Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
niedziela, 29 marca 2015
Temat na czasie, czyli moje kulinarne boje!

Szynka drobiowa z szynkowara

W komentarzach do ostatniego wpisu NICKA i IKROOPKA zasugerowały, abym podawała przepisy na te potrawy, które w ramach zmiany żywieniowej serwuję Ślubnemu, i oczywiście sobie.

Myślałam nad tym, i myślałam, i myślałam, i ..... doszłam do wniosku, że to chyba nie wypali, bo po pierwsze kucharka ze mnie żadna, ot zwykła gospodyni domowa, która w jesieni życia odkrywa radość z gotowania, a po drugie czym tu się dzielić, skoro to najzwyklejsze jedzenie, ani wykwintne, ani powalające smakami i tym podobnymi cuda-wiankami. Normalne! Poza tym, ja trochę zachowawcza jestem i boję sie ryzykować kuchennie, wiecej korzystam z podpowiedzi przepisowych innych i bardzo rzadko zdarza mi się eksperymentować. 

Ale! Mogę podpowiedzieć, na czym u nas jedzeniowa rewolucja polega, i czemu to sluży, prócz zdrowotności oczywiście! 

Sprawa jest prosta, zaczęło sie od złych wyników badań Ślubnego. Nie było w sumie w tym nic dziwnego, bo akurat Ślubny typowy mięsożerca, do tego uwielbiający wszystko to ze zwierzyny, co najtłustsze. Golonki, ogony, boczki, nóżki, podroby w każdej postaci, tłuste kiełbasy typu metka czy surowa polska, słowem samo niezdrowie! Lekarz nakazał bezwzględnie ograniczyć takie jedzenie i na dodatek wykluczyć słodkości. Okazało się bowiem, że jest też zachwiana równowaga węglowodanowo tłuszczowa z powodu jakiejś tam amylazy, której poziom wzrósł mu o, o, o.... i jeszcze trochę! 

Dobrze więc, że do Niemiec przestałam jeździć, to przynajmniej mogę własnego chłopa przypilnować, bo jakby nie patrzeć, przez ostatnie lata, "spuszczony" z oka Ślubny, sam sobie na to wszystko zapracował. Na całe jego szczęście, jak rzadko, akurat w sprawie własnego zdrowia jest bardzo zdyscyplinowanym pacjentem. Przy okazji tej, i na moje jestestwo spada dar tego kuchennego odnowienia.

Podstawowa sprawa, to zmiana nawyków konsumenckich. Zakupy teraz trwają mi o wiele dłużej, gdyż bardzo uważnie czytam etykiety, czyli składy tego, co ma się znaleźć na stole, jaka jest kolejność głównego składnika i jego skład procentowy. Wykluczam maksymalnie to co się da z chemicznych dodatków, zwłaszcza syrop glukozowo-fruktozowy i gumę guar. Preferuję zatem w kuchni żywność jak najmniej przetworzoną. Stąd chleb własny i własne wędliny. Te ostatnie to zwłaszcza drobiowe, tak jak i mięsa, również drobiowe.  Z wieprzowiny czasem szynkę "orzech" kupię, a zamiast wołowego- cielęcinę. Żadnych tłuszczów zwierzęcych, z wyjątkiem, od wielkiego dzwonu masła klarowanego do pieczenia, które obecnie jest czynnością bardzo rzadką. Mięsa gotowane, albo pieczone bez dodatku tłuszczu w rękawie, w piekarniku. Do tego mnóstwo przypraw różnistych, względnie tylko pieprz i bardzo mało soli. Oczywiście więcej jak dotychczas ryb morskich, w przeróznej postaci, ale przewaga duszonych na warzywach w piekarniku! No i warzywa, warzywa, warzywa, pod każda postacią! Na lubiane przez nas wszelkiego rodzaju potrawy mączne też się znalazł sposób. Jak najmniej mąki białej. Teraz w mojej kuchni królują mąki  razowe, żytnie, z pełnego przemiału, miast pszennych - orkiszowa, kukurydziana, ziemniaczana, gryczana i jaglana. To samo tyczy ryżu, zero białego. Oleje tylko roślinne, zwłaszcza lniany ( do sałatek ) i rzepakowy. Jesli cukier to ksylitol, zreszta używany tylko do wypieków, a i to nie zawsze, o ile da się go zastapić miodem. Żadnego śmieciowego jedzenia, w końcu hamburgera, czy frytki domowym sposobem, żaden problem zrobić. Prawie wcale majonezu, wiecej jogurtu typu greckiego.  Keczup? Skądże - wystarczy pulpa pomidorowa z odrobiną ostrej lub słodkiej paryki. Wyeliminowałam wszystko to, co gotowe z paczek, zamiast kupić sos instant lepiej użyć duuużo cebuli do duszenia potrawy, ewentualnie warzyw i potem je zblendować. Nie używam prawie wcale śmietany, zupy niektóre zabielam mlekiem 1,5%. Sos pomidorowy lepszy z rozdrobnionych pomidorów z kartonika, z dodatkiem posiekanej bazylii i kilku kropli oleju. Nie wiemy już, co to tradycyjny kotlet schabowy, bo ja mięso tylko obtaczam w różnych przyprawach, wkładam w torebkę pergaminową i piekę na patelni grillowej. Ślubny zaczął namiętnie pić kawę zbożową i herbatę zieloną, której i ja admiratorka wielka jestem. Owoce, z tych obecnych to przede wszystkim jabłka, grapefruty oraz kiwi. Moje kupione w zeszłym roku letnie owoce, zamrożone, juz sie niestety skończyły. Soki tylko własnoręcznie zrobione, bez cukru i konserwantów! Mogłabym tak wymieniać, i wymieniać, ale faktem jest, że te niby małe zmiany dały w krótkim czasie pozytywny efekt!

Trzeba sie przestawić było na zmianę smaków, ale to żaden problem, jedynie odwiedzająca nas Progenitura nadal grymasi, że ich dietetycznymi ciastkami "pasę".  Cenowo też się trzeba przestawić, bo te prozdrowotne produkty są o wiele droższe, ale wiadomo, własne zdrowie bezcenne jest! I trzeba dużo chodzić  w internecie, zwłaszcza po stronach  wegetariańskich i wegańskich, gdzie można wiele podpowiedzi znaleźć. Problem małym jest ilość spożywanych dziennie posiłków, bo jeśli całe życie jadało się trzy razy dziennie, a powinno pięć, po trochu, to teraz ciężkawo jakoś sie przestawić, no ale jeśli daliśmy innym wyzwaniom rade, damy i temu. Póki co jest tak, że Ślubny w ogóle po siedemnastej godzinie nic nie je, z rzadka na coś się skusi, no i ma efekt w postaci 5 kg ubytku wagi. W ciągu miesiąca! Do tego wyniki mu się poprawiły przeszło o połowę. Przestał skarżyć się na bóle stawów kolanowych, lepiej sypia . U mnie waga utrzymuje się w tym poziomie co zawsze, bo ja jednak łasuch straszny jestem i o kolacji nie zapominam, a czasami po nocy też potrafię czymś zagryźć. Ale niedawno robione wyniki są dobre, poza tym dużo ruchu mam przecież, a będzie go więcej, więc mi to odpowiada! Do tego  czyste powietrze leśno-jeziorne, cisza, spokój, czego chcieć więcej!  

To tak mniej więcej w skrócie! Jakby jakieś pytania szczegółowe, to proszę, postaram się odpowiedzieć, ale uprzedzam, nie spodziewajcie się rewelacji. Ta zmiana w końcu aż tak rewolucyjna nie była! ;-)))

niedziela, 22 marca 2015
Galimatias!!!

Niby nic się nie dzieje!

Ale, gdyby zgłębić się tak do dna, to okazałoby się, że nie ma spokoju. Miałam na drugą część warsztatów tańca orientalnego iść, niestety, Ślubny zarekwirował samochód, bo przecież jego mecz drużyny miejskiej ważny nad wyraz, i moja osoba w tym akurat sie nie mieści. Gdyby się kto spytał, to autobiesy komunikacji między miastem i moją wsią, w sobotę kursują bele jak! To nawet specjalnie nie oponowałam, że mus na te balety Orientu iść, bo jak wyczytałam w programie telewizyjnym, hit wszechczasów będzie!!! I był, i ja sie poryczałam nie raz i nie dwa, bo przecież Scarlett i Ret Butler to same emocje razem wzięte do miliona! A dopiero trzeci raz w życiu oglądałam namiętnie, w odróżnieniu od Ślubnego, który Rambo oglądał chyba z pięć razy, a Arnolda, pewnie i siedem. O Segalu się nie wypowiadam, bo to chłam. Ale!!! Tenże chłam wedle mua, oglądany ostatnio jest jednak namiętnie przez moją lepszą połowę!

Przy okazji, kukajac czasami w okno, okazało się, że jakiś ptaszor niedaleko przysiadł. Taki bardziej z tych drapieżnych, ale jak zwykle, nie udało się go zidentyfikować, odległość za duża! A czasem klangor z nieba każe wyjść na balkon i ściągnąć to, co leci nad nami! A to akurat żurawie, które na polach teraz sobie grupami chadzają!

Nad jeziorem remonty gminne kwitną w najlepsze! Ciężko rowerować, ciężko kijkować, ale jak się człek zaprze, to się da. Tylko potem trzeba buty z błota obciosywać, ale to pikuś wobec tego, jak rower wygląda. Ale nie będę się na tym zatrzymywać, bo przecież są ważniejsze sprawy. Na ten przykład ten, że po raz pierwszy w życiu zabrałam się za szydełkowanie. Znaczy się, podchodziłam do tego dawno, dawno temu, ale stwierdziłam, że to nie moja bajka. Tymczasem okazało się, że to całkiem, całkiem, i voila! Moja najpierwsza z wszystkich możliwych zawieszka pisankowa!

Krzywa trochę, ale wiadomo, że pierwsze koty za płoty, i już naprodukowałam trzy, czwarta w trakcie roboty. Za pierwszym razem, instrukcja jutubowa na dwadzieścia parę minut, przeciągneła mi się na przeszło godzinę, bom co i rusz zatrzymywała, odsłuchiwała, patrzyła efektów i tak, da capo alfine!  Za drugim razem tylko czterdzieści minut zmudziłam, ale teraz już na pamięć oczka robę! ! ! Macie pojęcie, jaka dumna jestem? Przy pierwszej, biegłam z górki pochwalić się Ślubnemu tak szybko, że zjechałam na dolnej krzyżowej z przytupem!!!! I jaki piekny siniak dubeltowy mam!!!! ;-( Całe szczęście, że przypomniałam sobie perypetie z Kurtim!

Dostałam od pewnej duszy blogowej całą furę podpowiedzi sweterkowych i nie tylko! Swoją drogą, to mam szczęście do duszyczek blogowych nieznanych. Któraś wyczytała, że pewnego serialu nie oglądam, bo nie po kolejności mi, i prosze! Dostałam płytki z odcinkami tegoż! Jak się odwdzięczać? Nie mam pojęcia! Ale wiem, że to super sprawa jest i zawsze miło na serduchu się robi! Oczopląsu można dostać od tej przesyłki sweterkowej? To też się robi wilgotno pod powieką, że komuś się chciało! Bo niby w sieci hejtu całe mnóstwo, ale i serdeczności chyba więcej, co nie? Póki co, na tapecie chusta jest. Akurat trzy motki się znalazły. Robię zatem! Co wyjdzie, nie mam pojęcia, ale zapchajdziura jest fajnista, czyli wiadomo.... coś robisz: czytasz, sprzątasz jakby, czyli ścierą co nieco przejedziesz, odkurzanie też zaliczysz, coś ugotujesz, przyrządzisz, upieczesz, itd, itp. Ale dalej do końca dnia daleko! To bierzesz druty! I już! No, chyba że książkę ciekawą czytasz, taką akuratnie, którą od Dziecka młodszego dostałaś na własne urodziny:"Stulecie" Herbjorg Qassamo! Pieknie się czyta tą skandynawską sagę rodzinną, na wskroś kobiecą.

Pochwałę dostałam! Od lekarza mojego Ślubnego, którego wyniki wyszły prima sort! To mi moje slubne szczęście przekazało nowinę, że daj panie Boże każdemu w jego wieku i po jego przejściach! A przecież to nie jest lekka praca znajdować i wdrażać odpowiednie przepisy. Na ten przykład ten, czyli blacha warzyw grilowanych z odrobina oliwy i mnóstwem ziół wszelakich:

Oczywiście, chleb własny, wedliny własne, serce takoż! Moje oczywiście , które w tym co robię jest na milion procentów! A co! Należy mu się, co nie? :-)

To placka upiekłam. Tym razem przepis Veanki lekko podmieniłam. Mąka orkiszowa, to wiadomo, dalej zamiast mąki ziemniaczanej - miks otrąb przennych i żytnich. Jabłek nie miałam, to sparzyłam mandarynki, pokroiłam w plastry i wyszła mniamuśność taka, że hej!

Ale żeby nie było tak fantastycznie, to mały remoncik mamy! Tak, tak, w MBD! Nawet rok nie minął i już remoncik? No tak, ale jak się ma małą przestrzeń kuchenną, i się przy maciupkim stoliczku kuchennym jada, to nawet gdyby się bardzo, ale to bardzo uważało, to okazuje się, że albo łyżka zadrży, albo i widelec z nożem też. No i plamy na ścianie są okrutnie brzydkie. Zatem decyzją wspólną Zięciaszek na rzeczonej ścianie położył był płytki, czekam na "ściągnięcie", i zaraz będzie fugowanie. 

A!a!a! Zapomniałabym! Z lenistwa prostego nie ogladałam zorzy! Za to dokładnie obejrzałam zaćmienie słonca! 

To sobie teraz pomiędzy, poczytam co tam u Was, ale to już zaś, bom lekko śpiąca teraz! 

No i wspaniałego tygodnia życzę!

niedziela, 15 marca 2015
Codzienność taka

Zaczął się sezon pylenia. Pierwsze zaatakowały pyłki brzozy. Kicham sobie równo! Ale co tam, wiosnę już czuć w powietrzu, nawet pochowałam ciężką odzież zimową i wyciągnęłam skórzaną kurtkę. Ptaki chyba też czują zmianę, bo wariują przy naszym karmniku i kulach ziarnistych na potęgę. Czasem potrafimy pół przedpołudnia przyglądać się ich tańcom. Bo to przede wszystkim sikory i mazurki prym wiodą, nie zwracając nawet uwagi na wałęsające się koty. Dołem zaś spacerują dzikie gołębie, dziubiąc to, co spadło. A dzisiaj prawie pół godziny sójka próbowała atakować kule. Chyba dla niej ruch wirowy za szybki, bo w końcu zrezygnowała, ale na początku dzielnie podlatywała, skubała, odlatywała, i tak na przemian!

Sweterek córczyny nareszcie skonczony! Ufff! Przegladam teraz masę stron, czym by się zainspirować. Może szydełko? Zobaczymy.

Za to Ślubny dzielnie dietuje. Trzeba przyznać, że ma zacięcie. Gdyby wszystkie odchudzające się dziewczyny były takie zdeterminowane jak On, nie miałyby efektu jo-jo. Przy okazji zrzucił 4 kg! Ja coś tam także, ale niewiele, szczęśliwie nie muszę się tak bardzo ograniczać. Jednak sama jestem ciekawa ponownych wyników badania krwi Ślubnego, bo zmiana żywieniowa objęła i mnie, w końcu nie będę na dwa garnki gotować. Poza tym, nie mam podwyższonego poziomu amylazy odpowiedzialnej za przemianę weglowodanowo-tłuszczową, gdy Ślubny, jako były zawałowiec ma badania rozszerzone, natomiast u mnie cholesterol jest w normie. Ale akurat rzadziej pieczone teraz słodkości, pozbawione cukru, z zastosowaniem mąk mało lub bezglutenowych, z miodem czy ksylitolem nie tracą według mnie na smaku, za to moja Progenitura się buntuje: " bo mamusia nas przyzwyczaiła" - marudzą! To na dzisiejszą kawkę zrobiłam bezowe mini-Pawlove , z limonkowym kremem, obłożone na zmianę kiwi i smażoną wiśnią. Ciut miałam za wysoką temperaturę w piekarniku, ale jak na pierwszy raz, wyjątkowo dobrze wyszły, czyli z wierzchu chrupiące, a w środku delikatna pianka! Mniam!

Na zumbie, nasza trenerka podrzuciła nam hantle. Niewielkie, bo kilogramowe. Mamy ćwiczyć ramiona, a zwłaszcza te nieszczęsne, pojawiające się w pewnym wieku, pelikany. Niby się ich nie czuje ( hantli oczywiście ), ale z każdym następnym układem tanecznym, ręce coraz bardziej omdlewają. Ciekawe, jak to będzie dalej, bo już mamy zapowiedź hantli 3 kg!!! No, i uczymy się damskiej wersji ( czytaj - solo ) tanga argentino. Nie powiem, ciekawe, chociaż trzeba nieźle pracować łepetyną, aby wszystkie kolejne sekwencje kroków zapamiętać. Zaczęliśmy też, z rodowitą Armenką, warsztaty tańca orientalnego! Nie, to nie jest taniec brzucha, chociaż na początku się śmiałam, że będę Ślubnemu przed snem za hurysę robić! Faktem jest, że przede wszystkim pracują dolne partie ciała, no i ręce. Bardzo kobiece to, bardzo! :-))))

Miłej niedzieli i tygodnia dla Wszystkich! :-)

wtorek, 10 marca 2015
I KOLEGOM TEŻ!

niedziela, 08 marca 2015
KOLEŻANKOM!

 

Kiedy ma 5 lat:
Ogląda się w lustrze i widzi księżniczkę.

Kiedy ma 10 lat:
Ogląda się w lustrze i widzi Kopciuszka

Kiedy ma 15 lat:
Ogląda się w lustrze i widzi obrzydliwą siostrę przyrodnią Kopciuszka "Mamo, przecież tak nie mogę pójść do szkoły!"

Kiedy ma 20 lat:
Ogląda się w lustrze i widzi się "za gruba, za chuda, za niska, za wysoka". Ale wychodzi z domu.

Kiedy ma 30 lat:
Ogląda się w lustrze i widzi się "za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste", ale uważa że teraz nie ma czasu, żeby się o to troszczyć i mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 40 lat:
Ogląda się w lustrze i widzi się "za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste", ale mówi, że jest przynajmniej czysta i mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 50 lat:
Ogląda się w lustrze i mówi: "Jestem sobą" i idzie wszędzie.

Kiedy ma 60 lat:
Patrzy na siebie i wspomina wszystkich ludzi, którzy już nie mogą na siebie spoglądać w lustrze. Wychodzi z domu i zdobywa świat.

Kiedy ma 70 lat:
Patrzy na siebie i widzi mądrość, radość i umiejętności. Wychodzi z domu i cieszy się życiem.

Kiedy ma 80 lat:
Nie troszczy się o patrzenie w lustro. Po prostu zakłada liliowy kapelusz i wychodzi z domu, żeby czerpać radość i przyjemność ze świata.

wtorek, 03 marca 2015
Z górki!

Czego mogę życzyć sobie w tym dniu, w moje święto?

Więcej pogodnych myśli w głowie, bym zawsze była uśmiechniętą,

iskierek w oczach, niech nie gasną, marzeń co się spełniają,

twarzy pogodnej oraz jasnej, ludzi którzy kochają,

natchnienia, rzeki słów nie wzniosłych, pomysłów co niemiara,

w sercu nie zimy, ale wiosny, ogniem niech je rozpala,

dobra, spokoju, poczucia humoru, tęsknot tylko tych miłych,

gwieździstych nocy, dużo słońca, dróg jak najmniej zawiłych,

siły w dzień każdy, jak i od święta, zdrowia co przyjacielem,

i także, aby mnie ktoś pamiętał.

To chyba nie tak wiele?

(znalezione w sieci)

To co Kochani! Zapraszam na urodzinową kawkę!

A do kawki? Proszę bardzo! :-)))) Rolada truskawkowa!  Smacznego!

 

Archiwum