Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 29 marca 2013
WIELKANOC !!!



 

Przygotujcie proszę:

pół miarki radości,

szczyptę pogody ducha,

dwanaście centymetrów uśmiechu,

pięć gramów dobrego humoru,

dwie garści miłości,

odrobinę szaleństwa,

łyk szczęścia,

dwie łyżki wolnego czasu,

małą łyżeczkę spokoju,

cały zapas wiary, nadziei i miłości.

I połączcie wszystkie te składniki ze sobą,

troskliwie je podgrzewając w cieple domowego ogniska.

Podajcie ozdobione pięknym uśmiechem,

z dodatkiem wiosennego nastroju,

który niech zagości w Waszych sercach!!!

WESOŁEGO ALLELUJA!

 

 

 


środa, 27 marca 2013
Różne potyczki!

Apteka

Leków potrzebnych nam Frau Doktórka zapisała, to odebrałam recepty, do apteki poszłam. Część dostałam, reszty nie, bo nie ma, trzeba zamówić! Mają dostarczyć, czy sama odbiorę? No jasne, że sama! Zawsze to jakaś odskocznia od codziennej rutyny z Kurtim. Ale przy tym zupełnie zapomniałam o wzięciu paragonu, bo oczywiście wszystko zapłaciłam. Cholipsztyk! Jak ja się rozliczę? Popołudniem późnym, przy odbiorze lekarstwa pytam, czy jest możliwość wydrukowania paragonu, o którym zapomniałam wcześniej? Jest! W minutę mam, trzymam w garści i oczom nie wierzę. Jakieś inne kasy fiskalne tu mają, czy co? 

Klucze

Meldowała mi Karina już dawno, że przyłapała Kurtiego, jak jej po nocy wychodził z domu, ponoć nawet do garażu zachodził. Poprosiła więc Michiego, aby zabrano dziadkowi klucze, bo jak mamy odpowiadać za jego zdrowie i bezpieczeństwo, skoro On może w każdej chwili nam uciec, zabłądzić, i będziemy z obłędem w oczach szukać człowieka po całym Jesteburgu. Było cicho o tych kluczach, ale widać wiatry wiejące od kilkunastu dni tutaj, nie tylko mnie rozstrajają. Bo oczywiście Kurti zaczął fiksować, i żąda kluczy, które ja mu ukradłam, co wszem i wobec wiadomo. Pół dnia wisiał na telefonie, aby w tej sprawie skontaktować się z Michim. Przy okazji policją straszył. Proszę bardzo, natychmiast niech dzwoni na ta policję! Akurat się boję! Przyjechał Michi i wyjeżdża z tekstem, że mam zostawiać drzwi wejściowe otwarte w ciągu dnia, jedynie zamykać w nocy. To się zapytałam, czy wobec tego On przejmie odpowiedzialność za to, że gdy ja będę na zakupach, w przychodni, w aptece, na spacerze w czasie mojego czasu wolnego, albo w tym wolnym sobie drzemkę utnę, a Kurti wyjdzie z domu myląc kierunki i zabłądzi?  Odpowiedzi nie było. Drzwi są zamykane jak wcześniej to bywało!

Cielęcina

Dowiedziałam się od kolejnej Polki,którą tu poznałam, że w tym rejonie, największym smakołykiem wielkanocnym jest pieczeń cielęca. Podana na śniadanie jako zimne pieczyste, pokrojone na słusznej grubości kawałki, a na obiad reszta, ale na ciepło. I tylko w poniedziałek to mięsko można dostać. Dobra, sobie myślę, cielęcinę lubię, worek do pieczenia mam, co mi zależy pieczeninkę zrobić! Objechałam w poniedziałek wszystkie sklepy, zero cielęciny! Chyba za późno na to polowanie się wybrałam. Już na samym końcu, w Edece, jakby mi coś pod kopułka zajarzyło, to pytam, czy jeszcze do Świąt dostawa rzeczonej cielęciny będzie? Będzie! A zamówić mogę? Można. Ile? Kilogram poproszę -kiedy mam odebrać? Jutro. No, to mi się podoba! :-)))) Odebrałam wczoraj. Piękny kawałek, będzie cudna pieczonka!

Przedświąteczne przygotowania

Zero! Nul! Od kilkunastu dni potwornie wieje. Niby dzień bezchmurny, słoneczny, ale zimno!!!!Chyba na mnie ten wiatr dobrego wpływu nie ma, bo tylko chodzę i patrzę na nieumyte dotąd okna,  na wazony bez wiosennych kwiatów, na brak ozdób jakichkolwiek. Nawet pomysłu nie mam, co zrobię prócz tej pieczeni. Wprawdzie przywiozłam słoik zakwasu na biały barszcz, i białą kiełbasę naszą zamroziłam, ale co dalej? Piec nie trzeba, bo na kawę jedziemy do Eike. Nie wiem, pomyślę chyba jeszcze. Tylko mało czasu zostało, bo piątek to tutaj święto krzyża, dzień wolny i sklepy pozamykane. A jeszcze do Violety wpaść na obdzielenie się jajeczkiem! Jakiś kop w tylną niewymowną by mi się przydał!

A poza tym, to nerwa mam dzisiaj okrutnego. Kurti już o 4.30 pobudkę zrobił. Bo nie zdążymy do Buchholz, plan napięty przecież bardzo! Nie dość, że pobieranie krwi, to jeszcze fryzjer, no i najważniejsze, obiad cotygodniowy w barze domu meblowego! A już myślałam, że nowe tabletki na spanie coś zmienią. Niestety, jak przeżywa te wyjazdy, tak przeżywa i pewnie to się już nie zmieni.

Spokojnego dnia Wszystkim!


niedziela, 24 marca 2013
Siła mebli!

To ogromny dom handlowy typu "wszystko dla domu". I faktycznie, na rozległej przestrzeni, na czterech kondygnacjach wyższych, niż czteropiętrowy blok u nas, znajduje się wszystko, co potrzebne do urządzenia mieszkania, a potem do zmian tegoż w każdej możliwej odsłonie. Myślę sobie, że nie starczyłoby dnia, aby wszystko dokładnie obejrzeć. Ale ja nie o tym! Tylko o tym, że raz w tygodniu jeździmy sobie z Kurtim do Buchholz, właśnie tam. Do restauracji. Czwarte piętro, z ogromną wystawą aranżacji jadalni i kuchni. To ostatnie, jak wiadomo, bardzo mnie interesuje, ale też jest powodem ogromnego stresu. Bo gdybym ja to miejsce znała wcześniej, i tyle cudnych podpowiedzi miała, to pewnie jeszcze z założenia pracowałabym ze staruszkami niemieckimi kolejnych kilka lat. Bo teraz, to vorbei, czyli "po kaczaku". Domek mały, to i poszaleć nie bardzo jest jak. I za każdym razem, jak jestem na tym czwartym piętrze, ściska mnie w "dołku" z zawiści, że tak można, a ja niestety.... No dobra, koniec żalów, panno lalu. Ad rem!

Nazywa się toto restauracją, a jest najzwyczajniejszym barem. Gdzie od momentu zamówienia dania, do przejścia przez kasę, a potem do stolika, to danie jest już zimne. Od początku machnęłam na tą okoliczność ręką, bo nie jestem w stanie tego problemu przeskoczyć.

Tuż za progiem zaopatruję się w tacę, sztućce i serwetki. Czasem dokładam do tego plastikowe butelki, z wodą dla mnie, a z colą dla Kurtiego. Do tego szklanki, bo przecież nie będziemy pić " z gwinta"! W tym momencie na tacy już się robi mały tłok. Dochodzimy do bazy, czyli serwowania wybranych z tablicy dań. Mamy je na tacy. I problem. Bo Kurti siedzi na wózku, ale tej tacy nie jest w stanie na kolanach utrzymać, nawet przy pomocy swoich rąk. Ja muszę mieć ręce wolne, bo przecież wózkiem steruję. Zatem robię coś, co nazywam "ratuj się kto może", a wygląda to tak. Stawiam tacę gdzie bądź, ale azymut biorę na kasę, wózek popycham, taca znowu na inne stanowisko, coraz bliżej kasy, popycham wózek, taca przed kasjerką, Kurti - wołam, proszę zapłacić, Kurti szuka w swojej czarnej saszetce, gdzie włożył pieniądze, trwa to oczywiście czas jakiś, pani kasjerka się niecierpliwi, klienci za nami też, bo im jedzonko stygnie jak nam. W końcu zapłacone, taca ląduje na stanowisku bocznym, ja z Kurtim do stolika. Moszczę wózek tak, aby Kurtiemu było najwygodniej, zaraz potem zdejmuje mu kurtkę, szalik i czapkę, sama też z kurtki wyskakuję, bo jeszcze trochę, a rozpłynę się we własnym sosie. Idę po tacę, podstawiam Kurtiemu, porcjuję mięsko na małe kawałki,podsuwam serwetki. Na koniec zajmuję się moim talerzem. Zimnym! Potem proszę Kurtiego o parę euro, idę po kawę i ciasto, i to jest jedyny miły moment, bo trwa chwilę, ale potem można się delektować gorącą, "belejaką" kawą! Koniec! Wracamy do domciu! 

Kurti żyje tymi wyjazdami cały tydzień, dla mnie to dopust boży, nic więcej, ale dla zadowolenia podopiecznego jestem w stanie raz w tygodniu zgadzać się na barowe, niezbyt smaczne, a na dodatek zimne-, jedzenie! Jedyną pozytywną rzeczą jest to w tych wyjazdach, że zawsze kilkanaście chwil poświęcam na zwiedzanie tego przybytku, Mam już upatrzone kilka rzeczy, które kupię krótko przed powrotem do kraju!

piątek, 22 marca 2013
Coraz bliżej!

Wiadomość dostałam od Ślubnego! Czekają już w domu do wglądu projekty, które wspólnie ze stolarzem i meblowcem ustalałam w kwestii schodów oraz urządzenia kuchni.

Niech te trzy tygodnie szybko miną, bo już się doczekać nie mogę! Ślubny twierdzi, że jest prawie tak, jak wymyśliłam. Tylko to "prawie" mnie niepokoi!

środa, 20 marca 2013
Ciekawostki!

Spojrzałam wczoraj rano przez okno kuchenne. O, jakiś czerwony kosz plastikowy stoi na podjeździe! U sąsiada na przeciw też stoi, i u następnego, i dalej też! Co to? Pewnie coś zbierają, domyśliłam się. I rzeczywiście, kiedy szłam po południu do apteki, to przy każdej furtce te kosze stały, a ulica którą przechodziłam do krótkich nie należy. Niezłą kwotę musiała gmina zainwestować w te kosze. Na dnie każdego zaś była przytwierdzona informacja, że zbiera się starą odzież, buty, naczynia kuchenne i stołowe, sztućce i inne stare przedmioty domowego użytku. No i fajnie, znowu czegoś nowego się nauczyłam tutaj. 

A teraz coś, co niby jest do śmiechu, ale mi się trochę wstyd zrobiło za naszych rodaków. Bo tuż po przeciwnej stronie, dziadek-sąsiad wynajmuje dom różnym ekipom budowlanym. Nie, nie dom w którym mieszka, ale sąsiedni, który jest własnością jego córki, przebywającej z cała rodziną w USA. Od dobrego tygodnia, a może i dłużej, rezyduje tam polska ekipa z południa kraju. Budowlańcy, mechanicy, hydraulicy, monterzy kominów, jak wynika z opisów na ich służbowych busach, którymi dojeżdżają na dwie zmiany do pracy.

 Nie pisałam o tym wcześniej, bo w sumie nie było powodu, ale jeszcze w ubiegłym roku, gdy byłam w Sieversen, Heino podczas naszych samochodowych wypraw do szpitala, gdzie leżała Hannelore, bardzo często pokazywał mi stojące na uboczu busiki. Całe białe, z latarenkami czerwonymi na nadbudówce szoferki, a także oklejone zdjęciami panienek w negliżu. Tak, tak, to mobilne domy uciech dla panów! Kolejna nowa dla mnie sprawa, która w tym kraju  jednak zupełnie nikogo nie dziwi. Ten wstęp znalazł się dlatego, aby dopowiedzieć resztę, która się wczoraj zdarzyła.

Wracałam z apteki, i dochodząc na koniec naszej uliczki, ze zdziwieniem zobaczyłam na granicy działki Kurtiego z posesją jego sąsiadki, właśnie taki biały busik z kolorowymi, czerwonym napisami i latarenkami. Ki diabeł? Ale dochodząc bardziej, usłyszałam podniesione głosy i zobaczyłam coś jeszcze. To Dziadek-sąsiad i Sąsiadka, pełni oburzenia, krzyczeli na panienki z samochodu, żądając natychmiastowego odjazdu, bo inaczej wezwą policję. Za chwilę z samochodu wyskoczyło dwóch panów. Prawie trzymali spodnie w zębach, tak uciekali do siebie. Dziadek-sąsiad dreptał za nimi, cały czas coś krzycząc, czego już nie usłyszałam, ale domyślam się, że miłe słowa to nie były. I kto wie, czy to się nie skończy tym, że wymówi ekipie zakwaterowanie w swoim domku. Panienki oczywiście odjechały.

Oj głupi! Bo faktycznie, jeśli już po tak krótkim pobycie musieli sobie pofolgować, to do Hamburga, na Sankt Pauli niedaleko mieli. Sprowadzając zmotoryzowane "burdello" do cichej dzielnicy, gdzie mieszkają raczej starzy ludzie, nie dali o sobie dobrego świadectwa. No, i mogli poczekać trochę, jak już ich tak przypiliło! Przecież tutaj wszystkie domy mają żaluzje zewnętrzne, które zamyka się zaraz po zmroku! A tak, swąd pozostał!

niedziela, 17 marca 2013
Pospacerowałam!

Zadzwoniła do mnie kilkanaście dni temu pewna Polka, która też w Jesteburgu pracuje. Bardzo przestraszona, bo jej nie wolno dzwonić, ani nie ma prawa odbierać telefonów, wolne ma tylko dwie godziny w niedzielę, a poza tym, to całe 15-16 godzin musi non stop siedzieć przy swojej podopiecznej. Jest wykończona psychiczne, strasznie znerwicowana. Do tego, na zakupy dostaje bardzo śmieszną kwotę pieniędzy, nie wolno jej kupować mięsa ani wędlin, owoce lub warzywa to luksus, a je się tam przede wszystkim ziemniaki, mleko, mąkę i pieczarki. Jak mi to opowiadała, gdy się po tygodniu spotkałyśmy ( dobrze, że chociaż esemesowac mogłam do niej ), to oczy mi się robiły okrągłe ze zdziwienia, nie mówiąc już o tym, że opatrzności mogę dziękować, iż zawsze mam szczęście do dobrych miejsc, niezbyt "upierdliwych" podopiecznych, oraz niemieckich rodzin, traktujących mnie normalnie!

W każdym bądź razie, spotykamy się z Jagódką bardzo rzadko, ale przynajmniej mogłam dla niej robić za przewodnika po Jesteburgu. Bo oczywiście pooprowadzałam ją w kilka miejsc, które mi przy ostatnim moim pobycie zapadły w pamięć. Zwłaszcza antykwariat, który dla mnie jak zaczarowany jest. A którego wrót pilnuje zając albo królik w mundurze. 

 

Na dłużej zatrzymałam sie przy zegarach! 

 

    

 

    

 

I  ponownie zastanawiam się nad zakupem przepięknego, staroangielskiego serwisu do herbaty. Na mleczno-białym tle, delikatne, słodko różowe kwiatki. Póki co, się przyglądam. Już drugi raz. Jest dość drogi, więc mam pewność, że szybko nie znajdzie nabywcy. Może więc ja?

Jest też inny komplet, ale nie wiem, czy chciałabym go mieć.

Bardziej do mnie przemawia ten obraz z martwą naturą. Chyba dlatego, że przypomina mi taki sam prawie, jaki wisiał w jadalni, w domu rodzinnym, w pięknej, bogato zdobionej ramie. Obraz niestety nie zachował się , ale rama sluży mi po odnowieniu do dziś. Wisi w niej lustro.

Zaciekawił teatrzyk lalkowy, poprzednim razem go nie było.

I odkryłyśmy na skraju parku miejskiego ni to fontannę, ni to wodopój, z 1877 roku!

Na szczęście śniegi już stopniały pod wpływem mocno operującego w południe słońca. Na taras Kurtiego zaczął przychodzić raczej nieproszony gość!

Wypłoszył nam wszystkie ptaszki, które tak licznie ostatnio odwiedzały nas w ptasiej stołówce!

środa, 13 marca 2013
Fotel!

Kurti dostał prezent od swoich siostrzanków. Piękny, skórzany fotel, z funkcją leżenia i pomocy podnoszenia przy wstawaniu. I znowu mamy zagwozdkę od kilku dni. Trudno mu opanować obsługę dwuguzikowego pilota, który ten fotel obsługuje. No, i najzwyczajniej w świecie boi się tego wstawania. Chyba ma wrażenie, że upadnie, chociaż ja cały czas na wyciągnięcie ręki jestem, i jakby co, to go złapię. Na dodatek uważa, że kiedy w nim leży , to go wszystko boli, zwłaszcza kręgosłup i łydki. Według mnie , to raczej wmawianie sobie, bo trzeba się do nowości przyzwyczaić, a na dodatek samemu obsłużyć, a tego już dla niego za wiele. Michi prosił, aby ćwiczyć do upadłego, to ćwiczymy, tylko Kurtiemu to nie w smak i często, gęsto zaczyna krzyczeć, że mam go zostawić w spokoju. To sobie potem pokrzykujemy wzajemnie, następnie przepraszamy, i zaczynamy znowu od początku ćwiczenia. I tak w "kółko Macieju".

A poza tym zima to wróciła na całego. Od trzech dni ciągłe odśnieżanie. Ale na spacerach też bywam. U sąsiada, ogromny, kwitnący oczar pokryty białym puchem. Wygląda to tak, jakby każde skupienie kwiatowe miało swoją własną białą czapeczkę.

Wyjątkowo dekoracyjnie w tej bieli prezentują się strzechy szachulcowych domów.

Najweselej zaś wyglądają dekoracje wielkanocne. Kolorowy wykrzyknik wśród tej bieli!

niedziela, 10 marca 2013
Dla wyrównania rachunków!

Ponoć w przyrodzie równowaga musi być! Zatem nic dziwnego, że od początku roku mamy co rusz jakieś Święta w podwójnych odsłonach.

Styczeń: Święto Babci, zaraz za nim Święto Dziadka!

Luty: Święto Zakochanych, czyli przeflancowane z zachodu Walentynki,  a tuż za nimi Świętego Fabiana - patrona Singli. Do tego dorzucono Święto kota obchodzone albo 17, albo 19 lutego, i tylko nie bardzo wiadomo, dlaczego zamiast zaraz po nich, ustanowiono Dzień Kundelka na 25 października, a jeszcze przedtem, bo 1 lipca Dzień Psa. 

Marzec: Dopiero co, czyli przedwczoraj, mieliśmy Dzień Kobiet, które nie są, jak większość sądzi, świętem komunistycznym, ale ustanowione je 100 lat temu w Ameryce dla uczczenia kobiet, które straciły życie w walce o emancypacje. A już dzisiaj mamy Dzień Mężczyzny, które to święto ustanowiono 19 listopada prawie piętnaście lat temu, na terenie Trynidad i Tobago dla "równowagi płci". My oczywiście musimy jakoś odstawać, to przenieśliśmy ten dzień na 10 marca, bo właśnie w tym dniu, w kościele katolickim i ewangelickim obchodzone jest wspomnienie 40 męczenników z Sebasty! 

Zatem Panowie!

Wszystkiego najlepszego! I aby nie było Wam smutno, że Wy tacy biedni jesteście z racji męczeństwa patronów Waszego dnia, umówmy się, iż to wasze Święto to także zasługa Chucka Norrisa! :-)))

piątek, 08 marca 2013
Koleżankom moim!

J. Tuwim

"A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał,
Jest więc odtąd na wieki i grzeszna i święta,
Zdradliwa i wierna, i dobra i zła,
I rozkosz i rozpacz, i uśmiech i łza...
I anioł i demon, i upiór i cud,
I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna.
Początek i koniec... KOBIETA, acha!"

KOBIETY KOCHANE!

Wam i sobie, nie tylko od Święta, ale i na co dzień życzę wszelkiej pomyślności: Zdrowotnej, Rodzinnej, Intelektualnej, Duchowej, Miłosnej i Finansowej! :-))))

środa, 06 marca 2013
Tak czy siak - źle!

Nawet nie wiedziałam, że dopiero co był Dzień Teściowych!

O tym, że naprodukowano już różnych Dni z okazji jeszcze różniejszych, to już wiadomo od dawna, ale zadziwił mnie własnie ten Dzień Teściowej. Bo jak to tak, przecież to normalne nie jest aby specjalnym dniem świątecznym obdarzać najbardziej znienawidzoną osobę pod słońcem. Wszak wedle badań, przeszło 3/4 małżeństw, o wszystko co najgorsze, Teściową obwinia. Nikt jakoś, zwłaszcza Synowe, nie biorą pod uwagę faktu, że tak po prawdzie, według słownika poprawnej polszczyzny, teściowie to rodzice żony, a rodzicami męża jest świekra i świeker, no ale kto by tam się w takie zawiłości zgłębiał. Powiesz "teściowa" i już wszyscy się cieszą, bo zaraz jakiś złośliwy żart padnie albo mrożące krew w żyłach opowiadania, co znowu ta okropna teściowa zmalowała. 

Trudno nawet dociec, dlaczego u nas teściowe mają taką złą opinię. Ponoć w innych krajach te animozje prawie wcale nie są znane, zwłaszcza "codzoziemskim" mężom naszych kobiet. U nas trzymają się świetnie. Być może wynika to z zaszłości, kiedy to młoda panna szła do rodzimy męża i była tam sama, samiuteńka, zdana na całą jego rodzinkę. No, ale takie sytuacje, za wyjątkiem krajów arabskich, dawno już w Europie odeszły do lamusa. Tak, ale my musieliśmy jeszcze przejść przez kryzys komunistycznej katastrofy mieszkaniowej, kiedy to często,  na niewielkiej przestrzeni, spotykało się kilka pokoleń rodziny, co raczej zacieśnianiu więzów nie sprzyjało.

W czasach dzisiejszych można już wprawdzie jako małżeństwo, tak zorganizować sobie życie, że na kupie raczej się nie mieszka, a jak teściowe złe były, tak są. Ponoć to wina hormonu niechęci synowych, w opozycji do hormony szczęścia babć. Inna z kolei teoria mówi, że to z pokolenia na pokolenie przekazywana niechęć, bo z rodzinnych domów nie jeden model bycia synową się wynosi. Nie wiem. Wiem za to, że na przykład moja Teściowa jest najwspanialsza na świecie. Wprawdzie zawsze powtarzała, że ja " to tylko synowa jestem", ale też nigdy nie stanęła w opozycji do mnie, zawsze stojąc po mojej stronie. Inna rzecz, że jako żona Jej Syna, nie dawałam jej prawie wcale powodów, by występowała jako arbiter naszych małżeńskich spraw.

A ja? Jaką ja mam pozycję u współmałżonków moich Dzieci? Różną. Bo też to bardzo różni ludzie są. Nigdy jednak nie wtrącałam się w finanse obu rodzin. Nie robiłam porządków w sytuacji, kiedy musiałam pójść do któregoś z domów i zająć się wnukami podczas nieobecności ich rodziców. Raczej mi się nie zdarza wypowiadać sądów z pozycji, że wszystko wiem najlepiej, łącznie z tym, iż wiem jak należy wychowywać moje wnuki, i co moje wnuki najlepiej lubią. Jestem przeciwniczką śmieciowego jedzenia i u mnie tegoż wnuki nie uświadczą. Mądrości, jak wychowywać przemilczam, ewentualnie, ale bardzo rzadko, sugeruję kosmetyczne zmiany. Powiedzenie:"za moich czasów" nie mieści się moim słowniku podczas rzadkich dyskusji o wychowaniu, a już nie do pomyślenia przeze mnie jest krytykowanie Córki i Synowej jako matek. Mogę swoje ewentualne uwagi ze Ślubnym przedyskutować, co zresztą robię. Ta wyliczanka nie bez kozery sie tu znalazła! Własnie takie, tylko w opozycji do mnie, są główne błędy teściowych!

Z Zięciem od początku ( chociaż to nie był ten wymarzony przeze mnie kandydat na męża ), jest poprawnie, choć nie obyło się bez paru nieprzyjemnych momentów, nie wchodzimy sobie w paradę, zresztą byłoby trudno, bo mieszkamy oddzielnie, no i ostatnio, ponoć "jestem jak wino, im starsza, tym lepsza"!

Gorzej z Synową! Od początku nie nadajemy na tych samych falach. Problemy się nawarstwiły, gdy zamieszkała z nami , bo była w ciąży, którą bardzo źle znosiła, podczas kiedy Syn pracował w innym mieście. Potem Syn wrócił do naszego miasta, też zamieszkał z nami, a nasza pomoc w tym, aby młodzi jak najszybciej przenieśli się na własne śmieci nie była bodźcem dla lepszych relacji. Wręcz przeciwnie, animozje nasilały się. Byłam nie tylko złą Teściową, ale także złą Matką! Młodzi wyprowadzili się po dwóch latach, relacje między mną i Synową są poprawne, ale mam świadomość, że nigdy nie będą serdeczne. Bo tak jakoś się porobiło, że chociaż ja zawsze milczałam ( to był błąd - dzisiaj o tym już wiem ), a Ślubny mógł powiedzieć wszystko, nawet najbardziej brutalną prawdę - to ja i tak byłam ta zła. I pewnie nadal będę, cokolwiek nie zrobię i cokolwiek nie powiem, lub nawet przemilczę. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że Synowa też kiedyś będzie teściową. Tylko będzie miała lepiej, czego już teraz jej zazdroszczę! Dlaczego? To proste! Będzie miała Zięcia!

 
1 , 2
Archiwum