Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
niedziela, 23 marca 2014
Mój Ci On?

A może "Łobcy"?

Bo okazało się u pani Notariusz, że Ślubny ( a może i nie Ślubny ) ma nieprawdziwe dokumenty. W odpisie aktu małżeńskiego jest jednoimienny, a w akcie urodzenia dwuimienny!!!!! 

Zatem aktu notarialnego na sprzedaż garażu nie można podpisac, bo musi on się zgadzać  ( akt, nie garaż ) z aktami wszystkimi poprzednimi, na podstawie których został wystawiony! Swoją drogą, to ciekawe, że tego błędu popełnionego przez USC w miejscu naszego ślubu, nie wychwycił USC naszego miejsca zamieszkania, przy ostatniej zmianie dowodu osobistego mojego chyba Ślubnego. ;-)))) 

No i teraz co? Żyję przez 40 lat z własnym Ślubnym, czy "łobcym"? ;-)))

Trzeba odkręcać wszystko po kraju, bośmy oboje napływowi nad to niedalekie jezioro, gdzie stoi MBD.

Ale to już jutro!

W sumie jednak, dobrze się stało, że teraz ta cała sprawa wypłynęła. Przynajmniej zrobi się porządek w dokumentach, zanim ktoś chętny zjawi się, by kupić nasze dotychczasowe mieszkanie! Ale musze uczulić Córcię na takie dziwne historie, bo akurat u niej też jest wesoło, ale z nazwiskiem, w którym po "y" wystepuje "n", a większość ludzi zmiękcza je na "ń". Nie daj co, gdy kiedyś się okaże, iż w dokumencie ta nieszczęsna kreska się znajduje!

Byliśmy od wczoraj w Grajdołku. Ślubny z Brackim poszli sobie na mecz drużyn z naszych miast, a ja podreptałam na cmentarz, porozmawiać z Rodzicami. bardzo mi to było potrzebne!

Jutro trzeba załatwiać te "papiórkowe" sprawy, do lekarza też muszę, i babciowanie uskutecznić względem Najnajmłodszej też. Ale przynajmniej popołudnie będzie wolne, to może uda się Was odwiedzić. O ile, oczywiście, coś znienacka się nie "wykluje"!

czwartek, 20 marca 2014
Zakręcona, zakręcona....!!!!

To ja oczywiście!

Własnego ogona juz od prawie tygodnia nie widzę! Ale co tam! Inspekcję zrobiłam, plan ustaliłam, trzymam się go, jak należy. Po drodze jeszcze były Imieniny Ślubnego i rodzinny obiad, bo Progenitura zażyczyła kategorycznie sobie  mojej pizzy i hamburgerów, gdyż- ponieważ mnie tak długo nie było, i nie będa czekać przysłowiowego tatka-latka! Nie mogłam się wykręcić! W końcu odpoczywać będę zaś! Teraz najważniejsze, przeprowadzić się, i to tak, aby potem mieć jeszcze czas na urządzenie Świąt Wielkiejnocy dla całej mojej Rodzinki!

Więc szaleję przeprowadzkowo! Moszczę się w nowym gnieździe! A nie jest to łatwe, skoro przez 37 lat mieszkałam w jednym miejscu. Siłą rzeczy, obrosło się w piórka, czyli przydasie różne, różniste, pamiątki, pamiąteczki przecudne, wspominki i ich odbicia w postaci np. kamyczków z miejsc dalekich wycieczek, muszli z mórz południowych, laleczek robionych przez moje dawne podopieczne, śmiesznego dzbanuszka, czy innej zupełnie niepotrzebnej rzeczy! 

Obrosło się w poduchy, piernatki, koce, narzuty, serwetki, obruski, i inne takie. W ciuchy, które sobie wiszą na wieszakach, lub kiszą się gdzieś w pawlaczach i szafach, bo fajne kiedyś, a wiadomo, moda wraca, to może sie przydadzą! Kiedyś! Niestety, to kiedyś ma chyba szybkość ślimaka, tak więc wiszą sobie i wiszą dopóki, dopóty nie nadejdzie godzina "P", i wtedy okazuję się poniewczasie, że to pic na wodę i fotomontaż też, bo ani to wygląda, ani tego nie ubierzemy, bo gabaryty jakoś niekompatybilne są! Trzeba odsiew zrobić, niekiedy z bólem serca, i łezką w oku! Cóż, nikt nie obiecywał, że rozstawanie się z czymkolwiek z przeszłości, to łatwa sprawa!

Co dzień zatem, deszcz nie deszcz, wiatr nie wiatr, robię po kilka kursów między mieszkaniem a MBD (bardzo mi ten skrót wpadł w pamięć, i bardzo mi się podoba, a nawet nie wiem, kto go pierwszy tutaj użył! :-))) !!! ) czyli.... Małym, Białym Domkiem! Pakuję w walizy, torby, siaty, reklamówki, przenosze do pandarretty, i hajda na nowe włości. A potem wiadomo, że to trzeba wszystko rozpakować, przenieść w nowe miejsce, poukładać, jak należy, chociaż już dzisiaj mam pewność, że po przeprowadzce, i tak wszystko, no, może prawie wszystko, trzeba będzie przemieszczać, bo dopiero w użytkowaniu nowej przestrzeni okaże się, co i jak ze wszystkim współgra!

Mam już praktycznie przeniesione 3/4 tego, co było w mieszkaniu blokowym. Przedtem uzgodniłam z Progeniturą, co komu się przyda, i co kto chce sobie wziąć do siebie. A potem? Niezłą część dawnego dobytku poszło w torby, do ludzi, do "Psiapsiółki", pod śmietnik do ogólnego przeglądu przez tych, co odwiedzają co dzień ten przybytek. Książki już zapakowane w dwie niewielkie torby plastikowe, które ja będę dźwigać, oraz w dwie walizy, superciężkie, które do samochodu, a potem do naszej Wszechnicy, poniesie i przeprawi Ślubny, wszak wiadomo, że walizy nowoczesne są, zatem kółka i śmery-bajery mają!

W międzyczasie panowie Murarze skończyli taras, wykonali szalunki, a potem zrobili betonową podmurowkę pod przyszłe ogrodzenie; potem zabrali sie za wykopywanie i wywożenie ziemi na miejscu przyszłego garażowania naszej pandaretty, która będzie sobie stała na tzw, polbruku. Ślubny tymczasem dzielnie walczy z balkonem. Akuratnie jest na etapie kładzenia podłogi, której zostało jeszcze do wykonania 2.7 mb. Jejciu! Taki piekny i duży będzie, taki wspaniały widok z niego na prawie całe jezioro, aż do przesmyku na Funkę! No, i ten mój fotel bujany na nim! Miodzio!!!

Od jutra przenoszę kuchnie. A miałam ich dwie. W mieszkaniu i nad jeziorem. Trzeba więc było ponownie wszystko przebrać, co niepotrzebne zostawić, a resztę zapakować, tym razem w siaty bawełniane, bo poręczniejsze i do pakowania, i do transportu, a także bezpieczniej w nich, niż w walizach. Stoją więc teraz sobie koło mnie, w ilości ośmiu sztuk. Czekają. 

Jutro dzień będzie dla nas krótszy, bo po południu mamy wizytę u notariusza wzgledem sfinalizowania sprzedaży naszego garażu. Potem ksiązki do Wszechnicy odstawić, wskoczyć do Obi po nowoczesne przyrządy myjące, zakupić w Mediowym sklepie stelaż pod płyty CD. Ile z kuchennych spraw zatem uda mi się ogarnąc, nie wiem. Ale wiem, że dzisiaj jestem skonana, bo nareszcie umyłam po raz pierwszy po budowie, nasze okna! Całe szczęście, że pomagała mi Córcia, bo nie wiem, czy teraz mogłabym cokolwiek napisać. Niestety, cztery miesiące płaszczenia tyłka, żadnych ćwiczeń, basenów, kijków, odbija się potężną czkawką! Czuję każdy mięsień i człapię jak rozdeptana szkapa! 

Tia, ja wiem, że powinno to się robić wszystko powolutku, pomalutku! 

Alem niecierpliwa okrutnie!

I chociaż na koniec dnia boli mnie wszystko, to sobie zawsze u Was, moi Mili Czytelnicy oraz Komentatorzy "pokukam", rzadko co skomentuję, zwłaszcza na politycznych blogach, bo po prostu, o tak późnej porze moja mózgownica już nie działa.

Mam nadzieję, że to jest zrozumiałe, bo obiecuje solennie, że dopieropo przeprowadzce już będę wszystkich namiętnie nawiedzać!

A! Zapomniałabym! Czy ktoś wie, czym się różnią zdjęcia w formacie jpg od tych z formatu jpeg? Bo chciałam na gratce dać ogłoszenie względem sprzedaży naszego mieszkania, ale nie mogłam, bo z tymi zdjęciami mam kłopot - mają być w jpeg. W razie co, to bardzo proszę o instrukcję, jak dla sześciolatka, bom w tych tematach niekumata okrutnie, i łopatologia bardzo wskazana jest! ;-)

A teraz macham serdecznie do Was!

Pozdrawiam!

Do ....????

:-))))

niedziela, 09 marca 2014
Kropka nad "N"

Żegnam już Niemcy!

Bez żalu, ale… będę na pewno, nie raz, nie dwa, wspominać te kilka lat z przerwami, które spędziłam w tym kraju, pracując jako opiekunka starszych osób.

Jak wiadomo, co pisałam parę lat temu,  trzeba było zrobić remont generalny naszego blokowego mieszkania, oraz poddać renowacji nasz drewniany domek letniskowy nad jeziorem.  A my przecież  nigdy, prócz kredytu MM dla młodych małżeństw, nie korzystaliśmy z usług bankowych. Gdy więc nam wykazano, że biorąc kredyt na ok. 50000, trzeba liczyć się z 10-ciotysięcznymi odsetkami, tośmy spasowali. Emeryturę wprawdzie małą miałam, Ślubny coś tam zarabiał w swoim zakładzie pracy, Dzieci na swoim, ale….! No! Wiadomo! Moje dorabianie po kątach, też „psu na budę” się zdawało. Nie dziwota zatem, że w końcu, po kilku latach drążenia dziury przez moja koleżankę, zdecydowałam się. Jadę!

Żeby nie było!!!

O budowie małego, białego nie było w ogóle mowy!

Ślubny się zaparł. Nie pójdzie na wieś mieszkać i już!!! I nie trafiały argumenty, że to wieś miejska, oddalona od naszego miasta o 6 km. Piękna, modernizowana. Wokół lasy, ścieżki rowerowe, ryby w jeziorze ( na to ostatnie myślałam, że Go złapie, ale nie ), i …nagle zmienił zdanie. Wielka zasługa w tym mojej Córci, która wiedziała jakich argumentów użyć! Czołobitność dla niej!!! W końcu Córki dla Ojców, to najważniejsze Osoby! Coś o tym wiem!

Budujemy więc. Moje marzenie ( które też jakoś tak spontanicznie się urodziło w mej łepetynie ), o małym, białym domku miało się spełnić! I się spełniło! Czeka na mnie!!!

Wyjeżdżałam  praktycznie nie znając języka. Rzuciłam się na głęboka wodę, i nie utonęłam

A przecież mogło się nie udać! Nic nie wiedziałam o tego rodzaju pracy, wszystko na początku było dla mnie nowe, obce, nie nasze. Życie, zwyczaje, kuchnia, stosunki międzyludzkie i rodzinne, wszystko! Musiałam to „piorunem” przyswoić, a łatwe to nie było, tym bardziej, że ja ambitna bardzo byłam, i za nic na świecie nie chciałam mówić po niemiecku, uważając, iż skoro nie mówię dobrze, to nie mówię wcale. Po dwóch latach przeszło wykazano mi mój błąd. ( MADANKO – to Twoja zasługa ). Bo faktycznie, to prawda, że Niemcy chcieli się porozumieć z opiekunką, która przyjeżdżała do ich Rodzica. Tak bardzo chcieli, a ja nie dawałam im po temu sposobności!! W końcu się przełamałam! I …. Poleciało!!!

Te kilka lat, kiedy co jakiś czas Niemcy były mi domem, odbiło się jak pieczęć, na moim życiu. Zmieniło wiele. Nie tylko mnie, jako osobę, bo jednak stałam się jakby bardziej „światowa ”, pewna siebie i wiem, że potrafię sobie poradzić w wielu sytuacjach, których do tej pory raczej nie doświadczałam. Nauczyłam się przede wszystkim cierpliwości do drugiego człowieka. 

I pokory też się nauczyłam! Wobec tego, co ostateczne!

Nie , nie boję się śmierci!

Nawet myślę, że jest mi bliższa może, przez sam fakt, iż czułam jej powiew na moich ramionach! Każdego mojego podopiecznego szanowałam i starałam się zawsze tak postępować, jakbym chciała, aby mnie to spotkało. Dawałam im po prostu poczucie bezpieczeństwa, ogarniając drobiny codzienności, sprawy banalne i nudne, porządkowałam ich świat. Każdy był dla mnie ważny. Byłam kobietą pomocną, taką ….dbaczką!

Poznałam wielu Niemców, co bardzo pomogło  w cieplejszym postrzegania tego narodu, z którym w przeszłości wiązała nas tragiczna historia. Pozbyłam  się wielu stereotypów. Odpowiada mi tutejsza skrupulatność, umiłowanie ładu i porządku, przysłowiowe „ordnung muss sein”, które jak by nie było, ułatwia życie. Nie są tak powściągliwi w okazywaniu emocji, jak się powszechnie sądzi u nas. Wręcz przeciwnie, zawsze podziwiałam, jak świetnie potrafią się bawić, a już prym w tym wiodą zwłaszcza mniejsze społeczności, w niewielkich wioskach i miasteczkach. Są serdeczni i bardzo chętni do pomocy, poukładani i dbający o środowisko. Nie wiem, czy miałam to szczęście specjalnie, ale zazwyczaj spotykałam Niemców uprzejmych, konkretnych, dobrze zorganizowanych i serdecznych.

Zawarłam kilka znajomości, które trwają i pewnie będą nadal kontynuowane.

Poznałam też smaki tutejszej kuchni, piękno krajobrazu, pieczołowicie odnowione zabytki, folklor, kulturę, rozrywkę.

To nie był stracony czas.

Zostawiam tu miłe wspomnienia.

O wszystkich miejscach.

I przede wszystkim o LUDZIACH!

Nie pamiętam tego, co przykre - były to bardzo rzadkie zdarzenia - bo po co?

To były lata dobrze przepracowane i dobrze wykorzystane.

Przede mną teraz nowy czas.

W moim własnym domu!

Małym, białym!

Lasy i jezioro do tego!

Życie jest piękne!

ALE!!!!


 

I to by było na tyle!!!

Mam przed sobą parę dni wytężonej pracy, bo chcę wszystko pięknie ogarnąć na przyjazd mojej zmienniczki, a przed wszystkim chcę pokazać moim Niemieckim Pracodawcom nasz Polski ordnung!

Nie będzie mnie zatem tutaj do momentu powrotu w domowe pielesze!

Trzymajcie się ciepło!

:-)))

sobota, 08 marca 2014
Podsumowań nadszedł czas!

OD BERTY DO HERTY!

Untermaubach – mała wioska na południu i pierwsza moja Babcia - Berta! Prawie rok, co półtora miesiąca! Żandarm w spódnicy, ale z serduchem z wosku. Uwielbiała 58% rum, po którym „chodziła po ścianach”! To u niej najważniejsze szlify dostałam.  [*]!


Morenhofen – 6 tygodni, gdzieś koło Bonn, wioseczka maciupka! Babcia Marija z dostawką.  Bili był Zięciem odumarłej Córki. Plus Kot! Sukinkot! Nie lubiliśmy się! Z kotem oczywiście! Babcia do rany przyłóż,[*], a  Zięć- z cichapęk!

Geilmuhle – dwa razy po dwa miesiące, przy maleńkiej Seline, której Mama umarła w trakcie mojego tam pobytu. Niestety, nie zgadzaliśmy się z Ojcem dziecka co do zasad wychowawczych! Wymówił mi pracę, i to nie osobiście, tylko przez Koleżankę, która mi to naraiła! Bo Dziecko mnie nie trawi!!!!


Stetternich – to byli Rodzice synowej mojej pierwszej babci. Josefa i Walter. Opieka jednorazowa tylko przez 1,5 miesiąca! Przesympatyczna para.  I po raz pierwszy miałam adoratorów niemieckich! Trzech! Bardzo zaawansowanych wiekiem! Do dziś, na ich wspomnienie się uśmiecham, bo pewnie byłabym majętną wdową, gdybym się zgodziła na którąkolwiek propozycję! :-))) Dla Waltera [*]


VON – Am der Scherf,gdzieś za Leverkusen, wśród lasów, prywatna posiadłość! Wyższe sfery. Na wysokim poziomie życia, korzystający ze wszystkiego, co dają duże pieniądze. On do opieki. Profesor Harvardu. Ona sfrustrowana amatorka wina, córka potentatów z branży metalowej, którzy dorobili się niewiarygodnego majątku w czasie II w. św. Po dwóch sześciotygodniowych pobytach. miałam dość dźwigania Herr von o wadze około 130 kg! Kolanka mi siadły!!! Ale się otarłam o ten wielki świat, srebra, platery, rodowa porcelana, nie mówiąc o wykwintnym jedzeniu! Dla von Herr  [*]


Pfalzel – przedmieścia Trieru. Do Margret, która wymaga opieki -jest dostawka – o wiele starsza ciotka - Elke I o ile babcia spokojna, to dostawka strasznie upierdliwa i uprzykrzająca się w dzień i w noc. Nie dało rady z nimi obiema. Wytrzymałam dwa miesiące, a potem tylko dwa tygodnie. Dla Margret [*], o ciotuni brak info.


Marijahof – dzielnica Trieru. Babcia po szpitalu. Leżąca. Spokojniutka Anne-Lise. Odwiedzał ją jej młodszy przyjaciel. To były bardzo wzruszające momenty, gdy patrzyli na siebie z taką ogromną miłością i tylko mogli trzymać się za ręce!  6 tygodni. Nie dało mi było pojechać tam ponownie. Niestety![*]


Vechta –  Karl – Profesor od śpiewów chóralnych! Słuch absolutny. Przemiły człowiek. Koncerty codzienne przed i po południu, to moja tam największa przyjemność! A Boże Narodzenie i Sylwester jeszcze nigdy nie był tak śpiewająco-muzyczny! Niestety, polska zmienniczka namieszała przy trzeciej zmianie, i.... było, ale się skończyło!


Puchheim – sypialnia Monachium. Prawdziwa dama - Frau Maria! Tylko 3 tygodnie tam byłam, dopóty nie złamała sobie we śnie biodra. Miała okropną osteoporozę! [*]


Bonn-Villich – rodzeństwo. Babcia – Lija - do opieki, pan na przyczepkę, ale niezbyt uciążliwą, chociaż pamiętam, że na początku strasznie byłam zniesmaczona takim wykorzystywaniem. Na szczęście, to była jedyna praca , gdzie miałam cały jeden dzień w tygodniu wolny! Co ja się wtedy nazwiedzałam, to moje! 2 miesiące.


Rosengarten – najpierw Hannelore - żona dość „niesmacznego” pana, a potem, kiedy mu zmarła, jego przeszło stuletnia Matka. Kręcił człowiek niemożliwie, abym zrezygnowała z firmy, i na jego warunkach była. Cienkich, jak On sam! [*],[*]. Trzy miesiące prawie.


Moisburg – przesympatyczna Ilse. Pierwszy raz byłam świadkiem śmierci mojej podopiecznej.  Ale Rodzina i wszyscy po opłotkach potraktowali mnie, jak kogoś wyjątkowego i do tej pory mamy kontakt. Nie tylko mailowy![*] Też 3 m-ce.


Jesteburg – prawie rok z Kurtim, nadzwyczaj ruchliwym do momentu, gdy upadł w  czasie nocnych wędrówek po domu,  i po powrocie ze szpitala zaległ na dobre, aż do przeniesienia się do lepszego ze światów. Rozrywkowy rok, bo to i dziewcząt naszych polskich tam było dość, i samochód do dyspozycji, i wspaniała zmienniczka! [*]


Langenau-Hurvelsingen – potężna Anna do opieki od początku, a po miesiącu, także jej mąż – po amputacji jednej nogi. Mój kręgosłup czuje to do dzisiaj, co dzień rano! Po raz pierwszy udało mi się coś zwojować - dodatkowy zarobek, za dodatkową pracę!


Buchholz – Stareńka, ale najbardziej fit z dotychczasowych podopiecznych – Herta. Dusza człowiek i jej Rodzina – marzenie każdego opiekuna! Ta praca, to była najprawdziwsza przyjemność! W żadnym miejscu nie miałam tyle wolnego i takiej różnorodności rozrywek! Ale widocznie na koniec mi się to należało! :-)))


15 podopiecznych

Od początku listopada 2007r, do prawie połowy marca 2014.

Sześć lat, cztery miesiace i dziesięc dni!

A tak po prawdzie, to połowa tego czasu, bo przeciez jeździłam albo w zmianach co 1,5 m-ca, albo w 2 miesięcznych. Zdarzały się jednak wyjazdy 3 miesięczne z przerwa 3 tygodniową, albo tak jak teraz, cztery miesiące jednym ciagiem. Ale nie bądźmy drobiazgowi, bo i tak wiadomo, że ta praca, to 22 godziny na okragło. Te dwie to zawsze należąca sie przerwa! Jakby jednak nie liczyc, to około 1225 dni, po 22 godziny, co stanowi 26 950 godzin! Wow!

piątek, 07 marca 2014
Koniec balu pani lalu!

A było, oj było wczorajszego wieczoru! Spotkanie muzyczne z Michaelem Jacksonem!!!

Największe przeboje "króla popu", zmiany kostiumów w locie, światła, tancerze, tancerki, perkusja, basy, keybord!

Piosenkarz wcielający się w główną postać, do złudzenia podobny do pierwowzoru, ruchy ćwiczył chyba od dzieciństwa, głos tak samo, i tylko en`face coś się nie zgadzało, bo z profilu można było mieć wrażenie, że to "ten"!

Faktycznie, zakończyłam swoje kulturalne rozrywki w Niemczech na niezłym poziomie! Głośno, wyraźnie, z przytupem, do tego "falowanie i spadanie rąk, praca kciuków i woogi-boogi nóg"!

Zatem: poczuwam się. Przez cały ostatni tydzień, wyłączając oczywiście moje balowanie, cały czas poświęcam Buni. Normalka więc, że z rzadka zaglądam do netu. Bo Bunia coś wyczuwa, że zmiany ją czekają. I lekko "fiksuje". Owszem, chodzi na spacery, na które ją wyciągam czasami nawet wbrew jej woli. Oglądamy wspólnie programy przyrodnicze w telewizorze, przeglądamy stare albumy ze zdjęciami. Ale i tak dopytuje, czy przyjadę, czy Ona będąc już na chmurce może do mnie pomachać, i w jakim kierunku - na Bucholz czy  Pomern? Zagwozdkę mam przez to wszystko, bo Oni wszyscy tutaj jeszcze nie wiedzą, że tu już nie przyjadę. W ogóle nie przyjadę do Niemiec! Zasugerowała mi to nie mówienie koordynatorka niemiecka, która tą pracę mi załatwiła. Tylko, że ja mam mieszane uczucia, czy to jest prawidłowe. Bo potem co? Z kraju mam dzwonić i wymyślać jakieś głupie historyjki? Prawdopodobnie się tym razem nie usłucham! I powiem na koniec to, co powinno być powiedziane!

Poza tym, tak się ten net tu ślimaczy, że wstyd mi po prostu co chwilę wydzwaniać do Reinchardta, aby resetował modem. Jeszcze mógłby faktycznie pomyśleć sobie, że ja nic nie robię, tylko sieć www okupuję! A czasem jest tak faktycznie, że pół dnia czekam, aż sieć jest, ale to jeszcze nie znaczy, że reszta. Bo albo blox działa, jakby go wcale nie było, albo na każdą czynność muszę trawić długie minuty.

Wicie, rozumicie więc, moi Kochani, że dopiero pod koniec następnego tygodnia się bardziej uaktywnię, czyli będę komentować. Bo teraz, tutaj, to ja moge jedynie coś napisać, oczywiście po długich minutach spędzonych na tej czynności!

środa, 05 marca 2014
Balowiczka!

To ja oczywiście. 

Zaczęłam w niedziele. A to dlatego, że juz wczesniej mnie tu dopytywano, czy mam urodziny, to wiedziałam, iz faier mnie nie minie, na dodatek  potem Helga zadzwoniła, że z dziewczynami Moisburgskimi mnie zaprasza, więc trzeba było to jakoś podzielić. Połowę soboty przesiedziałam w kuchni, ale słodkości wyszły jak się patrzy, czyli tiramisu różane i placek czekoladowo jabłkowy.

Rodzinka Buni była szczerze zdziwiona, gdy ich po naszemu ugościłam.

W poniedziałek przyjechała po mnie Helga. Faier był u Gisele, która przygotowała wszystko cudnie.

No i nie mogłyśmy się nagadać, naobiecywac, że się zobaczymy, ale u mnie, były śmiechy, łzy wzruszenia i w ogóle przemile i przesympatycznie i czułam się naprawdę, jak najważniejsza osoba w tym dniu.

Dzisiaj dalej balowałam, ale już wieczorem na koncercie The United Kingdom  Ukulele Orchestra.

Nie pamiętam kiedy tak się śmiałam przy muzyce. To była prawdziwa zabawa, potraktowanie muzyki lekko i przyjemnie, ale z wielkim artyzmem i szacunkiem do każdego znanego z przeszłości dzieła, czy to było Eleanor Rigby Bithe Beatles, Radio Gaga Queen, stare kawałki najlepszych rockmenów, swingi, bossa-novy, poczciwy Czajkowski, Dawid Bowie, Strauss. Do tego specyficzny angielski humor, i nawet nie wiadomo kiedy, gdy dwie godziny mineły jak z bicza trzasnął. A gdy jeszcze Anglicy, głośno i wyraźnie zaśpiewali Kraftwerk, Heidi, Grune kaktus i Maja bine, publika niemiecka dosłownie oszalała ze szczęścia i nie chciała ich puścić ze sceny!

Jakby się kto pytał, to jutro nastepny koncert się szykuje. Tribute to Michael Jackson, czyli świetny pop, a do tego taniec i masa efektów świetlnych!

Kiedy już jesteśmy przy balowaniu, to wypada odnotować pewną rzecz tyczącą tego bloga.

Wczoraj przekroczono w komentarzach magiczną liczbę 20 000!!! Gdyby mi po drodze, parę razy nie zeżarło kilkunastu wpisów, i oczywiście parę dziesiątek komentarzy, byłoby to juz dawno temu, ale jest teraz.

I UWAGA!

19 999 ten komentarz zostawiła KRISTOFKA!!!

20 000 należy się  gościowi o nicku BROKERGG !!!

20 001 czyli nową setkę otwiera WESELNA PIEKARKA!!!

Uprasza się o skontaktowanie się ze mną na gazetowej poczcie w celu odebrania niespodziewajek - pamiateczek na okoliczność powyższą!

poniedziałek, 03 marca 2014
Zapraszam!

Kolejny roczek wszedł mi dziś w boczek,

ujął uroku, dorzucił wagi,

zabrał beztroskę, dodał powagi,

pomarszczył skórę, przerzedził włos,

zwiotczył policzki, wydłużył nos,

przygiął do ziemi, osłabił nogi,

ukrył powagę, nie skąpi trwogi,

i jedno martwi mnie wciąż w tym względzie,

że już cholerka, lepiej nie będzie!

;-)))

Ale kawusia i torcik w miłym, blogowym gronie, to jest to, co lubimy najbardziej! :-)))

 

Uprasza się Szanownych Gości o to, aby się nie martwili faktem mojej chwilowej nieobecności, gdyż ponieważ albowiem, zostałam zaproszona przez Helge, Silvi i Gisele, do Moisburga, gdzie będą mnie One podejmować jako .... i teraz nie wiem co napisać... to może niech to będzie myśl przewodnia tej gościny. Waszej i mojej też! :-)))

Archiwum