Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
sobota, 30 kwietnia 2011
Świat nie jest taki zły...

....świat wcale nie jest zły,

niech no tylko zakwitną jabłonie!

 

A tu już kwitną, jak szalone, i trudno się nie cieszyć tym pięknym widokiem!

Własnego ogona dzisiaj już nie widzę, więc tylko macham do wszystkich Czytelników.

Idę w poziomy. 

Jutro od 11.00 zaczyna się impreza!

Dobranoc!

czwartek, 28 kwietnia 2011
Ble!

Próbuje dziś cały dzień wstawić zdjęcie do notki, i nic. Ciągle się włącza okno z logo bloxa z napisem, że tu się dobrze pisze, i że strona nie istnieje! I d..... blada! Chodząc po blogowisku widzę, że inni zdjęcia mają wstawione. Co jest zatem? Miejsca na pliki mam jeszcze przeszło 60 MB, zaawansowany edytor włączony. I nic? Wie może ktoś, co jest grane? Moja przystarawa mózgownica tego nie ogarnia. Ponoc jakieś pliki cooki trzeba zlikwidować. Tylko ja zielonego pojęcia nie mam jak i gdzie ich szukac, co by ukatrupić.

Póki co, jesteśmy po wielkiej burzy! Atmosferycznej! I jak poszłam do Psora pól godziny temu dawać mu ostatnie leki, zaraz mi się przypomniały młode lata. Bo siedział biedulek po ciemku i wyłączył wszystkie ustrojstwa z kontaktów. Moja Mamusia też wszystko wyłączała. Miałam to po niej jeszcze długo, długo, a mnie moje ślubne szczęście przekonywało, że jak jest dom uziemiony, to nic się nie stanie. Ale ja tam swoje wiedziałam. A piorun kulisty, na ten przykład? Jak wleci? I nie śmiać mi się tu, proszę, bo tak było, i już! Teraz już burzy się nie boję, za to ujarzmienie internetu, no, to, to jest wyzwanie! Bo tych zdjęć nadal nie idzie wrzucić!

Od jutra popołudnia będzie mały "zapieprz" związany z przygotowaniami 83 Urodzin Profesora, które przypadają w niedzielę. Jesteśmy już po generalnych porządkach, myciu okien, praniu kilometrów firan i zasłon, a potem ich wieszaniu. Trzeba jeszcze umyć krzesła plastikowe, bo przyjęcie będzie na tarasie. Gości na liście coś koło 20. Jutro przyjeżdża syn, a w poniedziałek córka, pewnie zostanie do środy. Coś mi się zdaje, że będzie mnie tutaj przez tydzień malutko! Ale damy radę. W końcu, raz na miesiąc można intensywnie pracować!

A poza tym?

Siedzę na kanapie, laptop na kolanach. Spoglądam co chwilę na stolik przede mną, jakby miał się zdarzyć cud jakiś, a za jego przyczyną zwykła serwetka zmieni się w damastowy obrus. Znikną piloty, słowniki, krzyżówki, a zamiast nich pojawią się świece i kryształowe kieliszki z szampanem. Prócz tego będzie jeszcze jakieś dobre jedzonko, a w tle wazony z ogromną ilością kwiatów. Oczywiście będzie też Ślubny. Dzisiaj mija 38 lat od naszego ślubu. Niestety, to już trzeci rok z rzędu, jak nie jest nam dane być w tym czasie razem. Ostatni raz, na nasze koralowe gody zjawili się akurat Belgijscy, a ja dostałam 35 pięknych, żółtych tulipanów!

Ech!

Chyba pójdę już spać, bo jeszcze chwila i się rozkleję!

Dobranoc!

poniedziałek, 25 kwietnia 2011
I dobrze, i źle!

Dobra wiadomość jest taka, że ubiegłowtorkowe przedstawienie Psora w banku zaowocowało tym, że już w czwartek późnym popołudniem przyszedł pan, i zmieniono oraz zastrzeżono numer telefonu domowego! Ani chybi Helga odbyła konferencję z Jurgenem! I dobrze, będzie spokój z głupimi telefonami.

A zła taka, że póki co, jestem odcięta od rozmów z krajem. Dopiero w sobote przyjedzie Jurgen i zamówi na nowy numer odpowiedni abonament. Potem? Wiadomo, jeszcze trzeba będzie swoje odczekać, aby zadziałało!

sobota, 23 kwietnia 2011
WESOŁEGO ALLELUJA!

 

Z CAŁEGO SERCA ŻYCZĘ WSZYSTKIM ODWIEDZAJĄCYM TEN BLOG ŚWIĄT POGODNYCH I SPOKOJNYCH, WSZYSTKIMI BARWAMI TĘCZY MALOWANYCH PISANEK.

NIECH SZCZĘŚCIE I RADOŚĆ POZOSTANIE Z WAMI, A WIOSENNE MOTYLE NIECH TAŃCEM CIESZĄ WASZE OCZY PRZEZ CAŁY ROK.

A LANY PONIEDZIAŁEK NIECH PRZYNIESIE WAM DESZCZ WSZELKIEGO BOGACTWA!

czwartek, 21 kwietnia 2011
Radosna Wielkanoc!

2. Tradycje i zwyczaje w Polsce i na świecie

Pod koniec XVII stulecia zaczęto budować tzw. kalwarie. Były to obszerne kaplice, we wnętrzu których znajdowały się ołtarze, będące kolejnymi stacjami Drogi Krzyżowej! Podczas Wielkiego Postu - w każdy piątek, a często i w niedzielę odbywały się tam procesje połączone z nabożeństwem Gorzkich Żalów. Miały one szczególnie uroczystą oprawę w ostatnim tygodniu przed Wielkanocą. Grała orkiestra, śpiewały chóry, a członkowie bractw kościelnych przyjmowali na siebie role Chrystusa, apostołów, Judasza, żołnierzy rzymskich i faryzeuszy. Z tego obyczaju w naszych czasach stworzono piękne i przemawiające do wiernych widowiska pasyjne. W Polsce najsłynniejsza odbywa się w Kalwarii Zebrzydowskiej, i ma ono niewiele sobie równych w Europie. W Wielki Czwartek i w Wielki Piątek odtwarza się sceny Męki Pańskiej, przy czym widzowie nie tylko oglądają spektakl, ale są też uczestnikami wydarzeń. Jest to najsławniejsze i najbardziej tłumnie odwiedzane widowisko pasyjne w naszym kraju.

Obraz pasyjny z XV w. nieznanego z malarza, w kościele św, Jakuba w Toruniu

Z misteriów Męki Pańskiej słynie hiszpańska Sewilla, gdzie mieszkańcy noszą na wielkich platformach rzeźby przedstawiające sceny z Drogi Krzyżowej. W Meksyku nad organizacją malowniczych misteriów czuwają bractwa pokutnicze. Uczestnicy procesji wloką ciężkie łańcuchy, przepasani powrozami dźwigają bele kłujących roślin lub boleśnie się biczują. Mieszkańcy podmanilskiej wsi San Pedro Cutud na Filipinach urządzają w Wielki Piątek publiczne ukrzyżowanie. Ochotnicy sa przybijani do krzyża metalowymi gwoździami i pozostają na nim przez kilka minut. Taka forma pokuty ma zapewnić rozgrzeszenie. W innych miastach i wsiach filipińskich odbywają się procesje biczowników. Natomiast mieszkańcy egzotycznej wyspy Bali z małych, kolorowych ciasteczek budują wielkie ołtarze. Szwedzi zamiast palm zdobią gałązki krzewów, używając do tego barwnych piórek. W Czechach wielkanocny poniedziałek jest dniem rózg z wierzbowych witek, którymi symbolicznie chłoszcze się po łydkach. Tylko na Morawach zachowała się tradycja zakopywania pisanek w rogu stajni lub na polu, by zapewnić sobie lepsze plony. Święta na Litwie przypominają polskie, ale są bez dyngusu, a te obchodzone w Niemczech - prócz Bawarii - mają raczej komercyjny charakter.

Świecki i radosny charakter ma urządzany w Wielkanocny Poniedziałek ( już od średniowiecz ) w krakowskiej dzielnicy Zwierzyniec odpust zwany Emaus. Tylko tu można kupić drewniane wielkanocne figurki i zabawki - Żydów w czarnych chałatach, ptaszki machające skrzydłami, malowane toporki i kołatki. Trzeba uważać, aby wędrując od kramu do kramu, nie narazić się na przymusowew oblewanie wodą, czym zabawiają się gromady nastolatków!

Tradycyjną zabawą krakowską jest także rękawka, chociaż dzisiaj zmieniła już nieco swój charakter. Według legendy jest to pamiątka stypy urządzonej po usypaniu kopca Krakusowi. Uczestnicy festynu przynosili na wzgórze Lasoty pisanki, jabłka, pierniki i resztki święconego, przy czym zrzucali je stojącym u podnóża biedakom i żakom. W niektórych regionach kraju, zwłaszcza w okolicach Rzeszowa, przy Bożych Grobach pełnią wartę turki. Począwszy od Mszy w Wielki Czwartek, straż grobowa uczestniczy we wszystkich nabożeństwach aż do Wielkiej Niedzieli. W Wielkanoc turki ubieraja się w paradne mundury i czapki przyozdobione białymi kwiatami i przy dźwiękach orkiestry ogłaszają dobrą nowinę.

W Stanach Zjednoczonych urządza się kolorowe i roztańczone parady. Ulicami maszerują orkiestry, setki zajączków wielkanocnych i dziewczynki niosące koszyczki pełne jajek. Wielogodzinny przemoarsz kończy się w miejscowym parku, gdzie przy muzyce odbywa się piknik, konkursy, loterie i tańce. Ale najważniejszym punktem programu jest poszukiwanie przez dzieci ukrytych w trawie czekoladowych jajek. Kto znajdzie najwięcej kolorowych jajeczek, będzie miał szczęście przez cały rol.

 

środa, 20 kwietnia 2011
Radosna Wielkanoc!

1. Pisanki, kraszanki, czyli wszystko o jajku

Ze świętami Wielkanocy najczęściej kojarzymy jajko. Było ono zawsze symbolem filozoficznych rozważań nad początkiem życie i śmierci. Weszło do kultury jako symbol odradzającego się życia, wiosny i zmartwychwstania natury, a także początku wszystkiego, co żyje. Jajko obdarzano szczególną czcią już w czasach pogańskich. Stą też wywodzi się słowiański obyczaj, kultywowany od X wieku, święcenie kolorowych, uprzednio ugotowanych jaj. Potem zaczęto obdarowywać się pisankami z życzeniami radosnych świąt i dzielić się jajkiem podczas uroczystego wielkanocnego śniadania. Pisanki towarzyszą Wielkanocy w większości krajów Europy, w Stanach Zjednoczonych, i wszędzie tam, gdzie wyznaje się katolicyzm. Są, jak kurczak, zajączek czy palma nieodłącznym atrybutem tych wiosennych świąt.

Pierwotnie dekorowano jaja w celach magicznych - zdobienie było bowiem jednym z warunków ciągłości świata. Tradycyjnie zasiadano do malowania pisanek w Wielki Czwaretek. Robiły to kobiety i dziewczynki, a mężczyźni nie mogli się temu przyglądać, gdyż ich obecność szkodziła magicznym właściwościom pisanek. Ciekawski był zawsze przeganiamy ostrym słowem, sypano za nim szczyptę soli, wypowiadając zaklęcie:"sól tobie w oczy, kamień w zębach", a tego nasi pradziadowie bardzo się bali. Gdy dodawano jeszcze: "Jak ziemia woskowi nie szkodzi, tak twoje oczy niech nie szkodzą pisankom", było prawie pewne, że posanki zachowają swoja niezwykłą moc. Pierwsze gotowe pisanki, jeszcze niepoświęcone, ofiarowywano najbliższym, z chrześniakami na czele. Reszts, już poświęcona, zdobiła wielkanocny stó i była rozdawana przybywającym w odwiedzimy gościom. W tamtych czasach pisanki pełniły funkcję dzisiejszej Walentynki. Jak symbol rozrodczości i nowego życia były oczywistą aluzją. Panny starały się, aby najpiękniejsze kraszanki trafiały do rąk chłopców, których chętnie widziałyby w roli przyszłych towarzyszy życia. Matki i siostry kawalerów ofiarowywały najpiękniejsze pisanki synom i braciom, aby ci z kolei mogli je darować swoim wybrankom. Ale, gdy rodzice dziewczyny nie zezwolili córce na przyjęcie malowanego jajka od adoratora, było wiadomo, że jest to odmowa i taki absztyfikant ręki dziewczyny nie dostanie. Z jednej strony otaczano jajka nabożnym kultem, z drugiej zaś służyły do wielkanocnej zabawy. Jedną z najbardziej popularnych jest tłuczenie jaj. Właściciel pisanki o najtwardszej skorupce, oprócz nagrody pod postacia ozbitych jaj przeciwników, przez najbliższy rok cieszył się sławą.

 

Około połowy XIX wieku rozpowszechniły się w całej Europie "jaja niespodzianki". Podobno ich pomysłodawcą był był francuski cukiernik George Toussay, ożeniony z córką właściciela firmy galanteryjnej. Drobiazgi ze sklepu teścia wkładał do wielkanocnych jajek wykonanych z cukru, czekolady, marcepanu. Były to kawałki koronki, zwoje jedwabnych wstążek, srebrne naparstki, kolczyki albo pierścionki z pozłacanego srebra z półszlachetnymi kamieniami. Wielkanocne jajka ze złota i srebra zaczęli sporządzać też jubilerzy. Najsłynniejsze z zachowanych do dziś pochodzą z pracowni działającego w Petersburgu aż do 1917r. sławnego złotnika i grawera Faberge, który był dostawcą carskiego dworu.  W tych kunsztownych pisankach kryły się miniaturowe portreciki ofiarodawców, figurki złotych amorków, łąbędzie, gołębie i inne symbolizujące uczucia ptaki, bukieciki kwiatów, a wszystko sporządzone było ze szlachetnych kamieni. Na wzór Faberge wielkanocne jako sporządził w 1906 roku dla Henryka Sienkiewicza cech warszawskich jubilerów. Pisanka ta, wielkości strusiego jaja, miała skorupkę z pozłacanego srebra, na której wygrawerowano postaci bohaterów jego powieści.Współczesne pisanki nawiązują do ludowych wzorów zdobniczych, które także posiadają swoją symbolikę. Na przykład szlaczki z figur to metafora nieskończoności,  czerwień i biel oznaczają szacunek dla duchów opiekujących się domem, zieleń symbolizuje odrodzenie przyrody i miłość, czeń i biel to cześć oddawana duchom ziemi, a brąz - szczęście rodzinne. Znawcy potrafią, kierując się kolorem i wzorem, odróżnic pisankę kurpiowską od mazowieckiej, krakowskiej, łowickiej czy wielkopolskiej, nie wspominając już o kolorowych kresowych kraszankach dekorowanych według wzorów z Podola, Wołynia czy Wileńszczyzny!

 

wtorek, 19 kwietnia 2011
Naciąganie!

Wczoraj, do Profesora było kilka telefonów. Pod wieczór dowiedziałam się, że wygrał On mercedesa, i tylko musi wpacić 625 euro, aby mu ten samochód przywieziono. Chyba z godzinę mu klarowałam, że to podpucha, i naciąganie starszych wiekiem ludzi. Jeszcze nikt nie wygrał nie biorąc udziału w żadnej grze. Tego samochodu nie będzie miał, jak i tych pieniędzy. Ale jak grochem o ścianę! Jeszcze oburzony był, bo ja się nie znam, a on wie, że wygrał, bo mu dzwonili! Dobra, odpuściłam.

Mielismy dzisiaj na godzinę 10-tą wizytę comiesięczną u lekarza domowego. Pech chciał, że trzeba było przechodzić koło Volksbanku, gdzie Profesor ma konto. Oczywiście, idziemy do banku. Na moje veto, że za 15 minut czeka na nas lekarz usłyszałam, że to jego dobry znajomy i nic się nie stanie, jak się spóźnimy. No nic. Wchodzimy do banku, Psor kieruje się do odpowiedniego bankowca i ni mniej, ni więcej tylko każe sobie wypłacić 600 euro. Ło matko, myślę sobie, teraz to będzie draka! Pan bankowiec z poważną miną wypenił jakiś kwitek, potem kazał czekać i gdzieś poszedł. Wrócił po dobrym kwadransie i prosi w głąb banku. Domyśliłam się, że do bankowca wyższego rangą. Faktycznie. Przywitano nas pieknie, usiedliśmy i zaczął pan tłumaczyć Profesorowi, że on nie może mu wypłacić takich pieniędzy, bo na taką sumę nie ma zgody. Taką zgodę może wydać tylko syn, ale nie można się z nim skontaktować. To Profesor kazał wezwać Helgę. Pan poprosił o numer telefomu, po czym wyszedł do innego pomieszczenia, skąd prawdopodobnie do niej dzwonił, bo już po kilku minutach się zjawiła. Na całe szczęście mieszka naprzeciw. Helga do nas weszła, bankowiec dyskretnie się ulotnił, a Psor zaczyna znowu swoją bajkę o wygranym mercedesie. Przez dobrych kilkanaście minut Helga się produkowała, ale nie zdołała Profesora przekonać. Rozeźlona wyszła, na jej miejsce wszedł bankowiec i chyba bardziej dokładnie wytłumaczył Profesorowi, na czym cała rzecz polega, bo ten, chociaż robił się purpurowy i blady ze złości, w końcu zezygnował z upierania się, aby mu wypłacono pieniądze.

Wracamy od lekarza, a Profesor znowu ciągnie do banku. Po co? - pytam. Po pieniądze! Jakie? Do portmonetki! Ufff! Udało mi się przekonać go, że te 25 euro, co ma w portmonetce to mu wystarczy, a jak na coś wyda ( zresztą gdzie, skoro nigdzie ni chodzimy ), to mu dołożę z pieniędzy domowych. Popatrzył na mnie, chwilę pomyślał, a ja w tym czasie prawie się modliłam, aby znowu czegoś nie wywinął w tym banku, na szczęście zgodził się ze mną, i już spokojnie wróciliśmy do domu.

I tak sobie pomyślałam, że naciąganie starych ludzi, to preceder spotykany chyba w każdym kraju.

środa, 13 kwietnia 2011
Zmienniczka!

W tej mojej pracy to jak wszędzie, nigdy nie jest tak, aby było do końca wszystko cacy. Zawsze można coś znaleźć na nie. A to podopieczny jest złośliwy, a to za dużo waży, a to dodatkowo ma się drugą osobę do opieki, chociaż płacą za jedną, a to trafi się kot, któremu ja się nie spodobałam. Różne są możliwości. Jest też taka, że trafi się na zmienniczkę, z którą nie bardzo można się dogadać. Jakoś do tej pory tego problemów nie miałam, a przyszło mi współpracować już z niemałą grupką kobiet przeróżnych. Z biegiem lat udało mi się trochę oszlifowac mój nie całkiem lekki charakterek, poza tym, akurat ta praca uczy cierpliwości. Nie lubię konfliktowych sytuacji i staram się ich nie stwarzać, o wiele bardziej wolę spokojne wyjaśnienie spornej sprawy niż nikomu niepotrzebne dąsy.

Tym razem przypadło mi pracować z osobą, do której już od pierwszego kontaktu poczułam niechęć. Znacie to chyba wszyscy. Ot, po prostu, nie wiesz jeszcze nic o człowieku, a już wiesz, że z nim ci nie będzie po drodze. Nie wiem, jak Margret pracowała kiedyś, może w Bawarii, gdzie była ostatnio nic nie musiała robić? Ale od pierwszej wypowiedzianego przez nią zdania, gdy przyjechałam do Psora pierwszy raz, wiało pretensjami. O wszystko! Bo Psor posikuje, bo na toalecie brudzi i czasem te brudy przenosi na pokoje, bo głośno puszcza wiatry,bo mlaska, bo wylizuje talerze, bo nie myje rąk, bo nie chce co drugi dzień brać prysznica, bo tłucze się po nocach i spać nie daje, a w ogóle to nie chce chodzić spać o ludzkiej porze. I mogłabym tak wymieniać jeszcze więcej. Zupełnie tego nie rozumiem. Czy "nie wiedziały gały, co brały", że jedzie do starego człowieka, który ma swoje nawyki i dziwne zwyczaje? Może myślała, że tylko do towarzystwa będzie i rączek sobie nie będzie wyrywać? Zresztą, kto ją zmusza by tu pracowała? Musu nie ma! Nie podoba się, zmieniasz miejsce! W czasie, gdy byłam w domu, Margret czasem do mnie dzwoniła i żaliła się na Psora, jaki jest okropny. Czasem myślę, że On jej robi na złość, bo Margret, która zna niemiecki lepiej ode mnie potrafi na niego nakrzyczeć, a potem przez pół dnia chodzić jak "gradowa chmura". Za to mnie ciśnienie podniosła przed dwoma tygodniami. Jeszcze nie zdążyłam się rozpakować, a ta już z pretensjami do mnie, że nie wyczyściłam szafek w kuchni (były całe poklejone) i zostawiłam brudny dekiel w mikrofalówce. No żeż! Normalne jest, że jak się wyjeżdża, to zostawia się zmienniczce wszystko czyste. Może ja nie jestem perfekcyjna pani domu, bo zdarza mi się czasem nie reagować na kurz, ale mi się nie zdarzyło, aby zarzucano mi rozmyślne zostawianie bałaganu. O tym deklu, fakt, zapomniałam, ale szafki miałam umyte, a jeśli były jakieś ślady palców, to mógł je Psor zostawić, gdy czasami buszuje po kuchni wieczorem. Mnie by przez myśl nie przyszło robić o to awanturę, wzięłabym szmatkę i wyczyściła, ręcę mi od tego by nie odpadły. Zapytałam, dlaczego dzwoniąc do mnie o tym nie powiedziała. A Ona na to, że martwiła się, iż ja się zdenerwuję i nie wypocznę! Sic! Swoją drogą, jaki trzeba mieć charakter, aby czekać ze zrobieniem komuś awantury dwa miesiące?

poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Pomiędzy!

Trafiło mi się wczoraj! A zapowiadała się zupełnie leniwa niedziela.

Zadzwonił telefon! Jak ta łania pognałam w dół, aby odebrać. O dziwo, był do Psora. Może to nieładnie, ale podsłuchiwać zaczęłam. I wyszło mi, że coś się bedzie działo, bo Psor dziękował, a dziękował, i znowu dziękował za pamięć!

Okazało się, że jest spotkanie dawnych nauczycieli akademickich. Bo nie wiem, czy wiecie, ale Vechta, mimo tego, że jest niedużym miastem, ma 3 szkoły wyższe, i ponoć wszystkie są na bardzo wysokim poziomie.

I odbywało się świętowanie którejś rocznicy ustanowienia rektora!

Psor miał byc gotowy na 15.00-tą. Już na godzinę przedtem dreptał i wydziwiał. A to nie ten kolor koszuli, a to krawat zupełnie nie pasujący. Paska w spodniach nie ma być, tylko mam założyć szelki. Włosy przyczesać. Do kieszonek chusteczki higieniczne dostarczyć! Uff!

Dzwonek! Otwieram! Starsza Pani, całkiem siwiutka, ale przystojna,pyta, czy Psor gotowy. A ten juz w landsadach, podniecony do imentu. Aż dziw, że udało się w samochód go zapakować! Pani obiecała go dostarczyć na 18,00-stą. Bo jej powiedziałam, że najpóźniej do 17.30 musi Psor dostac leki i insulinę. Ale te pół godziny, to jeszcze jest do przyjęcia.

Jak tylko pojechali, to ja myk, na górę, złozyłam do kupy moje kijki i hajda!

Do najbliższego lasu mam 5 minut drogi. Ścieżek tam mnóstwo. Ja szłam na wprost. Bukowy las sobie stał, czasem trzeszczał w gałęziach, czasem szumiał starymi lisćmi opadającymi na ziemię. Gdzieniegdzie  szumiał strumieniem. A potem otworzył  się bezkres pól. Ludzie sobie szli  na spacer, czasem koń przeszedł osiodłany przez piekną amazonkę, rowerzyści szaleli. Normalna niemiecka niedziela.

Wrócił o czasie. Cały w skowronkach. I jeszcze przytargał dwa talerze słodkości, czyli placków ichnich. To je podzieliłam, zapakowałam w folie i do zamrażarki wrzuciłam. Na moje oko, przez dwa najbliższe tygodnie nie  będę musiała niczego piec.

niedziela, 10 kwietnia 2011
Ło matko!

Psor mnie przetrzymał dzisiaj, że hej! Akurat na Programie 1 ( erste ) kończył się jakis program rozrywkowy, i póki się nie skończył, to Psora nie dało się odkleić od swego fotela. Mnie te klimaty nie rajcują, akurat ogladam trzecią serię " Czasu Honoru" i nawet Karel Got śpiewający po niemiecku nie jest w stanie zmienić mojego stosunku do telewizji niemieckiej, a może zwłaszcza to, że śpiewa po niemiecku. I nie pytajcie mnie proszę, jak to się zgadza z tym wszystkim, że ja tu już od przeszło trzech lat zarabiam na jeszcze piękniejszy niz obecnie domek nad jeziorem. Akurat to, co było, i to, co może być zupełnie nie jest kompatybilne. Jakoś potrafię wszystko oddzielić i nawet całkiem dobrze mi to wychodzi. To i tak jest sukces, że Psor tylko dzisiaj sie zbuntował co do spania! Gośce nie dawał spać prawie wcale. Ale ja, to nie Gosia! Przede wszystki, sa korki do uszu! A poza tym? Nie naciskam, nie komenderuję, zgadzam się niby na wszystko, aby potem łagodną perswazją doprowadzić do zadawalającego mnie rezultatu. To działa. I nawet sobie pomyślałam, że Psor dlatego bardziej jest ze mną "usłuchany", bo jakby nie było, bardziej wiekowo jemu pasuję, niż Goska.

PS. 1

Przepraszam,że nie odpowiadam na komentarze. To i tak sukces, że piszę, i raz na dwa dni wszystkich odwiedzam! Nie da rady inaczej!

PS. 2

Psor nie pamięta, gdzie są pieniądze. Cóż! Galopująca skleroza! Najważniejsze, że Birgit zadzwoniła rano i zgodziła się ze mną, iż to ja powinnam mu wydzielać pieniądze na jego potrzeby. Psor udawadniał, że zapłacił za 3 sekty, które mu przywiozła Birgit na jego urodziny. Sęk w tym, że te sekty, w ilości dwóch kartonów, Birgit złożyła w garażu zanim Psorowi zaczęły się pieniążki nie zgadzać!

I to by było na tyle!

Przy okazji! Czyż to nie piękna dekoracja świąteczna? Zwłaszcza te jajkowe firanki?

Do miłego!

 
1 , 2
Archiwum