Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Dejavu!

Wrażenie to nie opuszcza mnie od początku pobytu tutaj. Zwłaszcza wtedy, kiedy pierwszego dnia  z Córką mojej podopiecznej pojechałyśmy do szpitala ją odwiedzić. Oczywiście, był to ten sam szpital, do którego przez pół lutego i prawie cały marzec jeździłam z Heine do Hannelore.

A najlepsze było wtedy, gdy w szpitalnej kafeterii, do której na obiad zaprosiła mnie babcina Córka, ukłonił mi się z uśmiechem od ucha do ucha, ni mniej, ni więcej, tylko sam ordynator oddziału intensywnej terapii. I spytał zwyczajowo, co u mnie, a potem, czy nadal jestem z rodziną Sch. Chyba nie muszę pisać, jaka to dla mnie była niespodzianka? W końcu widzieliśmy się tylko kilkanaście razy, a ja zazwyczaj byłam tylko niemym świadkiem jego rozmów z Heine na temat jego żony. Facet chyba ma wyjątkowo dobrą pamięć do twarzy, skoro mnie zapamiętał, a przecież ani piękna nie jestem, ani niczym szczególnym się  nie wyróżniam. W każdym bądź razie, Córka babcina była w małym szoku. Ja zresztą też!

A z innych spraw, to „belejak jest”, bo całe popołudnie biegałam po wyżkach z laptopem, i „bele co” jest. Czyli najlepszy z najgorszych odbiór, jest w moim pokoju, a im wyżej, tym gorzej. Zupełnie zwątpiłam w prawa fizyki, przyrody i czego tam jeszcze można! 

 

niedziela, 29 kwietnia 2012
Powtórka!
Chyba mnie nie lubi ta przestrzeń wokół, czego oczywiście nie mogę powiedzieć o ludziach. Są mili i serdeczni, i starają się ze wszystkich sił, aby było mi dobrze. Bo oczywiście, net nie działa, jak należy. Wprawdzie zgłasza się od razu po wywołaniu, ale przeglądarki znowu wariują. Tym razem explorer działa do połowy, bo dostaje komunikat, że owszem, strona gotowa do obejrzenia, ale wystąpiły błędy; firefox nie działa wcale, a gogle chrome na tyle, że i owszem, wejdę na bloks jak się uda, nawet do własnego bloga, w porywach parę innych się otworzy, ale o komentarzach można zapomnieć. Tak samo, jak można zapomnieć o poczcie mailowej! Póki co, z pisaniem czekam aż córka babci wyjedzie. Akurat okupuje górę domu, a ja na dole, więc muszę czekać stosownej chwili, by przetestować net o piętro wyżej. Bo okazało się, że znowu dom w dole, a wokół niego ogromna góra, i domiszcza jeszcze większe. I co z tego, że to wioska. Ale duża , z tradycjami od przeszło 400 lat, to i ludziska bogate, a domy tego przykładem są, jak ta lala! Sama rodzina, i pociotki, i sąsiedzi, super! O babci nie wspomnę, bo starowinka schorowana, akurat wyszła ze szpitala po trzymiesięcznym tam pobycie, więc nie dziw, że cichutka i uśmiecha się tylko nieśmiało. Jak na razie, zapowiada się super. Ale jeżeli córka babcina będzie tu nadal tkwić, a jeśli wyjedzie, natychmiast będzie wracać, to sobie tego nie wyobrażam.
środa, 25 kwietnia 2012
Przyśpieszenie!

Tyle spraw do załatwienia na dzisiaj było, że prawie już własnego ogona nie widziałam! :-)))

Wpierw pojechałam nad jezioro. W końcu, trzeba sprawdzić, na jakim etapie są prace. Sąsiedzi oczywiście się śmieli, że przyjechał inwestor rozliczać robotników! No cóż, niech tak będzie, ale w końcu "łaska pańska konia tuczy". 

Plac budowy już posprzątany i przygotowany na prace murarskie. Za to zamówiony kontener na odpady - pełen gruzu i niepotrzebnych krzaczorów.

Wykopany już jest rów, gdzie będzie dodatkowa zbrojona, betonowa belka, która jak klamrą zamknie zbrojone rury  dotychczasowego fundamentu, a całość w środku zajmie ława fundamentowa. Trzeba jeszcze tylko wybrać ze środka ziemię na głębokość 60 cm i zasypać żwirem. W sobotę Ślubny umówił się z murarzem i będą ustalać szczegóły. Pewnie, jak wrócę stan surowy będzie już faktem dokonanym.

Za to na materiałach z odzysku bardzo dobrze się czują bezpańskie koty. Za strażników robią, czy co?

Dziś od rana jeszcze ostatnie zakupy, potem sesja w kuchni, aby zamrażarkę Ślubnemu dopełnić. Jeszcze fryzjer, kosmetyczka, oddać książki do biblioteki, odebrać spodnie z punktu usługowego, bo akurat wczoraj zamek się zepsuł.  Kupić buciczki do kijków i dla moich stópek wygodne buty do chodzenia. I jeszcze szybkie spotkanie z "psiapsiółką", obgadać to i owo, bo u niej też ostatnio się dzieje. Ślubnego ostrzyć, bo skoro dostał prezent ode mnie - maszynkę do strzyżenia, to teraz pilnuje, abym za jego osobistego balwierza robiła. I pakowanie, ale przed tym prasowanie ciuchów letnich, bo przecież wrócę dopiero z początkiem sierpnia. 

Dlaczego tak? Ano, jeśli ma się spełnić wizja Ślubnego, to trzeba z kasą podgonić. Przez ostatni miesiąc wypoczęłam na tyle, że nie martwię się, czy podołam. Ten domek mam cały czas przed oczyma i żadna przeszkoda mi nie straszna jest. Jadę w fajne miejsce, bo na terenie Altes Landu, do Moisburga. Niewielkim problemem może być to, że podopieczna jest zagorzałą wegetarianką. Ale co tam, damy radę! Najwyżej schudnę! Hi,hi,hi!

Mam nadzieję, że net tam będzie w miarę działał!  Jakby co, to kwiatki upraszam podlewać, i w wazonikach wodę zmieniać, bo Ślubny zajęty nadjeziorną budową nie będzie tego miał w głowie!

Wyjazd jutro po południu, to pewnie jeszcze zdążę wszystkich poodwiedzać!

 To macham!

wtorek, 24 kwietnia 2012
Ściśle fajne i pies!

Spróbowaliśmy ze Ślubnym wczoraj sił w telewizyjnej maturze. Nie powiem, emocje prawie takie, jak wtedy, gdy je zdawaliśmy! Ale chyba wyszliśmy z tej maturalnej historii z tarczą, bo na 25 pytań, ja miałam dobrych odpowiedzi 18, Ślubny 19. Jego uratowała wstęga Mobiusa, ja wyłożyłam się między innymi na mieszaniu spirytusu z wodą. A, i oboje mieliśmy problemy z pytaniami typowo matematycznymi, zwłaszcza rachunkiem prawdopodobieństwa. Czyli co? 3+ dla mnie, 4- dla niego?

Chodzę z Ircią na nordic walking już od dwóch lat. Słyszałam wprawdzie, że nie lubi psów, ale nie miałam zielonego pojęcia, iż to fobia wręcz jest! Akurat odkrywałyśmy nową trasę, ale trzeba było przejść przez kawałek pewnej wsi. I tu się zaczęła niezła awantura. Bo z jakiegoś gospodarstwa, wypadł na drogę duży pies, z innego, mniejszy, i dawaj ujadają ile pary w mordkach! A Ircia dostała ataku histerii, zaczęła wymachiwać kijami, krzyczeć przeraźliwie. Nigdy dotąd nie byłam świadkiem takiego zachowania. Udało mi się po chwili trochę ją uspokoić, aby przynajmniej kije zostawiła w spokoju, i zaczęłam słodko, i powoli mówić do dużego psa, że jest dobry, że już wiadomo, iż nie zrobimy mu krzywdy, że może wrócić na swoje podwórko. Udało się obie "bestie" okiełznać, ale co nerwów nadszarpnęłam, to moje. Już wiem, że w przyszłości nie ma mowy, aby przechodzić przez wioski, gdzie wiadomo, że każdy kundel musi swoje naujadać!

Telefon dostałam z firmy! Jadę w czwartek do Niemiec. To szwungu dostaję, bo tylko jutro zostaje na załatwienie najpilniejszych spraw.  Nic to! Damy radę!!!

poniedziałek, 23 kwietnia 2012
BLOXOWICZE! ŁĄCZCIE SIĘ!!!

To nasze miejsce w sieci i nie chcemy stąd odchodzić. Dlaczego Agora nas odrzuca?

List otwarty blogerów z Bloxa

Nam też nie jest wszystko jedno!

Jesteśmy grupą blogerów z Bloxa. Nasze blogi prowadzimy już od dłuższego czasu, wkładając w to sporo czasu, pasji i zaangażowania. Gdy zaczynaliśmy blogowanie – pisanie właśnie na tym portalu było powodem do dumy i poczucia przynależności do dbającej o jakość elity blogosfery. 
Czuliśmy też, że jesteśmy ważni dla zarządzających portalem gazeta.pl. Blox się rozwijał, zawsze były na nim aktualne informacje, na stronie głównej gazeta.pl codziennie można było znaleźć linki do kilku ciekawych notek z blogów. Nawet więc, gdy czasami zdarzały się awarie serwerów czy błędy w oprogramowaniu – przymykaliśmy na to oczy. Tym bardziej, że kontakt z adminem był na bieżąco i gdy tylko coś się działo, zawsze była reakcja.

A teraz? Od dłuższego czasu czujemy, że jesteśmy zbędni i niepotrzebni. Bloxem nikt zarządza, nie aktualizuje nawet tych funkcjonalności, które już są. Ze strony gazeta.pl zniknęło okienko Bloxowe (a także fora i galeria zdjęć) – dominują za to tytuły i newsy typowe dla tabloidów, a nie dla medium, które kiedyś uchodziło za opiniotwórcze. Napisanie prostej notki, komentarza czy wklejenie zdjęcia coraz częściej staje się poważnym problem technicznym. Pomocy nie ma albo wcale, albo ogranicza się do standardowych formułek typowych dla korporacji. 
Świat się zmienia, blogosfera również. Obecnie blogi to w wielu wypadkach naprawdę wartościowe strony, zawierające treść i dyskusje na wysokim poziomie, o wysokim PageRanku. Niestety, czujemy się coraz bardziej intruzami na portalu, zupełnie zbędnym elementem niepasującym do nowej wizji funkcjonowania gazeta.pl. Poziom Plotka góruje – to niestety widać na portalu. Efekt jest widoczny – coraz więcej wartościowych blogerów szuka sobie innego miejsca, kończąc swoje blogowanie na Bloxie. 
Tu się kiedyś dobrze pisało….

Papierowa Gazeta Wyborcza reklamuje się od dziś słowami Nam nie jest wszystko jedno.

  Nam też nie jest wszystko jedno

Nam, blogerom z Bloxa, też nie jest wszystko jedno. 

Wysoka i niska!

Kultura oczywiście, bo jakoś nam się tak zdarzyło, że w ciągu paru dni uczestniczyliśmy w dwu różnych imprezach kulturalnych. 

Najpierw Cezary Pazura. Jakoś, gdy oglądam go na szklanym ekranie nie trafia do mnie. Żarty jakieś takie trywialne, zachowania aktora w moim odczuciu " poniżej przeciętnej". Ale Ślubny go uwielbia, to poszliśmy. W naszej małej mieścinie każdy występ, to przecież wydarzenie. I mile się rozczarowałam. Półtorej godziny rozmowy z nami, widzami. Super! Monologi świadczące, że ten. kto je napisał, jest na bieżąco z tym, co dzieje się w kraju. Ale to wszystko odniesione do nas, ludzi, którzy siedzieli na widowni. Czasami było śmieszno, czasami bardzo poważnie, jak u Pazury. Jakoś nie miałam poczucia zmarnowanego czasu!

A wczoraj, po imprezie rodzinnej ( Dziewczyna najstarszego Wnuka - urocza, miła i kontaktowa bardzo ), kontynuowaliśmy swoje własne święto. Na przedwieczornym spektaklu Camerata Wladislavia, z koncertem "Muzyka, szampan i miłość". Dwie godziny z muzyką operetkową,  filmową, czardaszem i tangiem. Lehar, Kalman i przede wszystkim Strauss. Zespół dwóch skrzypków, puzon i pianino. Do tego cudowny sopran solistki. Czego chcieć więcej!

Wieczorem jeszcze wspólna lampka dobrego, wytrawnego, czerwonego wina, i czekamy na rok następny, który już planuję świętować w jakimś rejsie. Ślubny się boi, ale robi dobrą minę, licząc na to, że mi fanaberie przejdą. Ale jak znam siebie, to w godzinie zero, te fanaberie nabiora takiej mocy, iż nie będzie miał wyjścia, tylko im się poddać!

A dla Was, Kochani, na ten tydzień - alstromerie!

niedziela, 22 kwietnia 2012
Po inspekcji!

Zabrał mój Ślubny Ircię i mnie naszą pandarettą nad jezioro. Gwoli sprawdzenia przeze mnie postępu prac remontowo - rozbiórkowo - budowlanych. Kontrola wypadła pozytywnie. A w drodze powrotnej chłonęłysmy z Ircią piękne widoki.

Np. ten, z galerą w tle

Nadal trzeba patrzeć pod nogi, bo można napatoczyć się nie tylko na muszlę ślimaka, ale także na żaby

 

Zboczyłyśmy więc ze ścieżek przy jeziorkach i bagienkach. Zagłębiłyśmy się w chaszcze lasku miejskiego, a tam..... sasanek moc

i cebulowych niebieskich, jak wiosenne niebo

Ok! Spadam do kuchni! Bo tam od wczoraj szaleję. Jak zawsze, spotkanie rodzinne po moich wojażach pracowych. No i nasza kolejna rocznica, już trzydziesta dziewiąta, jak ślubowaliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Przygotowywanie tego, co sobie życzą dzieci, a co wnuki. Ustalanie menu. Zakupy. Bo tylko na dużym rynku można dostać taką wsiową kurę, z której będzie prawdziwy rosół babuni, zamówiony przez starsza Nusię. Bułki na hamburgery dla Nusiów, to też zagadka, którą udało się rozwiązać dopiero w entym markecie. A szukanie wołowiny na zrazy? Super konkretne wyzwanie.  Kupic byle jaką, żadna sztuka. Ale cudnie różowo-czerwone mięsko, bardzo miękkie w dotyku, potem szybko poddające się obróbce, to wyższa szkoła jazdy. Najważniejsze jednak, to....  Cud - miód - ultramaryna! Wnuk przyjdzie ze swoją Dziewczyną! Jestem tym faktem ogromnie podekscytowana, bo wiem, że to nie jest coś, co zdarza się co dzień! 

Jaka ja już jednak stara jestem!!!!

:-)))))))))

sobota, 21 kwietnia 2012
Nie cierpię czegoś takiego!

Chodzę sobie tu i tam po naszym blogowisku. I nagle! Czytam pewien wpis osoby doskonale mi znanej z blogowego świata, a potem komentarze do tego wpisu. Oczywiście, wcześniej swój komentarz dodałam. Ale gdy czytam bardzo długi komentarz, w którym osoba komentująca wręcz mnie obraża, to szlag mnie trafił. Bo jeśli jakaś blogierka, czy blogier ma coś do mnie personalnie, to niech mi to rzuci prosto w twarz! Niech nawet zadzwoni i walnie " z grubej rury"! A ta osoba to potrafi! Ale, gdy tchórzy i rozprawia o mojej inteligencji na cudzym blogu, na miły Bóg, nie zdzierżę! Jest mi podwójnie przykro, bo znałyśmy się blogowo parę ładnych lat. Przegadałyśmy telefonicznie niezły szmat czasu! Nawet poznałyśmy się w realu. Oddałam jej kluczyk! Nie mogę gościć u kogoś, kto nie potrafi, wbrew niby swoim przekonaniom, powiedzieć, co ją boli. I zwyczajnie jest mi przykro!

piątek, 20 kwietnia 2012
A nad jeziorem ?

Na naszej działce dzieje się a dzieje! Ślubny dokonuje ostatecznie aktu demolowania tego, co sam kilkanaście lat temu tworzył. 

Pozostały drzwi! A gdzie klucz?

Niestety, tak to nie może być. Zatem, następna odsłona demolki!

Jakby kto się nie domyślał, to dziewięć rur zostało 15 lat temu wkopane w glebę, dodano do tego zbrojenie i zalano cementem. Właśnie te rury podtrzymywały nasz domek pilnując, aby nie znalazł się w kurzawce. I nie ważne, że jak pobliską ulicą jechał jakiś ciężki sprzęt powodujący, że nasz domek w posadach podrygiwał! Ten, teoretycznie śmieszny fundament spełniał swoja rolę . Praktycznie nie było widać śladów tego, że ten domek zawsze jakby podrygiwał! Ale zmieniły się czasy, zmieniły się materiały budowlane, a nade wszystko zmieniły się technologie budowy.

Okazało się na szczęście, że wiele materiałów porozbiórkowych można wykorzystać. I dobrze. Drewno drogie. Póki co, magazynujemy belki na więźbę dachową ( nówki ), i całą masę różnych materiałów, które można ponownie wykorzystać: deski, watę mineralną i styropianowe bloczki.

Tia! To resztki dawnego fundamentu!

Dobrze, że mamy wspaniałych sąsiadów. 

To stanowisko po prawej akurat, to miejsce, na którym z desek wyciąga się gwoździe. Bardzo odpowiedzialna praca. Sama miałam okazję tego doświadczać, ale 15 lat temu, gdy przenosiliśmy nasz maleńki domek prosto znad jeziora w to miejsce, gdzie teraz odbywa się swoiste trzęsienie ziemi! W każdym bądź razie, do dziś pamiętam, że wyciąganie, a potem prostowanie gwoździ, to katorżnicza praca. A Sąsiadom to nie robi wbrew. Przychodzą, podpatrują, zawsze chętni do pomocy. Zwłaszcza sąsiad Jurek, któremu Ślubny pozwolił zabrać niepotrzebną blachę, która kiedyś była dachem. I deski oraz belki spod podłogi, które pożarły korniki, a u sąsiada Jurka będzie się to hajcowało w piecu! Zatem nie dziwota, że sąsiad Jurek u mojego Ślubnego za stażystę robi! Ale Ślubny jeszcze nie wie tego, co ja. Albo, po prostu, zupełnie o tym nie myśli, że z chwilą, gdy odbierze prawomocne pozwolenie na budowę, to On będzie za handlagra robił u majstra, który nasz domek będzie wznosił!

Mimo wszystko! Łza się w oku kręci!

A rano miodem pachniał cały salon w naszym mieszkaniu! Zakwitła hoja!

 
1 , 2 , 3
Archiwum