?

środa, 20 maja 2009

Niech mnie kto w leb palnie!

Bo juz w koncu uznacie, ze przesadzam!

A mnie nie do smiechu jest! I strasznie zal mi tego malego dzieciaczka! Bo oczywiscie, jak przyjechali w niedziele z autorenne ( wyscigi samochodowe), to Seli juz chrypiala. W poniedzialek juz byl wodnisty katar, wtorek - dwa razy wiekszy, wczoraj to z nosa taka wydzielina zielono-zolta, ze chyba ja sama czegos takiego nie mialam. Mowie, ze trzeba isc z mala do laryngologa, bo to nie jest normalne, aby tak male dziecko mialo ciagle problemy z drogami oddechowymi. Jak grochem o sciane! A pod wieczor, gdy Mloda z Seli wrocily z miasta, to myslalam, ze sie przewroce z wrazenia. Dziecko w bosych stopkach, i tylko na podkoszulku do pampersa. Z nosa gluty do pasa prawie!Oczywiscie wsadzila ja do piaskownicy. Za 5 minut wola: Ana, Seli jest mokra, przynies cos na przebranie. No, jak nie ma byc mokra, gdy piasek nasiakniety od deszczow nocnych, jak gabka. A wieczorem, juz pokaslywanie. Dzisiaj Mloda jechala z Seli do miasta kupic prezent dla Pana na jutrzejszy dzien ojca! Wrocily z Freundem. Dziecko prawie na neglizu i znowu widze, jak siedzi na tym zmoczonym piasku. To mnie juz trafilo! A Mloda sie dziwi, a Pan kaze nie przesadzac! Bo przeciez to normalne, gdy mala chodzi na kindergruppe! Tylko, jak stara jestem, nie slyszalam nigdy, aby zapalenie oskrzeli, ktore mala ma co 2 tygodnie bylo spowodowane chodzeniem do zlobka ( na 3 godz. 2 razy w tygodniu). Zwykle infekcje - rozumiem - podlapie sie w grupie dzieci. Ale mala, od mojego przyjazdu tutaj pierwszy raz pod koniec grudnia ubr dwa razy w miesiacu ma zapalenie oskrzeli. I dziwic sie nie przestaje, ze zaden lekarz, ktory sie tym dzieckiem opiekuje, nic z tym nie robi!

Zaraz po kolacji Pan sie wymiksowal, jak zwykle kazdego wieczoru, a Mloda przyszla zameldowac, ze telefon od niego bedzie, czy Seli spi, i w jakim jest stanie! O zez kutwa! Tatus, psiakrew sie znalazl ! Niech przyjedzie z balowania i sam sprawdzi, jak dziecko sie meczy, zasnac nie moze, cale spocone i biedne, bo kaszel ja straszny dusi! Jak tak dalej pojdzie, to Seli wyladuje w szpitalu z ciezkim zapaleniem pluc. I oby to sie tylko tak skonczylo!

wtorek, 19 maja 2009

Musze miec normalna chusteczke!

Przeciez na papierowej, higienicznej, nie da sie supelkow wiazac! Jak dawnymi czasy bywalo! Gwoli pamietania o tym i owym! 

Wczoraj po poludniu zupelnie mi z glowy wylecialo, ze Mloda gdzies, kogos chce odwiedzic razem z Selina. Nie wrocila o czasie do domu, to uznalam, ze malutkiej spacer sie nalezy poobiedni. Powloklam sie wiec z wozkiem stala trasa. Na zakrecie powracania widze, jak podjezdza audi, a w nim za kierownica wsciekla Mloda. To od razu "zajarzylam", ze bedzie bura! Jeszcze nie zdazyla dobrze wysiasc z samochodu, i mnie odsobaczyc, jak ja z niewinna minka zaczelam ja przepraszac, bo najzwyczajniej w swiecie zapomnialam! Cale szczescie, ze tak sie zachowalam, bo wytracilam jej bron z reki. Lekko podniesionym glosem tylko poinformowala, ze jest juz pol godziny spozniona, po drodze mnie tylko podrzuci na rozstaje, bo inaczej sie nie da! Ok. Co mi zalezy przejsc 500m.

Ale wieczorem znowu "dalam ciala"! Przeciez mowil mi Pan, a raz nawet wykrzyczal, ze jego minuty z Seli sa wylacznie ich. Wara mi sie wtracac! A ja, po kolacji, kiedy juz wszystko posprzatalam, gdy juz przygotowalam wszystko do spania dla dziecka, wiedziona jakas niezrozumiala sila- uznalam, ze musze sie przylaczyc! Pan tak sie ladnie przeszlo pol godziny z mala bawil!  W gre w pileczki, ktora Mala nauczylam! No, i nie mialam pecha? Pan sie odwrocil, a Seli upadla. I zaniosla sie wrzaskiem! To dostalam opeer! Mam ich zostawic samych!

To zostawilam! I bylam wsciekla na sama siebie, ze sie wtracilam, a nie powinnam!

Na przyszlosc, to musze pewnie tu sobie jakis olej do wlasnej mozgownicy przywiezc - na myslenie! Albo zwykle chusteczki - na pamietanie!

Milego popoludnia, wieczora i nocy Wszystkim!

poniedziałek, 18 maja 2009

Kamieniolomy po raz trzeci!

Jestem, jak osiol uparta, wiec nie odpuscilam!

Wlazlam tam sciezka niedawno upatrzona! I wiecie co? Widok nie byl tak powalajacy, jak sie wydawalo z daleka! Tak to pewnie zawsze jest, ze gdy sie cos bardzo mocno chce zobaczyc, to na miejscu okazuje sie, ze  "skorka nie warta wyprawki"!

Ale bylam, zobaczylam, dotknelam!

Zdjecia oczywiscie beda, ale z kraju nadam!

Milego popoludnia zycze!

niedziela, 17 maja 2009

Na wycieczce w obcym miescie!

Oczywiscie zaspalam! Bo planowalam juz wyjechac bladym switem, by miec wiecej czasu na zwiedzanie. Prawdopodobnie jednak fakt, ze nie mielam zadnych obowiazkow na glowie spowodowal, ze obudzilam sie prawie kolo 10! Cale szczescie, ze poprzedniego dnia mialam wszystko w plecaczku uszykowane. Wiec szybkie sniadanko i nagla potrzeba wyjazdu, ktora pozwala mi siasc do samochodu Mlodej. W Eberbach stawiam pezotke na parkingu pod dworcem i ide do kas, a one zamkniete. Na cale szczescie czynna jest trafika, gdzie pytam, jak mam kupic bilety na podroz. Uprzejma pani mi tlumaczy, ze na peronach sa automaty. Lo matko! Podchodze do jednego, jak do jeza. Ktos akurat sobie kupuje , to sledze, co robi, gdzie nadusza, gdzie pieniadze wklada i skad ten bilet! Malpuje! Mam tez! Ufff!

Polgodzinna podroz to bajka! Za oknem cud widoki. Po boku leniwie toczy swe brazowe wody Neckar. Na nim barki, zaglowki, lodzie wioslowe. Rzeka sie wije otoczona gorami, na ktorych wszystkie kolory zieleni sie pysznia. W tle mijane wioski i miasteczka, jak na prawdziwych landszaftach, az nierzeczywiste. Zaluje, ze nie bede mogla po drodze zwiedzic mijanych pieknych zameczkow i romantycznych ruin sredniowiecznych budowli. Moze nastepnym razem uda mi sie przekonac Pana, aby jednak jakis samochod mi do dyspozycji zostawic! W Heidelbergu biore taksowke. Wiem, nieprofesjonalnie, zupelnie nie jak turysta. Ale ja nie wiem, jaki mam przedzial czasowy na zwiedzanie i powrot.

Jestem na zamku! Zespół zamkowy, złożony z różnych, lecz jednakowo wspaniałych budynków z kilku epok, nawet w postaci ruin, wygląda dostojnie. Pozostało wystarczająco dużo, by (przy pomocy licznych zachowanych świadectw obrazkowych) móc sobie wyobrazić, jak budowla ta wyglądała w rozkwicie.

"W północno-zachodnim narożu znajdowała się XVI-wieczna Dicker Turm (Gruba Wieża). Pozostała z niej tylko półkolista skorupa, gdyż zewnętrzne ściany i wierzchołek zostały wysadzone. Za północnymi fortyfikacjami warto rzucić okiem na renesansowe budynki, minąć Zeughaus (arsenał) i dojść do reduty, zbudowanej zaledwie kilka lat przed zburzeniem zamku. Za nią wznosi się Glockenturm (dzwonnica), pierwotnie jednopiętrowa wieża obronna, do której następnie dodano sześć kondygnacji z pomieszczeniami mieszkalnymi.

Po wschodniej stronie zamku wznosi się Apothekerturm (wieża Apteczna), stara wieża obronna przerobiona na aptekę i mieszkania. Między nią a Glockenturm można podziwiać piękne okno wykuszowe, część nieistniejącej sali bankietowej. W południowo-wschodnim rogu znajdują się najbardziej romantyczne ruiny, czyli Pulver Turm (prochownia), znana obecnie jako Gesprengter Turm (Wysadzona Wieża). Pierwotnie był to magazyn prochu strzelniczego. Zniszczyli go górnicy, którzy zrobili pod wieżą podkop i wysadzili ją od środka. Powstała w tym miejscu wyrwa w murze, przez którą można zajrzeć do wnętrza. Zwalona część wciąż leży w fosie.
Po zachodniej stronie zamku stały kiedyś działa, lecz później na polecenie Fryderyka V urządzono tam ogród. Wchodzi się do niego przez piękną bramę w stylu rzymskim, Elizabethpforte, o której mówi się, że została wzniesiona w jedną noc w 1615 r., gdyż miała być niespodzianką dla księżniczki. Surowy Englischer Bau przylegający do Grubej Wieży również wybudowano na jej cześć. Z zachodniego końca ogrodu, gdzie znajduje się półkolisty Rondell, rozciąga się godny polecenia widok na miasto. Aby dojść na Schlosshof (dziedziniec zamkowy), trzeba minąć XVI-wieczne budowle obronne: Brückenhaus, most oraz ponurą Thorturm (jest to jedyna niewysadzona część zamku). Bezpośrednio po lewej stronie od wejścia znajduje się gotycki Ruprechtsbau: można tu zobaczyć dwie odrestaurowane komnaty.

W jednej z nich znajduje się wspaniały kominek. Przez ruiny biblioteki dochodzi się do Frauenzimmerbau, gdzie mieszkały damy dworu. Ogromna sala na parterze została odrestaurowana i służy jako sala koncertowa. Stojąc przy wejściu, od razu dostrzega się Brunnenhaus (obudowa studni), loggię z uroczym gwiaździstym sklepieniem. Znajdujące się tu marmurowe kolumny pochodzą z pałacu Karola Wielkiego – pierwotnie ozdabiały budowlę rzymską. Nieco dalej warto obejrzeć szereg budynków użytkowych: Kaserne (koszary wojskowe) i Oekonomiebau, gdzie mieściły się urzędy i warsztaty. Część tego budynku przerobiono na zamkową miniaturę.

Najbardziej jednak na całym dziedzińcu przyciągają wzrok renesansowe pałace po wschodniej i północnej stronie. Obok Oekonomiebau znajduje się Ottheinrichsbau z poł. XVI w., z którego pozostały tylko zewnętrzne ściany i wspaniale ozdobiona rzeźbami fasada. Widnieją na niej alegoryczne postaci przedstawiające moc, cnoty chrześcijańskie i starożytne bóstwa. W podziemiu mieści się Deutsches Apothekenmuseum (Niemieckie Muzeum Aptekarstwa) z nieco dziwną, ale ciekawą kolekcją. Wśród eksponatów znajduje się kompletne barokowe i rokokowe wyposażenie pracowni z różnych stron Niemiec, podróżna apteka z początków XVII w. oraz herbarium. Można także udać się do wnętrza Wieży Aptecznej. Zamontowano w niej piec i aparat do destylacji, próbując przywrócić jej dawny wygląd.

Potrójna loggia Saalbau łączy się ze znakomitym XVI-wiecznym Friedrichsbau, zbudowanym przez pochodzącego z Alzacji architekta, Johannesa Schocha. Wiszą tu podobizny większych niż w rzeczywistości, sielankowo przedstawionych członków rodu Wittelsbachów, od Karola Wielkiego (uważanego za protoplastę rodu) do elektora rządzącego w czasach rzeźbiarza. Oryginały portretów przechowywane są we wnętrzu, w którym odrestaurowano wiele komnat, przywracając im oryginalny wystrój. Na parterze zwraca uwagę nietknięta gotycka Schlosskapelle (kaplica zamkowa), będąca – ze względu na malownicze otoczenie – modnym miejscem na zawieranie małżeństw.

Do Fassbau prowadzi przejście od przodu zamkowego dziedzińca. Wypada obejrzeć XVIII-wieczną Grosses Fass (wielka kadź), beczkę na wino (uważaną za największą na świecie) mogącą pomieścić 227,3 tys. litrów. Przykrywa ją platforma, która służyła jako parkiet do tańca. "

Potem spaceruje po ogrodach. Nie traktuje sie tu tych misternie wystrzyzonych trawnikow z wrecz nabozna czcia, jak u nas. Widze ludzi charcujacych z psami, tam gdzies grupa jakowas cwiczy tajchi, owdzie jakas rodzina z dzieckiem od komuni urzadza sobie plener fotograficzny! Takie normalne to tutaj. Powoli schodze waska uliczka w dol do starego miasta.Stare Miasto, historyczne centrum Heidelbergu, to wyłączony w dużym stopniu z ruchu kołowego teren między zamkiem a Neckarem, rozdzielony niezwykle długą główną ulicą – Hauptstrasse.  Na nim przysiadam w jakiejs kafejce. Powoli jem ogromna porcje lodow i podziwiam wszystko! "Najpiękniejsze domy, jakie zachowały się na Starym Mieście, wzniesiono wokół rynku. Pośrodku znajduje się gotycki, XIV-wieczny Heiliggeistkirche (kościół Świętego Ducha) z czerwonego piaskowca, niewiele młodszy od uniwersytetu. Jego strzelista wieża zakończona barokową kopułą jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów miejskiego krajobrazu. Z wieży rozpościera się fantastyczny widok we wszystkich kierunkach. Między przyporami kościoła stoją niewielkie stragany, co było dość częste w średniowieczu. Kościół patrzył jednak na te praktyki krzywym okiem, więc przykłady takiego budownictwa są bardzo rzadkie. Jasne i przestronne wnętrze było dawniej bardziej ponure, gdyż służyło jako mauzoleum elektorów Palatynatu. Dzisiaj pozostał tu tylko jeden grób – Ruperta III, który został królem Niemiec w 1400 r., i jego żony, Elżbiety von Hohenzollern. Znajdujące się w kościele triforium mieściło niegdyś jedną z największych bibliotek świata, Bibliotheca Palatina. Skonfiskował ją marszałek polny Johann Tilly jako łup w czasie wojny trzydziestoletniej i sprezentował papieżowi. Niektóre dzieła zostały zwrócone bibliotece w ubiegłym stuleciu, lecz najcenniejsze pozostają w Watykanie.
W stronę kościoła zwrócony jest jedyny dom, który ocalał z XVII-wiecznej dewastacji miasta – Haus zum Ritter (Dom pod Rycerzem), nazwany tak z powodu zdobiącej fronton statuy św. Jerzego, przedstawionego jako rycerza. Wybudowany dla zbiegłego hugenota, kupca-sukiennika, wzorowany był na zamkowym Ottheinrichsbau. Wyróżniają go ozdoby: okna wykuszowe, kariatydy, ślimacznice i fantazyjna attyka, dzięki którym przyćmiewa barokowe budynki stojące w sąsiedztwie, a wśród nich znajdujący się po wschodniej stronie placu ratusz. W budynku mieści się obecnie drogi hotel i restauracja."

Porobilam mase zdjec, ale obublikuje dopiero po powrocie do kraju. Niestety!

Milego wieczoru!

 


sobota, 16 maja 2009

Ordnung muss sein!

Stara baba jestem, na oczy mnie wczoraj padlo, to nie zauwazylam niektorych informacji na rozkladzie busow z mojej wioski. A dzisiaj przepisowo, stawilam sie na przystanku 5 minut przed czasem. Czekam! Po 10 minutach stwierdzam prawie glosno, ze cos mi z tym niemieckim porzadkiem i punktualnoscia nie pasi! Po nastepnych 5 minutach zaczynam jeszcze raz, bardzo powoli studiowac rozklad. I dojrzalam! Niestety! W soboty i niedziele nie ma autobusow! Jak sie czlowieku chcesz przejechac, to zamawiaj specjalnie, albo uzyj wlasnego samochodu, albo siedz w domu! Nikt rozsadny w Niemczech nie pusci autobusu, ktory bedzie po drodze zabieral po jednej osobie! Ot! Ciekawostka taka! A u nas na najmniejszym zadupiu przynajmnie rano i wieczorem mozna sie do wiekszejszej metropolii dostac! Nam sie to oplaca! Tu nie! Bo tu lepiej licza chyba!

To wrocilam na polane i zrobilam sobie.... no sama nie wiem, jak to nazwac! Ale, jak sie czlowiek uprze, to zawsze cos tam sobie zorganizuje! Na ten sam przyklad: leniwy dzien! Pupa sie plaszczy na legowisku, laptopik w pozycji do ogladania na lezaco! Ujjjj! Juz nie pamietam, jak to pieknie smakuje! I filmoteka pana Dzeka. 3 filmy obejrzane: 2 francuskie, z Helene Jacob, ktora uwielbiam, i o najwiekszej milosci Beethovena, z kapitalnym Gary Oldmanem.

Potem pogawedka skypowa ze Slubnym, pare telefonow do znajomych tutaj! teraz szybko odpowiedziec na komentarze, odwiedzic blogi ulubione, i spanko! Bo jutro Heidelberg bedzie!

Dobranoc!

 
1 , 2
Archiwum