Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2007

AUTOLUSTRACJA!

Chciało mi się, no! Lustra dużego. Oglądać się chciałam w całości, jak jaka modelka. To nieduże w łazience, i to średnie w przedpokoju, to co? Kłamały? Nie, tylko jedno da w siebie zaglądać przy świetle sztucznym, a to drugie w niepełnym naturalnym. Mozna sie było troszkę dać pooszukiwać. Na przykład w pierwszym, że zmarszczek mam mniej, niż.... ( i tu sobie przypominałam kto ), chociaż te "linie smutku" przy ustach mogłyby się tak bardzo nie pogłębiać. A w drugim, że może nie jest jeszcze ze mnie "trzydrzwiowa z lustrem", tylko taka mniej wierna kopia pewnej sympatycznej dziennikarki telewizyjnej dwójki, której często towarzyszy wysoki drągal ( wiadomo przecież, o kogo chodzi). Mogły mi te lustra mówić, co sobie życzyłam usłyszeć? Mogły. W wersji optymistycznej, że nie jest źle; w pesymistycznej, że oświetlenie nie to, przez co poprawy w kilogramach nie widać. Widziałam co chciałam zobaczyć.

Ale mnie się zachciało dużego! Na drzwiach szafy, w słonecznym pokoju. To mam. Za nic się nie da oszukać! Podlec taki! Szczere do bólu!

Kolacji jeść nie będę! Chyba!

Podżerać nocą z lodówki nie będę! O Bogowie, dajcie mi mocny sen!

Idę naparzyć duży kubas zielonej herbaty! :-)))))))

sobota, 28 kwietnia 2007

Monotematycznie!

W końcu jestem babcią, to monotematyzm wnuczkowy jak najbardziej  mi przynależny jest! Właściwie od wczoraj bawiły starsze- córczyne. Córcia z Zięciaszkiem balowali na okoliczność ukończenia szkoły sredniej. Przez Córcię oczywiście. To Wnuki u nas. A jak starsze, to wiadomo - basen. Akurat promocja była, tośmy dwie godziny się wczoraj taplali. A dziś Corcia dryndła, że prosi o więcej wolnego od dziatek, bo głowa jej kołowacieje, nogi spuchnięte od tańcowania, to co było robić! Przecież nie pozwolę młodym tylko przed komputerem tkwić, albo telewizorem co gorsza. Na całe szczęście przypomniało mi się, że są u nas targi zdrowia, i to niedaleczko, bo po drugiej stronie ulicy. To poszliśmy Pieniądze kazali dawać, za oglądanie. No! Zezłościłam się trochę, bo na afiszach nic nie było, że należy płacić. Na szczęście bliziutko do domciu, parterek na dodatek. Poszliśmy. Warto było. Bioenergoterapeuci, pszczelarze, geolodzy. Dwie godziny nam zeszło. Dzieciaki japiszonki pootwierały ze zdziwienia na niektóre eksponaty.

A potem obiadek. Niewymyślny. Bo tylko ziemniaczki w plasterkach smażone na oleju, na surowo. Wiem, wiem! Niezdrowe! Ale co było robić? Obiecałam frytki, które zawsze robię w piekarniku, ale zupełnie zapomniałam kupić rano. Na początku wyrzuty sumienia miałam, jak zobaczyłam mine Wnusi, ale za to, jak zjadła, to sam cymesik mnie spotkał, bo dwa siarczyste całuski dostałam!

Teraz Nuśki po prysznicach poszły ziuziu! Ślubny w pracy. Ja , za to w blogach. Życie towarzyskie moje wieczorne prowadze. Juterko,jak będziemy Wnuśki  odprowadzać, to impra będzie! I szampan!

Cieszę się sukcesem Córci!

Hip, hip, hip, hura!

wtorek, 24 kwietnia 2007

"Fundamentalne prawa przyrody" - z netu:

Prawo Menckensa: Ci, co umieją - robią; ci, co nie umieją - uczą.
Rozszerzenie Martina: Ci, co nie umieją uczyć - zarządzają.
Ekstrapolacja Belaniego: Ci, co nie umieją zarządzać - doradzają.
Obserwacja Jonesa: Przyjaciele przychodzą i odchodzą, wrogowie się akumulują.
Zasada Mara: Ekspertem jest każdy spoza regionu.
Prawo Jonesa: Człowiek, który się uśmiecha gdy sprawy idą źle, myśli o złowieku, na którego można zwalić winę.
Prawo Conwaya: W każdej organizacji znajdzie się jedna osoba, która wie co się dzieje. Ta osoba powinna zostać natychmiast zwolniona.
Zalecenie biurowe Scotta: Nigdy nie poruszaj się korytarzem biurowca bez kartki papieru w ręku.
Pierwsze prawo pracowni laboratoryjnej: Gorąca próbówka wygląda dokładnie tak samo jak zimna.
Postulat Bolingsa: Jeżeli czujesz się świetnie, nie martw się - to minie.
Prawo Meskimensa: Nigdy nie ma wystarczającej ilości czasu aby prace wykonać dobrze. Zawsze jest czas aby wykonać ją ponownie.
Temat Lipmana: Pracownicy specjalizują się w obszarach swojej najmniejszej wiedzy.
Prawo Wienera: Wszystko jest możliwe do zrobienia dla osoby, która nie musi tego robić.
Prawo Sattingera: Maszyna elektryczna pracuje lepiej, gdy ją podłączyć do gniazdka.
Prawo Pinta: Zrób komuś uprzejmość a stanie się to twoją pracą.
Prawo Bella: Gdy zanurzymy ciało w wodzie - dzwoni telefon.
Prawo Ruby'ego: Prawdopodobieństwo spotkania osoby znajomej wzrasta kiedy znajdujemy się w towarzystwie osoby, z którą nie chcemy by nas widziano.
Zasada Wingera: Jeżeli coś leży na twoim biurku przez 15 minut, stałeś się ekspertem w tej dziedzinie.
Prawo Harpera: Nie znajdziesz zagubionego przedmiotu dopóty, dopóki nie kupisz zamiennika.
Hipoteza Mollisona: Jeżeli projekt zostanie zatwierdzony przez administrację, to nie jest wart wykonania.
Prawo społeczne Cohena: Ludzkość dzieli się na dwie zasadnicze grupy: moralnych i niemoralnych. Podziału dokonuje ta pierwsza.
Prawo Van Herpena: Rozwiązanie zagadnienia polega na znalezieniu osób, które umieją go rozwiązać.
Prawo Murphy'ego: Jeśli coś może pójść nie tak, to pójdzie w najgorszym momencie.
Prawo Kellyego: Prawo Murphyego jest zbyt optymistyczne.
Prawo cykliczności Farnsdicka: Wydarzenia przechodzą ze złych w tragiczne, po czym proces ten się cyklicznie powtarza.
Czwarta zasada elektroniki Klipsteina: Tranzystor zabezpieczony bezpiecznikiem zabezpieczy bezpiecznik przepalając się.
Hipoteza Petersa: Jeżeli spędzimy wystarczająco dużo czasu na uzasadnianiu potrzeby, to potrzeba zniknie.
Obserwacja Etorrea: Druga kolejka porusza się szybciej.
Rozszerzenie O'Briena: Obserwacja Etorrea pozostaje w mocy po zmianie kolejki.

niedziela, 22 kwietnia 2007

PAMIĘĆ!!!  O nas...

To już dzisiaj!

Mijają już 34 lata, kiedy powiedzieliśmy sobie sakramentalne "tak".

Pamietam, jakby to było dziś. Dzień wstał taki jakiś nie bardzo. Nawet padać trochę zaczęło. Ale kiedy wybieraliśmy się do kościoła - rozbłysło słońce! Może wiedziało, że chcemy rozgrzać naszą miłość w jego blasku?

Pamiętam.  W tle organy i Ave Maria. My przed ołtarzem. Tacy młodzi, piękni, zakochani! Ślubny w stalowoszarym garniturze, z wąsikiem, falującymi włosami ( tyle tej czupryny miał wtedy na głowie, że przezywano go "tapirowany"). Zazdrościły mi go wszystkie dziewczyny z naszego miasta. Ja, jeszcze wiotka jak trzcina, z kunsztownie upiętymi lokami na głowie, wśród których tylko kwiaty konwali przypięto; w jasnobłękitnej, prostej, długiej sukience, na którą materiał przetykany srebrną, cieniutką jak babie lato niteczką przyjechał aż z Poznania.

Bylismy tacy piękni przyrzekając sobie miłość, wierność, uczciwość małżeńską, a jednocześnie patrząc sobie głęboko w oczy, powtarzaliśmy swoje własne tajemne przyrzeczenia.

A teraz mija już 34 lata. Różne były. Dobre! Złe! Targały nami wichury! Huragany niszczyły podstawy! Ale nie poddawalismy się! Każdy taki kataklizm był dla nas lekcją pokory. Wciąż uczyliśmy się siebie na nowo. Chyba nadal odkrywamy siebie, tylko spokojniej, mądrzej!. Po prostu! Nie ma już może tych zwariowanych, pierwszych uniesień. Uczucia dojrzały! Zaprzyjaźniliśmy się z nimi i sobą. Może czasem jest leniwie i nudno, bo rzadziej sie trafiają burze z piorunami! Nauczyliśmy się jednak paru ważnych rzeczy; że niewymuszona akceptacja drugiej osoby i cierpliwość w stosunku do niej, a także bezinteresowne odnajdywanie radości w jej sukcesach i spełnieniach to podstawa naszych wspólnych chwil!

Jesteśmy! Trwamy! Mamy wspaniałe Dzieci! Wnuki! Mamy naszą spokojną przystań! Mamy pewność, że nasze dni będą już tylko dobre! Mamy to wszystko! Jesteśmy tacy bogaci!

Dzisiaj wieczorem, jak zwykle przygotuję dobrą kolację, zapalimy świece, otworzymy szampana!

Wypijemy za nas!

Jesteśmy przecież tego warci!

 



      


czwartek, 19 kwietnia 2007

Płaszczka?

Jak tak sie dobrze nad sobą zastanawiam, wychodzi mi niezbicie, że powoli upodabniam się do płaszczki. Oczywiście, tylną swoja stroną się upodabniam. Bo z przodu niekoniecznie. W końcu pływam sporo, to przedsięwzięcie może i nie największe, ale i tez nie należące do miniówek.

Ale tak. Wszystko, co robię odbywa się w pozycji siedzącej. Jem - siedzę. Czytam - siedzę. Na drutach dziubię - siedzę. Oglądam tv - siedzę. W pracy - siedzę, jak na pierdę księgową przystało. Na nic więc fitnesy i gimnastyki, skoro z tego siedzenia i płaszczenia siedzenia wychodzi, że przepiękne oponki mi się dalej rozrastają.

Płaszczka oponkowa jestem! I pewnie powinnam się zacząć umartwiać? Bo czytam na jednym blogu - odchudzała się Zagadkowa, na drugim blogu - głoduje Angielska, na trzecim - o zdrowym odchudzaniu filozofuje jedna od Kotów. Na następne o tematyce dietowej już  nie wchodzę, bo mi się straszno dzieje. Raz w swoim przydługawym życiu dietowałam. Nie powiem. Skutecznie. Ale już nie powtarzałam tej wątpliwej, jak dla mnie, przyjemności. Lubię siebie. Taką, jaka jestem. Mój Ślubny chyba też, skoro nie zgłasza reklamacji.

Ale jak tak te oponki zaczynają rosnąć, to martwić się zaczynam. Bo jak urosną więcej? I nie płaszczką, ale puffer fish zostanę?

wtorek, 17 kwietnia 2007

Łakomstwo!

Okrutny wiatr nas wygnał dziś szybciej z nadjeziornej działeczki. To się wzięłam za obiad na jutro. Bo  umówiona na gadanki skypowe jestem, to nie będę mieć czasu na tak prozaiczne czynności, jak zrazy! Chyba mniamusne wyszły. Jak ostygły, włozyłam do lodówki.

Wieczorkiem, po wiadomościach, nastapił podział rozrywkowy: czyli Ślubny do laptopa, ja na serial dwójkowy. I w trakcie serialu, kiedy Marek Hance meldował, że są sami w domu, i starszych oraz dziecków nie ma doma, to będzie bal....! Dostałam takiej oskomy, że na paluszkach, jak ten kot z disneyowskich kreskówek podreptałam cichcem do kuchni i wykradłam z lodówki zraza. Wszamałam z takim apetytem, że zupełnie zapomniałam! Slubny jutro dostanie zamiast dwóch, jednego zraza! I co teraz? Mam mu swojego oddać? W ramach pokuty? Tak?

poniedziałek, 16 kwietnia 2007

TELEGRAM Z PRACY!!!

Sobota - nad jeziorem! Pracowo: szorowanie framug wszelakich, mycie okiem, pranie firan, zasłon, koców i narzut.

Niedziela - nad jeziorem! Laba! Kontemplowanie nieba, jeziora i zagajników; spijanie kawki, winka i podjadanie ciasta koleżanki!

Poniedziałek - jeziorowo! Do południa praca w pracy, po południu końcowe prace przy przygotowywaniu chaty do sezonu: wietrzenie pościeli, mycie kafelek, szorowanie kabiny prysznicowej!

Wieczorami? Padam jak kawka! Może od jutra zacznę nadrabiać zaległości w blogowaniu!

Serdeczności dla Wszystkich odwiedzających!!

Fusilla!

Stop!

czwartek, 12 kwietnia 2007

Zawłaszczenie!

Nie będzie żadnego specjalnego gabinetu dla ślubnego! Będzie wspólny. Pokój już gotowy. We wnęce zainstalowaliśmy szafę typu komandor i nareszcie mam lustro, w którym widzę się w całości. Na komódce, w której już poukładałam moje ksiązki, stoją kwiaty. W biureczku już też same moje szpargały. Firanki w oknie pieknie się komponują z kolorem ścian. Nawet daliśmy zrobić na wymiar jednoosobowy składany tapczanik, w razie niespodziewanych gości jak znalazł. Ślubny co najwyżej może kupić telewizorek, ale to po lecie, bo teraz już prawie na walizkach jesteśmy. Tylko się ociepli bardziej, to my hajda na jeziora.

wtorek, 10 kwietnia 2007

Rozczuliłam się!

Kilka godzin temu telefon. Mój najmłodszy z braci! Ten, którego sama, będąc niespełna 8-letnim dziewczęciem- odchowywałam. Będzie przejazdem od Gorzowa Wlkp. i chce wpaść na dojedzenie resztek świątecznych. Bosz! Serce mi fikołka strzeliło! Najkochańszy mój Braciszek!

I kiedy później siedzieliśmy w kuchni, a na stole pysznił się schab pieczony z morelami, rozpychał się pasztet świąteczny, kusił mazurek bakaliowy i gotowana babka, suto owita czekoladową polewą, łza zakręciła mi się w oku!

Bo najstarszy znowu się nie odezwał, nawet kartki nie przesłał. Bo średni dzwoniąc do mnie, trele piał nad moimi życzeniami dla jego nowej połowicy, ale o złożeniu życzeń mnie zapomniał!

Ale też refleksja mnie naszła. A czegóż ja oczekuję? Przecież wbrew wszystkiemu, Rodzice nas nie nauczyli okazywania uczuć. Wszystko było zakamuflowane, tajemne, zamknięte na cztery spusty. Bo kiedyś tak się żyło! Dla większości mojego pokolenia pojęcie empatii, to coś takiego, jak abrakadabra.

Ale z jednego się cieszę! Z tego, że umiem z rozczuleniem patrzeć na siwe włosy najmłodszego Brata; że umiem przywołać pamięc - bo tylko ona się liczy; że chcę i potrafię mówić o tym, co mi przeszkadza!

Przecież jutro będzie lepiej! Prawda?

poniedziałek, 09 kwietnia 2007

Pamięć! : najpiękniejsze Wielkanoce mego dzieciństwa

Dopóki żyli Dziadkowie ze strony Ojca, zawsze Wielkanoc spędzaliśmy w T.
Dziadkowie mieli za miastem , tuż przy torach kolejowych przepiękny domek
( wyglądał jak pałacyk ) i ogromny ogród. Na Święta Wielkiej Nocy, z niecierpliwością czekaliśmy cały rok, bo też dzięki nim i corocznej tradycji rodzinnej, strannie pielęgnowanej przez Dziadka, staliśmy się też niejako cząsteczkami historii tego małego miasteczka, leżącego na skraju Borów Tucholskich.
 
Zjeżdżaliśmy wszyscy, moi Rodzice + 3 moich braci, Wujostwo + 2 kuzynów i kuzynka. My, dzieci mieliśmy do dyspozycji poddasze, na które wchodziło się po bardzo stromych, trzeszczących schodach. Tam też, całe popołudnie, po przyjściu z kościoła, gdzie święciliśmy nasze koszyczki ze święconką, czynilismy nasze własne przygotowania do Świąt. Dziewczynki z bibuły, kolorowego, papieru i drucików formowały kwiaty, różne kolorowe bukieciki i wianki. Chłopcy natomiast strugali kołatki.
W Świąteczną niedzielę rano, obowiązkowo szliśmy wszyscy na mszę rezurekcyjną, po której długo celebrowano śniadanie, podawane na pięknej porcelanie ślubnej Babci, na własnoręcznie przez nia haftowanym obrusie borowiackim.
A potem to, na co zawsze z wielka niecierpliwością czekaliśmy.
Szukanie koszyczków wielkanocnego króliczka.
Formowaliśmy pochód.
Na począdku szedł Dziadek z wielkimi pokrywami od kotłów do gotowania.
Następnie Babcia z ogromnym garnkiem i tłuczkiem.
Dalej Rodzice, Wujostwo i my dzieci.
Dziadek walił w pokrywy, babcia tłuczkiem w garnek. Rodzice, Wujostwo i my radośnie śpiewaliśmy pieśni wielkanocne, powiewaliśmy kwiatami i klekotaliśmy klekotkami. Przechodnie,którzy wylegli na ulice na spacery, lub szli na koleją msze, stawali i podziwiali nasz korowód.
Okrążaliśmy cały dom , podwórko i połowę ogrodu, aby po tym rozbiec się poszukując pod krzeczkami agrestu i porzeczek, w trawie,  w konarach drzew swoich koszyczków. Pisku, śmiechu  i krzyku było co niemiara, jak znalazło się swój koszyk. My dzieci oczywiście dostawaliśmy słodkości przygotowywane przez babcię. Były to przede wszystkim ciasteczka z kruchego ciasta o figurkach zajączka lub kurczaczka, pięknie polukrowane lub ozdobione kakaową masą. Do tego cała masa jajeczek cukrowych lub rzadziej czekoladowych. Mama i Ciocia znajdowały chusteczki wyszywane przez Babcię, albo parę pończoch; Tato i Wujek buteleczki nalewek z pigwy i rokitnika producji Dziadkowej.

Te nasze pochody, które przez całe lata, rok rocznie formowaliśmy, stały się sławne w miasteczku. Każdego roku mieliśmy coraz więcej dopingujących nas gapowiczów, a także pracy, by każde z nas mogło pochwalić się bardziej kolorowymi i wyszukanymi elementami wiosennymi. Dziadkowie wynajdywali coraz większe garnki i miednice, aby huk walenia weń był coraz donioślejszy. A Rodzice i Wujostwo mieli za zadanie nauczyć nas co rok nowych pieśni do odśpiewania w wielkanocnym korowodzie. Później nawet już nie zawartość koszyczków była ważna, ale sama nasza obecność, właśnie tam, o tej porze, w  korowodzie Wielkiej Nocy.
Potem, kiedy już Dziadków nie było, bardzo nam tego było brak.
 
Teraz, bardzo rzadko jak przejeżdżam pociągiem, widzę domek Dziadków, w którym już mieszkają inni, obcy ludzie. I przypominam sobie tą radość dziecinnych Wielkanocy, po których już nic nigdy nie było tak samo.

Jedyną namiastką tamtych wspomnień jest to, że od paru lat, w południe Niedzieli Wielkanocnej, spotykamy się na naszej nadjeziornej działeczce z Dziećmi , i ich Rodzinami. I kiedy my pijemy kawę i jemy wymyślonego przeze mnie mazurka bakaliowego, nasze Wnuki szukają pod tujami koszyczków Wielkanocnego Króliczka. I tak samo jest wesoło i radośnie. I nawet zła pogoda, tak jak w tym roku, nie przeszkadza.

A ja mam wrażenie, że z góry, z dobrotliwym usmiechem spoglądają na mnie Babcia Stasia i dziadek Walery.

 
1 , 2
Archiwum