Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
sobota, 31 marca 2012
Na finiszu!

Ale wczesna godzina! A ja gotowa do działania! No nic,  napiszę ostatni post na obcej ziemi i poczekam na ranek. Wtedy zabiorę się za prasowanie tego, co wczoraj wyprałam. Potem wszystko poukładam w szafach i pokażę Heine, gdzie co jest. No i jeszcze tylko sprzątanie całego domu. Kwiaty w donicach posadziłam wczoraj, chociaż pogoda było pod psem, ale skoro obiecałam, to zrobiłam. Przed zdjęciem Hanne zapaliłam świecę, a na pytanie Heine, po co, wytłumaczyłam nasz zwyczaj oświetlania zmarłym duszom drogi do nieba. Wzruszył się bardzo! Ludzi się przewinęło wczoraj przez ten dom! Straciłam rachubę ilości przygotowanych dzbanków kawy. Hannelore była bardzo lubiana przez sąsiadów!

Kto mnie zmienia? Nikt! Heine zakładał cały czas, że jeśli zrobię sobie przerwę na miesiąc w domu, to On jakoś sobie poradzi. Jak do tej pory, do Trudzi będzie przychodziła Renate, tylko nie dwa razy, a trzy razy w tygodniu, aby ją wykąpać i sprzątnąć. Porządki na dole będzie robić Żaneta, tylko jeszcze trzeba ustalić częstotliwość. Co z praniem i prasowaniem nie wiem. Może będzie chodził w nie wyprasowanych koszulach. A ja? Ja już teraz wiem, że tu nie wrócę . Z prostej przyczyny! Dla Heine zatrudnienie mnie za pośrednictwem firmy, to za duży wydatek. Tak przynajmniej twierdzi! Nie zaglądam mu w portfel, nie liczę niczego, co dodatkowo zarabia, ale wiem, że chciałby mieć pracownika tanim kosztem. Zaproponował przyjazd prywatnie, na czarno. Powiedziałam, że się zastanowię, ale warunek mam taki, iż Jutta nie ma prawa nic wiedzieć. Nawet wytłumaczyłam mu, jak ma z nią gadać, że niby rezygnuje z moich usług, mimo wystawienia mi super dobrych referencji. Niestety, Heine to papla i wszystko jej wygadał. I to Jutta przyszła mnie zapytać, ile chce za dalszą pracę, ale na czarno. Podałam kwotę, a Ona, że nie do przyjęcia! Bo ja przecież nic nie robię, a Trudzia jest nieskomplikowanym przypadkiem. I mam tyle wolnego czasu!!! To jej wytłumaczyłam, że żądam za pracę tyle, co dała mi firma, plus ubezpieczenie , plus zwrot kosztów podróży.  Oczy Jutty, okrągłe ze zdziwienia, gdy oglądała moją umowę z firmą, nie do podrobienia. Dalej było za dużo! Stwierdziłam więc, że nie muszę tu przyjeżdżać, bo za bezcen pracować nie będę. Dokładnie wiem, za jakie pieniądze pracują dziewczyny na czarno. Niemieckie opiekunki pracują za o wiele większe, i to tylko 8 godz. dziennie, a my, Polki musimy jak te psy łańcuchowe warować 24 godziny na dobę. A to wolne jest teoretyczne, bo tylko dwie godziny spaceru mam, a reszta, to gotowość do tego, aby w razie „w” spieszyć z pomocą Trudzi!  Przy tym, co chwilę zbiegam na dół, bo Heine żąda tego i owego. Zresztą On od paru dni mnie czaruje, że dołoży, gdy z Trudzią będzie gorzej, ale też wymsknęło mu się, niby żartem, iż jak się uprę, to On nie będzie mógł kupić sobie nowszej beemki, bo za dużo żądam! Mam w nosie! Oznajmiłam mu, że skoro powiedział wszystko Juttcie, to ja ryzykować nie będę, bo Ona, tracąc swoją prowizję, gdy ja przyjadę prywatnie, może się zbiesić i zadzwonić do Zollamtu, a wtedy wszyscy będziemy mieli problemy. Myślałam, że się przesłyszałam, ale stwierdził, że już z Juttą się umówili i będzie jej tą prowizję płacił. W co Oni grają, nie wiem. Nie dowierzam tej kobiecie i nie mam zamiaru ryzykować! Koniec, kropka! Wolę jechać tam, gdzie są jasno określone zasady pracy, a nie uprawiać zrywy takie, jak w ostatnim miesiącu tutaj! On jeszcze wierzy, że zmienię zdanie, nawet mój domowy telefon sobie zapisał, ale niech sobie wierzy. Wolno mu. Tak samo, jak mnie wolno nie zgadzać się na wszystko. Nawet pracownik najemny, jak ja, też musi się cenić! I szlus!

 Do miłego w kraju!

 

piątek, 30 marca 2012
Pomiędzy

Planowałam, że w sobotę rano pościągam pościele, wypiorę i powieszę na świeżym powietrzu; zdąży wyschnąć , a ja potem wszystko ładnie uprasuję i poukładam do szaf. Bo gdybym zrobiła to później, i rozwiesiła w piwnicy, wisiałaby sobie pewnie do …. nie wiadomo jak długo! Nawet przez Elkę załatwiłam z Klausem, że mogę nasze pranie rozwiesić na ich suszarce w ogrodzie, bo na tej u Heine nie da się. Zamiast plastikowych linek, łatwych do umycia po zimie, jest bawełniany sznurek, którego nijak nie da się doczyścić. Niestety przyszło załamanie pogody. Muszę  wszystko to, co zaplanowane, zrobić w piątek. Poprosiłam więc Heine dzisiaj  po południu, aby wieczorem dał do prania wszystkie swoje ciuchy. Bo nie ma przebacz! Skoro traktuje mnie prawie jak żonę, prosząc co dzień o poprawianie kołnierzyka od koszuli, a przy okazji krawata, to mam prawo egzekwować od niego moje wymagania w kwestiach czystości. Bo długo trwało, by się przyzwyczaił do zmiany wszystkich ciuchów raz na trzy dni. Wprawdzie nie da się go zmusić, by gacie oraz skarpetki zmieniał co dzień, ale to i tak duży sukces!  Należy do tego gatunku mężczyzn, którzy zostali przez swoje żony zupełnie ubezwłasnowolnieni, w sensie tym, że to one spod nóg pana i władcy kurz prawie zlizują, wyręczają go we wszystkich, a rzeczony pan i władca daje się obsługiwać. Dopiero gdy dochodzi do sytuacji, że żona-niewolnica zaniemoże, robi się tragedia, pan nic nie wie, nic nie umie, gubi się w najprostszych sprawach. Nawet nie chce mi się myśleć, jak sobie poradzi, gdy mnie nie będzie. Od tygodnia ćwiczę z nim temat: śniadanie dla Trudzi, nawet ściągę napisałam dużymi bukwami i na lodówce przykleiłam, a On furt i furt się pyta, co, z czym, i dlaczego! W lodówce ma pomrożone zupy na Trudzine obiady, ale chyba z tym tematem zapoznam Renatę, bo Heine chyba nawet nie wie, jak działa mikrofalówka. A ponieważ życie doczesne jest bardzo blisko tego z zaświatów, wyłożyłam w nieużywanym pokoiku rzeczy i buty, które będą potrzebne Hannelore do trumny, bo Renate nie chciała tego zrobić, chociaż ją Heine prosił. Pożegnałam Hannę wczoraj przed południem. Pewnie nie słyszała, co mówiłam, ale przecież w pewien sposób byłam jej winna parę serdecznych słów i uścisk dłoni! Wiem, że będzie zadowolona ze mnie, bo obiecałam jej, że nasadzę w donice bratki, pierwiosnki i stokrotki, które Ona tak bardzo lubi. Po południu pojechaliśmy po kwiatki, potem Heine do szpitala. Wrócił załamany, z wiadomością, że z Hanne już bardzo źle. Nie trwało długo, akurat gadałam sobie z jedną z moich blogowych znajomych, gdy On wszedł na górkę! Spojrzałam na niego i już wiedziałam wszystko! Odeszła o 20.12. Siedzieliśmy na schodach i płakaliśmy oboje. A potem, jak zwyczajnie jest w takich razach, ruch się zaczął. Przyjechali Synowie, Juta. Nastawiłam kawiarkę, bo dyskusje jakieś prowadzili, a ja, cóż, nie do uczestniczenia w tym, tylko sprawiać, by stres jakoś dało się ogarnąć, chociażby tą kawą! Heine pojechał z najstarszym synem do szpitala. Wrócił po godzinie. Oglądaliśmy zdjęcia  Hanne z jej młodości, i z ich pięćdziesiątej rocznicy ślubu, sprzed pięciu laty. Teraz piszę ten post i zastanawiam się, czy powinnam jednak zejść na dół i z nim siedzieć, bo przecież wiem, że nie będzie spał? Nie jestem żadną rodziną, nikim bliskim, ot, zwyczajną polską opiekunką jego zmarłej Żony, teraz Matki, i nie mam obowiązku pocieszania strapionych! Jednak tak zwyczajnie, po ludzku czuję, że powinnam. Przecież i tak ta noc będzie „ z głowy”! I nie mam serca z kamienia! To idę!

 

czwartek, 29 marca 2012
[*]

Hannelore już nie ma wśród nas! :-(

środa, 28 marca 2012
Nie napisane jeszcze

O tym, że Heine w niedzielę poprosił mnie o umycie samochodu. Kilka razy sprawdzałam, czy to na pewno chodzi o jego auto, ale tak. Myślałam, że się przesłyszałam. Przeprosił mnie jednak, że jest już na wyjazd ubrany i nie zdąży się przebrać. Na szczęście to tylko tył był samochodu, jak co dzień  zafajdał go jakiś kos, który pracowicie w rynnie tarasowej szuka w starych liściach robaczków,  rozrzucając to wszystko dokoła, także na kufer samochodu, który pod tarasem stoi. Wlałam ciepłą wodę do wiaderka, i chlust na samochód! Przetarłam ścierką. OK.!

O tym, że przez cały ostatni weekend odbywał się turniej konny. Wioska zapchana samochodami na poboczach i  specjalnymi przyczepami dla koni. Przecudnej urody konie, młode, szczupłe amazonki, przystojni młodzieńcy. Wszędzie masa ludzi, ciekawskich i zagrzewających zawodników na pokazach końskiej tresury. Było na co popatrzeć!

O tym, że oszczędzanie po niemiecku przybiera czasami dziwne formy. Nigdy na szczęście  nie doświadczyłam tego osobiście, że w domu, w którym pracuję, oszczędza się na jedzeniu w sposób zgoła niesłychany. A mam przykład na wyciągnięcie ręki. Elka przyszła dzisiaj z prośbą, bym ją poratowała, bo w lodówce od tygodnia tylko dżem. Nie ma sera, nie ma twarożku, nie ma nic, bo o kiełbasce jakowejś to można tylko śnic! Dałam jej  akurat przyszykowane do obiadu dwa gołąbki, puszkę mielonki, parę jogurtów i serków topionych, bo akurat u nas się zapasy kończyły. Elce Klaus nie pozwala  jechać na małe choćby zakupy, bo przecież w zamrażarce są warzywa, to niech sobie zrobi. A Elka ogromny ogród doprowadza po zimie  do porządku, nie dziw zatem, że po wielu godzinach pracy na powietrzu chciałaby zjeść coś konkretnego. I jak jeszcze słucham, że na tydzień ma starczyć na wszystko 50 euro, to mnie zdumienie ogarnia, a jednocześnie się cieszę, iż Heine nie ma węża w kieszeni. Bo bez zmrużenia oka płaci rachunki przy kasie, gdy ja z wózka wyładuję zakupów tygodniowych za 80 euro! A zdarza się często i tak, że czegoś zapomniałam, i musi on dokupić w tygodniu za dodatkową kwotę!

poniedziałek, 26 marca 2012
Się zaczyna

Zaczyna się! Telepanie i nerwowe arie! Praktycznie zawsze tak mam przed powrotem do kraju. Najczęściej wtedy, gdy praca sama w sobie jest bardzo mało absorbująca. Bo jeśli trzeba być w gotowości cały czas, to jakoś nie ma czasu myśleć o tym, że jeszcze niecały tydzień, i wyląduję w domciu! Więc się niecierpliwię. Wszystko mnie zaczyna drażnić, zupełnie bez przyczyny zresztą! A przecież powinnam odliczanie robić. Jeszcze 5 dni, jeszcze 4, jeszcze 3, jeszcze2, jeszcze jeden! I niech już jest ten sobotni wieczór! Ja nawet obiadu mogę nie jeść. Tylko niech zawiozą mnie już na ten dworzec autobusowy. Nawet spokojnie mogę poczekać!

niedziela, 25 marca 2012
Wrrr!

Kolejny dodany wpis zżarło. I nic to, że tkwił na bloxie od paru dni. Za każdym razem wzięło i wcięło w momencie publikowania.  Odechciewa się pisania. Chyba poczekam, aż wrócę do domu. To jeszcze tylko 6 dni!

piątek, 23 marca 2012
Ręce

Trzy dni mycia okien. Małych, dużych i średnich. Ze szprosami lub bez. Z szybkami prostymi lub wypukłymi. Mycie niezbyt ciężkie, bo używam tylko wodę i ściereczkę z mikrofibry, którą należy bardzo mocno wyciskać z zebranej wigoci między poszczególnymi etapami mycia. A dziś wewnętrzne powierzchnie dłoni mnie swędzą i są całe zaczerwienione w różowe plamki. Smaruję od rana kremem, ale cały czas mam wrażenie, jakby nawet powietrze mnie drażniło.

czwartek, 22 marca 2012
Kelneruję!

 

Heine ma dzisiaj Dzień Mężczyzny. Zaprosił kumpli. W karty grają. Na pieniądze! Ja za kelnerkę robię. Trzeba pilnować szklanek od piwa, kielonków od sznapsa, wyrzucać pety z popielniczek, potem kolację przygotować. Do miski wyłożyć kartoffelnsalat,  jajca uprzednio nagotowane do twardości  pokroić w grube plastry i dorzucić, na półmiseczek wyciągnąć z wrzątku bockwurst, dla Pana obowiązkowo czosnkowe, dla reszty zwyczajne, oczywiście nie zapomnieć o musztardzie, keczupie i sosie grillowym. Na deser lody w pucharki, psiknąć śmietaną i porzucać owocki rozmrożone. I czekać, aż skończą sekwencje i się rozejdą po domach, abym mogła wszystko „uskromnić”, bo takiego mola mam, który mi każe niezależnie od godziny zakończenia imprezy, wszystko sprzątnąć, pomyć, wytrzeć do sucha i poukładać w szafkach, nie zapominając o wietrzeniu pomieszczeń, w których się dane libacje odbywały. Mam tak po dziś dzień, niezależnie od kraju pobytu!

 

środa, 21 marca 2012
Stary, dobry Alfred!

Wśród komedii pożyczonych od Elki była prawdziwa perełka, płytka z kolekcji „Alfred Hitchcock przedstawia”. Dla młodych czytelników tego bloga, pewnie to nic nie mówiąca informacja, ale jestem pewna, że dla nieco starszych już sama czołówka każdego z jego filmów i nowelek filmowych, to niezłe wspomnienie. Pamiętacie? Zawsze zaczynało się ciemnymi konturami zamczyska, na którego tle miga nam przed oczyma zarys sowy, a potem autora opowieści. Wszystko w takt odpowiedniej muzyki tworzącej nastrój grozy. Na koniec widać, jak do czarnych drzwi sunie jakaś ciemna postać o posturze Sir Alfreda. A potem zawsze wprowadzenie do opowieści, która się będzie działa, i oczywiście sarkastyczny humor starego mistrza suspensu! No i te klimaty. Filmiki czarno-białe, aktorzy wypomadowani, zawsze w czarnych garniturach, białych koszulach i z kwiatkami w butonierce, aktorki pretensjonalnej urody, z niebotycznymi tapirami na głowach i równie wysokimi szpilkami na nogach, niezmiennie odszykowane na "wysoki połysk", wnętrza wyszukane, historyjki bardzo banalne, ale zawsze podane ze smakiem. Nieodmiennie, w czwartki po dzienniku, pokazywano którąś z jego kryminalnych nowelek. Potem zastąpiła je niezapomniana Kobra! Ale przecież jego "Ptaków" nic nie przebije!

wtorek, 20 marca 2012
Telegraf od jeziornej strony!

Blaszany dach zwalony!

Zabieram się za belki!

:-)))))

 
1 , 2 , 3
Archiwum