Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
środa, 30 kwietnia 2014
Skrzydlate!

 Od 16-tej, co parę minut mi to lata!

 A dzikie gołębie próbują, czy stateczniki świerków na samym wierchu są takie, jak należy.

 Paralotniarze urzadzają kołowanki nad głowami.

 A czasem uda się tak cicho zsiąść z roweru, że się ziębę sfoci!

Łabądków u nas dostatek, prosze się zatem przygotować na ich różnorodność zdjęciową!

 

A tak w ogóle, tom zadowolona, bo nareszcie rowerowe ścieżki dla mnie! Przedwczoraj tylko kawalątek do wsiowego samu, wczoraj do miasta po wąskie i długie donice kwiatowe, a dzisiaj Małe Swory- 20 km!

Na weekend chlebuś już napieczony ( biały dla Wnuczek, razowy dla nas), do tego ciasteczka migdałowe oraz ciasteczka owsiane z żurawiną i czekoladą. Będą też placki z rabarbarem i pierogi z jagodami dla panienek, dla nas szparagi w sosie holenderskim. Swoją drogą, czy przypuszczaliście kiedyś, że się ze mnie taka gospocha zrobi? ;-))) Ja, bynajmniej, nie! ;-)

Rowery też pójdą w ruch, i mam nadzieję, że Moje Panny: dziesięcio- i piętnastolatka, dadzą radę poszaleć ze swoją babcią, czyli "mua"!

A teraz lete na dół, do Ślubnego na koniaczek. Nie powiem w jakiej intencji dziś, ale nie za długo się dowiecie!

Miłego weekendu dla Was!

niedziela, 27 kwietnia 2014
Psotnik pospolity!!!

Czas mi się jakoś dziwnie kurczy ostatnio. Wprawdzie adrenalina przeprowadzkowa oraz przedświąteczna opadła z lekka, ale nadal mam wieczorami wrażenie niedosytu, bo o czymś zampomniałam, czegoś nie zrobiłam. Zastanawiam sie często pod koniec dnia, jaki on był, łapiąc się na tym, że nie pamietam, bo chyba za szybko minął. Niby jestem w wiecznym ruchu, ale dopiero raz tylko byłam na kijach, po których wróciłam zziajana, jak psiak; dopiero co wrócilismy ze Ślubnym z naszego pierwszego - tak,tak, pierwszego - spaceru nad jeziorem, a przecież mieszkamy tu już przeszło dwa tygodnie! Nie wiem, czy to galopujący "sks", chociaż ja wolałabym myśleć, że raczej "sms" - czyli stan młodości stabilnej. To określenie usłyszałam ostatnio na wykładach UTW i szczerze przyznam, że bardzo mi się podoba!

Fakt, jest jeszcze dużo jeżdżenia do miasta, sprawy w urzędach pozałatwiać, wpaść na stare mieszkanie celem jego przewietrzenia, lub spotkać się z ewentualnymi kupcami, chociaż póki co, ludzie tylko ogladają, nie mówiąc o tym, że często poszukiwania koniecznych jeszcze sprzętów do MBD wymaga krążenia po sklepach, marketach, galeriach. Zupełnym drobiazgiem jest więc to, że biegać trzeba ze ściereczka i kurzawką, sąsiedzi wpadają na kawę, a Progenitura na ciastka i chleb, które od niedawna są u mnie zawsze, o każdej porze!

I tak rośnie mi też sterta tygodników do poczytania, filmów do obejrzenia, wypożyczone z biblioteki książki też czekają, do netu wpadam jak po ogień, na blogi też w pędzie, jedynie kont pocztowych pilnuję, bo związane to jest z ogłoszeniami o sprzedaży mieszkania.

No tak! Ja się tu rozpisałam, a przecież miało być o psoceniu! 

To był piatek. Ślubny świadczył, że jedzie do tartaku. Po deski, które będą do odnowienia naszego "ogródka piwnego", czyli czegoś, co jest zespoleniem stołu z naprzeciwległymi ławkami. Rzecz tą, dawno temu Ślubny wykonał sam. Podstawa z metalowych rurek i kątowników, reszta drewniana. Upływ czasu i częste używanie w okresie wielu letnich sezonów, zwłaszcza przy grillowaniu, spowodowało konieczność renowacji. Stare deski poszły na przepał do sąsiada, części metalowe dostały nową farbę, a resztę trzeba teraz było wykonać od nowa. Ślubny pojechał, ja się zabrałam za mycie okien. Namachałam sie, ale było warto! 

Po południu pojechałam do miasta, na wykłady UTW, a kiedy wróciłam po paru godzinach, i spojrzałam na okna, to myslałam, że śnię! Wszystkie okna, z zewnątrz oklejone drobinkami trocinek! To Ślubny postawił sobie maszynerie niedaleko tarasu i spokojnie przywiezione deski szlifował, aby je potem malować specjalnymi farbami do drewna. Zupełnie nie wpadło mu do głowy, że przy wietrze, który tego dnia był, całość odpadów pójdzie na szyby! Psotnik zatem? Oczywiście! Wystarczyło przestawić szlifierke w inne miejsce, i byłoby po sprawie! A teraz te okna sobie na ponowne czyszczenie trochę poczekają, bo na długi majowy weekend Progenitura ma plany wyjazdowe w parach, zatem Wnuczki do nas przyjeżdżają. Poczekam zatem z porządkami na zaś! ;-))))

środa, 23 kwietnia 2014
Oczekiwania i spełnienia!

Miało być doskonale!

Ale przecież się nie dało, bo ja człek niedoskonały, w sensie gospodyni domowa oczywiście, i fakt posiadania nagle własnego domu nie powoduje, iż wszystko doskonałością ociekać będzie. 

Na ten przykład, przypomniało mi się około północy w sobotę, że nie mam sosu tatarskiego do pasztetu. I chleba jakby przymało, bo teść Pierworodnej  oraz cała reszta Rodziny miała byc cały dzionek, a na obiad nie przewidywałam żadnych ziemniaków, kasz, ryżu czy makaronu.

Tom wstała w niedzielę świąteczną skoro świt, czyli przed szóstą, posiekałam te gąski i ogóreczki własnorobne Ślubnego, bo przez niego zamarynowane. Potem nastawiłam maszynę z mąkami pszenną i razową, na chleb nasz powszedni razowy. W szlafroku wylazłam na włości, coby nakosić bukszpanu, co nam z bywszej hacjendy się został, tudzież zerwać parę gałązek forsycji i migdałka, oraz płożącego się pod sąsiada płotem barwinka, w celu zrobienia dekoracji stołu, który czekał już od soboty wieczora nakryty odświętnie. To chodzenie w szlafroku po własności własnej tutaj, najbardziej mi się podoba, jak i wychodzenie o poranku na balkon, aby dać się zasłuchać ptaszorom drącym dzioby w pobliskich chaszczach!

Ale się udało. Wszyscy zadowoleni, najedzeni do imentu, oczarowani najbardziej tym chlebem własnym, weselacy się z faktu, że Dziewczyny  miały lekki problem ze znalezieniem zajaczka, który swoje słodkości w jedynym drzewie na działce schował był, na spacerze nadjeziornym humory tak im dopisywały, że chyba byliśmy najgłośniejszą rodzinna grupą, wieczorem zaś zazyczyli sobie koszyczkowego, bo przecież mamusia i tatuś tego wszystkiego nie dojedzą, a szkoda wyrzucać!

Wieczorem padłam w bety z poczuciem dobrze wypełnionej misji, jeśli w ogóle można to wszystko w takich kategoriach rozpatrywać. Nabiegałam się, to fakt. Ale sama tak chciałam, to było na moje zyczenie, i w ogóle nie żałuję tego biegania, zaaferowania, nerwówki, czy wszystko się uda. Miałam ogromną satysfakcję i cieszyłam się, że w moim pierwszym, własnym, małym, białym domu, Święta Wielkiej Nocy były cudnie rodzinne!

I zupełnie nie przejmuje się tym, że wprzódy przez trzy dni pucowałam okna, bo nie byłam zadowolona z efektu własnej pracy, a tymczasem Najnajmłodsza  zupełnie nie brała pod uwagę faktu, iżwszystkie duże okna u nas mają klamki, i owszem, ale według niej trzeba było je jeszcze rączkami podpierać. Jak wyglądały szyby, nie musze chyba opisywać! :-))) Patrzę sobie teraz na te szyby, bo nie ma co je głaskać, skoro co dzień pada, przelotnie, to fakt, ale pada.

Ale, nic to! Było super!

Cisza w poniedziałek, to już zupełna małamzyja! I lenistwo totalne! Bo co się niby miało dziać? 

Tylko 41 lat świętowaliśmy jako stadło! :-)

Najbardziej mnie cieszy  też inny fakt. Przez tą bieganinę, nie wiadomo kiedy, straciłam te kilogramy, które z Niemiec przywiozłam! O! :-))))

czwartek, 17 kwietnia 2014
Życzę wiosennych Świąt!

Niech Wiosna wietrznym warkoczem
palce u stóp połaskocze.
Niech da się - o ósmej osiem -
bez dreszczy biegać po rosie.
Na karku zaś słońca dotyk
jak pierwsze - poczuć - zaloty.
Niech nagość drzew poprzystraja
kwiecie - niech woń ich upaja

Tak! Wiosno chcę Cię zachłannie!
Więc choć planujesz starannie,
to może wbrew swoim planom
przyjdź całkiem już - na Wielkanoc!

Pięknych, Rodzinnych, Kolorowych Świąt Wielkiej Nocy Wam Życzę Kochani Czytelnicy!

Wesołego Alleluja!



sobota, 12 kwietnia 2014
Moje piękno!

 

Co może być piękniejszego od znalezienia najpiękniejszego miejsca na ziemi? Od spokoju i poczucia bezpieczeństwa, które ogarnia, gdy pierwszy raz stanie się pod małym białym domkiem!

Co może być piękniejszego od pierwszych chwil spędzonych pod własnym dachem, od pierwszego śniadania przy maleńkim stole, wykonanym własnoręcznie przez Ślubnego?

Cieszę się tymi bezcennymi chwilami każdego dnia, mając pewność, że jeszcze wiele wiele takich chwil przed nami!

czwartek, 10 kwietnia 2014
Dziś!!!

Dzisiaj rozpoczął się pierwszy dzień

mojego nowego życia!!!

:-)))

poniedziałek, 07 kwietnia 2014
Przepraszam, że...

 

...że nie mam czasu na odwiedziny, że tylko piszę, i nawet na komentarze nie odpowiadam, ale uprzedzałam, żeby nie było, uprzedzałam o takiej możliwości wczesniej!

Zakręcona jestem niemożebnie, a razem ze mną Ślubny, bo ostatnie ważne zakupy uskutecznialiśmy dzisiaj, i dobrze , że Córcia była z nami, bo na jej zdrowym rozsądku można polegać, gdy ja, jak ta ćma, w ogień lezę w zakupy nie całkiem przystające do tego, czego mi trzeba. Na całe szczęście latorośl Najstarsza wie, jak rodzicielkę przyhamować czasami!

Zakupy zrobiliśmy zatem dzisiaj słuszne. I wartościowe też. I udało się mistrzów od telewizji zamówić, od internetu też, co osobną sprawa jakby jest. I bedzie to się jutro działo, ale to już Ślubnego działka będzie, bo ja te ostatnie klamoty popakuje, i byc może bedzie tak, że zieloną noc zaliczymy! A co! Dywanik w salonie samotny sie ostał, to akurat placyk jest jak należy. I wystarczy sie rozsiąść na płask, postawić przed sobą butelczyne szampanskiego oraz szklaneczki zwykle , bo te lepsze już biwak mają nad jeziorem, i stuknąć się, i powspominać to co było najlepsze dawno temu, kiedyśmy zaczynali. A było to dawno, dawno temu. 34 lata minęły! Jak biczem trzasnąć! No!

To macham! Bo pewne jest, że nastepnym razem będę już nadawać znad jeziora!

piątek, 04 kwietnia 2014
Przyśpieszenie!!!

Przeniesione jednak prawino wiem, że to różnica, ale prawiwszystko. W salonie puste komody, i witryna, opróżnione prawie do czysta szafy komandorowe, nieliczne naczynia, które potem pójdą do śmieci, walają się po szafkach w kuchni. Gotowanie jest śmieszne z uwagi na brak wielu ingrediencji, które juz wywiezione nad jezioro, a nie chce się po każdy drobiazg do sklepu biegać. Króluja więc zupy, bo szybko zrobić, i łatwo przewieżć. To było jeszcze wczoraj.

 I Ślubny też wczoraj zakończył malowanie balkonu, ja z pomocą zmywarki pomyłam wszystkie szkła, narobiłam parę kilometrów na szmacie. Pod wieczór pojechaliśmy odwiedzić Najnajmłodszą, która w ubiegłą niedzielę, na krótko przed wizytą ze swoimi rodzicielami u nas, złamała sobie nóżkę, zjeżdżając z górki na nowej deskorolce.

Dzisiejszy dzień był zwariowany. Rano u notariusza ma być podpisany akt sprzedaży garażu. Oczywiście zaczyna się pechowo, bo nie wzięłam dowodu osobistego. Zapomniałam! Skleroza galopująca. Kluczyki, samochód, pogwałcenie paru przepisów o ruchu drogowym, ale w dziesięć minut byłam z powrotem. A poteJesteśmy w trakcie odczytywania aktu, a tu siurpryza, bo dostrzegamy nieścisłość w dokumencie geodezyjnym. Na szkicu sytuacyjnym nasz garaż jest oznaczony jako środkowy w rzędzie, a w rzeczywistości był ostatnim, tuż przy skarpie od ulicy! Szczęka opadła nam wszystkim, bo te papiery były już kilka razy sprawdzane. Trudno, biegniemy do geodezji, odsyłają nas od Annasza do Kajfasza, w końcu po godzinie bieganiny dostajemy informacje, że rzecz jest do odkręcenia, ale kiednie wiadomo. Na wszelki wypadek zostawiamy numery telefonów i w minorowych nastrojachw końcu na kasę liczyliśmwracamy do domu. Na szczęście, po 20 minutach telefon z urzędu, jest poprawione! Uff! Telefony się grzały i udało się załąpać na koniec dnia u notariusza, i wszystko załatwić.

A po południu zgłasza się nasz majster budowniczy, który miał nam meble z salonu przewozić na drugi tydzień. Nie może za tydzień, ma robotę w kraju, czy decydujemy się dzisiaj? No co nie? Oczywiście, że tak! To był dopiero obłęd!!!! Ślubny szybko porozkręcał, co potrzeba, zabezpieczył powierzchnie szklane, i późnym wieczorem biegaliśmy po salonie we dwójkę, przestawiając kilkakrotnie meble w róznych układach, aż osiągnęliśmy wspólnie optymalny układ. Wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa, bo chyba krótko po niedzieli zmienię adres. Jutro jadę do Bydgoszczy na spotkanie z "latami młodości", poniedziałek jeszcze trochę buszowania po sklepach i galeriach nas czeka, a potem

Tylko czy to prawda, że powinno się do nowego domu w sobotę wprowadzać,  bo w inny dzień to bedzie nieszczęśliwie się mieszkało???? ;-))))

środa, 02 kwietnia 2014
W rozkroku!

Takie powolne przenoszenie się z jednego miejsca na drugie, przypomina mi przecinanie pępowiny miedzy Rodzicami i dorosłymi Dziećmi! Tak samo powolne, mozolnie się wykluwa, i nawet ma się wrażenie, że końca jakby nie było widać! Najśmieszniejsze jest to, że kiedy zjawiam się nad jeziorem, to jakoś roboty ruszają z kopyta. Wtedy mam takie dziwne wrażenie, iż Ślubny zachowuje się czasem, jak panna młoda na wydaniu, co to "chciałabym, a boje się". Przez parę dni, gdy mnie nie było, postęp robót był tylko ze strony budowlańców. Zakończyli kładzenie polbruku, osadzili wszystkie przęsła i bramę, zrobili podjazd na działke, a potem cudownie sprzątnęli cały bałagan po sobie. W tym czasie robota Ślubnego szła jak przysłowiowa "krew z nosa". Bo nie tylko gawędził sobie z budowlańcami, ale przyszedł sasiad z zaproszeniem na kawkę, a potem drugi sąsiad go wymienił, i były "gadki-szmatki", z których nic nie wynikało. 

To się wkurzyłam! Przecież wiadomo, że nóżkami przebieram z niecierpliwości, a tu ciągle jeszcze nie, i nie, i nie będziemy się przeprowadzać, bo to czy siamto nie ukończone jest! Jak przyjechałam na cały dzień, nie tylko dlatego, aby opróżnić siaty, torby i walizki, okazało się, że można, że kawka owszem ze mną, ale po kawce do roboty majstruniu najukochańszy, nie będę Cie nianczyć, bo mam swoje do zrobienia, gdyż ponieważ albowiem, w takim nowym domu to kurz osadza się permanentnie, i co dzień właściwie go pełno, więc zasuwam na szmacie aż miło.

To dzisiaj tylko będzie wykańczanie detali i malowanie balkonu! Przynajmniej mam taka nadzieję, bo znowu zostałam w mieście. Do doktorów mi było trzeba się udać z wynikami, coby je do sanatorium, z odpowiednim wnioskiem złożono. I parę papiórkowych spraw załatwić, zwłaszcza nowy termin ustalić z notariuszem. Bo dokumenty z usc można było dostać szybkościowo. Aż się zdziwiłam, gdy na poczcie usłyszałam, że mogę dostać potwierdzenie sms-owe dostarczenia przesyłki poleconej. No,no,no, poczta się stara, nie ma to jak czuć na plecach oddech konkurencji. I dobrze. Bo nam na koncie zaczęły sie pustki pojawiać, więc kasa ze sprzedaży garażu przyda się jak nie wiem co. Bo gdy sobie pomyślę, że musiałabym jeszcze do Niemiec pojechać, to aż mnie trzęsie! Ale nie pojadę!!!

Przy okazji pospacerowałam sobie trochę po mojej nowej wsi. Prawie nic się nie zmieniło od zeszłego lata, ale.... Burzą dawny ośrodek LOK-u. I takie cudo sfociłam!

Jutro znowu gospodarska wizyta na jeziornej włości, walizy i insze manele czekają w gotowości, nawet zupka ugotowana cukiniowa, to się ją weźmie w termosie, a reszte do kawy, czyli drożdżówki sie kupi na miejscu. Wrócę pod wieczór i od razu pójdę w piernatki, bo od paru dni mi się jakieś paskudztwo przyczepiło, kicham, prycham i pokasłuje niemożebnie. 

Archiwum