Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
środa, 30 kwietnia 2008

Rzeczy!

31 lat temu dostaliśmy mieszkanie. Całe 4 pokoje, kuchnia,łazienka, toaleta. Nareszcie, po 5 latach tułania się po sublokatorskich pokojach -na własnych śmieciach! W dorobku mieliśmy jedynie komplet mebli kupionych za jedwabniki, które hodowaliśmy w tym właśnie celu na długo przed ślubem. No, i dwa łóżeczka dziecinne. I oczywiście, nie śmierdzieliśmy groszem. A tu meblowanie takiej powierzchni!

Ale w tamtych latach wynaleziono kredyty MM - dla młodych małżeństw. Udało nam się nań załapać. Zaczęło się bieganie po sklepach. Modne były wtedy meblościanki, i ja taką jedną sobie upatrzyłam. W sklepie były tylko 2 sztuki: biało-brązowa i biało-czerwona. Upatrzyłam sobie tą w czerwieni, ale zanim załatwiliśmy formalności z kredytem, okazało się, że już jej nie ma. Nie było wyboru, kupiliśmy biało brązową.

W międzyczasie, dwa razy wymienialiśmy w niej uchwyty, zmieniały się kolory ścian lub wzory tapet, wymianie ulegały dywany, komplety wypoczynkowe. A ona trwała! Do wczoraj! Zabrano ją do innego domu.

Jedynym materialnym dowodem, że istniała są pełne kartony, które wylądowały w piwnicy. A w nich cała fura książek. I przedmioty o ogromnym dla mnie ładunku emocjonalnym. Sa tam między innymi kompleciki do kawy: niebieski, który dostałam na wieczorze panieńskim i żółty, przywieziony przez Rodziców na 10-ta rocznicę naszego ślubu. Kryształy - dawniej namiętnie dawane na wesela, a mnie jakoś te dwa talerze i karafka, oraz zegar całkiem pasowały. Jasnobrązowy komplet z bułgarskiej ceramiki, którą przysłała mi koresponencyjna koleżanka z Plowdiw. Wazonik - holenderka, z miśnieńskiej porcelany, po Babci. Wszystko to pewnie już nie ujrzy światła dziennego, a kartony będą zarastać kurzem.

Dzisiaj wyjadą od nas komplet wypoczynkowy, stolik ze szklanym blatem, dywan i lampa stojąca. Ślubny rozbierze na części pierwsze szafę w sypialni, która będzie porąbana na opał. Rozmontuje też nasze stare łoże małżeńskie. I za parę dni, kiedy już wyjadę zacznie się burzenie ściany i powiększanie salonu o byłą sypialnię.

Remont stoi już za progiem! 

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Poweekendowo!

Belgijscy Goście zjawili się w sobotę późną popołudniową porą, ale zdażyliśmy pojechać na naszą letnią działkę. Zaliczony został również spacer nadjeziorna promenadą, a po powrocie do miasta zwiedzaliśmy nasz malowniczy rynek i starówkę. Wieczorem kolacja i pogaduchy do późnej nocy przy dobrym winku. Moim gościom tak zasmakował wędzony pstrąg, że w niedzielę rano szybciutko szukałam po necie godzin otwarcia sklepu firmowego. A wtedy, z Panem Z. pomknęliśmy szybko w głebiny lasu, aby nad Brdą, w pstrągarni zakupić niezłą porcję tejże ryby, pakowanej próżniowo,bo przecież musiała pojechać do Belgii.

Jeden mam tylko mały "zgryz" po tej wizycie. Gośka parę razy tak zachwalała mojego Ślubnego, że teraz muszę chyba zacząć mu się dobrze przyglądać! Może mi coś umyka? Może nie widzę w nim tego, będąc razem, co widzą inne Kobiety? W każdym bądź razie biorę Go pod dużą lupę! :-)))

W niedzielę oczywiście, imprezka rodzinna. Dzieci, Wnuki. Teściową przywiózł Szwagier. Było tak, jak być powinno. Wiele wspomnień, przypominania sobie różnych śmiesznych sytuacji z dnia naszego ślubu. Były wspominki Dzieci z dni ich dzieciństwa i młodości. Dużo śmiechu, żartów. Masa narobionych zdjęć! Moje Dziewczyny - Córcia i Synówka - pomagały, jak mogły, aby wszystko poszło sprawnie. A wieczorem, już na spokojnie, poszliśmy na długi, wspólny spacer!

Za rok 15-lecie ślubu Córci, za 3 lata 10 -ecie  ślubu Synka!

Czas płynie nieubłaganie!

piątek, 25 kwietnia 2008

Braki w logistyce!

Kiedy człowiek ( czyli ja ) był piękny i młody, a zwłaszcza młody, żadna impreza nie była mu straszna. Sama robiłam wszystko na rodzinne spędy, czy to były jakieś rocznice nasze, czy przyjęcia komunijne moich Dzieci. Ba! Nawet sama prawie wszystko szykowałam na wesele mojej córki.

I jakoś się wszystko udawało. Nie trzeba się było dużo zastanawiać, co zrobić, jak podać. Ważne było ZDOBYĆ! Wystać w kolejkach,załatwić po znajomości! A potem człowiek ( czyli ja ) miał dziką wręcz satysfakcję, że stanął na wysokości zadania, że sprostał wyzwaniu, że Rodzinka zadowolona, a znajomi zazdroszczą dobrej organizacji.

A teraz człowiek ( czyli ja ) jest tylko młody duchem. Imprez rodzinnych ostatnio tyle, co na lekarstwo. Poza tym rozleniwiona jestem okrutnie pracą niemiecką, więc nie dziwota, że lekko poszło mi "pod górkę" dzisiaj!

Ja dokładnie wiedziałam, że owszem, nasze 35 lat jest w środku tygodnia. Ale ludki rodzinne pracują, więc wszyscy zaproszeni na niedzielę najbliższą zostali. Wszystkiego, razem z nami 9 ludzi, którzy będą się razem cieszyć z naszego jubilee...! Pomyślałam sobie, że jak zacznę w sobotę czynić przygotowania, to w niedzielne popołudnie będzie, jak znalazł!

To się nie śpieszyłam. Ale w międzyczasie dostałam wiadomość, że jutro, w sobotę przyjadą do mnie nasi wspaniali bloxowicze - Gosia i Pan Z. Więc trzeba było dostać przyśpieszenia! Nie będę przecież biegać po kuchni, gdy mili, od dawna spodziewani Goście mają się pojawić!

I dzisiaj, od wczesnego popołudnia szalałam w kuchni namiętnie, z nerwem i pazurem. Niby nic wielkiego! Ugotować barszcz; usmażyć schab nadziewany śliwkami i morelami; usmażyć kotleciki drobiowe, które będą w ostatecznej wersji eskalopkami; przygotować tort kawowo-czekoladowy.

Przed godziną był finisz! Trzy potrawy + tort, a ja na to poświęciłam prawie 3/4 dnia! Ani chybi się starzeję! Albo straciłam swoje umiejętności logistyczne!

Trudno! Nie będę się tym martwić. Jutro od rana czekam na miłych belgijskich Gości. A teraz biegnę do moich Bloxoulubiuonych, aby sprawdzić, co u nic się dzieje. Bo do poniedziałku mnie nie będzie!

Miłego weekendu KOCHANI!

środa, 23 kwietnia 2008

Chwalę się!

Okazało się, że nie jestem przygotowana na taką ilość kwiatów.

35 tulipanów za nic nie dało się zmieścić w jednym wazonie. Trzeba było rozdzielić kwiatową masę!

Ale i tak są piękne!

wtorek, 22 kwietnia 2008

35 korali !!!

Korale!

Te z broszki mojej Mamusi, w siateczce ze starego złota przypominają mi dzisiaj jedno!

Bo jeżeli, co roku, zbieraliśmy, ja i mój Ślubny - w trudzie i znoju, w słońcu i pogodzie, z nienawiścią i miłością - po jednym z tych wspaniałych kamieni, to dzisiaj....

Dzisiaj minęło 35 lat, jak je zbieramy !!!

I to zupełnie nie ma znaczenia, że jeszcze w zeszłym tygodniu byłabym gotowa zadusić go własnymi rękoma! Tak mnie wnerwił! To nie ma znaczenia, bo przecież jesteśmy ze sobą na dobre, na złe!

Liczy się tylko dziś! I to, co mamy! Mimo tego, że tak bardzo się różnimy, że często nadajemy na zupełnie różnych falach, że rozmijają się nasze oczekiwania wobec dalszego życia. Bo akurat w kwestiach tyczących naszej Rodziny, Dzieci, Wnuków - jesteśmy zgodni, aż do bólu! Nie przeszkadza nam więc to, że każde z nas ma swoją własna przestrzeń, w której sobie "jest". Bo w końcu i tak zawsze spotkamy się w tym obszarze, gdzie wszystko jest wspólne, i gdzie dobrze nam razem. Nawet, jeśli to jest rzadkie!

I chyba tak powinno być!

Wieczorem zapalimy świece, w smukłych kieliszkach zaperli się szampan. Wtulimy się w siebie, wspominając z rozrzewnieniem te wszystkie minione lata!

A korale?

Za następnych 5 lat będziemy już rubiny zbierać!

piątek, 18 kwietnia 2008

Damą być....!

Onegdaj przypomniałam sobie, że milowymi krokami zbliżają się dwie ważne imprezy. Rodzinne zresztą. I wypadałoby się jakoś pokazać najbliższym. Wszyscy moi bliscy od paru lat już zdążyli się przyzwyczaić, że preferuję styl sportowy, a spodnie wszelkiego autoramentu, to jest to, co lubię najbardziej ( no, dobra - parę spódnic też mam, ale używane są od wielkiego dzwonu, bo obie ciepłe i tylko zimą się w nie stroję); ale czasem wypadałoby się ubrać jak elegancka Kobieta! A w szafach nic stosownego nie ma! Trzeba iść na zakupy!

Ponieważ nie czułam się pewnie, czy podołam wyzwaniu, zaprosiłam moją jedyną "Psiapsiółkę" do pomocy w buszowaniu po sklepach. Zawsze, co cztery oczy, to nie jedne! A poza tym, czasem dobrze przejrzeć się w innym lustrze.

To poszłyśmy. Pierwszy sklep - masakra! Drugi - jak Cię mogę! Trzeci - wybrałam sukienkę i stosowny żakiet, chociaż to nie było to, co tygrysy lubią najbardziej. Owszem podobał mi się ten zestaw, nawet w domu mam buty odpowiednie, ale... nie był powalający. Stwierdziłam, że niech pani ekspedientka odłoży, a jak nic nie znajdziemy, to w "razie draki" wrócę, i kupię.

Następny sklep.Duży. Ceny.... nie na moją kieszeń! Ale ciuchy!!!! Marzenie!!! Z punktu wyławiam klasyczny zestaw: sukienka  bez rękawów, lekko dopasowana, z dekoltem w karo-szpic. Do tego żakiet. Wszystko z bardzo dobrej mieszanki wełny z satyną. Kolor moim zdaniem stalowy ( Psiapsiółka twierdzi, że myszaty ) ale z gatunku tych stali wysokogatunkowych. Przymierzam. Jak na mnie szyty! Tylko pereł potrzeba, względnie czarnych korali i takowych butów, oraz torebki! Już się w tym widzę! I nawet nie przeszkadza mi to, że musiałabym zapłacić równowartość 3/4 mojej emerytury! A co tam - myślę sobie - Ślubnemu się do ceny nie przyznam. Po co ma dostać zawału następnego. Dołożę z własnych zaskórniaków!

Proszę o zapakowanie. W tym momencie wkracza przyjaciółka i stwierdza: " że owszem, że ładne to jest, ale kolor nijaki, że wyglądam jak stara baba. A poza tym, ile razy to włożę? Będzie w szafie czekać następne 5-7 lat! I ta cena? Nie mam na co pieniędzy, ciężko zarobionych wyrzucac?"

I zwątpiłam!

I teraz od wczoraj siedzę, i myślę! Bo cofnęłam się do tego sklepu, gdzie mi odłożono wcześniej przymierzany zestaw, oczywiście, o połowę tańszy. I kupiłam to. Ale cały czas widzę siebie w tym stalowym komplecie!

Ciężko być elegancką Damą! Oj ciężko!

środa, 16 kwietnia 2008

Wczoraj!

Parę lat temu odkryłam uroki buszowania w sieci. Jedną z niewątpliwych przyjemności surfowania było poznanie wielu nowych Kobiet ( męskie rodzynki też się zdarzyły ), z których częścią nawiązałam bardzo bliskie kontakty także w realu. I jak to zwykle w takich razach bywa, część znajomości po drodze gdzieś się rozpłynęła, z częścią mam kontakt telefoniczny, niekiedy na skypie, czasami tylko mailowy.

Jednak jest parę nielicznych, bliskich mi bardzo osób, z którymi jestem - chyba tak mogę powiedzieć - zaprzyjaźniona. Do nich należy Pioterowa. Akurat wczoraj była w moim mieście służbowo, i zupełnie nie wobrażałam sobie, aby ją szybko wypuścić z powrotem. Wieczór i połowa nocy, to jednak stanowczo za krótko, aby się tak dowoli, do imentu nagadać, pośmiać i powspominać!

Teraz Pioterowa od 2 godzin siedzi w pociągu do siebie, a mnie pozostaje tylko żałować, że te spotkania są takie krótkie!

wtorek, 15 kwietnia 2008

Na życzenie!

SAD sobie zażyczyła! To proszę. Jest panienka precjozowa obwieszona różnościami moimi! Są tam łańcuszki, wisiorki, korale, parę broszek, ale najważniejsza jest jest dla mnie kolia z Jablonexu. Ma chyba 80 lat, a nosiła ją na wszystkie bale moja Mamusia. Dawno wyszła z mody, lecz stanowi dla mnie drogocenną pamiątkę.

Widać ją dokładnie po prawej stronie. To ta z dużą, sztuczną perłą. Jest też "komboloj" - to z lewa - rodzaj greckiego różańca, pozwalającego osiągać skupienie nad wszystkim. Dla mnie również niezapomniana pamiątka z podróży moich pierwszych, zrealizowanych marzeń. Do Grecji!

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

RATUNKU! Ukradli mnie!!!!!

Kiedy dzisiaj rano się obudziłam i zjadłam śniadanie, stwierdziłam, że dobrze byłoby zarejestrować się do mojej przychodni. Niech moja pani doktor stwierdzi, czy te od niedawna, dające się we znaki bóle stawów kolanowych i biodrowych to coś poważnego, czy wystarczy tylko zmienić tryb życia lub nawyki żywieniowe.

Jakie było moje zdumienie, kiedy sympatyczna pani rejestratorka obwieściła mi, że mnie u nich nie ma! Zdumiałam się szczerze! Fakt! Nie choruję. Ostatnio byłam u lekarza chyba ze 4 lata temu. Ale się z tej przychodni nie wypisałam, ciągle bywałam u tej samej lekarki, więc co jest grane?

A pani rejestratorka skontantowała, że widać mnie ktoś ukradł. I pocieszyła, że nie jestem jedyna, którą to spotkało!

To, co? Ja jestem, czy mnie nie ma? I jak to jest? W dobie internetu oraz gospodarki kapitalistycznej wychodzi bowiem na to, że dane człowieka mogą sobie uciekać z jednej przychodni do drugiej zupełnie bezkarnie! To po co jest ustawa o ochronie danych osobowych? No, po co?

sobota, 12 kwietnia 2008

Durnostojka!

Nie mam ich wiele. W moim miejskim mieszkaniu to chyba wcale, za to w letnim domku nadjeziornym, na telewizorze stoi niezła kolekcja różności, do których mam bardzo osobisty stosunek. I chociaż są to typowe durnostojki, nie mogę się ich pozbyć, bo każda jest związana z inną, bliską mi osobą!

A tą zobaczyłam w markecie, w Kreuzau! Przyglądałam się jej z oczarowaniem przez dwa tygodnie. W międzyczasie ją przeceniono. Ja i tak wiedziałam, że ją kupię, ale cały czas tłumaczyłam sobie, że nie, że przecież nikt normalny by tego nie kupił. A jednak miałam przeświadczenie, że dokładnie wiem, do czego ją użyję, gdzie postawię! Tak, musiałam ją mieć!

I mam! Stoi na półeczce lustra w mojej sypialni. Obwieszona łańcuszkami, koralami, wisiorami, bransoletkami i pierścionkami. Moja panienka na precjoza!

 
1 , 2
Archiwum